poniedziałek, 20 listopada 2017
ist es nicht egal, czyli wielki powrót Monsterowa do Berlina

 

 

Chociaż było zimno i wietrznie, tym razem zobaczyliśmy most na byłej granicy Berlinów i kolejny kawałek historycznego muru przy Warschauer Strasse 

 

Byliśmy w kopule na Reichstagu

 

 

 

a dla rozluźnienia podniosłej atmosfery - w Akwarium.

Tę destynację wybrał Monsterino - nasz rodzinny wielbiciel fauny podwodnej

 

Monsterunio najchętniej robił rybkom jacuzzi,

a ponad insekty przedłożył schody (pół godziny co najmniej wchodził na nie i schodził). Rybki za szybami zauważał od czasu do czasu.

Rozdymka się nie rozdęła na jego widok, o dziwo.

Wielkiego boa oraz krokodyle Monsterunio olał na rzecz rozkminiania funkcjonowania drzwi. 

Przejechaliśmy przez ulicę monsteruniowego imienia,

 

a także, na prośbę Monsterina - dotarliśmy aż do stadionu olimpijskiego (bo tam gra Hertha Berlin, ale dla nas to przede wszystkim stadion ostatnich  przedwojennych igrzysk). Tu Monster miał fazę, że on to chce mieszkać w Berlinie, bo tak mu się tam podoba.

No nikt mu (na razie) nie broni.

piątek, 27 października 2017
zażalenia, skargi i wnioski

 

- Przeczytałem 4 miesiące Monsterowa! - zaprotestował Monster na mój zarzut, że zamiast czytać, to tylko w sieci siedzi podczas choroby

Okropnie długa lektura zważywszy na ostatnią średnią miesięcznych moich wpisów.

Podczas wnikliwej lektury doszedł do wniosków, że za mało jest jego zdjęć wraz z adnotacją jakim to troskliwym bratem jest dla Monsterunia.

No to muszę wyrwać kilka chwil ze swojego pracowitego dnia, żeby nastolatek, który dzisiaj sam udaje się do STOMATOLOGA (nie do dentysty) z powodu bolących dziąseł, miał jakąś moralną pociechę.

Gdyż zajmuje się Monster Monsteruniem.  Z chęcią, inicjatywą i bez zbytniego (no może czasem) namawiania.

 

 

Monsterówna też, mimo zabiegania, znajduje czas dla Najmłodszego.

Wspólne zabawy Monsterina z Monsteruniem są trudne do uchwycenia aparatem;) Ale spróbuję i wstawię ASAP. Żeby nie było fakaupu, jak to w korporacji mówią.

niedziela, 22 października 2017
a m. toczy, toczy swój zad uroczy

 

Hormony szczęścia były ani chybi zaklęte w sterydach, albowiem, gdy tylko zaczęłam je odstawiać to po pierwsze primo - przestał zachwycać mnie świat,  po drugie primo - zaczęłam się znowu denerwować , a po trzecie primo - już nie budzę się o czwartej wyspana, tylko o 5:45 ledwo zwlekam się z łóżka.

Poza tym żadnego długiego weekendu w najbliższej perspektywie i choć 1,5 miesiąca roku szkolnego za nami, to Monstery jakoś nie doceniają tego, że wakacje coraz bliżej.

Monster w końcu, po tygodniach ignorowania zmian w pogodzie i noszenia bez względu na temperaturę oraz opady bluzy szkolnej li jedynie (matka, jak zwykle, się czepia i bez sensu powtarza TE SAME komunikaty w tle), osiągnął sukces i prawdopodobnie zapadł na anginę.

Teraz leży jak betka i ani nóżką a rączką to jedynie kciukiem smartfon obsługuje, czytanie książki przekracza możliwości, mamo. Trochę więcej empatii!

Anginę oraz spowodowane kuracją antybiotykową grzybicze zapalenie jamy ustnej przeszedł Monsterunio, a pędzlowanie jamy ustnej to był czelendż, z którym tylko Monstertata się uporał.

 

Natomiast u mnie w pracy miało być lepiej i lżej, a jest jak zawsze. Wszystko na wczoraj. No więc jestem zdrowsza, choć nadal na lekach, a najbliższe badanie jest 6.12. Mieli rację lekarze szpitalni - jak się z systemu wypadnie, to potem te wszystkie badania bardzo się rozciągają w czasie:) Ale nie dziwię się wcale i kibicuję strajkującym rezydentom. Choć to pielęgniarki powinny cały czas na czarno chodzić, cały oddział na ich barkach się trzyma, a mimo, że jest ich  za mało, to latają, jakby miały turbodopalacze w crocsach, w których śmigają po korytarzach.

wtorek, 19 września 2017
oszczędzający tryb życia

 

Monstery popowracały z wakacji, wrzesień przywitał nas deszczem, już trzeci tydzień wprawiamy się w rutynę roku szkolnego, a że nadal zadyszam się przy wysiłku, to niektóre aktywności ograniczam.

Przegapiłam Kongres Kobiet przez tę moją chorobę, wyjechaliśmy na weekend do leśnej głuszy. Było pięknie, ale chciałam być z siostrami w walce. W przyszłym roku koniecznie z Monsterówną.

A zaczynając od Niej - tak jak ja (chyba po lekach) jestem pijana ze szczęścia, jak piękne jest życie, tak ona jest zachwycona liceum! Począwszy od atmosfery (dlatego też wybrała tę konkretną szkołę), poprzez nauczycieli (profesorów, przepraszam!!!), a skończywszy na uczniach, których połowę zna, bo z jej gimnazjum przeszli.

- Cały trening się chichrałam, bo taka byłam po szkole zadowolona - relacjonuje.

Oby to pierwsze wrażenie takim do końca pozostało. Cudowne lata przed nią.

Chłopcy umiarkowanie szczęśliwi, Monster chory aktualnie i w depresji młodzieńczej związanej z krótkością i miałkością życia (aczkolwiek przygotowuje się do wyborów samorządu szkolnego), Monsterino - przewodniczący klasy w tym roku - w wirze kolegów, piłki i innych zajęć dodatkowych. 

Obydwoje, nawet Monsterino, który już ze dwa razy uśpił wieczorem Monsterunia, co mnie bardzo cieszy, bo największy dystans Monsterino do Monsterunia czuje,

, sprawdzili się jako opiekunowie dziecka - poszliśmy z Monstertatą na randkę do teatru, a chłopcy sami (bo Monsterówna na zawodach była) zabawili brata, zjedli razem kolację, wykąpali go i położyli spać. Czapki z głów!

Żadne z Monsterów nie chodzi na przedmiot wychowanie do życia w rodzinie - nie muszą, wychowywani do życia są praktycznie.

Monsterunio - dzielny żłobkowicz,

rozpoczął kurs pływania na basenie i to jest jedyny dzień, kiedy wieczorem cieszę się, że jest już wykąpany, bo straszliwie nasz najmłodszy Monster nienawidzi higieny osobistej, czy to zmiany pieluchy (tak, nadal pieluchy - nie jest zainteresowany wydalaniem w bardziej cywilizowany sposób), mycia zębów oraz kąpieli.

A na basenie woda mu niestraszna.

 

Chociaż tyle, bo ćwiczeń za bardzo nie chce za ciociami powtarzać. Więc moczymy się przez 45 minut, przynajmniej się w wodzie nie zadyszam.

 

piątek, 25 sierpnia 2017
szukamy dojścia, czyli dzień dobrych wiadomości

 

Od środy jestem na haju.

Po ostatnim szpitalnym zastrzyku o 19 oraz wieczornej porcji leków, odklikali mnie w systemie i mogłam dostać wypis na własną prośbę. (od 12 czekałam już na krzesełku, bo moje łóżko zajęła nowa pani). W międzyczasie wyskoczyłam na ostatnie echo serca, które pokazało, że sterydy działają, bo "kołderka" obściskująca osierdzie zwęziła się z 1 cm na 0,4 cm i komorze serca, która nie miała miejsca na rozkurcz, teraz zdecydowanie się poprawiło.

Ale pani doktor mnie nastraszyła, razem z panią prowadzącą. Oni naprawdę chcieli mnie tam mieć na miejscu i obserwować, chyba aż studenci na praktyki powrócą, by mieć ciekawy przypadek do oglądania.

Mam 11 różnych tabletek oraz antybiotyk. Z dnia na dzień coraz lepiej idzie mi ogarnianie dawkowania i życia na zwolnionych obrotach. Rano, Monstertata wraz z Monsteruniem, po drodze do żłobka podrzucają mnie na zastrzyk. Wieczorem idę na pogotowie, wszędzie blisko.

Wreszcie otworzyli nam najbliższy park, który jest EPICKI! Cieszę się, że choć jeden Monster załapał się na niego, chociaż małpi gaj dla starszych dzieci myślę, że dla Monsterina też będzie fajny. Naprawdę gigantyczny jest i solidny. Oprócz tego stół do ping-ponga, siłownia, całe mnóstwo barierek do podciągania do ćwiczeń fizycznych, nawet stoły piknikowe.

A największy cud, to odkrycie, że zabawki w piaskownicy, które pamiętam jeszcze z czerwca - nadal tam są! Przecież to genialne, że nie trzeba tarabanić się z wiaderkami, łopatkami, autami - tylko dzieci bawią się  i wymieniają tym, co jest. A jest coraz więcej, mam wrażenie. Chyba ludzie zobaczyli, że nikt tego nie kradnie, to po co codziennie wozić te zabawki tam i z powrotem.

Monsterunio najbardziej lubi przesypywać piaskowe młynki, albo załadowywać i rozładowywać wózek z piaskiem.

Huśtawek unika. Absolutnie nie lubi. Zjeżdżalnia może być, ale zjeżdżalnię ma w domu, więc piach bardziej atrakcyjny.

No i z daleko widzi parkową pergolę i wyrywa się, biegnie co sił do furtki. Taki duży chłopiec!

O postępach Monsterunia więcej będzie na równoległym blogu, a teraz tylko zdjęcie ze śniadania.

Jajko ze skorupki sam obiera.

A dobre wiadomości są jeszcze takie, że byłam dzisiaj w szpitalu, wskoczyłam na echo serca i jest jeszcze lepiej niż przy wypisie. Więc następna kontrola już po zakończeniu serii leków.

Tutejsza pani ordynator jest większą optymistką niż opolscy lekarze. Oczywiście, jakby mi się pogorszyło, mam przyjechać na izbę przyjęć, ale ona twierdzi, że leki pomogą i nie będę przewlekle chora.

I tej diagnozy się trzymam.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017
back do square one, ale i światełko w tunelu

 

W piątek byłam w totalnym dole, bo po pierwsze okazało się, że leki antyzapaleniowe nie działają i trzeba wytoczyć większe działa: sterydy, a wiadomo, że sterydy to SAMO ZŁO.

Po drugie, po konsultacji z oddziałem zakaźnym, na którym mają większe doświadczenie leczenia boreliozy, stwierdzili, że muszą zmienić antybiotyk na taki podawany tylko dożylnie, stosowany tylko w lecznictwie zamkniętym, czyli proponują kolejne dwa tygodnie w szpitalnym SPA.

Być może trochę zbyt gwałtowną radością na tę propozycję zareagowałam, bo gdy szlochałam Monstertacie do słuchawki, to myślał, że wkrótce opuszczę ten ziemski padół, a on zostanie samotnym ojcem czwórki dzieci...

No jeszcze nie. Chyba, że nie zastosuję się do leczenia, wtedy blaszki jak się ZWAPNIĄ, to może być źle.

Taki terror i ciśnienie autorytetów w białych fartuchach.

Ale 

postanowiłam być twardym negocjatorem.

Argumenty ekonomiczne nie działają - co z tego, że blokuję łóżko, a w ambulatorium byłoby taniej - szpital dostaje widocznie taki sam zwrot za osobołóżko, więc mu nie zależy.

Trochę zadziałała wizja opuszczonego męża z czwórką zasmarkanych dzieci dzieci u boku, no i że jestem jednak z innego województwa i koordynowanie życia rodzinnego i pracy z tak daleka jest utrudnione. Lekarze, to mimo wszystko, też ludzie.

Wstępnie ustaliłam z lekarz prowadzącą, a za godzinę mam audiencję u ordynatora, by omówić moje dalsze leczenie zdalne po wypisie. Ordynator upiera się na wypisie na własne życzenie, nie wiem, czy chodzi o odpowiedzialność czy o sprawy formalne?

Aha - i żeby Wam się nie zdawało, że taka propozycja na leczenie ambulatoryjne to prosta sprawa!

Lek, który jest tylko do leczenia zamkniętego nie można sobie kupić samemu w aptece. Najpierw moja przychodnia lekarza rodzinnego, musi się zgodzić, że przejmie podawanie leku. Na podstawie dawkowania podanego przez szpital, wydają zlecenie do przychodni, a ta do apteki, w której zresztą trzeba ten lek zamówić z wyprzedzeniem, bo przecież nie trzymają takich leków na zapleczu.

To wszystko w Poznaniu koordynował Monstertata, któremu trochę ulżyło, że przynajmniej przez chwilę pomogę mu w podtrzymywaniu ognia w domowym ognisku.

Podsumowując - wstępny plan jest taki: ostatnią dawkę antybiotyku dostaję jutro w szpitalu o 19, a następną o 7 rano w przychodni w Poznaniu. Ale wypis jest ok. 15, więc pewnie resztę czasu spędzę na korytarzu z papierami w ręce. Ale jak te papiery dostanę, to będę przeszczęśliwa.

Nowych zdjęć nie mam, ale w ramach czyszczenia dysku znalazłam zdjęcie chłopców, którzy dzisiaj w Opolu zaczęli zajęcia sportowe na AZS na Politechnice, żeby trochę ich energii przejęli trenerzy, a nie dziadkowie...

 

3 lata temu do leśnej głuszy zabłąkała się piękna, puszysta, choć mocna skołtuniona, ruda kotka.

Brzemienna, jak się okazało.

Ostatecznie 3 rude maleństwa i sama mama znalazły dobre domy, ale przez całe wakacje wychowywały się w leśnej głuszy.

Maluszki

A tu ledwie po 3 latach - młodzież

Plus jeden

(kotki też urosły)

czwartek, 17 sierpnia 2017
między kroplówką (z żelazem) a brzegiem pucharu (z tabletkami)

 

Wynik rezonansu przyniósł dwie wieści: jedną dobrą - że nie ma już płynu w osierdziu, drugą złą i nad nią, niestety, zapłakałam - otóż, z tego, co zrozumiałam, w worku osierdziowym są blaszki, które u mnie, prawdopodobnie w wyniku zapalenia osierdzia, połączyły się. A nie powinny, bo wtedy worek nie jest elastyczny, serce nie rozkurcza się właściwie i stąd zadyszka i spadek wydolności.

No i nie chcą mnie wypuścić, póki lekami tych blaszek nie rozłączą, gdyż może to się skończyć zwapnieniem, a to tylko operacyjnie się leczy. Pewnie, że nie chcę zaraz wrócić do szpitala, wolę wyjść wyleczona.

I tak to, małym szantażykiem mnie podeszli. Dodatkowo żelazo, mimo codziennych kroplówek, się nie podnosi, no i nie wiedzą, czy być może to kuracja antywirusowa działa przeciw żelazu.

W każdym razie w ciemnej d. jestem i mam depresję. Moje szpitalne sąsiadki, osiemdziesięcio- i dziewiędziesięciolatki wychodzą po zawałach, a ja tu zapuszczam korzenie. 

Jedną rzecz ze szpitala muszę wdrożyć w domu: zamiast zamykać łazienkę od środka, bo nam klucz ciągle ginie, albo jest chowany, to tabliczkę : WOLNE-ZAJĘTE - zrobić. Tak to tutaj rozwiązali.

Dzisiaj na moje pocieszenie - Monstery w basenie.

wtorek, 15 sierpnia 2017
różowa tableteczka okazała się najważniejsza

gdyż na zapalenie osierdzia jest, a na to mnie obecnie leczą.

W długi weekend oczywiście nic się nie działo, lekarze dyżurni za bardzo nie mieszali w rozkładzie tabletek, jednak coś tam wyczytali z wyników. Mianowicie oprócz zapalenia osierdzia wyszła mi przy powtórnym badaniu (pierwsze dało wynik na pograniczu) - świeżą boreliozę.

I nie, żaden kleszcz mnie nie użarł.

Zatem antybiotyk doszedł, a jutro sądny dzień, bo przychodzą lekarze po urlopach i wezmą nas w obroty.

A tymczasem do leśnej głuszy zawitał na weekend Monsterunio z Monstertatą i zaraz szast-prast zarządził chłopakom wycieczkę rowerową wokół Dużego Jeziora Turawskiego.

Monstertata troszkę się zdziwił, że po tych 25 km żaden nie ma ochoty na kolejne 28 (14 km tam i z powrotem) do szpitala do matki. Myślę,że to o ten szpital chodzi - odechciewa się po jednej wizycie. Monster stwierdził,że jednak lekarzem to on nie będzie.

 

Ponadto, w tym roku udało się przeprowadzić dłuższy odwyk komputerowy. Wprawdzie dopadają komputer dziadka, ale swoich urządzeń w leśnej głuszy nie mają, więc nie mogą bez limitu korzystać. Cierpią okrutnie i dają odczuć wszystkim naokoło swoje cierpienie, ale co się nie nagrają, to się nie nagrają.

 

Dzisiaj żadnych nowych zdjęć, tylko pozdrowienia spod kroplówki z żelazem (na skrajną niedokrwistość - kolejny dziwny element moich wyników, który nie potrafią pożenić z niczym)

niedziela, 13 sierpnia 2017
Szczeliniec , czyli 665 schodów

 

Na ostatni weekend lipca, ostatni razem z Monsterówną, wymyśliłam, że tym razem nie tylko wejdziemy i zejdziemy labiryntem skałek, ale zanocujemy w klimatycznym schronisku na szczycie Szczelińca. A żeby było bardziej "górsko" i schroniskowo, to zapakowałam nam śpiwory.

Najsilniejsi, czyli Monstertata i Monster, dźwignęli największe plecaki,

Monsterówna i Monsterino mniejsze, a ja miałam mieć na plecach Monsterunia.

Tyle tylko, że już po przejściu strefy Krupówkowej, czyli stoisk z mydłem i powidłem i dotarciu do schodów  ledwo dyszałam. Co akurat dobrze się złożyło, bo Monsterunio i tak wyrywał się z nosidła.

Barierka akurat dla jego wzrostu była, na odcinkach błocka brała go na ręce Monsterówna, albo Monstertata na barana, a ja co parę schodów musiałam stawać i dyszałam ciężko.

Na szczycie weszłam do pokoju i padłam z gorączką, a reszta dzielnych piechurów poszła dalej, na Pasterkę, potem wrócili na zachód słońca,

a mnie tylko Monsterunia podrzucili, bo spałam, spałam i spałam.

Dzień później było już lepiej, choć nie idealnie. Ale przynajmniej schodzenie mniej męczy niż wchodzenie, no chyba, że się utknie.

No a teraz już tydzień nie wychynęłam na jakiekolwiek powietrze, a do zestawu tabletek doszła mała różowa, którą zinwestygowałam jako przeciwko nawrotom incydentom sercowo-krążeniowym.

W weekend w szpitalu nic nowego się nie dzieje, dalsze badania jutro. Na razie wyszło, że mam wodę w jamie brzusznej i otrzewnej, a nie powinno tam jej być.

Z niedzielnym pozdrowieniem, Wasza M.

sobota, 12 sierpnia 2017
śniło mi się, że mieliśmy konia

 

i w tym zamieszaniu ze mną związanym, wszyscy o nim zapomnieli.

Obudziłam się w nocy z łkaniem, nie wiedząc, gdzie jestem, że ten koń biedny, nienakarmiony, gdzieś tam w stajni, w odchodach...

Przez dłuższą chwilę myślałam, jak to się mogło stać, jak mogliśmy zapomnieć!

Niemożliwą ulgą było dojście do rzeczywistości i zdanie sobie sprawy, że nie męczę żadnego zwierzęcia po kątach...

 

A dzisiaj jedno zdjęcie innych tragarzy, niż konie - naszych górskich tragarzy - Monstertata wiózł za sobą Monsterunia, co może nie jest specjalnie trudne na płaskim - ale na górskich odcinkach, gdzie znaki pokazywały 10% nachylenia - ja schodziłam z roweru pchając, a Monstertata ćwiczył mięśnie.

Drugą tragarką - bluz i kurtek w dwóch po brzegi wypełnionych sakwach, była Monsterówna. A trzeba było Monstera obładować, tylko on nie chciał swojego wypasionego roweru takimi brzydkimi gadżetami typu sakwy, ozdabiać.

Za to przy innej okazji niósł plecak, ale to już w kolejnym wpisie....

 

piątek, 11 sierpnia 2017
czerwone tableteczki

 

są przeciwzapalne, jak się dowiedziałam.

Jeszcze jest pomarańczowa - żelazo i mniejsza żółto-pomarańczowa osłonowa na żołądek.

Tylko biała to nie wiem, czy kontynuacja wypędzania wody z organizmu, czy coś nowego.

To tyle mojego śledztwa z oddziału. Nie chcą mnie wypuścić na weekend. Diagnozowanie nadal trwa....

 

Jeszcze trochę zdjęć z Gór

chłopaki z przodu, a nasz domek i organy w tle

 

organy bliżej

 

A taki jest widok z wieży na zamku Wleń.

czwartek, 10 sierpnia 2017
sierotek i mama zastępcza

 

No i nadszedł ten ciężki czas (w lipcu, gdy zamknięty żłobek), gdy pierwszy raz miałam zostawić Monsterunia na świeżym leśnogłuskim powietrzu, z rodzeństwem, drugą mamą (to Monsterówna), kuzynami i drugą Monsterbabcią w odwodzie.

Monsterunio miał zatem opiekę i bardzo dobrze się bawił, a ja mogłam całe dni spędzać w pracy nadrabiając urlop.

Jeszcze przydałoby się wspólne zdjęcie z basenu, to byłby już komplet zajęć w leśnej głuszy:)

Monsterówna zupełnie płynnie przyjęła rolę mamy zastępczej dla Monsterunia. Potrafi zrobić przy nim wszystko, a w drugim tygodniu, jako, że babci bardzo źle się spało z nerwów, że Monsterunio spadnie, Monsterówna przejęła także nocki.

Wspaniała jest! tu jeszcze jedno zdjęcie z panoramą Gór Kaczawskich w tle - cudowną mam córeczkę!

A teraz, jako, że została z Monstertatą i Monsteruniem w Poznaniu, bo już się rozpoczął obóz dochodzeniowy, a i żłobek już wznowił pracę, to Monstertata donosi, że jest non-stop przez córkę opieprzany, bo czegoś nie odstawił, albo porozrzucał.

He, he - teraz już wie, jak to wygląda z mojej strony.

Jeśli chodzi o doniesienia ze szpitala, to wyszedł wynik z tomografii klatki piersiowej i nie mam wady serca, nie ma jeszcze wyników tomografii brzucha (no tam, to się nasiedziałam), ale teraz diagnozują, gdzie mam jakieś zapalenie, bo serce na pewno jest zdrowe (ale z drugiej strony być może jeszcze tomografię serca mi zrobią - już myślałam, że skoro zrobili klatkę, to jestem już pokrojona na plasterki, ale widocznie nie)

A i z nowych pomysłów to będą mnie diagnozować w kierunku boreliozy i gruźlicy. I nie chcą mnie urlopować na weekend. Normalnie, jak wciągnęli, to trzymają.

środa, 09 sierpnia 2017
Góry Kaczawskie i mama pedałująca z tyłu

 

W pierwszym tygodniu lipca udało nam się zapakować autobus rowerami, przyczepką i całą resztą i pojechać wprost pod

Organy Wielisławskie

 (serio - mieliśmy widok na nie wprost z naszego urokliwego zresztą domku)

Wprawdzie na początek poczęstowałam nas wszystkich warsztatami z geologii,

za które niektórzy w trakcie chcieli mnie zabić, ale myślę, że ostatecznie wycieczka była ok, poznaliśmy co nieco skał

i na końcu dobry obiad podbił notowania dnia.

A potem, to już Monstertata musiał się dzień w dzień tłumaczyć, dlaczego, choć niby miało być 30 km i zawsze wychodzi 50 km.

 

W trakcie wyjazdu troszkę w tyle głowy mieliśmy oczekiwanie na dowód Monsterina, ale poza tym, gdy już zmęczeni dojeżdżaliśmy do domku i potem jeszcze czekały Monstery przyjemności, typu tłuczenie w karty oraz opowiadanie o Sherlocku Holmesie, to od razu humory dopisywały (no, chyba że ktoś przegrał...)

A rano było: dokąd znowu???

Tak wyglądała blokada knajpy, gdy się gdzieś zatrzymywaliśmy - 3/4 chodnika.

Tu znaleźliśmy wąwóz

Może już wtedy powinno dać mi do myślenia, że padam wraz z Monsteruniem i że wiecznie jestem ostatnia w peletonie. Ale naprawdę byłam zmęczona, a i kondycję mam najgorszą z rodziny.

Teraz to już żadnej nie mam.

Dlatego raportuję tu dla Was z intensywnego nadzoru kardiologicznego prawie w leśnej głuszy, gdzie od piątku mam przymusowy urlop diagnostyczny i nadal nie wiadomo, co mi jest.

Czuję się już lepiej, więc mam ochotę uciec.

Na razie Monster pożyczył mi komputer, to choć tyle mogę zrobić.

horror wakacyjny

W te wakacje to Monsterino, jako kolejny Monster, miał wyjechać zagranicę. Rodzice kolegi zaproponowali, żeby dołączył do grupy wyjeżdżającej z ich parafii. Wprawdzie my nie lubimy takich kościelnych indoktrynacji, ale wyjazd organizowany był przez biuro podróży, program ciekawy, a Monsterino chciał jechać, więc się zgodziliśmy.

Zapisy były w kwietniu, a przedwyjazdowe spotkanie w czerwcu, które zgodzili się dla nas streścić wpadając po pracy.

Rodzice kolegi, to Państwo Idealni, i piszę to bez złośliwości - naprawdę wraz z dziećmi chyba nie mają złych dni, zawsze są uśmiechnięci, pełni werwy i ...odprasowani.

Siedzimy zatem w ogrodzie, pani Idealna wyciągnęła notes (ja miałam kartkę wyrwaną z zeszytu, choć na pewno mam gdzieś jakiś notes)

i zaczęła opowiadanie.

Jak to bardzo ważne, podkreślali, by dać dziecku dokument - paszport lub dowód, bo na granicy serbskiej sprawdzają i w zeszłym roku kilkoro dzieci musiało zawrócić z opiekunem!

- Rany, kto nie daje dziecku dokumentu na wyjazd! - rzuciłam

Potem już było o wielogodzinnej jeździe, o kasie na wycieczki fakultatywne, żeby zostawili kasę na powrót, bo sami muszą kupić sobie suchy prowiant, itd.

Pogadaliśmy chwilę, uzgodniliśmy jak zrobimy z wyjazdem, który miał być w środku nocy spod domu parafialnego i się rozstaliśmy.

Stwierdziłam, że sprawdzę, czy paszport Monsterina leży tam, gdzie powinien.

Wszystkie paszporty mam w jednym miejscu, natknęłam się w końcu na paszport Monsterina.

I datę ważności maj 2017.

Jeszcze raz - kiedy? Maj 2017. Myślałam, że zemdleję, jak sobie uświadomiłam, co to znaczy.

Była środa, 28 czerwca.

Monsterino wyjeżdżał w nocy 9 lipca.

Nigdy w życiu nie wyrobimy tak szybko paszportu.

No, ale jest jeszcze dowód osobisty i osobista ciocia, która wprawdzie w innym wydziale pracuje, ale na pewno ma koleżanki w sąsiednim wydziale.

A, żeby było jeszcze bardziej skomplikowanie - Monsterino i ciocia byli w leśnej głuszy, a my w Poznaniu.

Ciocia podeszła do sprawy pragmatycznie - tak, wiem, jak przyśpieszyć, co trzeba wypełnić, żeby dowód potraktowali priorytetem, bo przerobiłam to na koleżance, ale każdy dzień się liczy - niech Monsterino będzie u cioci o 10 rano w czwartek.

Aha - rodzic jeden jest potrzebny.

Mieliśmy jechać do dzieci właśnie w czwartek wieczorem, ale jeszcze nie byliśmy zapakowani na wakacje, gdyż jeszcze zanim Monsterino wyjeżdżał, to my mieliśmy nasz tydzień rowerowy w górach Kaczawskich.

Monstertata stwierdził, że szuka pociągu najbardziej porannego i on to załatwi (ja miałam w pracy ostatni dzień przed urlopem oraz zamknięcie miesiąca- wiadomo, co to oznacza).

Zadzwoniłam do Monsterdziadka do leśnej głuszy z prośbą, żeby podrzucił Monsterina do cioci.

- A na którą? - pyta dziadek - bo do teatru na 12 wszyscy idziemy.

Uff. Zdecydowanie zdążą.

Monstertata pojechał, złożyli dokumenty z Monsterinem. Monsterino nie załamał się na szczęście, gdy dowiedział się skąd ten pośpiech.

Dokumenty wystartowały do Warszawy, a nam pozostało czekać.

Dowód przyszedł we wtorek. Akurat tak kurier przyjechał.

Dziadek,który odebrał dowód, natychmiast przekazał go babci, która od razu dała go nam, gdy nas zobaczyła. Monsterino cały czas sprawdzał, czy jest.

A potem przysłał sms'a z granicy serbskiej, że przejechali.

Bardzo zadowolony z wyjazdu - choć z jazdy bardzo wielogodzinnej mniej - wycieczki za to - do klasztorow Meteorów i Aten oraz na plaże Sciatos bardzo na nim zrobiły duże wrażenie.

No i zadowolony był, że choć znał tylko swojego Jakuba, to jakoś przeżył z innymi, starszymi kolegami.

No i codzienne Msze święte... i modlitwy przed posiłkiem....

poniedziałek, 31 lipca 2017
wszystko dobrze, czyli wypadałoby coś w lipcu napisać

a tu czas goni jak szalony, bo jeździliśmy tu i tam, a jak sobie urlop robiłam, to i odpracować musiałam.

Z zeszłego tygodnia tylko jeden telefon do przytoczenia. Wszystkie Monstery były wtedy w leśnej głuszy.

Dzwoni Monster.

- Co tam u Was, udało Wam się pójść do kina? - pyta, bo tak się odgrażaliśmy

- Ach, gdzie tam - pracuję od 6 do 22 i nie mam na nic więcej czasu - przyznaję - a co tam u Was?

- U nas WSZYSTKO DOBRZE: Teodor leży drugi dzień z bolącym uchem, a Fryderykowi właśnie leci krew, bo wpadł na ścianę...

 

Ostatecznie Monsterino ma zapalenie ucha, a Monsterunio rzeczywiście radzi sobie bez matki wyjątkowo.

 

Aha - no i wyniki rekrutacji Monsterówny - biol-chem w Marynce. Bardzo zadowolona. Już zna 5 osób z listy, już mają swoją grupę na messengerze, młodzież bardzo sprawnie się organizuje.

niedziela, 25 czerwca 2017
lepszego początku wakacji nie można było sobie wymyślić

 

 

Świętowanie lata zaczęliśmy właściwie w czwartek wieczorem na uroczystym zakończeniu gimnazjum.

Były wzruszenia, dużo radości, zwłaszcza, gdy uczniowie odczytywali fraszki na nauczycieli, niektóre wybitnie udane. Monsterówna dostała GIM'a, czyli gimnazjową statuetkę w kategorii sport, wreszcie została doceniona i zauważona.Reszta bez zaskoczeń - świetne wyniki z testu, świadectwo z samymi piątkami i szóstkami - zapracowała sobie na ten sukces.

W piątek pojechała złożyć wszystkie świadectwa, dyplomy i zaświadczenia do liceum. Wiemy już, że do IB się nie dostanie, bo tworzą jedną klasę z samych laureatów, ale to po jej myśli, bo w sumie okazało się, że wcale nie była do tej nauki taka chętna.

Do której klasy dostanie się ostatecznie, będzie wiadomo w połowie lipca.

Monstera świadectwo do końca było niepewne, ale i on jakieś dodatkowe sprawdziany napisał, projekty przedstawił i czerwony pasek jest.

Monsterino z kolei czerwony pasek miał w kieszeni - u niego sprawa była bardziej honorowa - najstarsze Monstery miał w każdym roku podstawówki tytuł prymusa, czyli średnią powyżej 5,0, a jemu w zeszłym roku zabrakło 0,10. W tym się tak spiął, że poszybował z dużym okładem.

Na zakończeniu u Monsterina też miałam być kosztem zamykania miesiąca po nocach, bo Monsterino brał udział w przedstawieniu, a ponadto śpiewał w chórze (jego odkryta w połowie roku pasja). Śpiew z dnia matki (psalm Piotra Rubika) był tak pompatyczny, że niestety zbyt trzęsie mi się ręka ze śmiechu, by to opublikować, ale na jedną zwrotkę wakacyjnej piosenki się skuszę.

 

 

Natomiast największym zaskoczeniem były zawody akrobatyczne. Monsterino tak się bronił, żeby jakiekolwiek postępy w tym kierunku robić, powiedział, że absolutnie nie mam się pokazywać na zawodach - on na nie idzie, bo musi, a tu nagle dzwoni: szybko, szybko, przyjeżdżaj, bo za 10 minut dekoracja, mam brąz!

Taki ten nasz Monsterino jest. Teraz znowu mu się akro podoba.... do czasu pierwszej trudności w nowym elemencie.

 

 W tym samym czasie Monster pocił się podczas meczy badmintona, który jest teraz dla niego najważniejszym sportem świata. No i wstydu nie było, jak to ocenił Monstertata. Grał z graczami, którzy ładnych kilka lat trenują, a i tak zajął czwarte miejsce. Od nowego roku będzie w klubie. Jedyny minus, że te kluby, w których może grać i nie zbankrutujemy z tego powodu, są daleko od nas.(co najmniej godzinę drogi komunikacją miejską, samochodem też by tyle zajęło, gdybyśmy byli helikopterowymi rodzicami). Monsterowi to na szczęście nie przeszkadza - mówi, że śpi w autobusie w czasie drogi, albo książkę czyta.

Rekreacyjne łupanie ojca z synem weszło na wyższy poziom profesjonalizmu, zwłaszcza, że i Monstertata trenuje.

Ale to wszystko mało, jeśli chodzi o sobotnią aktywność fizyczną Monsterów. Podsumowując: od samego rana Monsterino był na zawodach akro, a Monster na turnieju badmintona, z którego przyjechał ledwo żywy. Monsterówna wyjątkowo lajtowo tylko w parku linowym była...

Wieczorem zaś wszyscy, prócz Monsterunia, który tym razem tylko w wózku zaległ, biegliśmy w Nocnym Biegu Świętojańskim. Chłopcy wprawdzie uprzedzali, że nie dadzą rady, ale Monsterino jak wyrwał do przodu to kolejny brązowy medal zdobył. Plus puchar, a puchary to on uwielbia, jak sam przyznał.

Jak się dobrze przyjrzycie, to na wielkim pniu w tle siedzi Monstertata i fil(m)uje z góry.

Monsterino biegł na 800 m, Monster, nie czując nóg, dał radę na 1500m,  a Monsterówna, pierwszy raz biegła już w biegu głównym - na 4,3 km. Ustawiła się w strefie czasowej ze mną, choć mówiłam jej, by do  przodu się przepchnęła, bo ja sobie będę spokojnie z wózkiem dreptać, a ona w tym tłumie będzie musiała wyprzedzać.

- Ja lubię wyprzedzać - skwitowała. I tak też zrobiła.

Nie muszę dopisywać, że była pierwsza w kategorii 16-19 lat? Z czasem 22:22. Ja dokulałam Monsterunia 5 minut później.

Monstertata biegł na 10 km i choć nie pobił życiówki, to i tak w swojej kategorii był trzeci.

To już wiadomo, po kim Monstery mają tak szybko przebierające kończyny.

*

Na tym dzień się nie skończył.

Przyjechaliśmy znad jeziora, przebraliśmy się, Monsterunia wrzuciliśmy dziadkom do usypiania i pognaliśmy na koncert - finał wzgardzonego przez obecną władzę festiwalu Malta.

Koncert Laibach  z orkiestrą symfoniczną, z chórem! W centrum miasta, koło przejeżdżających ekspresów w stronę morza lub stolicy - był genialny!

I gdy najpierw zagrali patetycznie Hymn Unii Europejskiej, a zaraz potem Europe is falling apart

to ciarki przechodziły po plecach.

Po Barbarians are coming ... and now you will pay miałam ochotę od razu zacząć działać na rzecz uchodźców.

Mocny, poruszający koncert.

*

Po koncercie Monstertata spakował rowery starszych Monsterów i zawiózł ich do leśnej głuszy.

MMS'a z pozdrowieniami dostałam o 4:47. Wariaci!


wtorek, 13 czerwca 2017
Jedenastolatek

 

11 lat temu to też był wtorek:) Monsterino wyskoczył, sam odkasłał wydzielinę i nawet nie zapłakał. Tak mu zostało na długo - zadowolony był. Z naciskiem na był.

Obecnie Monsterino to nastolatek pełną gębą. I nie chodzi tu o jego generalnie większy od starszego, anorektycznego brata, rozmiar.

Człowiek wielu twarzy. Tak naprawdę od pewnego czasu miota się w nim wiele istnień. I mam nadzieję, że miota, a nie że celowo i perfidnie wykorzystuje i rozgrywa nas swoimi humorami. Bo to by było dopiero przerażające.

Monsterino to człowiek uzależniony od technologii. A ponieważ nadal stoimy na stanowisku, że przywiązanie do urządzeń elektronicznych nie jest tylko właściwe i pożądane, ale i niebezpieczne, to nadal nadzorujemy i ograniczamy to uzależnienie. Choć to zabawa w kotka i myszkę.

To samo dotyczy słodyczy. Jak już nie kupuję, to teraz znajduję papierki po batonikach pod szafą i łóżkiem, kupione z kieszonkowego...

Z dobrych strony Monsterina, to prymusem jest. Nauka mu idzie w miarę lekko, naprawdę nie siedzi nad książkami, a średnią powyżej 5 ma. I w tym roku nawet nie przeglądam mu zeszytów (bo mnie odrzucają jego bazgroły), a i przepytywać czasu za bardzo nie mam, więc sam musi kontrolować, co i na kiedy. I daje radę. Ogarnia;)

 

Poza tym wciąż gra w piłkę,

 

natomiast w akrobatyce nie ma żadnych ambicji, więc w tym roku nawet na obóz letni nie jedzie. Odkąd przestałam go na angielski z native'm naciskać, to chodzi na angielski w domu kultury i według niego więcej się uczy. Na pewno, skoro sam z siebie, a nie pod przymusem.

Ciężki czas przeżywamy zatem z naszym jedenastolatkiem i bardzo mocno życzyłabym sobie i jemu, by ten ciężki czas szybko minął i nareszcie z kokona wychynął piękny motyl.

Bo jestem bliska wyjścia z siebie, a monstertata czyni to prawie codziennie.

A taki mamusiny syneczek był....

(bywają momenty, gdy nadal jest)

czwartek, 01 czerwca 2017
ciu-ciu-ciu moje słoneczka najsłodsze, aniołeczki najdroższe

 

Daleka jestem od słodko-pierdzącego oglądu na macierzyństwo. Być może zdarzyły mi się w przeszłości takie MOMENTY, no i teraz przy Monsteruniu naprawdę trudno pozostać surową matką, jako że nasza maskotka (bardzo trafne określenie - zemści się na nas takie jego traktowanie, ale nie widzę alternatywy) jest w cudownym wieku.

Starsze Monstery mają swoje dni lepsze i gorsze, za to Monsterino ostatnimi czasy trwale po ciemnej stronie mocy się znajduje. Lledwo wczoraj od nieodpowiedzialnych kretynów go wyzwałam, co przeczy WSZYSTKIM PORADNIKOM I KURSOM, które przeczytałam i przeszłam. Nigdy w życiu nie powinnam tego była robić, ale widocznie potrzebuję wakacji, odpoczynku od niego i szkoły, bo mi żyłka pęknie.

Rozumiem, że facet dojrzewa i jest ciężko.

Ale kto nie ma ciężko, niech się cieszy i nie wychyla, bo fortuna kołem się toczy.

Po raz kolejny, ba - codziennie -  trzeba powtarzać to samo: odnośnie sprzątania po sobie oraz w sprawie treningu, na który musi zaraz wyjść, by zdążyć, a na który nie wychodzi, bo nie wiadomo, dlaczego. Czy chce dalej tę piłkę trenować czy nie, niemożliwością jest się dowiedzieć.

No i należy przed nim CHOWAĆ i HASŁOWAĆ wszelkie urządzenia z ekranikami (dotyczy to także - i tu muszę przestrzec Monsterbabcię przed wakacjami - najstarszych modeli telefonów, które mają li jedynie grę typu wąż. Też się nada). Wprost mówi, że owszem, jest uzależniony. I co zrobisz takiemu? Uzależnienie to choroba.

Zatem zanim odwyk wakacyjny nastąpi, jeszcze parę prac niestety trzeba wykonać na komputerze, a przy tym, jeśli nie stoi się bezpośrednio nad nim, zawsze możliwe są prace równoległe na innych otwartych oknach. Multitasking ma opanowany, to trzeba przyznać.

 

A właściwie, czego ja wymagam od młodzieży.

Nienajkrótsza anegdotka z pracy.

Przyjmujemy na stanowisko instalator-monter. Do przyuczenia, wykształcenie techniczne średnie się nada, przez rozmowy przechodzi dwudziestolatek, który ledwo technikum kończy, ale bystry jest, proponują mu pracę. Chłopak ledwo 4 lata od Monsterówny starszy, dzieci już zaczynają pracować, zgroza!

W każdym razie prosimy go o dane, wystawiamy skierowanie na badania, ma przyjechać odebrać.

Nie można się do niego dodzwonić.

W dniu badań dzwoni, że zgubił telefon, ale już ma nową kartę i czy można przesunąć badania, bo on nie ma jak dojechać (20 km do firmy z domu). Zdarza się.

W cv ma mistrza w taekwondo, więc myślę, że na rowerze mógłby, no ale cóż. Może nie chce się spocić.

Pytamy, jak będzie dojeżdżać do pracy, bo na rozmowie to nie był dla niego problem.

Otóż rodzice go będą "wyrzucać", bo sami jeżdżą.

Ok.

Ostatecznie godzinę przed badaniami (niech pan niczego nie je, bo badania krwi - tylko zjadłem na śniadanie kanapkę z szynką) zajeżdża z ..... dziadkiem.

Dziadek tarabani się do dyrektora chcąc jeszcze o warunkach pracy porozmawiać.

Dyrektor wyprasza dziadka, mówiąc, że wnuk jest pełnoletni i to z nim jest podpisywana umowa.

Wręczone przez nas skierowanie i ankietę personalną dziadek wyrywa z rąk młodzieńca.

Czarno widzę przyszłość takiego pracownika i naszą z takim pracownikiem.

Ma przyjechać z badaniami podpisać umowę.

Ostatecznie nie stawia się na badaniach i nie odbiera telefonu.

Dyrektor podejmuje decyzję, że nie będzie rozmawiać z rocznikami powyżej 91, ale chyba generalizuje...

wtorek, 30 maja 2017
nagły wzrost okularników w rodzinie oraz inne wpadki w rodzinie wielodzietnej

 

Dobijała się do nas szkolna pani pielęgniarka, bo się w ostatnich miesiącach wzrok Monsterina pogorszył, a my nic z tym nie zrobiliśmy.

Ups. Problem wielodzietnej rodziny - może coś tam umknąć. A że nie skarżył się Monsterino na bieżąco, to się o wizycie u okulisty zapomniało.

Aż nadszedł ten wiekopomny dzień, który ukazał, że monsterdziadek nie tylko Monsterównie przekazał swoją wadę... Monsterino ma taką samą, tylko głębszą. A już myśleliśmy, że możemy winę na komputer zwalić, a tu nic z tego: znowu winny jest dziadek...

Teraz musimy się wybrać do optyka. Choć Monsterino lepszy na zakupach od Monsterówny (uwaga  - udało nam się kupić suknię na bal oraz parę podstawowych ciuchów w ciągu dwóch godzin! chyba doprowadzamy zakupy do perfekcji - aczkolwiek Monsterunia zostawiłyśmy w domu)

to już mi cierpnie skóra na myśl o ponownym odwiedzeniu centrum handlowego. No, co ja poradzę, gdy nie lubię.

A tymczasem zupełnie zapomnieliśmy, że pylą trawy i Monster w zasadzie nie powinien żadnych aktywności sportowych na zewnątrz wykonywać, a tu w jeden weekend biegł w Color Run (5 km plus dobiegnięcie do i z mety, razem spokojnie pod 10 km),

 

a potem jeszcze w Tarnowie Podgórnym w ramach Biegu Lwa machnął 2 km.

I padł.

Pani doktor potępiła spojrzeniem Monstertatę, ale na naszą obronę muszę przyznać, że dzięki odczulaniu naprawdę już zapomnieliśmy o alergii Monstera. Już prawie w ogóle nie ma ataków.

Prawie było w zeszły weekend. Teraz już jest dobrze.

Wracając do Monsterina - on też biegł, i tu i tam. My się tylko z Monsteruniem wymiksowaliśmy w tym roku.

 Z innych nieszczęść, to Monsterówna zgubiła Pekę i kartę bankową, bo jej się z ogrodniczek wysunęły.

Na szczęście kartę udało się zablokować, zanim ktoś odkrył, że można płacić dotykowo, a zanim duplikat peki dostanie, niestety rowerem do szkoły dojeżdżać będzie musiała. Wiem, wiem - nie wypada i koszmar.

I gdyby nie była w rodzinie wielodzietnej, to by się ją pod szkołę podwoziło.

Nie wiem. Może. Tylko po co takie gdybanie.

piątek, 19 maja 2017
maj miesiącem rekrutacji

 

Niepostrzeżenie nadszedł maj i panika, bo Monsterówna nadal niezdecydowana, które liceum (chociaż tyle, że liceum, a nie szkołę zawodową) wybrać.

W tym roku wielkimi bukwami na stronie rekrutacji wytłuścili, że nie ma możliwości zmiany szkoły po złożeniu wniosku, więc tym bardziej blady strach na nią padł.

No bo koniec: jak wybierze, tak będzie.

Złośliwie czyniłam przytyki, że ewentualnie może poczekać, jak wszyscy inni wybiorą i brać, co zostanie, ale nie wzięła tego sposobu na poważnie, nie wiedzieć, czemu.

Metodą eliminacji negatywnej (bo sobie pozwiedzała szkoły na dniach otwartych i targach) wybrała dwa licea. Trener byłby zadowolony, gdyby do pierwszego się dostała, bo najbliżej i jest szansa, że będzie lądować na sali nie zawsze ostatnia, jak dotąd.

Rekrutacja odbywa się on line, ale wypełniony i wydrukowany wniosek, podpisany przez oboje rodziców, musi zostać złożony w szkole pierwszego wyboru. W przeźroczystej koszulce:) Wtedy dopiero jest zatwierdzony! Cudowne połączenie nowoczesności z tradycją. Pani w sekretariacie jak zwykle rules.

Do klas dwujęzycznych i IB nabór kończył się wczoraj. No i kiedy Monsterówna złożyła podanie?

I tu Was zaskoczę

- o nie, nie 10 minut przed zamknięciem sekretariatu, nie.

Rano.

Zadzwoniła do mnie, żeby poinformować, że zdążyła.

Specjalnie do szkoły swojej obecnej nie poszła, żeby zdążyć.

To się nazywa: poświęcenie dla rekrutacji.

Do IB ma egzamin w weekend, szanse marne, bo dzikie tłumy - 3 osoby na miejsce, a laureaci w olimpiadach, którymi Monsterówna nie jest, mają pierwszeństwo. Jedynie na wielodzietność oraz punkty za osiągnięcia sportowe w dwóch dyscyplinach ma (bo i biegi w lidze gimnazjalistów jej pięknie wyszły - dostała brąz na 1000m).

Ale ponieważ do końca przekonana do IB nie jest, żałować nie będzie. W kolejności następnej wybrała jednak biol-chem, a na końcu mat-geo i mat-fiz.

Jakby się nie wydarzyło, będzie dobrze. Uwielbiam jej podejście do życia!

piątek, 05 maja 2017
lepiej nie sugerować się prognozą pogody

 

Prawie dwa dni zajął Monstertacie generalny przegląd naszej floty rowerowej. A później dobrych parę godzin pakowaliśmy monsterautobus: trzy rowery na bagażniku, dwa wewnątrz, a jeszcze przyczepka w kufrze. Teraz mamy to opanowane i wracając poszło nam szybciej.

Wbrew prognozom pogody mieliśmy fantastycznie - choć chłodno, ale słonecznie. Monstery odpuściły sprzeczki, mają doskonałą kondycję, więc tylko pytały - ile kilometrów i dawały na maksa do przodu. Ja ledwo nadążałam w ogonie.

 

Odetchnęliśmy, uśmiechnęliśmy się, przydał się nam wszystkim taki głęboki oddech

piątek, 28 kwietnia 2017
punkty zwrotne, albo zapalne

 

Monsterówna zaczęła mieć żołądkowe przeboje, więc po kilku wizytach u pani gastroenterolog i kuracji antybiotykowej, rozpoczęła życie na diecie eliminacyjnej. Bez laktozy i glutenu. Jest trochę lepiej, ale na pewno mozolnie, jeśli chodzi o komponowanie posiłków. Zresztą dieta nastolatków to temat na osobny wpis.

Monsterówna ma ciągłe pretensje, że za mało zajmujemy się jej problemem i że pichcenie kukurydzianych naleśników czy owsianych placuszków zajmuje mnóstwo czasu. Nie biorę skarg do siebie, ja mam minimum czasu dobowego do niepracowej egzystencji i w żadnym scenariuszu w wolnym czasie nie gotuję.

Zazwyczaj wychodzę z domu tak wcześnie, że prawie cała ekipa jeszcze śpi, ale dzisiaj, w związku z pakowaniem się na majówkę, postanowiłam pracować z domu. No i zobaczyłam, jak to Monsterówna czyta książkę przegryzając jogurtem (bez laktozy) jeszcze o 7:30 i wyraźnie daje mi do zrozumienia, że to moja wina, iż skończyło się właśnie jej mleko i że MUSI CHYBA ZJEŚĆ DZISIAJ OBIAD W SZKOLE (zgroza!).

To nic, bo o 7:30 Monster przewracał się na drugi bok, gdy zdziwiona poszłam zrobić przegląd ciuchów do prania. 

Okazało się, że on wstaje o 7:35 i od razu leci na tramwaj. Czyli nasze napominania o śniadaniu, jako najważniejszym posiłku dnia ma w głębokim poważaniu. On nie jest rano głodny.

Rzeczy do prania też nie ma w koszu na brudy za dużo, ale zlokalizowałam już dwie, interesujące sterty - jedną na środku pokoju Monsterówny, drugą przy komodzie Monstera.

Może to jest odpowiedź. No nic - w lesie, wśród błota i może śniegu, lekko przechodzone rzeczy będą ok.

Ja ze swojej strony zapakuję wszystkim czapki i szaliki. A na rowery jedziemy, nie na narty.

 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017
sama radość

 

- Jak odbieram Monsterunia ze żłobka, to go pani Karolina zawsze ulizuje - skarżę się Monsterównie

- A ile razy go odebrałaś? Dwa? A już mówisz, że zawsze - strofuje mnie Monsterówna

****

Późny wieczór, ciemno i zimno, ja już udaję się do sypialni, a tu widzę, że Monster szykuje się do wyjścia.

 

- Dokąd idziesz? - pytam wcale nie agresywnie

- A co, nie pozwolisz mi? - napada na mnie Monster

- Pozwolę, tylko chcę wiedzieć, dokąd idziesz i na jak długo?

- Po co?

- Żeby wiedzieć, co powiedzieć policji, jak nie będziesz za długo wracać - tłumaczę

Monster przewraca oczami, oczywiście nie dotrzymuje czasu powrotu, jeździ rowerem po nocach w parku, bo wtedy nie ma ludzi wokół i pewnie może szaleć po górkach. Nie wiem.

Z nastolatkami jest wesoło.

Wiecznie trzeba się albo im tłumaczyć, jeśli czegokolwiek się od nich chce. I obrażają się pasjami.

Ale z drugiej strony lazagne zrobią, dziecko przypilnują, testy napiszą.

No ja bym testów gimnazjalnych już nie zdała. Szczególnie z przyrody. Szacun dla młodych.

sobota, 15 kwietnia 2017
najpierw wokół jeziora, a potem ze święconką

tym razem malutki sukces Monsterunia - nareszcie bieg do przodu - 200 metrów do mety:)

Świąteczne uściski dla Was wszystkich od króliczej mamy i króliczka

 

Relacje z lekkim poślizgiem

Od najbardziej aktualnych,czyli monsterowy występ miesiąc temu:)

Dalej nie przeszli, ale dobrze się bawili w Gdyni, podglądali najlepszych i mają duże chęci spróbować być jeszcze bardziej kreatywnymi w przyszłym roku.

Jakość filmu, szczególnie dźwięku, wymaga skupienia i pump up the volume.



 

Oraz zawody sprzed tygodnia.

Monsterówna, dzielna i najbardziej pracowita sportsmenka, którą znam nareszcie z sukcesem wystąpiła na Pucharze Polski.

Miliony powtórzeń, lata treningu (9lat!), nigdy nie powiedziała, że jej się nie chce...

 



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 55
Archiwum
do Monsterowa tędy