sobota, 24 maja 2014
penegiryk

 

Będzie to wpis z cyklu tych, co same cisną się na klawisze bez udziału mózgu, gdyż mózg zajęty jest marynowaniem zabitego ptaka, a sprawozdaniem finansowym na podstawie budżetu. Pomiędzy myciem młodych ziemniaków, a ogórków obieraniem, choć to młodzież powinna robić, ale młodsze pokolenie bezwzględnie prawdomówne oraz asertywne jest, więc oznajmiło, iż absolutnie za gorąco dzisiaj na prace domowe i już raczej wolą rezygnację z przywilejów, jakie daje regularne w obowiązkach domowych uczestnictwo, niż obierać, siekać kroić i przy patelni czuwać.

Zatem co zostaje Monstermamie, która chce mieć wszystko - na przykład dom zadbany, nawet jeśli po kątach czają się pajęczyny (mają nazwę łacińską te pajęczaki, kolega entomolog przyszedł, spojrzał i powiedział, ale matka myślała wtedy, czy jakiegoś kosztu w zamknięciu miesiąca nie pominęła, zatem nazwy zgrabnej, pasującej do snującego sieć stworzenia nie zapamiętała, Wstydź się, wstydź!)

- Społeczeństwo jest niedouczone - wyraził sąd swój kategoryczny entomolog-kolega - naukowiec, a jakże. I matka ma kolejny powód, by nie być dumną z egzystencji swej miałkiem, tylko pomiędzy pracą a domem, domem i pracą rozpiętej, którą i tak z mozołem dzierga i naciąga dobę za krótką, a tu jedna taka opinia gorzka i wszystko do kosza, wszystko przekreślone, a delegacja dwudniowa na drugi kraniec Polski nieuzasadniona moralnie, bo dzieci zadowolone jadły pizzę i nawet nie dzwoniły z problemami.

I po co było się przejmować? Organizować, przekazywać informacje i komendy, gigabajty bardzo ważnych spraw, o której odebrać, z czego przepytać, jak sobie doskonale sami radzą już. Syndrom pustego gniazda, choć gniazdo jak najbardziej pełne, wręcz zagracone.

Będzie to więc wpis niesponsorowany, bez konkursu dla tych nielicznych czytelników, którzy po zamknięciu bloga jeszcze na niego wchodzą, by zobaczyć, czy i jak radzi sobie matka z balansowaniem pomiędzy światami równoległymi oraz żonglowaniem zadaniami.

Nie, nie będzie tu konkursu z rozdawaniem nagród. Unia Europejska nie przyznaje dofinansowania do zamkniętych blogów, trzeba mieć target, trzeba być targetem, trzeba się wstrzelić w czas i miejsce oraz właściwy temat.

Nie będzie to też typowy coming out, raczej przy okazji zwierzenie, takie dyrdymałki, które potem przyjemnie się czyta po latach przy drugiej kawie, pomiędzy korektą bilansu, a planowaniem wakacji, w przerwie na lancz, pomiędzy conference call'em (tak to się mówi w korporacyjnym żargonie, odwykłam, od tej korpomowy, a teraz znowu miewam call'a na dziesiątą) a zebraniem w sprawie budżetu.

I nawet nie będzie to praca na zaliczenie, nie na podwyższenie oceny semestralnej, nic Monstermama nie dostanie za ten wpis, żadnej wierszówki, ani poklasku, ani poklepania po ramieniu. Oraz żadne zwierzęta nie ucierpnią przez Monstermamy to pisanie, gdyż skoro świt Monstermama, ledwie oczy otworzy, to kotu jeść daje, a i żółwia kąpie. Choć to zwierzęta monsterchłopców i ich odpowiedzialność.

Tylko, że Monstermama nie pisze wpisów, by cokolwiek za to mieć, pisze, bo musi inaczej się udusi.

Zlatują litery bez udziału mózgu, bo mózg myśli jak pogodzić przywiezienie Monsterówny ze zbiórki po pielgrzymce...

- Zobaczysz, jeszcze jej się spodoba - grzmi Monstertata w domyśle, że zostanie nam Monsterówna zakonnicą. Mózg Monstermamy jeszcze nie przetworzył tej rewelacji, nie ocenił, nie sklasyfikował, do szufladki nie wrzucił, mózg myśli jak przywiezienie Monsterówny pogodzić z obecnością w domu, bo wtedy po Monsterina przyjedzie transport na nocowankę. Mózg nie pracuje zbyt dobrze, przeciążone łącza ani chybi - przecież dobre pół godziny jest różnicy miedzy tymi momentami w czasoprzestrzeni, zdąży się bez problemu, lepiej zająć się tą zupą- trupą już prawie druga, obiad musi być, obiad to wyraz troski każdej matki o pisklaki, żeby zbilansowana dieta wytworzyła odpowiednie zdrowe-nowe, nieprzeciążone połączenia w mózgu, ich mózgu, żeby to oni dbali o zwierzaki, przyszłość mieli, szczęście, radość, i by całe swe dorosłe życie nie uczęszczali do psychiatry, by na kozetce o swej toksycznej matce wywody snuć. I daj nam Panie, żeby na emeryturze za długo nie żyć, bo nie będzie za co. Amen.

I teraz dochodzimy do sedna, do tematu wpisu, do tego, dlaczego taki mus mózg Monstermamy odczuł, że zamiast warzyć zupę, a Monsterchłopcy już niedługo zakołaczą do drzwi po wycieczce do Bramy Poznania, do której wejściówki Monsterrodzina otrzymała dzięki byciu wielodzietną, Monstermama kaleczy tu język ojczysty. Jakikolwiek inny też by koślawiła, mniej lub bardziej, dlatego wy, nowe pokolenie, bez kartek wychowywane, wy moi drodzy macie wszystko w sklepach, paszporty w szufladzie i MOŻLIWOŚCI. Idźcie i korzystajcie. Macie to robić i już. Dlaczego nie słuchacie moich poleceń???

Zupa jeszcze w surowych częściach składowych, a tymczasem Monstermama siedzi i pisze, a wcześniej czytała! Zbrodnia to niedoskonała, stół się lepi, kot roznosi żwirek z kuwety, a Monstermama siedzi i pisze, a wcześniej czytała!!!

I tu już będzie akcja - kulminacja, dla tych dzielnych śmiałków, którzy do wpisu końca dotrwali. Którzy zamiast inne ważne czynności życiowe dokonywać - litery w wyrazy i zdania składali. I tym samym sekundy i minuty życia swego marnowali.

Gdyż jakiś miesiąc temu Monstermama wyciągnęła Monstertatę do teatru (oklaski!) na pewnej autorki z MŁODEGO POKOLENIA (czytaj: siksy pewnej, co urodziła się, gdy Monsterodzice już dumnie pierwsze litery kreślili, co ona o życiu poważnym może wiedzieć. Ledwie jedno dziecko ma, co ona tam może wiedzieć) sztukę.

Jak taka młoda może TAK pisać. Frazą trafną, bezbłędną, w ucho tak wchodzącą, w sedno trafiającą, bez zbędnego zająknięcia czy potknięcia mknącą.

Masłowska Doroto - kocham Panią!

Dzięki Pani tekstom uśmiecham się od rana  (nie tylko, muszę wspomnieć tu Wszystkich Członków Akademii i Monstertatę, by nie byli urażeni, żeby cichych dni uniknąć). Jak się to pani udaje, tak akuratnie naszą rzeczywistość w słowa ująć, to dla mnie tajemnicą pozostanie, bom niewyedukowaną w tej materii, przez winę własną została. Choć miejsca na półkach brak już od dawna, prędzej Chmielewską do biblioteki oddam (no może oprócz Lesia) niż pani książki miałyby cisnąć się jako podpórka zamiast złamanej nogi naszego łoża małżeńskiego (w tym charakterze akurat świetnie się sprawdzają  tomy Czarodziejskiej Góry, ponieważ są w solidnych twardych okładkach, a i prędzej niż na emeryturze do nich nie wrócę)

W oczekiwaniu na kolejne pani kazania, oddalam się w końcu do marchewki obierania.

Monstermama

wtorek, 20 maja 2014
od razu lepiej

gdy rano nie trzeba pięciu warstw na siebie wdziewać, tylko w krótkich gaciach na rowerze gnać.

Nawet Monsterino, który uważa wtorek za najgorszy dzień tygodnia, dzisiaj wyjątkowo nie jęczał (wprawdzie zbił sześć talerzy podczas opróżniania zmywarki, ale to ZUPEŁNIE inna bajka)

Monster przemyślał sprawę zakręcenia w swym uporze i strachu przed zęby szczerzącą trampoliną i poszedł do trenera, by mu pomógł w powrocie do formy. To, że jednak ręka jest pęknięta, wobec czego skacze jeszcze tydzień z gipsem, okazało się ABSOLUTNIE  nie przeszkadzać. (Choć w zeszłym tygodniu było barierą nie do przejścia).

Być może trochę go przekonałam swoim wywodem na temat marnowania talentu, a ponadto czarno na białym zostało lenistwo ukarane - koszt przebywania na obozie jego skromnej osoby jest prawie dwukrotnie wyższy od kosztu Monsterówny, która nie obija się NIGDY.

Tak jak Monstera można nienawidzić za jego swobodne (choć nie mogę powiedzieć, że lekceważące) do obowiązków podejście, a  jednocześnie łatwość wiedzy przyswajania w tzn. międzyczasie (ileż to razy Monsterówna się burzyła, że jej brat ma podejrzanie dużo wolnego czasu), tak Monsterównę można przeklnąć za jej pracowitość, dokładność oraz perfekcjonizm.

Czy ta dziewczyna nigdy nie powie dość? Wiecznie ganiana po akademiach, bo ładnie czyta, przedstawia i konferansjerkę odstawia, gazetkę klasową ozdabia, w chórze śpiewa, w samorządzie uczniowskim się udziela.

- Naprawdę nikt inny nie może tego zrobić? - pytam, gdy jest już grubo po 22, ona prosi, by ją zbudzić o szóstej, bo jeszcze nie zdążyła pouczyć się na sprawdzian z przyrody, a tymczasem ściboli bibułkowe kwiaty na gazetkę

- Wysłałam smsy, ale na wszelki wypadek muszę przynieść, bo jestem przewodniczącą - tłumaczy jak krowie na rowie.

Jeszcze delegowania obowiązków musi się nauczyć.

- Pomalowałabym sobie, fajnie było w muzeum, kiedyś chodziliśmy częściej - wspomina sobotnią Noc Muzeów - gdzie robili z Monsterinem (Monster wymiksował się na urodziny do kolegi) koty- magnesy na lodówkę

Z Nocą Muzeów jest taki problem, że jest tylko raz w roku. Duży błąd. Udało nam się zahaczyć li jedynie o Muzeum Narodowe i Archeologiczne. A Monsterówna planowała jeszcze IPN o 23, tyle tylko, że nam Monsterino zastrajkował godzinę wcześniej. (Całe szczęście - ja też już byłam zmęczona, tylko Monsterówna siedziałaby kaligrafując przez całą noc - mówiłam już, że to cyborg?)

To teraz mam zadanie informować Monsterównę o możliwościach malowania w muzeum ORAZ kaligrafii. Jest wprawdzie planowany kurs od września, ale dla dzieci powyżej 16 roku życia, bo pani stwierdziła, że młodsze nie wytrzymają trzech godzin ze stalówką. Pani po prostu nie poznała jeszcze Monsterówny.

czwartek, 15 maja 2014
malutko a cieszy

 

Ha! Mimo wszystko na coś się zdały moje nerwy zszarpane i zepsuta atmosfera oraz relacje między dziećmi a rodzicami - Monsterino zdecydowanie poprawił swoje szkolne wyniki.

Pani tylko zapytała, czy bardzo przykręciłam mu śrubę, bo ostatnio każdy sprawdzian oddaje ze łzami w oczach. Czy aby dobrze napisał. No to może jednak przesadziłam z dyscypliną - po niefortunnym sprawdzianie z matematyki, kiedy okazało się, że Monsterino raczej zgaduje niż rozumie sens zadań z treścią, przerażona DALEKOSIĘŻNYMI KONSEKWENCJAMI wdrożyłam program intensywnego poprawiania rozumienia słowa pisanego.

Jedno zadanie dziennie, ale za to codziennie.

I wydaje się, że nareszcie zrozumiał, w czym rzecz. Już rozważa z sensem, a nie wyrywkowo, aczkolwiek kreatywnie, łączy liczby podane w treści.

Trafnym posunięciem było także wprowadzenie złotej zasady do czytania versus grania. Działa! Fakt, że sam zauważył, że teraz więcej stron czyta w tym samym czasie, co jest przecież NIE-SPRA-WIE-DLI-WE! Ale i zdarza się, że nie kontroluje tak bardzo czasu, tylko prawdziwie zatopi się w czytaniu. I o to mi chodziło.

Ostatnio lekturę, o której po prawdzie zapomnieliśmy, więc trzeba było na cito przeczytać: "Czarną Owieczkę" połknął w drodze do i z basenu. Czyli w pół godziny. Pamiętam, że Monsterowi zabrała ona tydzień z życia. Tyle, że on czytał po 5 minut dziennie. Na Monstera usprawiedliwienie dodam, że w tamtych zamierzchłych czasach nie przesiadywali jeszcze przed komputerem, a poza tym nadrabia obecnie - potrafi nawet po 2 godziny ciągiem czytać. Już pisałam, że uwielbia serie, więc jak się chwyci nowej (Percy Jackson jest obecnie przy łóżku), to siedzi, aż przerobi.

Ponadto po raz kolejny okazało się, że Matka ma jednak rację, gdy jojczy, by systematycznie słówka powtarzał, bo pani z Niemca zrobiła sprawdzian, on umiał. Nawet na jednym słówku się nie zająknął. Szybciej od Najlepszej -Z-Niemca koleżanki kartkę oddał. Pani go pochwaliła.

A żeby nie było za różowo, to na WFie Monster dostał piłką w rękę, co skończyło się na Krysiewicza (via Luxmed, który okazał się nieposiadający RTG, więc wyprawa zamiast paru godzin zajęła Monstertacie i ofierze prawie cały dzień). Ręka silnie stłuczona, nie złamana, ale ćwiczyć przez półtora tygodnia nie może.

- O to ci chodziło, co? - pytam złośliwie, jakoż ostatnio to nasz najsłynniejszy migacz antytrampolinowy

- Przecież specjalnie nie dałem sobie walnąć! - burzy się Monster

Niby nie, ale jakiś taki mało zmartwiony całą sytuacją, chociaż to prawa ręka i pisze ledwo co.

wtorek, 13 maja 2014
Dawkowanie po łyczku

 

Przegapiliśmy Monsterową fazę pyłkowego ataku i koniec końców wylądował u pani Alergolog. Innej, bardziej stanowczej. I dobrze, bo do pionu Monstera i jego jęki postawiła - nakazała mu samemu brać się za siebie i odpowiedzialność za swoją alergię wziąć. Że to on ma sam wiedzieć, co pyli i kiedy oraz odpowiedni lek we właściwym czasie zaaplikować. Gdyż jest wystarczająco dorosły na to.

Trochę nam to zdjęło ciężaru z pleców (że nie całkiem to nasza wina),  nowe leki dostał, podobno nowszej generacji, usg brzucha nic nie wykazało (jego często bóle mogą być powiązane też z alergią), a zupełnie bonusowo dowiedzieliśmy się, że ma dwie śledziony!

Cały czas twierdzi, że boi się skakać. Doszło do takiego kuriozum, że Monsterino wyżej od niego skacze (choć bez salt).

Trener odpuścił mu na parę tygodni, ale skoro w świetnym stylu zakwalifikował się do olimpiady, to fajnie by było, gdyby jednak wziął w niej udział. Monsterówna brutalnie wygarnęła mu, że komuś innemu miejsce zajął, to teraz ma obowiązek skakać. Nie rozumie, jak można się bać skakania.

Gdyż Monsterówna się nie boi. To jest żelazna dziewczyna! Wiedziała, że musi zaliczyć eliminacje, obliczyła nawet, że pięć dziewcząt musi przeskoczyć. I to zrobiła. Nawet lepiej, bo nie tylko pięć dziewcząt, ale na piątym miejscu zakończyła!. Trener chciałby oczywiście wyżej (w sensie bezwzględnym i klasyfikacyjnym), ale wiadomo, że trenerowi nigdy dosyć.

Poza tym zebranie szkolne przedostatnie było, a po nim ryknęłam na Monstera, że niezupełnie tak kolorowo jego cenzurka będzie wyglądać, jak to on przedstawia. Owszem, oceny są DOBRE, ale nie BARDZO. Dobre bez wysiłku. I niby powinnam odpuścić, w końcu tylko się cieszyć, że dziecko ma dużo czasu na treningi i spotkania z przyjaciółki (czytaj: gra w minecrafta online), tylko że niech trochę poczuje, że też coś MUSI. A nie tylko - Monsterówna dzień w dzień siedzi i robi, a ten zadania domowe w szkole załatwia, na sprawdzianach pisze to, co zapamięta z lekcji i gotowe. Dobry.

- Wystarczyłoby, żebyś raz przeczytał coś przed sprawdzianem i byłby bardzo dobry, wiesz,że oceny liczą się do gimnazjum - truję

Przewraca oczami.

- Uważam, że lepiej być najgorszym z najlepszych niż najlepszym z najgorszych - wygłasza złotą myśl Monsterówna (vel Doskonały Damianek)

Niby Monster też tak sądzi, bo co z tego, że ma jedyny w klasie DOBRY, a reszta niżej, to klasie równoległej proporcja byłaby odwrotna.

- Nie obchodzi mnie, co mają inni - mówię, bo naprawdę mnie to nie obchodzi. Chcę, by Monster miał bardzo dobre oceny i dostał się do gimnazjum, do którego pójdą dokładnie tacy sami bardzo dobrzy uczniowie. Żeby zobaczył, że można mieć ambicje, żeby wiedzieć coś więcej niż się usłyszy w międzyczasie (tzn. w czasie między przerwami i sesjami minecrafta).

Niby to patologiczne podejście, bo powinnam chcieć, żeby moje dziecko było szczęśliwe nawet, gdy nie będzie ambitne. Tylko, że skąd on może wiedzieć, czy to mu nie przyniesie szczęścia, jeśli nigdy tego nie posmakuje. Tego, czyli wyzwania intelektualnego. Atmosfery, w której pęd do wiedzy nie jest obciachem. A nie musi specjalnie się wysilać. Więc jak dla mnie to marnowanie talentu. Grzech, że tak walnę z grubej rury. Zatem dalej będę go cisnęła, póki jeszcze choć jednym uchem słucha moich kazań. Bo za chwileczkę, już za momencik, może wejść w fazę, której nie dam rady.

środa, 07 maja 2014
Monstery stoliczne

 

Monstery w końcu nawiedziły Warszawę,

która powitała nas deszczem i zimnem.

Monsyrenka

Wszystkie podstawowe punkty programu zostały zaliczone:

 

Przede wszystkim Centrum Nauki "Kopernik". (oficjalnie zazdrościmy Warszawiakom)

Myślałam, że nigdy tego nie powiem, ale jest lepsze od Muzeum Techniki w Berlinie. Co wydawało się niemożliwe.

Monsterowi niewiele trzeba do osiągnięcia takiego odbicia w lustrze w rzeczywistości.

 Tatuś malutki, synek dużutki (niewykluczone, że tak się stanie - Monsterinowi z kolei malutko potrzeba by dogonił wagą i wzrostem starszego brata)

 Za to Monster jest... wyluzowany (choć twierdzi, że niekoniecznie)

W walce na umysły wygrał jednak z Monsterówną - ale trzeba przyznać, że fale mózgowe obojga były na zbliżonym luzie.

 W roku, w którym ostatni już raz na liczniku ma z przodu trójkę - Monstertata MUSIAŁ przed swoim jedynie słusznym radiem zrobić słitfocię. Choć nie na fejsbuka.

 W czasie majówki pogoda się poprawiła.

A Chopin tkwił niewzruszenie.

Obowiązkowy punkt wycieczki rowerowej.

I już nie taki mały wspinaniec.

 

Wspaniale było. Koniecznie musimy jeszcze wrócić.

sobota, 26 kwietnia 2014
na huśtawce

 

Monstery sprawdziły się na medal, jeśli chodzi o świąteczno-wiosenne przygotowania i porządki. Podzielili między siebie szafki i szuflady kuchenne - wysprzątali, powyrzucali przeterminowane produkty - wzorowa siła robocza po prostu. Przed produkowaniem potraw świątecznych też się nie wzbraniali, koszyczek na święconkę sami ogarnęli, no nachwalić ich się nie mogę - genialnie jest mieć takie już duże dzieci. A najlepsze jest to,że jak któreś uporządkuje jakąś szafkę, to  bierze za nią osobistą odpowiedzialność - Monsterino na przykład, ruga teraz innych, jak mu jego symetryczny układ szklanek w szufladzie zaburzają.

Gdyż:

- Ja bardzo lubię symetrię - wyznał.

 

Na niwie szkolnej jakiś pogrom nastąpił- Monsterino donosi o 33 punktach na 100 i twierdzi, że nie zda do następnej klasy. Inwestyguję sprawę na razie on-line, ale zabrzmiało groźnie. Dobrze, że mam tyle dzieci, gdyby tylko jedno, już bym szorowała do szkoły.

I tak byłam w szkole, ale na imprezie z okazji wizyty gości z partnerskiej szkoły na Sycylii. Dzieci przygotowały trochę włoskich piosenek, przedstawienie (pan Alan - ten, słynny, Pan Od Chóru - czytał z off-u tłumaczenie po włosku i angielsku - bomba!) - i wzruszyłam się, jak już dawno nie wzruszałam się na szkolnych uroczystościach. Albowiem Monsterówna, która co dzień siedzi do 22 nad książkami, a z treningów wraca i po 18, ta Monsterówna występowała w trzech rolach ciągle się przebierając! Kiedy ona na to znalazła czas! Była konferansjerką po angielsku, pięknie przeczytała, śpiewała w chórze, brała udział w przedstawieniu i jeszcze w konkursie na EKO kreację (którą robiła w nocy -tak przed północą konkretnie skończyła).

Człowiek-orkiestra z tej Monsterówny.

Natomiast Monster przeżywa kryzys powołania sportowego. Trener pociesza nas, że to nie pierwszy i nie ostatni kryzys i że to zupełnie normalne, ale Monster nagle stwierdził, że się boi.

Nie tylko salt i śrub. Boi się skakać wysoko. I jak ja mogę mu nie wierzyć, gdy patrzyłam z niedowierzaniem. Bo jak to? Monster boi się WYSOKOŚCI???

Mamy w każdym razie strategię, że skoro się boi,to na razie robi w trakcie treningów siłówkę, by rozwinąć mięśnie i przeczekujemy monsterchimery. Oczywiście, jak każda matka chciałabym, by dzecko było wiecznie szczęśliwe i spełnione, ale nie da się tak, naprawdę się nie da bez najmniejszej frustracji.

Monsterino z kolei, co trening piłki nożnej,to inny humor. Jak się akurat dobry skład trafi i strzeli ekstra gola, to fruwa z radości. A jak źle się trafi i nie podają mu piłki, to najchętniej opuściłby boisko w trakcie treningu.

Wieczna huśtawka nastrojów.

I jeszcze jedno - ostatecznie Monsterówna złożyła papiery na Małoszyńską, czyli opcja angielska przeważyła.

A tydzień potem były konkursy z angielskiego oraz niemieckiego i tenże niemiecki poszedł jej o wiele lepiej.

I Monsterówna zaczęła się zastanawiać,czy dobrze zrobiła.

No ale ostatecznie stwierdziła,że nauczyciele w angielskim gimnazjum wyglądali na bardziej radosnych i są młodsi, a w niemieckim było trochę smutno.

Chociaż najchętniej chodziłaby do obu na raz. Oraz na treningi.

Może jest cyborgiem?

sobota, 05 kwietnia 2014
zmiana reguł w trakcie gry

 

No teraz to przesadziłam. Jednym stanowczym posunięciem zdecydowanie awansowałam  w rankingu na Najgorszą Matkę Wszechczasów.

Albowiem radykalnie zmieniłam w tym tygodniu zasady korzystania z komputera.

Teraz cennik jest 1:1 - tyle czytania, ile grania.

Lament rozległ się w Monsterowie - pewnie słyszeliście to zawodzenie w odległych krańcach globu!

Najpierw był bunt, ale Monsterino szybko zobaczył, że jego matka jest bezwzględna, jak zwykle. I zaczął kalkulować. Efekt: dzisiaj czytał 45 minut w ratach po 15. Rekord.

Do wprowadzenia tak zuchwałego przelicznika ośmieliła mnie rozmowa z jedną z matek kolegów Monsterina, której znowu zasugerowała to jakaś publikacja i doświadczenia innego rodzica.

Żeby nie obrzydzić młodzeży słowa pisanego tak do cna, są też do zdobycia punkty bonusowe: powieszenia jednego prania - 15 minut, jedno wyładowanie zmywarki - 15 minut, obranie warzyw na zupę - 15 minut grania. Och, jak milo nie musieć przypominam nielatom o ich obowiązkach! Wręcz się biją (ale zapowiedziałam, że zbite talerze obniżają wartość bonusu!)

Doszło do tego, że Monsterino zdecydował się SAM pójść po moją sobotnią gazetę, gdy dowiedział się, że 20 minut grania ma za to jak w banku.

Jakież było moje rozczarowanie, gdy odwinąwszy gazetę, zobaczyłam, że przyniósł mi "Głos Wielkopolski".

- TEO! - wykrzyknęłam - czy ty nie wiesz, jaką czytam gazetę w SOBOTY!!!

- Nie wiem - przyznał skruszony Monsterino - zawsze jak jechaliśmy z Robertem, to on szedł po gazetę, a ja pilnowałem rowerów...

Teraz już będzie wiedział, choć Monster już zapowiedział, że to on chce w przyszłym tygodniu zainkasować tę premię.

W każdym razie czytelnictwo w narodzie wzrosło, a po obu stronach barykady kotłuje się pod czachami - za co i jaki cennik wprowadzić.

wtorek, 01 kwietnia 2014
test i kontuzja

 

 

Monsterówna prawdopodobnie już zakleiła komisyjnie koperty z testami. Na razie nie dzwoniła, jak poszło, ale w obliczu jej bogatych planów na ten testowy dzień, podzielenie się wrażeniami z rodzicami nie jest priorytetem.

Podobno dziecko przed egzaminem powinno się wyspać i odstresować. W przypadku Monsterówny, rodzice wybyli na koncert (to nie nasza wina, że Moderat koncertował w Poznaniu akurat w poniedziałek przed testem szóstoklasisty), wróciliśmy niewiele przed północą, a Monsterówna do jedenastej (jak się rano przyznała) kończyła prezentację w power point'cie na historię. Miała skończyć do 31 marca, to jakby tego nie oceniać - dosyć na ostatnią chwilę to robiła... Mocne ma nerwy, Monsterówna, nie powiem. Nie po mamusi, to na pewno. Poza tym ważniejsze od testu były plany na po, czyli wycieczka na tor saneczkowy na Maltę, którą sobie z przyjaciółką w najdrobniejszych szczegółach obmyśliły, a tu OKRUTNY TRENER plany te prawie w perzynę obrócił,gdyż zarządził trening na zaraz po teście.

MASAKRA! Jak w takiej sytuacji w  ogóle się skupić nad zadaniami!

 

No nic. Może muza łaskawą dla Monsterówny była i nad zadaniem otwartym nie straciła całego czasu. A trener ciśnie, gdyż Monsterówna ostatni tydzień kontuzjowana została i na pierwszą eliminację do olimpiady młodzieży ostatecznie nie pojechała.

Kontuzja polegała na naciągnięciu mięśni pleców,co uniemożliwiało skakanie, ale podobno to nawet nie stricte kontuzja, lecz przypadłość rosnących nastolatków, jak to starał się wyłuszczyć trener. Niektóre mięśnie rosną szybciej, inne wolniej i ogólnie w trakcie dojrzewania przecież organizm się rozstraja, co nie sprzyja normalnemu funkcjonowaniu, a co dopiero wynikom sportowym.

Natomiast Monster, wolny na razie od uroków dojrzewania, pojechał do Łańcuta narzekając na dziewięciogodzinną podróż i zakwalifikował się na 7 miejscu na Olimpiadę (Mechanizm kwalifikacji jest następujący: są dwie szanse na zakwalifikowanie się, dwa terminy zawodów w odstępie miesiąca - w każdych dostaje się do ostatecznej olimpiady się pierwszych 10 wyników - wobec czego Monster już ma luzik, a Monsterówna straciła jedną z szans). Najgorsze, że druga kwalifikacja przypada zaraz po majówce, na którą mieliśmy plany. Obawiam się, że przedwczesne.

czwartek, 27 marca 2014
zajęcie

 

Monster jako nasz domowy Główny Piewca obowiązujących mód oraz trendów szkolnych, zapowiedział, że to naprawdę wstyd, iż nie bierzemy udziału w cołikendowym szopingu.

Albowiem czynność ta należy do kanonu podstawowych zajęć pozaszkolnych, którymi lansują się nieletni na fejsbuku.

I shopping ma być w Poznań City Center, dodał.

Najpierw się rozeźliłam, bo skoro wiosna nadeszła, to poszukać jej na Starym Rynku chciałam, a potem pomyślałam, że biedne te nasze Monstery, prawie nigdy sklepów nie widzą, może od jednego razu galeriankami nie zostaną.

Połączyliśmy zatem okazje jedną tramwajową wyprawą.

Najpierw z Pikinini i Ziemkiem rozglądaliśmy się w poszukiwaniu ornamentów na kamieniczkach i uliczkach.

Kręcąc głowami, szperając po zakamarkach i zaułkach, posłuchaliśmy ciekawostek, zjedliśmy pyry z gzikiem i...

odkryliśmy historię tabletów...

 Czyli komputerów nie mogło zabraknąć.

Pożegnawszy Szlak Ziemi oraz  Naszą Ulubioną Przewodniczką Po Poznaniu,  przebiegliśmy Stary Rynek uczestnicząc w podchodach rodzinnych (udanie zaliczając kolejne zadania - muszę przyznać, że stanowili zgodnie współpracującą drużynę - pewnie perspektywa fastfoodowego obiadu tak ich uskrzydliła) i w końcu wylądowaliśmy w świątyni handlu.

Zdecydowanie bardziej wykończyło mnie centrum handlowe niż centrum miasta. A Monsterino zablokował drzwi obrotowe, więc cel edukacyjny też się zrealizował (jak przejść przez drzwi obrotowe nie uruchamiając alarmu tudzież ochrony) Ileż to się człowiek musi namęczyć, żeby towarzystwo od komputera oderwać...

wtorek, 25 marca 2014
smętnie

 

Nastrój w Monsterowie koresponduje z deszczem za oknem. Łibi - Łobuziak, czyli chomik Monsterówny, odszedł do Krainy Wiecznych Łowów.

Prawdę mówiąc, im bliżej mu było do drugich urodzin, bo tyle chomiki żyją, tym bardziej przewidywalne było to smutne wydarzenie, ale szoku to nie złagodziło.

Zatem żałoba. Nawet chłopcy się spłakali. Trzeba wspomnieć, że to dzięki wzorowej opiece swojej pani żył tak długo - koleżanka Monsterówny w tym czasie pochowała po kolei trzy stworzonka. No, ale wiadomo - Łibuś był jeden, jedyny.

I dzisiejszej nocy już nie pobiegł w swoim kołowrotku.

 

środa, 19 marca 2014
w bambuko

 

Kolejny raz uległam i pozwoliłam Monsterowi po przyjściu do domu najpierw, zamiast odrabiania lekcji, odpalić tablet.

- Bo będziemy z Filipem na Skype'ie grać w Minecrafta i rozbić z tego filmiki, by wstawić na Youtubie! - zapowiedział podekscytowany

No dobra, może nie powinnam się czepiać. Lekcje w końcu robi, sprawdziany zalicza, jak mu coś nie wyjdzie, to poprawia.

Ale.

Pół godziny nie minęło, a mama Filipa wywołała go sprzed ekranu, co podchwyciłam z radością, by i Monster wziął się do lekcji.

Wziął się.

W piętnaście minut obrócił.

- Słówka na niemca powtórz - komenderuję

- Po co - cedzi Monster przez zęby - nie będzie sprawdzianu

[Bo ja ci każę, bo tak trzeba, bo lepiej systematycznie, niż potem godzinami, bo jest sprawdzian - wybierz odpowiedź, która ci się najbardziej podoba - myślę, ale nic nie mówię]

- Powtórzę później, najpierw się zrelaksuję - proponuje w końcu

I znowu się dałam nabrać, bo potem, jak już się zrelaksuje, to trudno go z tego relaksu wyciągnąć. Albo jest już zmęczony i siedzenie nad słówkami przemienia się w leżenie na książce. Albo jest głodny (dziwne, on nigdy nie jest głodny - Monsterino już go dogonił wagowo, a niewiele potrzeba, by dogonił go wzrostem. Koszulki właściwie mogliby nosić w tym samym rozmiarze, nie mówiąc o spodniach, których Monsterowi nie potrzeba zbyt długich, skoro nosi je obniżone do połowy tyłka).

To się znowu zagotowałam, kolejny raz skończyło się pyskówką.

Wieczór. Czytam Monsterinowi, a tu Monster tarabani się na moje kolana.

- Nie przeprosiłeś mnie - mówię

- Nie, to nie - unosi się Monster

- Przeproś - wymagam

- Przepraszam - bąka

- A wiesz chociaż za co? - dociekam

Doskonale wie. Ale codzienny taniec, kto-kogo przeciągnie musimy ciągnąć, bo inaczej nie poczuje, że jest gnębionym nastolatkiem i nie będzie miał czego opowiadać na kozetce psychoanalityka.

wtorek, 18 marca 2014
i ciągnie z mozołem

 

Ogłaszam dzień 17 marca Najlepszym Szkolnym Dniem Monstera Ever, bo mnie o to poprosił. Mianowicie poprawił był on sprawdzian z polskiego i otrzymał 4 minus, które okazało się Najlepszą Oceną W Klasie (pisałam już, że słaba to klasa). Mało tego - Monster został pochwalony przez Panią oraz obiecane mu zostało, że jak będzie utrzymywał tak wzorowy poziom pracy, to ma SZANSĘ na piątkę z polskiego na koniec roku.

Duży sukces (szansa na), zwłaszcza z jego kulejącą ortografią.

Dzień Monstera ustanowiony, Monsterino gorszy być nie może - swoje ostatnie dyktando na A zaliczone chciał w ramki wstawić. Na jednym z wcześniejszych miał plan przechytrzenia Pani, więc skoro wiedział, że będzie sprawdzać słowa z ó, to z góry na dół, z tyłu i z przodu powstawiał wszędzie ó. Jako, że pani sporo słów z u na początku zaplanowała, a wyjątki z ó na początku nawet osoba z niepełną ilością palców u jednej ręki pokazać da radę, to się przejechał ostro. I jeszcze miał czelność być rozczarowany oceną.

Orka na ugorze z tą ortografią, ale walczymy.

Kolejna batalia to tegotygodniowy Kangurek. Monsterówna wykorzystując moją grudniową słabość zapisała całą trójkę na Kangura, mimo, że z roku na rok się przekonujemy, że nie ma tu pójścia na skróty i bez gruntownego przerobienia pewnych myków w zadaniach, daleko się nie ujedzie. Monster pełen optymizmu jest, Monsterówna i tak nie ma czasu na żadne przerabianie, a Monsterino dobrze będzie, jak w ogóle polecenie przeczyta poprawnie nie mówiąc o zrozumieniu. Po przejściu z nim paru testów, kiedy pomylił w ogóle cel zadania, różowo wyniku nie widzę.

Zapowiedziałam chłopcom, żeby w przyszłym roku pochopnie się nie zgłaszali. Jakoś dziwnie szybko przystali na moją propozycję.

 

A! Byłabym na śmierć zapomniała wspomnieć o kolejnym KAMIENIU MILOWYM. Mianowicie Monster przeczytał drugi tom Młodego Samuraja w trzy dni, a ma ponad 300 stron ta powieść. Jest to jego absolutny rekord. Czyli, że można i da się wciągnąć w czytanie. Problem w tematyce, bo głównie się tłuką i zabijają na tych kartach. Opisy też są sugestywne, nawet raz mu się śniło, że bierze udział w walce na pełnym morzu, a Monster raczej szczurem lądowym jest, więc był to koszmar. Trudno. Ważne, że czyta. A są jeszcze ze cztery tomy w serii, więc na jakiś czas mam spokój z kombinowaniem, co mu kupić albo z półki wyciągnąć, by się wciągnął.

Natomiast z Monsterinem zaczęliśmy Pana Samochodzika głośnoczytać wieczornie. Kontekst socjalistyczny pomijam, jeśli da się, jeśli nie - wyjaśniam pokrótce.  A samodzielnie, też w stylu powrotu do przeszłości PRL, czyta 'Kaktusa na parapecie" Magdaleny Zarębskiej, "Cudaczka-Wyśmiewaczka", bo to lektura oraz "Środek Kapusty" - Ewy Nowak [właśnie doszedł do dramatycznego momentu, w którym żółw -zwierzątko głównej bohaterki spadł z balkonu i rozbił skorupkę- dramat!]

Czyli ma tak jak i Monsterówna (a ona po mnie) - równoległe czytanie kilku książek na raz. Monsterówna w weekend doszła do pięciu rozpoczętych, bo nowa paczka ze świeżutkimi tomami przyszła i nie mogła się powstrzymać. Dla porządku wymienię w czym siedzi: druga część "Konia na receptę" [tego, przez panią od polskiego zgubionego] mianowicie "Grzywą malowane" Agaty Widzowskiej-Pasiak, „Tajemnice Skyle” Agnieszki Grzelak i prawie całą twórczość Katarzyny Majgier: Trzynastka na karku, Marzycielki i Po co mi chłopak?.

Tylko nieszczęśliwa jest, że tyle wciąż ma zadawane, więc czasu na czytanie brak (kwadrans około północy, jak sama przyznaje, bo my już wtedy śpimy). Może w drodze na zawody do Łańcuta trochę się zrelaksuje (podróż przez całą Polskę, to pewnie znowu wyjadą o szóstej).

 

poniedziałek, 17 marca 2014
szósta

 

Odwożenie Monsterówny na poranną zbiórkę wyjazdową w sobotę zaraz po piątkowej imprezie (wróciliśmy o 3, zbiórka była o 6) nie jest moim ulubionym zajęciem weekendowym. Monsterówny też nie, ale zerwała się z łóżka, ledwie dotknęłam jej ramienia. Jak nie ona.

Mówiła, że trochę się denerwowała w autobusie, który zresztą po drodze do Zielonej Góry się zepsuł i istniało niebezpieczeństwo, że startujący najwcześniej w ogóle na rozgrzewkę nie zdążą. Nie znam szczegółów podstawienia busika jednego z rodziców, ale już sama taka sytuacja musiała podnieść poziom adrenaliny u zawodników, a to dopiero był dojazd na zawody.

Monsterówna ma jednak bardzo silną psychikę. Skoczyła dwa układy, weszła do finału i jest szósta w Pucharze Polski. Wysoko, jeśli trener, analizując poziom innych zawodniczek w jej klasie, zapowiedział wszystkim w klubie, że mogą co najwyżej walczyć o siódme i ósme miejsce.

Monster usłyszawszy o wyniku siostry poczuł się zobligowany, by na olimpiadzie wejść do finału już w pierwszych eliminacjach. [to już za 2 tygodnie]Pewnie. Lepiej od razu zrobić minimum i się zakwalifikować, ale różnie to bywa, jak przykład zawodniczek-pewniaczek na Pucharze pokazał.

Byłyśmy z Monsterówną na dniach otwartych w gimnazjum z niemieckim i raczej angielskie wygra.

Nie dziwię się córce - germaniści marketingowo nie potrafili się tak dobrze sprzedać. Nadal uważam, że niemiecki ma przyszłość i fajnie byłoby, gdyby poszła do szkoły, która ma od razu liceum, ale jeśli angielski opanuje na tak wysokim poziomie, jak to obiecują, to też nie będzie źle, a liceum sobie jakieś znajdzie.

Na początku marca Monsterówna była królikiem doświadczalnym na UAM-ie, poddana testowi zdolności językowych i jak to się można było spodziewać, wyszło, że te zdolności ma. Jednak ważniejsza od wyniku była analiza sposobu, w jaki testowana osoba powinna się języków  uczyć, by robić to jak najmniejszym kosztem. Wyszło, że Monsterówna jest idealną uczennicą tradycyjnej szkoły, tzn. lubi mieć przedstawione zasady (gramatyki, konstrukcji zdań, odmiany), które potem wdraża z powodzeniem w praktyce. Że lepszą ma pamięć wzrokową niż słuchową. Bardzo chciałabym się przekonać, jaki profil zdolności ma Monster, ale nie wiadomo, czy taki test przeprowadzany będzie za rok, a ważny jest wiek badanego, wręcz co do miesiąca okazuje się, co uniemożliwiło mi przetestowanie od razu Monstera, na co miałam wielką chętkę (on mniejszą, choć rozumie potrzebę, he he)

Ten właściwy sprawdzian jeszcze przed Monsterówną, bo zmieniono zasady rekrutacji i test kompetencji dopiero 3 czerwca. A już 1 kwietnia sprawdzian szóstoklasisty.

- Ciekawe, co będzie robić pomiędzy sprawdzianem a końcem roku - zastanawia się Monsterówna

Na pewno skakać.

Na trampolinie, nie z radości.

poniedziałek, 10 marca 2014
moro

 

Poznań odćwierkał wiosnę, bo naszą przelotówkę wyfroterowały już czyszczarki.
Jako, że Monsterowie rowery prawie nigdy nie odpoczywają (w zasadzie tylko w czasie grudniowego Wielkiego Pomoru), więc cieplejsza pogoda jedynie spowodowała zdjęcie grubszej warstwy odzieży z tubylców. Monster, na przykład, wrócił raz ze szkoły bez skarpetek, bo tak mu już było gorąco, a Monsterino bez długich spodni. (na szczęście miał jeszcze w worku termo spodnie na akro...)

Monsterówna zagroziła, że już nie pójdzie nigdy więcej na żaden konkurs, jeżeli na Konkursie Pięknego Czytania nie zajmie miejsca na podium. Widać jury się przestraszyło, bo zdobyła drugie miejsce. Całkiem słusznie, nawet gdy tylko ćwiczyła w domu była bardzo przekonująca oraz bezbłędna.

Obowiązek naukowy Monsterówna odfajkowała, to teraz jedzie fikać na Mistrzostwa Polski, a potem na Olimpiadę Młodzieży. Jakby miała za dużo czasu w weekendy.

Wracając do rowerów, to mój, a w zasadzie nasz domowy Najbardziej Ujeżdżany Pojazd doczekał się opony z kevlarową wkładką, która ma zmniejszyć ilość interwencji, które uskutecznia Monstertata, gdy dzwonię z trasy, że znowu mam kapcia. Nie muszę być ubrana w moro, a czuję się jak żołnierka pustynna burza, antyterrorystka i potrójna agentka, gdy teraz jadę do pracy nucąc pod nosem czołówkę star wars. Nie mogę inaczej. Wszystko przez ten kevlar. Sprzedałam też Monsterowi tekst komentatora Bogdana Tomaszewskiego o Szurkowskim, jako o cudownym dziecku dwóch pedałów i tekst poleciał do szkoły. Popedałował znaczy.

Teraz czekam na mail od Pana Wychowawcy. Jak nic - wiosna.

niedziela, 02 marca 2014
jedenastolatek

 

Spośród wielu monsterowych marzeń jedno spełniło się w ten weekend: został na jeden wieczór jedynakiem. [Załatwiłam dla reszty monsterów dobre domy na ten czas, ani przez chwilę nie narzekali na taki obrót spraw].

Monster zaprosił swoich kumpli, jedli czipsy, pili kolę, oglądali "Gremliny", skończyło się to delikatnym pawikiem - prawdziwa impra!

Ale muszę przyznać, że dali się poznać od bardzo dobrej strony - byłam wręcz zdziwiona, że nie zamierzają przez cały czas siedzieć przy komputerze na zmianę z tv - przeciwnie - do późna ganiali po ogrodzie, a i w domu bawili się zupełnie realnie, nie wirtualnie. Może jednak nie jest tak z nimi najgorzej?

Najnowszym odkryciem Monstera jest gra karciana "Sabotażysta", a w książkę o młodym Ninja jednak się wkręcił. Chyba zatem nie nabawił się wstrętu do słowa pisanego, skoro sam z siebie czyta kolejne rozdziały, a nie z zegarkiem w ręku.

 

Nasz jedenastolatek czuje się dorosły.

Chciałby pić kawę, decydować o sobie i mieć własny pokój, bo młodszy brat go denerwuje.

Może mieć dziuplę bez okien. Pod schodami.

Spryciarz. Pyskacz. Pan Mam-Zawsze-Ostatnie-Słowo. Zero dyplomacji, mnóstwo emocji. Burza uczuć. Łatwo z nim nie jest, ale na pewno ciekawie.

Dajesz radę, Synu!

czwartek, 27 lutego 2014
zbieranie kokosików

 

Monsterówna upaja się swoim głosem czytając po niemiecku.

- Podoba ci się mój akcent? - upewnia się

- Bardzo - przyznaję, bo jest świetny, naprawdę

Nadal nie zdecydowała się na język w gimnazjum, natomiast Monster przychylił się do angielskiego. Ale Monster ma jeszcze rok.

Monstery starsze miło rozpoczęły drugie półrocze, bo od przedstawienia "Ania z Zielonego Wzgórza", lektury, którą właśnie na feriach miał wykończyć Monster. Podzielił sobie tekst na ilość dni, które mu zostały i, wyobraźcie sobie, dopiął swego. Nawet podczas ferii, co do czego miałam duże wątpliwości. Przepytałam go pobieżnie z treści (jaki kolor miała broszka Maryli, z jakiej choroby wyleczyła Ania siostrę Diany, nie mówiąc już o kluczowym - w jakim kraju i na jakim kontynencie mieści się Zielone Wzgórze) i miał 100% poprawnych odpowiedzi. Byłam pod wrażeniem.

Monstera celem bowiem jest dostanie się do gimnazjum, gdzie więcej niż 4 osoby na klasę będą się uczyć. Takie są realia obecnej klasy Monstera.

Oceny przedmiotowe to nie wszystko, bo jeszcze mamy co roku batalię o ewaluację monsterowego zachowania. Teoretycznie jest lepiej, bo nie wdaje się w bójki. Ale jeśli nasz prowokator zadaje na lekcji TECHNIKI pytanie "co to jest masturbacja", to ocena bardzo dobra nie wydaje się osiągalna bez trudu i znoju.

Poza tym mamy codzienne, mimo kolejnych ustaleń, podejmowanych zobowiązań i rozejmów - bitwy o tablet. A raczej o czas przy nim spędzanym. Już udało się ustalić, że minecraft jest tylko w weekend, bo w ciągu tygodnia się nie opłaca na godzinkę komputera odpalać, ale głupie filmiki na youtubie czy inne gierki są codziennie i muszę groźbą, konsekwencjami, diabłem i innymi strachami wymuszać czytanie ZANIM zasiądą do ekranika (mowa o chłopakach, bo Monsterówna nadal ma tyle lekcji codziennie, że o grach nie myśli).

A to czytanie w przypadku Monsterina w porywach do 10 minut dochodzi! Zastanawiam się nad eksperymentem pt. "tyle grasz, ile czytasz", ale boję się obrzydzenia czytania do cna.

I dziwię się im bardzo, bo książki, które proponuję są różne i zawsze mają możliwość wyboru. Monster deklaruje, że czyta tylko lektury, bo to obowiązkowe. Zatem co można, oprócz zaduszenia, zrobić z dzieckiem, które po przejrzeniu stosu, w którym znalazły się i Baśniobór i Wojownik Ninja i Niziurski i parę innych, starszych i nowszych przygodówek, stwierdza, że wszystko jest NUDNE. Bo nie-interaktywne, nie świeci, nie mówi i nie błyska bladoniebieskim światłem ekranu.

Zgroza. Kto wychował to dziecko??!

poniedziałek, 17 lutego 2014
a teraz, drogie dzieci,

oraz rodzice, przede wszystkim,

przywitajcie osiem tygodni bez przerw.

 

Ferie zleciały nam spokojnie.

Monsterino najpierw przez tydzień szkolił się w hokeju i rozrywkował się z dziadkami, a w drugim tygodniu załapał się na sportowe półkolonie dla wielodzietnych. Biedaczek, dosyć samotnie czuł się na początku, bo tam raczej (zgodnie z profilem) całymi klanami uczestnicy poprzychodzili, ale okazało się, że spotkał kolegę ze szkoły, a zajęcia różnorodne (i piłka i basen i lodowisko) były fajne.

Jednego dziecka w domu w ogóle nie słychać, zwłaszcza, że gdy popołudniu odfajkował  codzienny obowiązek czytelniczy, zamykał się w swoim pokoju i odpalał tablet. Ani razu nie musiałam podnosić głosu przez te dwa tygodnie - aż dziwnie, bo po godzinie do dwóch, Monsterino sam z siebie przychodził do kuchni, opróżniał zmywarkę, pomagał przy kolacji i nawet bez zbędnej zwłoki szedł się myć.

A ja po ogarnięciu chaty (zresztą, co to za ogarnięcie, skoro nikt nie brudził) miałam tyle czasu dla siebie, że spokojnie mogę ten czas nazwać wakacjami.

Może to także dlatego, że tym razem nie musiałam wisieć na telefonie, wobec czego nie byłam psychicznie wykończona pocieszaniem Monsterówny. Albowiem w Wałczu stał był się cud i życie na obozie sportowym stało się znośnym, ba - wręcz przyjemnym. Hitem tego roku zostały partyjki różnych gier planszowych, zwłaszcza Carcassonne. Do tego stopnia, że chyba nawet nie odpaliła psp, a z trzech zabranych książek przeczytała jeden rozdział! Wydaje się, że Monsterówna dorosła, rozwinęła nowe relacje z koleżankami, plan treningowy (dwa łamane w przód z półobrotem) wykonała.

Monster nie dosypiał, nie dzwonił (twierdził, że dlatego, że nie chciał sobie przypominać o domu, by się nie rozkleić - każda strategia jest dobra), plan wykonał z nawiązką, z kolegami rżnął w ping-ponga i ledwo przyjechał do domu, to już zaczął awanturę z młodszym bratem.

Zatem moje wypoczęcie feryjne zniknęło jakoś pół godziny po powrocie starszych dzieci.

No i trzeba było odchrząknąć, by podnieść głos. Inaczej nie słyszą w tym harmiderze.

piątek, 31 stycznia 2014
Trzynastolatka

 

Och, jaką fajną nastolatkę wyrośniętą (choć najniższą w klasie) mamy!

Świetna jest - rozsądna, rezolutna, ogarnięta (nowe, najczęściej używane słowo), jeszcze do przytulenia i do pogadania bez trzaskania drzwiami (przeszło jej obrażanie się i oby nie wróciło).

Cudny moment! Niech trwa wiecznie:) Sto lat dobrego życia, córeczko!

A taka malusia była

wtorek, 28 stycznia 2014
fikołek nr 3

 

Monsterino szalenie ambicjonalnie podchodzi do wszelkiej rywalizacji, w związku z tym potrafi obrazić się w środku partyjki Osadników z Catanu, bo widzi, że Monster wygrywa. Dobrze, jak tylko się obrazi, bez rozrzucania pionków i planszy przy okazji. I tak podchodzi do wszystkich gier i zawodów. Do zbijaka, wyścigu dookoła stołu, potyczek słownych, najszybszego obrania marchewki...

Nie zdziwiłam się zatem, gdy w weekend oświadczył, że na poniedziałkowe zawody się nie wybiera, gdyż może przegrać. I co wtedy.

No właśnie, co? Koniec świata oczywiście.

A wiadomo, że przegra, bo lepsi są: Szymon, Jakub i Antek. Plus ze dwóch z klasy b.

Sama nie wiedziałam, co powiedzieć. Same frazesy o tym, jak to sam pokaz umiejętności jest ważny przychodziły mi do głowy, a przecież wiadomo, że siedmiolatek chce wygrać nagrodę, pierwszą szczególnie. Puchar na cały regał najlepiej, skoro to zawody.

Jakoś mnie zamuliło i wypłukało z pomysłów, więc tylko słuchałam. Widać, wygadanie tylko potrzebne mu było, bo w końcu w niedzielę jeszcze postanowił poćwiczyć, żeby chociaż o kolejne miejsca powalczyć. Monster go strasznie rugał, że krzywo, że nie wystał, że źle, więc trening skończył się tradycyjną, braterską potyczką, ale Monsterino ostatecznie poszedł do szkoły.

Wyglądał na mocno przejętego, gdy wytropiliśmy go w grupce tłoczącej się na ławeczkach, podczas gdy tłum rodziców zasiedlał widownię. Wcale się nie dziwię - pierwsze zawody, publiczny pokaz półtorarocznej pracy - też bym się denerwowała. Ale w końcu wyszedł na matę, układy zaprezentował, nie spalił - to już duży sukces. I punktacją wylądował na piątym miejscu, jeszcze na nagrodę się załapał. Oczywiście zazdrości Szymonowi ogromnego pucharu, ale gorycz porażki łagodzi fakt, że to kumpel. No i cztery na sześć miejsc wśród chłopców zdobyła klasa sześciolatków, to też się rzadko zdarza, ładnie się zaprezentowali.

Bardzo jestem ciekawa, jak się potoczą dalej losy sportowców. Obserwując od paru lat widzę,  że dzieci regularnie wykruszają się z treningów w starszych klasach. I tak jak w klasie Monstera było ich początkowo 24, teraz jest 15, to trampolinę trenuje 3, w tym na poziomie ogólnopolskim on jedyny się ostał, ścieżkę - 1, dżudo 5 i to by było na tyle. Z całej sportowej klasy.

U Monsterówny jedno więcej - nikt dżudo, troje ścieżkowców, i siedmioro - trampolinę.

Dużo trzeba mieć samozaparcia, żeby połączyć trening z nauką w klasach IV-VI, poza tym nie chce się wstawać trzy razy na siódmą, oj nie chce. Kolejny etap buntu i trudności jest w gimnazjum, jak twierdzą trenerzy, bo dodatkowo się hormony włączają, toteż trener już się pyta, o której Monsterówna będzie kończyć lekcje w wybranym przez nią gimnazjum, by na treningi zdążała i o głupotach, typu facebook, nie myślała.

 

a tu układy - pierwszy

drugi



poniedziałek, 20 stycznia 2014
niech żyje bal

 

W zeszły poniedziałek Monsterówna pisała ostatni próbny test z wielkimi fanfarami: na galowo, w sali gimnastycznej, przyrządy w plastikowym woreczku ("nieszeleszczącym" - w ostatniej chwili przypomniała sobie, że takie nieszeleszczące mieliśmy na czas podróży samolotem, więc ani chybi są w którejś walizce. I był: jeden, ostatni. Ostatecznie pani dyrektor zarządziła, że przyrządy (czarny długopis! - tylko dwa na kilkanaście w chacie - rzadko reklamowe pisadełka mają czarny wkład, jak się okazało) mają dzierżyć w dłoni. Odbieranie testów z sejfu szkolnego odbyło się w asyście przewodniczących klas, czyli Monsterówny między innymi - normalnie matura (maskotek na stołach też miało nie być).

Test szóstoklasisty dopiero w kwietniu, a już w marcu test predyspozycji językowych do gimnazjum. Nie, Monsterówna jeszcze ostatecznie nie zdecydowała, czy niemieckie, czy angielskie gimnazjum bliższe jej sercu. Na razie pierwsze dni otwarte zorganizowało gimnazjum sportowe, które jest w zespole szkół razem z obecną podstawówką i dyrektor bardzo, ale to bardzo chce przyciągnąć dobrych uczniów, a zarazem sportowców tam właśnie. Jeden się zgłosił li jedynie, co za poruta dla dyrekcji. Impreza, która była wielogodzinnymi warsztatami, jak się okazało (odebrałam rozchichotaną nastolatkę po 22!) była bardzo udana i Monsterówna wyraziła szczere zdziwienie, że szkoła niby o niskim poziomie w powszechnym odczuciu (i historycznych danych na podstawie testów) może zrobić takie fajne spotkanie.

Próbne testy odfajkowane, to teraz wszechobecnym tematem na ustach szóstoklasistów jest bal. No i oczywiście kto z kim idzie. Bo to jak studniówka: polonez, suknia, partner. Dobrze, że w szkole, a nie w lokalu.

Monsterówna codziennie donosi o nowych śmichach-chichach i giełdzie par. Niektórzy w klasie już się podobierali, a ona otrzymywała sygnały, że nijaki Gerard z klasy równoległej chciałby ją zaprosić, a to jej nie w smak było, więc się dziewczyna spięła i sama sygnał wysłała w świat, kogo by na partnera w polonezie widzieć chciała.

I wyobraźcie sobie - sygnał został odebrany! Cała akcja trzymała w napięciu - lepszy film z gwałtownymi zwrotami się w szkole w tym tygodniu rozgrywał, bowiem wybrany kawaler szepnął MONSTEROWI, że zaprosi jego siostrę na bal. Ale, że to tajemnica jest.

To się Monster niczym na mękach zwiijał z egzystencjonalnego bólu, albowiem dotrzymywanie TAKICH SEKRETÓW jest ponad jego siły. Komunikował nam na głos, jaki on kiepski w dotrzymywaniu obietnic jest, męczył się, jęczał, ale pary nie puścił. W końcu ta prawie love story dostąpiła szczęśliwego zakończenia, Monsterówna ma parę na bal, a Monster odetchnął z ulgą.

Do czasu.

Okazało się, że partner Monsterówny jakoś ma słabość do zawierzania tajemnic Monsterowi, bo po paru dniach szepnął mu, że ma dla Monsterówny prezent na urodziny, który da jej w szkole, ale ma go rozpakować dopiero w domu. Oj, coś mi się zdaje, że szykuje się kolejny rozdział pasjonującej historii jednej znajomości.

W każdym razie Monsterówna donosi, że od kiedy Janek zaprosił ją na bal, częściej do niej zagaduje, a dziewczyny wtedy się chichrają i robią dziwne miny. Najgorzej, że choć ją wysłuchuję, to chyba zbyt mało empatii wykazuję, bo moje usta też się wyginają w uśmiechu.

No biedna jest Monsterówna.

He, he.

czwartek, 09 stycznia 2014
rzeź rytualna, czyli klasyfikacja półroczna

 

Monster spać nie może, bo się denerwuje. Co rano z nowym schorzeniem wstaje - we wtorek nie wykręcił odpowiednio jakiejś kombinacji salt, co się nazywa Holandia (nie pytajcie, dlaczego) i głowa go bolała, bo na nią wylądował, więc nie dziwota. Wczoraj kot go drapnął, dzisiaj rano - gardło boli.

No jak nic - paluszek i główka. Ale uczy się, bo mu się generalnie oceny "wahają." Jak bardzo mogą się wahnąć, to nie wiem, ale jak zobaczyłam wpis pani w zeszycie od polskiego ("niestaranny, braki, błędy, ndst"), to stwierdziłam, że chyba mocno. Monster jednak pociesza, że nadal wychodzi mu średnia 4, a on się na przykładzie licznych ocen z polskiego wyspecjalizował w liczeniu średniej.

Monsterówna, jak zwykle systematyczna, nie ma spektakularnych poprawek, ale zaległe sprawdziany sprzed świąt, gdy chorowała. To się delikatnie uniosłam, gdy okazało się, że w dniu, na który przygotowywała się solidnie z historii i mniej solidnie z niemieckiego, wyszli na cały dzień z chórem na festiwal kolędowy i tyle było z jej odfajkowywania listy zaległości. A normalnie, jak mają wyjść gdziekolwiek to wielkie podpisywanie zgody, karteczki w dzienniczku, cuda-wianki, a tu Pan od Chóru wziął, zabrał i już.

- Naprawdę szkoda, że nie wiedziałam wcześniej, bo bym się nie zgodziła, żebyś szła! - marudzę, gdy już po 22, a Monsterówna kolejne zeszyty z dnia odpisuje (bo skoro nie dość, że nie napisała zaległych sprawdzianów, to bieżące lekcje też stały się zaległe.

Monsterówna wzdycha.

Bo lubi śpiewać z chórem.

***

Tymczasem szósta klasa żyje testem szóstoklasisty. Już przy pierwszym próbnym zapowiedziałam Monsterównie, że w ogóle nie ma się do niego przygotowywać, że nie ma się nim przejmować, bo on tylko jest dla szkoły, a przy rekrutacji do gimnazjum nic nie robi.

Monsterówna znowu wzdycha, bo tak się nie da. Ja się mogę nie przejmować, ale nauczyciele przejmują się bardzo (no i tak powinno być, w końcu, to ten test świadczy o ich zdolnościach do nauczenia) i zadają w ramach zadań domowych kolejne zeszyty ćwiczeń. Na ocenę. Bieżącą.

A oceny, przynajmniej te z półrocza, dają w rekrutacji punkty.

No to biedna Monsterówna znowu siedzi wieczorami nad zbiorkami, kserówkami i zeszytami.

Oj, ona to by z zeszytu szóstkę dostała. Gdyby akurat jej pani od polskiego zeszyt oceniała.

 

Na szczęście to ostatnie dni do klasyfikacji, potem odliczanie do ferii. Chociaż Monsterówna znowu jest niepocieszona, bo do Wałcza nie jedzie jej przyjaciółka. A miało być tak pięknie - poszła fama, że klub nie ma pieniędzy na obóz (w sensie dopłaty, bo rodzice płacą połowę ceny) i będzie stacjonarny - dochodzeniowy. Ucieszyłam się, że wiszenia na telefonie mi odpadnie, ale większość rodziców zaprotestowała, że co do za ferie bez wyjazdu i jednak dopłacamy więcej, ale obóz jest.

Dużo mam krytycznych uwag, co do porządku, organizacji i komunikacji w klubie, tylko nie wiem, czy przekazanie ich trenerowi polepszy czy pogorszy naszą własną komunikację z nim oraz naszych dzieci traktowanie, a skoro nadal chcą trenować, to się nie ciskam.

I jak kto pyta - to nadal polecam naszą szkołę.

czwartek, 02 stycznia 2014
chociaż mały, a stabilny mrozik przez parę dni

by się przydał na ten Nowy Rok. Co by bakterie wymroził, bo drżę (taka trauma), że nadal fruwają w powietrzu złośliwce zajadłe.

- Mamy globalne ocieplenie - tłumaczy Monsterówna

- Taaa, ale jakby miało spaść znowu w okolicach Wielkanocy, to ja dziękuję - odparowuję

Monsterówna przeżyła swoją pierwszą imprezę sylwestrową. Do czwartej szalała, toteż Nowy Rok przeziewała.

 

W ogóle przez ten czas świąteczny rozregulowały się Monsterom zegary biologiczne , a już Monsterowi to wybitnie. Wstają po 10, to nie dziwota, że wieczorem nie ciągnie ich do łóżek. Ale jeśli Monster o północy nadal jęczy, że przeczytał już DWA rozdziały książki (Księgowir go wciągnął, ale bez przesady - dwa rozdziały to jak na niego ocean czytania).

Ponadto Monster wkroczył kalendarzowo w wiek nastoletni, jak twierdzi, więc uważa, że jego pyskowanie jest całkowicie zgodne z fazą rozwoju. Psychologię rozwoju dziecka mi podiwanił, czy co?

Natomiast Monsterówna do swoich bliskich urodzin podchodzi ze spokojem. Do późnego chodzenia spać też - po prostu metodycznie kolejne książki nocą zalicza - Trylogię Agnieszki Grzelak o Szklarce łyknęła między barszczem a szampanem, a teraz sama się zmitygowała, że Bajki Robotów ma na prawie już, więc Lemuje. Ale podoba jej się.

Całkiem a propas lektury -  nasza zmora wolnych dni - Cyborgmonstery popodłączane do różnych urządzeń elektronicznych. Gdyby im pozwolić (a na święta Wujek Z Hameryki zsynchronizował im tablet z komórką tak, że chłopcy grali w Minecrafta on-line), to by przy tych ekranikach siedzieli 24/7.

Już nie mówiąc o tym, że teraz nasze podróże samochodowe wyglądają jednako: pasy zapięte, telefony wyjęte i oby ładowarka samochodowa zdążyła obsłużyć wszystkie po kolei, jeśli podróż się przedłuża, to wszyscy są szczęśliwi.

Teraz to nawet uważam Wii za mniejsze zło, bo przynajmniej poskaczą przed ekranem (sama dałam się wciągnąć i przyznaję, że ręce mnie bolały po siedmioetapowym wyścigu... rowerowym).

Wam też rosną cyborgi?

A z drugiej strony szybcy są w używaniu technologii - Monsterówna stłukła rękę próbując być zaawansowaną skejterką. Być może w jej ocenie sytuacji nie wystarczająco zajęłam się problemem, bo rzuciłam tylko - przyłóż sobie zimny okład, znajdę ci maść na stłuczenia i zajęłam się czymś innym, bo chwilę później przyszła do mnie z telefonem w ręce i mówi:

- Potwierdziłam i rzeczywiście mam wszystkie objawy stłuczenia. Sprawdziłam też, że mam w pierwszym dniu robić okłady zimne, w kolejnych dniach - ciepłe.

Dr Google, jak zwykle niezawodny.

Mówiłam już, że Monstery przemieniają się w bajty? A jak tam u Was z dziećmi przyspawanymi do komputera?

 

wtorek, 31 grudnia 2013
żyjemy

Bardzo dziękuję wszystkim za życzenia i troskę - jakoś się wygrzebaliśmy z największego bagna. Wczoraj ostatecznie osłuchany został Monsterino i dostał zielone światło na powrót do szkoły (do sportu jeszcze nie - tu ma, jak i ja jeszcze dwutygodniową rozbiegówkę). My z Monstertatą mamy mieć jeszcze kontrolne zdjęcia i wizytę u pulmonologa, ale wydaje się, że już nic nam tam w płucach nie siedzi (a najbardziej denerwowały mnie pytania kolejnych lekarzy, czy palę - czy to nie czuć od razu, kto pali?).

Nie ustaję w podziwie, jak taka mała, a wredna bakteria mogła rozłożyć rodzinę sportowców, bo i nas, starych, nie można było przed chorobą zaliczyć do mało ruszających się.

A teraz - powolutku, jak wejdę bez zadyszki z zakupami na nasze piętro to jestem bardzo zadowolona. Rowerem to do Komornik raczej nie dojechałabym w tym stanie. Obawiam się, że na basenie poszłabym też od razu na dno.

Monstertata pociesza, że będzie lepiej. Musi być, nie widzę innego wyjścia. Coraz dłuższy dzień, krok po kroku wiosna...

 

to się rozmarzyłam.

 

Pozdrowienia dla Was wszystkich i oby nam ten 2014 bezchorobowy był - powiem szczerze - wychorowałam się na najbliższą dekadę. Dziękuję, odhaczyłam, składkę zdrowotną skonsumowałam, napatrzyłam się, nasłuchałam.  Nie polecam.

Aha - pielęgniarką nie chcę być, jak dorosnę.

 

***

Monsterówna otrzymała dwa zaproszenia na spędzenie szampańskiej (bezalkoholowej!) nocy.

Miała dylemat, mówię Wam.

A my z chłopakami. Troszkę zbyt z sił opadnięci, by przyjmować tym razem gości, więc Monsterchłopcy marudzą, że co to jest, taka kameralna impreza. Tak to jest, jak się raz wyznaczy wysoki standard...

Sylwestrowy Orlik oszroniony.

Nowy Skater in town

I Skejtówa

Wyposzczony piłkowo Monsterino ćwiczy prowadzenie przy nodze - cokolwiek to znaczy

niedziela, 15 grudnia 2013
czarna dziura

 

Nie chcę i nie będę pamiętać tych ostatnich tygodni, bo nie ma to sensu.

Pisałam, że Monstertata ma wysoką gorączkę i chora jest Monsterówna. To był tylko przypisek,  a stał się kanwą kolejnego miesiąca naszego życia.

Ba - nadal się tka.

Monstertata w końcu trafił do szpitala z zapaleniem płuc. Monsterówna też miała zmiany, ale te dały się opanować w domu. Zachorował też Monster, ale on "tylko" na zapalenie gardła.

Chodzić do pracy musiałam -ciężki okres, ale dzięki obu babciom i dziadkowi, którzy opiekowali się domem i chorutkami, my z Monsterinem, cały czas reprezentowaliśmy rodzinę na zewnątrz.

Potem Monstertata wrócił ze szpitala (opowieści szpitalne wyjdą osobnym tomem), Monster został dopuszczony do szkoły, Monsterówna miała wieść jeszcze życie domowe, gdy tymczasem ja (jak to ja? Ja NIGDY nie choruję!) zostałam przywołana na porządku prześwietleniem płuc.

Ale to był dopiero początek. Pierwszy antybiotyk, drugi antybiotyk, epizod w Centrum Pulmonologii,koniec końców wylądowałam w szpitalu. W tym samym pokoju, który 2 tygodnie wcześniej opuścił Monstertata. Teraz on na szczęście czuje się lepiej i ogarnia Monstery.

Monsterówna wczuła się w matkę i podobno chce non-stop sprzątać, podczas gdy Monster uważa,że skoro tydzień temu było odkurzane, to zupełnie nie ma sensu wyciągać odkurzacza.

A Monsterino nie chce odrabiać zaległości. Bo chyba nie wspomniałam, że Monsterino też w końcu uległ bakteriom, na szczęście był szczepiony na pneumokoki, więc jego zapalenie płuc też inaczej przebiegło. Aczkolwiek nie obyło się bez zmiany antybiotyku w trakcie.

I tak jak nigdy w życiu całe Monsterowo zostało w czarną dziurę bakterii, więc naprawdę nie było jak, kiedy i o czym pisać.

Ale żyjemy, powoli z tego wychodzimy, choć ja jeszcze nie wiem, kiedy, bo nie widziałam  swojego lekarza prowadzącego, bo w weekend w szpitalu panuje tryb stand by.

Podobno jutro rano jest ordynator, więc będą pudrować podłogi i wrzeszczeć, żeby nie trzymać szpargałów na wierzchu.

Zdrowia wszystkim!

niedziela, 17 listopada 2013
srebrne talenty, srebrniki w skrócie

 

Monstery wyjeżdżały o 6:30 w sobotę. Monsterówna zbudziła się z chrypą, więc płukała jeszcze gardło.

Już po starcie i dotarciu do finału jako szósta - (to bardzo dobre, punktowane miejsce - zawody były ogólnopolskie) mówiła, że na sali jest bardzo gorąco.

Wieczorem doniosła, że bolą ją oczy, więc dzwoniłam do trenera, by zmierzył jej temperaturę. Miała pod 38. Trener zorganizował nurofen i poszła spać.

Dzisiaj, po kolejnej porcji nurofenu, skoczyły synchron z Oliwią. W ich klasie były tylko dwa synchrony, więc miejsce medalowe miały zapewnione, ale jednak ta druga para była troszkę lepsza. Nic to - i tak dobrze, że się spieła i dały radę.

Przyjechała z solidnym ciężarem u szyi.

Teraz już została tylko chrypa i niech się szybko skończy, bo Monstertata nam tu grypowo zaległ i jego osiągi od czterech dni dochodzą do 40 stopni, co jest mało rozrywkowe.

 

A tu - drugi srebrny bohater.

Trafił na pudło indywidualnie w klasie młodzieżowej - prawdziwy wyczyn.

Monster Wicemistrz Polski.

 

Archiwum
do Monsterowa tędy