wtorek, 16 września 2014
full entuzjazm

 

- Tylko ubierz te niższe buty na obcasie - zarządziła rano Monsterówna, a wstała tak wcześnie,jak reszta stada, chociaż miała dopiero na 8:55, z powodu uczenia się na fizykę.

- Zamierzałam ubrać te czerwone - zapowiedziałam z poważną miną, a wyraz twarzy Monsterówny przedstawił grozę w czystej postaci - ŻARTOWAŁAM - dodałam szybko, co by mi córka nie zeszła na zawał w tak młodym wieku i to we wczesny poniedziałkowy poranek.

Gdyż ubiór mój, którego kontrolę przeprowadzała Monsterówna, miał był zaprezentowany na pierwszym zebraniu szkolnym w gimnazjum. No proszę, a w podstawówce słuchałam opowieści mamy Oliwii, jak to córka wybiera jej strój, w którym może pójść na zebranie, jak bajki o żelaznym wilku...

Pan Wychowawca zaczął od tego, że dzieci w klasie są fantastyczne, a ponadto lubi swoją pracę, które to wyznanie rodzice przyjęli brawami.

Pierwszy raz w moim życiu słyszałam taką deklarację z ust nauczyciela, więc nawet nie zdążyłam zebrać szczęki z podłogi, a co dopiero klaskać. Wprawdzie Monstertata studzi mój entuzjazm mówiąc, iż dopiero po czynach ich poznacie, ale po tylu zebraniach w podstawówce, które zaczynały się od jęków, jakie to okropne mamy dzieci, bezcenne jest doświadczenie przeciwne.

Z drugiej strony nietrudno chwalić te dzieci, skoro zebrali samą śmietankę - z nadmiaru kandydatów odliczyli sobie najlepszych od góry.

I teraz po doświadczeniach moich z podstawówkowymi klasami Monsterów wygłoszę może kontrowersyjną opinię, ale selekcja dzieci pod względem naukowym jest dobra.

Nie na poziomie pierwszych klas podstawówki - tutaj rzeczywiście jeszcze można pokazać inną drogę i wyrównać szanse, natomiast widzę, jak męczy się Monster, kiedy jest jednym z dwóch chłopców w klasie, którzy się w ogóle uczą (i jak bardzo musi udowadniać na boisku, że nie jest kujonem) i jak się trzeba męczyć z młodymi nastolatkami, na których nie ma bata. Bo co im może zrobić nauczyciel? Dać sto pierwszą jedynkę? Jeden z kolegów Monstera nie zrobił w zeszłym roku ANI JEDNEGO zadania z anglika i miał chyba ze dwadzieścia jedynek. Jaka to motywacja dla innych, skoro go w końcu po kolejnych poprawkach i ostatnich szansach przepuścili do szóstej klasy na dopuszczającym?! (pewnie nie mogąc się doczekać, kiedy opuści szkolne mury).

Nie powinno być obowiązkowego gimnazjum dla wszystkich, tylko selekcja zawodowa, jak w Niemczech. Ci, co chcą się uczyć - do gimnazjum, reszta, do szkoły zawodowej. Zaraz po podstawówce. Niech mają fach w ręce, coś konkretnego, a nie potem zostają słabe gimna-rejonówki, które muszą przyjąć wszystkich i przerobić "Dziady". Nie dziwię się mrożącym krew w żyłach relacjom z tych, Boże się pożal, placówek edukacyjnych. "Strzeż się tych miejsc" i zrób wszystko, żeby dzieciak dostał się do szkoły i klasy dzieci, którym się chce. Na poziomie gimnazjum dzieci są już za stare i zepsute, żeby cokolwiek w ich przekonaniach zmienić. Jednostki może.

 

czwartek, 11 września 2014
wykorzystanie pakietu medycznego: pięćset procent

 

Monster znowu kontuzjowany. Na piłce, po kopnięciu przez kolegę, nie z powodu akrobatyki.

Trzy tygodnie o kulach. Super. Monstertata znowu spędził pół dnia w naszej ulubionej przychodni.

Monster pyta, czy dostanie odszkodowanie, bo za złamaną w maju rękę ubezpieczenie jak dotąd nie zapłaciło.

- Wszystko na benzynę pójdzie - deklaruje Monstertata

- No, ale... - oponuje Monster

- Ciągle cię muszę do lekarzy wozić - kończy dyskusję Monstertata

Monsterino przeżył swój telefoniczny debiut. Otrzymał numer z wieloma trójkami. Jako trzeciemu dziecku pasuje bardzo. Miał zameldować, że doszedł do szkoły i to zrobił. Natomiast po szkole był plan, by wrócił sam, przedtem uprzedzając, że już wychodzi ze szkoły. Tyle, że zapomniał i poszedł do świetlicy, a że telefon miał wyłączony, to i nie odbierał.  I tylko dlatego, że lało i Monstertata kursował, a to z Monsterówną, a to z Monsterem, po drodze zwinął też Monsterina.

Monsterówna ogarnia się w szkole, musi zbierać się ostro, bo nie nadąża przez tą swoją drobiazgowość, ale z dnia na dzień idzie jej coraz lepiej. Trener za to ją wyzywa, bo okazało się, że w dniu, w którym ma basen, na tyle późno kończy, że nie może już trenować (bo, po pierwsze primo - mięśnie po basenie będą za bardzo rozluźnione, a po drugie primo - już nie wyrobi czasowo).

W tym roku komfortowo mogę być obecna na wszystkich zebraniach, więc czuję się jakbym o czymś zapomniała i tylko nie wiem, o czym. Pewnie o kasie, bo jak podliczyłam wszystkie wersje mundurka w szkole Monsterówny, bluzy z krótkim i długim, rozpinana, polar, to mam tylko nadzieję, że albo prędko nie urośnie i to wynosi, albo Monster za rok się też dostanie do tego gimnazjum i nie będzie mu przeszkadzać, że ma zapięcie koszulki polo na damską stronę (oby tego nie zauważył, bo jak mu ktoś zwróci uwagę, to już koniec).

poniedziałek, 08 września 2014
wełnianym szlakiem

W sobotni poranek nie zalegaliśmy długo w łóżkach.

Zarezerwowaliśmy kajaki w Rogoźnie.

Monsterówna wskoczyła do taty, gdyż Monster chciał płynąć ze mną i to był błąd strategiczny, którego później żałował, chociaż ja dobrze się bawiłam.

Przepłynęliśmy z Monsterem o wiele dłuższą trasę niż inni, bo początkowo zyg-zakowaliśmy koszmarnie, kilka razy kręciliśmy się w kółko i zwiedzaliśmy intensywnie szuwary.

Po paru kilometrach wynosiliśmy kajaki podczas przeprawy. Podsłuchany dialog Monsterów starszych:

Monster do Monsterówny:

- Teraz ty siadasz z mamą!

- Dlaczego?! - pyta Monsterówna, której całkiem dobrze szło z Monstertatą, nawet doganiali Monsterina, który dosiadłszy się do wujka ambitnie pędził na czele

- Bo mama zupełnie nic nie robi, wiesz jak się trzeba z nią namęczyć?!

No to Monsterówna wzięła się za matkę.

Kapo obozowy to przy niej łagodny misiek. Zapędy trenerskie ma niezłe, a tekst:

- Po co ty w ogóle trzymasz wiosło??! - był jednym z najłagodniejszych

Ale trzeba przyznać, że po jej:

- Raz, dwa, raz dwa - już nie snuliśmy się na końcu, chociaż wiele razy opuszczała wiosło z rezygnacją

A poniżej zwycięzca. Monsterino z wujkiem J. tak się zawzięli, że nikomu nie dali się wyprzedzić. Ani na pierwszym, ani na drugim odcinku drogi.

Chociaż to nie był wyścig...

... a rozkoszowanie się pięknym dniem. (i potem zakwasami w barkach)

Wełna jest urocza, o wiele bardziej malownicza niż Warta. Kręta, pełna zwalonych pni i wystających głazów, w które akurat zawsze mój kajak musiał trafiać.

Podejrzewam, że na kolejną wyprawę wydelegują mnie Monstery do jednoosobowego kajaka.

czwartek, 04 września 2014
to nie bajka

 

Miała Monsterówna troszkę nos na kwintę zwieszony, gdy wyniki testu z angielskiego na dzień dobry uplasowały ją w gorszej połowie klasy. Pocieszam ją, że jak muszą podzielić klasę na połowy, a wszyscy są dobrzy, bo tylko tacy się tam dostali, to ktoś musi być w tej słabszej (3 punktów jej zabrakło, naprawdę mało). Ale ponieważ to ambitne dziecko, żadne wytłumaczenie jej nie zadowoliło.

- Nie ogarniam tych wszystkich kontraktów - panikuje Monsterówna mając na myśli zasady oceniania i zgłaszania nieprzygotowania, które na każdym przedmiocie są nieco inne

- Ale tak naprawdę, to się nie skupiałam na tych wszystkich sposobach zgłaszania braku zadania domowego, bo zamierzam zawsze być przygotowana - deklaruje

Ponadto zauważyła, że w klasie utworzyła się grupka wzajemnej adoracji.

- Wydaje mi się, że to są takie "popularne"dziewczyny, modnie ubrane i głośne - opowiada. Naczytała się książek i naoglądała amerykańskich filmów, to wie, o co chodzi.

Oj, nie chciała dzisiaj jechać do szkoły, nie chciała. Bo dzisiaj pierwsza lekcja szachów. A Monsterówna akurat nie gra w szachy. No nic, nauczy się.

Z nauczycieli najbardziej przypadła jej do gustu Biologiczka. Niestety, biologia tylko raz w tygodniu jest. Z matmy pani też ok, a z polskiego zgłaszała się Monsterówna trzy razy i ani razu pani jej nie wybrała do odpowiedzi, więc Monsterówna błyskawicznie skonstatowała, że jej pani nie lubi.

Coś z tym polskim nie po drodze Monsterównie.

Z frontu podstawówkowego: godny odnotowania fakt: już dwa dni szkoły minęły, a Monster bez ani jednej uwagi.

I nawet 10 czasowników nieregularnych powtórzył, chociaż w międzyczasie "był aktywny w społeczeństwie", jak to nazwał, czyli siedział na FB.

Natomiast Monsterino miał nieprzyjemność być pilnowanym w świetlicy przez byłą Panią Od Polskiego Monsterówny. Zdegradowali ją, czy co? W każdym razie pani zabroniła im odbijać kulkę z papieru (wesołe zabawy świetlicowe), żeby się nie poranili. Oczywiście chłopcy przyjęli tłumaczenie pani z dużym zrozumieniem:) Dobrze, że nie kazała im od razu wyciągać dzienniczków.

środa, 03 września 2014
nowa rzeczywistość

 

Pięć minut błagałam wczoraj Monstera przez telefon, żeby odebrał brata ze świetlicy. Gdyż wracali rowerami i bałam się puścić Monsterina samego. (a nawet może jest to nielegalne, skoro nie ma jeszcze karty rowerowej?!). W końcu się zgodził, na zasadzie, że robi mi wielką łaskę i oczekuje porządnego rewanżu. Normalnie muszę zrewidować zestaw obowiązków domowych, bo coś się posypała dyscyplina przez wakacje.

Monsterówna zafascynowana nową szkołą, zwyczajami, specyfiką gimnazjum. Na początek - szok ilościowy - 30 osób w klasie!

Dobrze, że chociaż na języki są podzieleni, bo to przecież tłum. Monsterówna tłumaczy, że tak tłoczno jest na korytarzu przed klasami, że muszą ustawiać się w rządkach: osobno dziewczyny puszczane przodem i chłopcy, a  jeszcze puszczać nauczyciela na czele.

Na obiady chodzi tylko 15 osób z całego gimnazjum, w tym trójka z jej klasy, tych, którzy byli w tej samej szkole, czyli jak widać dzieci przyzwyczajone do porządnej stołówki, a nie do kateringu. Spóźniła się po obiedzie na lekcję (nie dziwię się, tempo jedzenia ma właściwe - gryzie długo i dokładnie), ale chyba na razie nauczyciele patrzą na ich nieporadność przez palce.

Poza tym zaobserwowała, że tylko ona konsumuje na przerwach.

- A reszta co robi? - pytam

- Gada - odpowiada Monsterówna i dziwi się dalej - Emilka nie była na obiedzie i przez cały dzień nic nie jadła!

- Ale ty będziesz? - upewniam się, co by przed szereg nie wychodzić i na darmo śniadaniówki nie wypełniać.

- No pewnie! - przekonuje - Chybabym umarła z głodu przez cały dzień bez jedzenia!

No to anoreksja jej nie grozi.

Podobno koleżanki ma bardzo fajne, znalazł się też już "pupilek pani", to znaczy, jak sobie szepczą po kątach, Laureat.

- On się tak literacko wyraża - relacjonuje Monsterówna - wypowiedzi zaczyna od "jeśli sobie dobrze przypominam...". Ponieważ zgłosił się do odpowiedzi na pierwszej lekcji, to teraz gdy jakikolwiek nauczyciel o coś się pyta, to wszyscy patrzymy na Laureata, żeby odpowiedział.

Ananiasz już jest, ujawnił się też klasowy zgrywus.

- Pani od fizyki tłumaczyła zasady zachowania się w klasie, a on się zgłosił i zapytał, czy jak chce wyrzucić do kosza kulkę papieru, to ma się zgłaszać, bo w swojej starej szkole nie musiał - śmieje się Monsterówna

- Ale najlepsze, że pani poważnie mu odpowiedziała, że wszelkie papierki mamy trzymać na ławce i wyrzucać dopiero na przerwie- kontynuuje Monsterówna

Punkt dla Fizyczki.

Wykończył mnie pierwszy wieczór z odrabianiem lekcji i gadaniem trzech Monsterów na raz: dwa miesiące wakacji, a ja odwykłam od trójpodzielności uwagi! Doprawdy szybko. A pierwszy długi weekend dopiero w listopadzie.

wtorek, 02 września 2014
no to się zaczęło (znowu)

Monster przybrał pozę oraz odział swe lico we właściwy wyraz twarzy (czyli znudzonego nastolatka), narzucił ciężki plecak i popedałował.

Monsterówna została zapoznana wirtualnie z siecią tramwajową rodzinnego miasta, obdarowana PEKĄ i trzeba ją było popędzać, bo się długim porankiem za bardzo rozkoszowała. Musieliśmy dawno nie poruszać się komunikacją miejską, gdyż się córka zdziwiła, że przy skrzyżowaniu, przez które najczęściej przejeżdżamy rowerami jest także przystanek! A kluczowe było, żeby pojechała we właściwą stronę, bo przystanki są po obu stronach ulicy. Telefon Monstertaty złapał ją już w szkole, co znaczy, że dotarła. Dzisiaj na 10. (ostatnio na tak późno miała 4 lata temu).

Jak na razie Monsterówna zadowolona - ma w klasie koleżankę z poprzedniej szkoły i dwójkę znajomych z klasy równoległej. Wychowawcą jest geograf. Podobno jest młody i lubi wycieczki. Duży plus.

Teraz kwestia zgrania treningów. Lekcje kończy najwcześniej o 15:30, musi jeszcze dojechać, pewnie z przystankiem w domu, by zostawić plecak - przed 17 się nie wyrobi  (nie licząc dnia, kiedy jest basen, który okazuje się być przeszkodą w treningach - zbyt rozluźnione mięśnie czy ścięgna po nim są - teraz zastanawiam się, czy trener nakaże zrezygnować z basenu czy zamiast środy będzie umawiać się na trening w soboty - ha! - to wyzwanie dla trenera).

Najbardziej zadowolony z powrotu do szkoły był Monsterino. Wręcz nie mógł się doczekać spotkania z kumplami. Jego pani została awansowana na wicedyrektorkę, ale zdaje się, że Monsterinowi to nie sprawiło różnicy - nową panią poznał podczas zajęć w świetlicy i też ją lubi.

Tuż przed wejściem do szkoły przypomniał sobie, że nie odrobił zadania domowego, (czy muszę dodawać, że myślałam, że eksploduję?! - Ładnie się zaczyna...) Ale pocieszył się, że za to pamiętał o zabraniu pamiątek z wakacji (słoik ze słoną wodą morską wraz z piaskiem i glonami - mam tylko nadzieję, że nie trzepnie plecakiem z tym słoikiem zaraz rano i nie zaleje wszystkich świeżutkich książek. Chociaż prawdę mówiąc ten fatalistyczny scenariusz pasuje raczej do Monstera, który sam siebie nazywa pechowcem.)

Wracając do Monstera - jest najniższy w klasie i ma z tym problem (oprócz braku najnowszego smartfona, najnowszego modelu halówek i innych gadżetów). Pewnie jeszcze urośnie, cóż, kiedy nie wiadomo, kiedy. Na razie można go tylko pocieszać, że żołnierze jednostek specjalnych są generalnie niscy.

piątek, 29 sierpnia 2014
a po drodze, czyli na specjalne życzenie

Ostatnie dwa tygodnie Monstery spędziły na obozie, więc wiadomo, co w tym czasie robili monsterrodzice.

Tak, oczywiście. Zgadliście.

Remoncik. W lipcu Monstertata przekuwał przez całą sypialnię rowek pod rurkę do drugiego kaloryfera i być może tej zimy nie będziemy mieć w sypialni bieguna zimna.

A teraz przyszedł czas na nowe kaloryfery i nowe okna w pokojach Monsterów. Nowej izolacji dachu już nie zdążymy w tym roku zrobić, a trzeba, bo nie wiadomo, czy jeszcze cokolwiek nas od dachówek izoluje. Jednak przyjemności musimy sobie dawkować, bo co byśmy w przyszłe wakacje robili.

No to żeby oderwać się od ostatecznych porządków, a Monstery już już u drzwi stoją -  wakacjowspominki.

Gdyż po drodze na Riwierę mieliśmy przystanki (nie takie, jak rodzice Mikołajka, ale zawsze).

w Bawarii

 (dziecko i psa pożyczyliśmy sprawdzając naszą wytrzymałość na wielodzietność)

 

we Włoszech, nad jeziorem Garda rozłożył się park rozrywki Gardaland

 

Monstery starsze wraz z  Monstertatą są nieustraszone - potrzeba adrenaliny jest wielka - jeździli na tych wszystkich kolejkach i do góry nogami i z wielką prędkością i w ogóle się nie bali, ani sensacji żołądkowych nie wykazywali.  Jedynie Monsterino miał dosyć po naszym pierwszym plaśnięciu (bo i ja tam jestem - z tyłu w białej koszulce), że przy każdej kolejnej atrakcji pytał się, czy aby nie będzie tam motylków w brzuchu. I odpuszczał, jeśli przypuszczalnie miało być groźnie (ile się złośliwości ze strony brata nasłuchał, to jego  - do rękoczynów doszło, musieliśmy interweniować)

Oprócz o wiele szybszych i większych kolejek górskich, były też atrakcje znane nam z Legolandu: pokazy chińskich akrobatów do obiadu, ale i świetny show tancerzy w odblaskowych strojach z muzyką jak z archiwum X. Jako, że Gardaland w lecie czynny jest do 23, Monstery biegły na ostatni zjazd parę minut przed. Od 9 rano. Oto kondycja sportowca.

 

A takie urządzenie przydałoby nam się na stałe

 

Na lazurowym wybrzeżu, oprócz wycieczek po wąskich uliczkach uroczych miasteczek

 

zrobiliśmy też parę wypadów specjalnie dla Monsterów.

 

w Marinelandzie - podziwialiśmy (na początku z mieszanymi uczuciami, a potem  już tylko z podziwem) wspaniałe pokazy zwierząt. Sumienie moje uspokoiły kilogramy ryb, którymi posługują się trenerzy jako marchewką. I choć taki trening nie ma niczego wspólnego z naturalnym życiem w oceanie, to ich jeśli miałyby zginąć gdzieś tam z rąk człowieka to, mimo niewoli, może nie jest im tak najgorzej.

 

 

Innym razem, w Aquasplashu udało się Monsterom namówić matkę zjazd z wysokiej wieży. Wrzeszczałam tak, że Monsterówna zatykała uszy.

 

 

Wyjazd do Monaco Monte Carlo był głównie dla Monstertaty (i reszty chłopców), choć i po ulicach i nawet na górę do posiadłości księcia dzieci zagnaliśmy. (Upał był niemiłosierny, gdy im z poziomu portu pokazaliśmy dokąd teraz idziemy, odmówili współpracy. Dopiero na dopalaczach w formie lodów poszli. Schodzenie było przyjemnością).

A  wśród luksusowych, przebogatych jachtów i superfur spotkaliśmy agenta specjalnego Rogera Moore'a w... smarcie.

Osobiście Monstery miały inne preferencje co do swoich przyszłych samochodów niż 007.

no i reszta leniwych dni, kiedy niespiesznym krokiem z torbami pełnymi ręczników, książek (to rodzice i Monsterówna), jedzenia i wszelkich akcesoriów pływackich podążaliśmy w stronę najbliższej plaży.

 

 

 

 

 

 A tu już za chwileczkę życie znowu wróci na pospieszne tory.

Odebrałam i naładowałam Monsterównie kartę do nowego systemu komunikacji miejskiej. Może będzie na razie jeździć rowerem, ale w razie potrzeby bez PEKI to teraz podróżowanie po Poznaniu jest dla krezusów.

Już przyszło pudło z najnowszą pomocą szkolną Monsterówny, która objawia technologiczne zacofanie w stosunku do swoich rówieśników, nawet konta na FB nie posiada. Ciekawe, czy teraz się w mainstream włączy posiadając własny sprzęt do łączności ze światem, przecież dla celów szkolnych kupiony. A czymże kontakt z koleżankami z klasy jest, jeśli nie potrzebą szkolną...

Jak zupełnie różne ma potrzeby ma Monsterówna w porównaniu z młodszym bratem. Ten już ma od roku konto na FB, gdzie ochoczo informuje przyjaciół o nadejściu godziny 21:21 LOL!

A gdy planuje zakup swojego notebooka (oczywiście też ma obiecany, gdy powita go gimnazjum), to z założenia pyta, czy może do standardu przewidzianego przeze mnie dołożyć ze swoich, by poziom jego notebook'a był wyższy.

- Skąd wiesz, jaki standard będzie prezentować ten, który ci kupię? Do wyszukania informacji na przyrodę czy przygotowania projektu na pewno starczy - peroruję, choć doskonale wiem, co mi odpowie

- Właśnie - TOBIE wystarczy, ale ja potrzebuję, żeby był lepszy - wyjaśnia swoje credo Monster

 To by także tłumaczyło, dlaczego zrezygnował z noszenia telefonu do szkoły, po tym, gdy mu poprzedni smartfon ukradli. Ze starą komórką obciachem jest się pokazywać. A na taką, z jaką chciałby być widywany, go nie stać  (i okrutni rodzice nie chcą mu zafundować S5).

 

 

wtorek, 19 sierpnia 2014
WWW, czyli Wałcz wita was

 

Wszystkie trzy Monstery na jednym obozie - tego jeszcze nie było! Małe pocieszenie na zakończenie ledwie dwuletniego szczęśliwego i już-nie-do-powtórzenia okresu, gdy wszystkie dzieci były w jednej placówce edu.

Monsterówna na początku była średnio zadowolona z rozlokowania, ale teraz już jest ok i ćwierka przekrzykując koleżanki w tle, że jest ok. Monsterinowi głos się lekko łamał, podobno krew mu poszła z nosa "NA CAŁĄ ŁAZIENKĘ", ale wyprał skarpetki.

No, proszę, jakie to nowe umiejętności można posiąść na obozie sportowym.

To mi przypomina zwierzenia Monstera z obozu taekwondo, gdy był w monsterinowym wieku i podziękował mi (pewnie pierwszy i ostatni raz), za to że jestem taka dzielna i piorę jego rzeczy przez cały czas, bo on musiał doprać dobok po dwóch tygodniach i była to mozolna praca.

Teraz Monster podobno ma atak alergii, a wziewów nie wziął, więc muszą go gdzieś tam skierować do lekarza (tyle razy wyjeżdżał do Wałcza i dopiero pierwszy raz ma tam atak). I jakieś kropki mu się na ciele pojawiły. Może jednak nie jest odporny na ospę... Czekamy na newsy, w każdym razie.

Jeszcze tylko wspomnę, że na fali wakacyjnych wspomnień z kraju Mikołajka, byliśmy w kinie. A nie był to multipleks. Monster indagował, czy wymienili chociaż fotele, gdy wspomniałam, że chodziłam do tego kina w czasach studenckich (całkiem słusznie, że spytał, skoro ma alergię na roztocza). Chłopcy prawie obrazili się, że nie będzie popcornu. A już załamałam się zupełnie, gdy Monster prosto z mostu wypalił,  że jeśli miałby iść do kina Z DZIEWCZYNĄ, to na pewno nie do takiego.

Monstertata mnie pociesza, że jeszcze zwróci się dziecko nasze na właściwą stronę mocy. Oj, oby. Naprawdę, jak to możliwe, że wychowaliśmy faceta opcji all inclusive?! Przy naszym trybie życia?!

Na koniec jeszcze wakacyjne muuunstery

 oraz latająca Monsterówna

niedziela, 03 sierpnia 2014
Lazurowo, czyli VIVE LA FRANCE!

 

 

Dopiero przywitaliśmy się z kotem i żółwiem, a praca już mnie ściga, więc relacja będzie sukcesywnie uzupełniana.

W każdym razie jesteśmy, żyjemy i mimo filtra 50 trochę opalenizny złapaliśmy.

Francuzi chyba nic nie wiedzą o raku płuc, bo nadal palą WSZĘDZIE i to na potęgę!

O raku skóry też raczej nie wiedzą, gdyż smażą się równo.

Największy problem przez te dwa tygodnie, to poranna długa kolejka po świeże bagietki - każdemu życzę tylko takich zmartwień!

Nasza baza była w Antibes - w tle charakterystyczny zamek na skale - ostatni dom Pablo Picassa.

Ale piękniejsza jest pobliska Nicea.

Prawdziwie lazurowa

Chociaż trzeba było do niej podjechać autobusem.

Monstery nie marnowały czasu.

Ale bywało, że miały nam za złe wycieczki po przybytkach kultury zamiast plażowania.

Trzeba przyznać, że Muzeum Sztuki Współczesnej w Nicei było trudne w odbiorze także i dla Monsterrodziców.

czwartek, 17 lipca 2014
letniość, widzę letniość albo ka(r)tecki

 

 

Po dwóch tygodniach nieudanych podejść (bo deszcz, bo zmęczony, bo nie chce...) Monsterównie wreszcie udało się zorganizować podchody dla Monsterkuzyna

Nie było łatwo, bo nasz obecnie Największy Negator, nie chciał za bardzo szukać kolejnych strzałek ("nie do scałek"), ani karteczek "ka(r)tecki nie", tym bardziej nie był zbyt chętny do wykonywania zaplanowanych i pieczołowicie wykaligrafowanych przez Monsterównę zadań. (oprócz przybicia piątki i żółwika - to mu wychodzi koncertowo!)

Pocieszyłam ją, że może za rok będzie bardziej chętny do współpracy.

Monsterówna zastanawiała się też, ile w ciągu swojego życia będzie miała wakacyjnych zdjęć z podczas konsumpcji lodów.

pewnie idzie to w grube dziesiątki

 

Monsterino przygotowuje się do obozu, jak widać.

Trener byłby dumny (lewa stopa napięta, prawą trzeba by deczko przyklepać, żeby było idealnie)

a przecież w ogóle nie napisałam o Wielkim Zabiegu, któremu poddał się Monster zaraz po uroczystym apelu końcoworocznym

Monster miał od urodzenia znamię na ramieniu. Teoretycznie mogło tam sobie tkwić, bo nie rakowaciało. Ale Monster zaczął je skubać i rozdrapywać, więc wylądował jako  bardzo dzielny pacjent Wujka Chirurga. Chociaż denerwował się przed samą operacją, Wujek pochwalił jego opanowanie. Bo już na fotelu zabiegowym zachowywał zimną krew.

No i teraz Monster ma kombatancką bliznę. Bohater.

piątek, 11 lipca 2014
posiadanie rodzi problem...tylko jeśli się jest minimalistą

Z dużym opóźnieniem, ale z ogromną dumą prezentuję WIELKĄ ULGĘ MONSTERA.

Mina roku - kamień spadający z serca, gdy dostrzegł czerwony pasek na świadectwie. Gdyż do końca trzymany był w niepewności. Przy okazji osiągnął średnią o włos powyżej 5, zatem został Prymusem Szkoły i do kolekcji dodał już drugą taką odznakę.

 

 

Monsterówna kolekcjonowała niezliczoną ilość nagród i wyróżnień, jej średnia została ostatecznie uhonorowała na Placu Kolegiackim, a mimo chyba trzech różnych wygranych konkursów polonistycznych na szczeblu szkolnym oraz międzyszkolnym, słynna Pani Od Polskiego nie postawiła jej 6. A wychwalała ją pod niebiosy na zakończeniu roku! Co za wstrętny babsztyl! I jeszcze jej zeszyty sobie zostawiła, mówiąc że odda Monsterowi. Zobaczymy te zeszyty, jak świnia niebo! Pewnie będzie z nich dyktować następnym ofiarom w przyszłych latach, bo te jej notatki, które Monsterówna mozolnie przepisywała na tablicę (bo przecież pięknie pisze), a potem musiała sama uzupełniać w domu, były w kształcie i kolorze papirusu cudem uratowanego z wykopalisk.

Oby w gimnazjum miała bardziej sprawiedliwą polonistkę.

 

 

Dla porządku zadowolony z końca roku Monsterino

I tu jeszcze muszę koniecznie pokazać część prezentów, na których wykonanie Monsterówna poświęciła lwią część późnych wieczorów i nocy. A fundusze na nie przeznaczyła ze swojej karty upominkowej, którą wygrała w konkursie.

Czyż nie mamy wspaniałej córki? Może na starość nie upchnie nas w zupełnie najgorszym domu starców...

Prezent dla tatusia

i dla mamusi

 A teraz nasi maksymaliści pobijają rekordy czytelnictwa w leśnej głuszy. Monster, bo nie ma towarzystwa, Monsterówna, bo lubi.

Monster połknął już ostatnie tomy Młodego Samuraja oraz Bogów Olimpijskich, a teraz kończy Eragorna i prosił o kolejne.

Monsterówna pochwaliła mój wybór na nagrodę książkową (39 wskazówek) i też zażyczyła sobie następne, a że (trochę za wcześnie, ale co tam) wzięła się za Zmierzch, to drugi tom już czeka. Natomiast skrytykowała wychwalaną "Klasę Pani Czajki", mówiąc, że nie podoba jej się jedna z bohaterek, która ma ciągle rozterki sercowe i cierpi. Książki nie czytałam, ale cieszę się, że Monsterównie nie mieści się w głowie, jak można z takiego powodu cierpieć.

Niech jej tak na całe życie zostanie.

Tylko Monsterino miga się z czytaniem. Lata po sąsiadach, on jedyny mający w głuszy jakichkolwiek znajomych w swoim wieku, więc jadę teraz, by postawić go do pionu.

Jeśli wygrzebię się z papierów. Jak to jest, że jak koleżanka idzie na urlop, to ja przejmuję jej pracę, ale gdy ja idę, to potem sama muszę nocami nadrabiać.

Niezastępowalna jestem, ani chybi.

wtorek, 24 czerwca 2014
rzutem na taśmę

Monsterówna dociągnęła do niebotycznej średniej 5,8, w sumie przez klasy IV-VI ma 5,79, co nijak jej nie pasuje, bo koleżanka z klasy równoległej dobiła do 5,92! (Same szóstki prócz jednej piątki z WF-u) Jedyny problem w tym, że osoba o najwyższej średniej udaje się do Prezydenta Miasta Poznania po odbiór Uścisku Ręki. I się nie udało. 

Biedna Monsterówna zatem na plac Kolegialny nie jedzie, za to musi przygotować mowę pożegnalną na zakończenie roku. Czy jest jeszcze jakieś inne dziecko w Polsce, które dwa dni przed zakończeniem roku jeszcze odrabia lekcje?

- Pod koniec roku w szkole jest spoksik - twierdzi Monster - Oglądamy filmy, gramy na tablicy interaktywnej - ale w gry przedmiotowe - zastrzega, żebym czasem nie zaliczyła mu tych godzin na poczet domowego tłuczenia w Battlefielda, nazywanego czasem Butterfieldem

- Zatykam uszy, kiedy przeklinają - zastrzega Monsterino, który choć 3 lata młodszy oczywiście musi grać w te same gry, co starszy brat

- Wyłączcie głos - sugeruję. Okazuję się abnegatką, bo oprócz głosu równolegle lecą napisy.

- Jak zauważę, że przeklinacie, przestaniecie grać - uspokajam swoje sumienie

W weekend Monsterino robił za jedynaka, a starsi skakali finały Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży. Monsterównie się nie udało - 13 miejsce w Polsce, za to do przodu wyskoczył Monster, który z podium ześlizgnął się dwoma setnymi! Już czuł ciężar medalu na piersi...

Trenerzy, w przeciwieństwie do megarozczarowanego Monstera, bardzo zadowoleni z jego występu, bo to było najwyższe miejsce wśród wszystkich zawodników z klubu. Poza tym Monster znowu w wysokiej formie. No, ale żeby TYLKO czwarte miejsce!

Monstery sprawozdały, że Jawor, gdzie odbywała się olimpiada, to ma bogato - dziesięć trampolin w klubie! (Poznań ma ich w porywach do sześciu na sali). Poznań ma za to stadion. Monsterino chce zostać piłkarzem. Gdy przyszliśmy na jego trening trochę za wcześniej i grała wyrośnięta młodzież, nasłuchałam się więcej niż przez ich cały tydzień tłuczenia w komputerze.

- Ale oni [czyli piłkarze na boisku] to nie znają wielu przekleństw - podsumował Ekspert - tylko ciągle Q i Q

To już ostatnie zawody w tym roku szkolnym. Cały MIESIĄC przerwy w treningach. Nie wiem, jak trener może spać po nocach w lipcu.

(*)(*)(*)

W czwartek żegnamy ostatnią już Monsterprababcię. Seniorka rodu dożyła pięknego wieku 94 lat i odeszła w pełni sił fizycznych (jak na swój wiek oczywiście), ale przede wszystkim umysłowych. Każdemu z nas życzyć takiej śmierci.

I tak to się plecie: Monstertata miał świętować swoją czterdziestkę hucznie, ale w obliczu śmierci babci tak się nie zdarzy. No cóż, poczekamy do półwiecza.

 

A i jeszcze mały monstertatowy akcent:

Portret Ojca by Monsterino

I nie chodzi tu o brak talentu plastycznego, tylko o napis na koszulce. Monstertata ma koszulkę z bąkiem (taką zabawką dziecięcą) i napisem: "jak się denerwuję, to puszczam bączki". Monsterino zdał test z rozumienia słowa pisanego.

poniedziałek, 16 czerwca 2014
Trzynastego, czyli kumulacja

 

Że urodziny Monsterina będą organizowane w piątek, skoro wtedy przypadają było wiadome już od zeszłego roku, kiedy były w czwartek;) I że z nocowanką, to też było planowane od dawna.

Ale jeszcze wtedy nie wiedziałam, że w tym samym dniu odbędzie się bal szóstoklasistów

oraz, że zaraz po balu trener zgarnia zawodniczki wprost z parkietu na Ogólnopolskie Mistrzostwa Juniorów Młodszych.

Zatem Monsterówna skończyła trening, wróciła do domu, wskoczyła w suknię i już była gotowa, a ja mogłam pobiec po ekipę chłopaków do szkoły, podrzucając na bal szarlotkę świeżo upieczoną przez babcię i pomagając ozdobić salę. A na złośliwe pytanie jednej z mam, dlaczego nie pomagam córce się oporządzić, tylko z chłopakami się użeram, mogłam z lekkim sercem odpowiedzieć, że przecież ona żadnych przygotowań nie potrzebuje.

[No i przecież Monstertata został oddelegowany do pilnowania (czyt. pilnej obserwacji i odstraszania ewentualnych absztyfikantów) córki]

Nasza Monsterhermiona.

Gdy odbierałam podekscytowaną brygadę ze szkoły, po plecaki podjechał pod szkołę dziadek,
(jak widać cała rodzina współpracowała, żeby ten dzień  w czasie zgrać), a ja z chłopcami pobiegliśmy w podskokach (nie da się inaczej z akrobatami) do domu.

I tak jak cały tydzień mieliśmy greckie upały, to akurat  w urodziny Monsterina niebo zachmurzyło się i spadł deszcz. A po deszczu wyszły ślimaki. No i przez przypadek, lub nie, nie dojdziesz już teraz, pierwsza para rozdeptała całą watahę śluzowatych.

Monsterino rzęsistymi się łzami zalał, że jak oni mogli! "One nikomu nic nie zawiniły" - łkał.

(przed oczami stanęły mi nasze jazdy slalomem do przedszkola, żeby na żadnego ślimaczka czy innego robaczka nie najechać).

Chłopcy stanęli skonsternowani, nie za bardzo chyba rozumiejąc rozpacz kolegi. Jakośmy poprzepraszali rodzinę ślimaków i Monsterina, jakoś Monsterino dał się przekonać, że te rozdeptane są już w ślimaczym niebie i popędziliśmy dalej, bo pierwsza para już widziała dom Monsterina w oddali, o czym nie omieszkali rozgłosić wszem i wobec. Czy słychać nas było w hen, gdzieś w Polsce? Za oceanem? (po wodzie się niesie) Bo w obrębie Poznania to na pewno.

 

*

Wychodzi na to, że najspokojniejszy dzień miał Monster. Wziął dwie torby do szkoły, jedną szkolną, jedną na zawody. Pojechał busikiem do Zielonej Góry o 13, nie odbierał od nas ani smsów, ani telefonów (oficjalna wersja, że mu się karta sim zawiesiła, nieoficjalna - nie chciało mu się, bo CIĄGŁE GO PYTAM O WSZYSTKO!). A potem skoczył, nawet kilka razy (to były drużynowe mistrzostwa oraz synchrony, więc wyniki liczyły się grupowo) i przywiózł dwa srebrne medale.

Monsterówna tym razem poza podium.

Ale nic straconego - przyszły weekend to Ogólnopolska Olimpiada Młodzieży. Tym razem pracują na swoje indywidualne konto.

*

W ogarnięciu hałastry pomogła mi Pani Animatorka, a raczej to ja jej przez pierwsze godziny pomagałam (donosiłam napoje i karmę). Dawała radę, potrafiła bez zbędnej zwłoki odpowiedzieć na bezczelne teksty oraz bez mrugnięcia okiem proponowała następną aktywność, gdy na jej pierwszą propozycję wszyscy odwracali się na pięcie, albo, co gorsza, dwóch się godziło, trzech szło w trzy różne strony, a reszta jadła chipsy. Jak mnie zostawiała po dobrych trzech godzinach intensywnych zabaw na dworze, a chłopcy absolutnie nie wyglądali na zmęczonych, to ujrzałam coś na kształt współczucia w jej oczach...

Sama sobie wtedy wyrzucałam, że na taki wariant imprezy się zgodziłam, no ale trudno - słowo się rzekło, musiałam być dzielna. Chłopcy podzielili się na podgrupy, na bo jakże by inaczej. Trzeba przyznać, że żaden nie poprosił o tablet czy play station. Zlustrowali stan wyposażenia domostwa w gadżety elektronicznie, rozlali przepisową ilość słodkich napoi, rozsypali, co tam było do rozsypania i rozbiegli się po chacie. Rozważałam kursowanie pomiędzy pomieszczeniami kontrolnie, ale stwierdziłam, że newralgiczne są schody, więc będę ewentualnie asekurować spadających.

Po 21 wrócił z balu Monstertata, więc mogłam odetchnąć z ulgą.

Zapowiedziałam seansik, gdy się obmyją (mieli pomalowane farbami buzie) i wskoczą w piżamy.

No to się zaczęło.
Jeden myje się tylko raz na tydzień, drugi tylko w wannie, trzeci nie będzie mył zębów w towarzystwie... Seans im narzuciliśmy - gadali przez cały czas komentując bohaterów kreskówki. Zasypianie to kolejny cyrk - gdzie kto leży i jak lubi zasypiać: jeden musi mieć światło, drugi nie może zasnąć przy świetle, jeden chce mieć zamknięte drzwi, drugi otwarte, jednemu za ciepło, drugiemu za zimno, zanim ustalili, kto gdzie leży, nadeszła północ.

Gdyby Monstertata nad nimi nie stał i nie nakazywał zamknięcia oczu i buzi na parę sekund, to by nie zasnęli do rana.

Myśleliśmy, że choć do 8 mamy spokój. Gdzie tam - wstali o 6:10.

Jedyne zdjęcie, gdzie udało się uchwycić cała ósemkę, tyle że Szymek w postaci samej głowy na poduszce w tle...

TO nic - cała bandę pakowaliśmy rano w samochody  i wieźliśmy na następną imprezę z nocką... Tam nie spali do 1:30 i wstali o 8. Co za kondycja!  Co za maraton: niektórzy goście domu nie widzieli przez dwa dni.

Monsterino podziękował mi za imprezę i liczy dni do następnej. Ja się na razie nie wypowiadam.

piątek, 13 czerwca 2014
Ośmiolatek

Taki stary już Monsterino. Kawał faceta. Kochany, mądry, ale i humorzasty. "Zabójcza lewa noga" - jak mu kadzi trener od piłki i wtedy Monsterino pragnie zostać piłkarzem zawodowym, [zarabiać kupę kasy i kupić sobie BMW], co nie przeszkadza mu zejść w środku meczu z boiska, bo mu nie podają, albo akurat źle bronili i dalsza gra nie ma sensu. Postoi, napije się, popatrzy i ...wraca w podskokach do gry. Nie dogonisz emocji.

 

 

 

Trzynastego w piątek w tym roku wypadło i być może dlatego wylądowałam właśnie z ośmiorgiem ośmiolatków którzy jeszcze nie śpią, a taki wypasiony barłog w naszej sypialni im przygotowaliśmy.

Na razie seansik, a już prawie północ.

 

O wieczorze (i nocy) z ośmiolatkami jeszcze będzie, bo to dłuższa historia, a na razie:

Synku: wspaniałego życia! Żeby Cię zawsze otaczali życzliwi Ci ludzie.

wtorek, 10 czerwca 2014
wszyscy są inni

 

Czerwiec: miesiąc wycieczek, festynów oraz... ostatnich zebrań szkolnych. Klasyfikacyjnych.

Mam strategię przebywania na obu zebraniach jednocześnie (bo u starszych odbywają się w tym samym czasie). Najpierw wlatuję do Monsterówny, odbębniam obowiązkowe podpisy i składki, pobieram karteczkę z ocenami, które mnie nigdy nie zaskakują i tyle by było z moich życiowych przyjemności.

Potem wlokę się na zebranie do klasy obok.

Nigdy w życiu nie czułam się tak zawstydzona, jak na zeszłotygodniowym zebraniu w klasie Monstera, gdy Wychowawca orzekł jak bardzo bezczelnym gburem okazuje się być mój syn (źle wychowany tak w skrócie, do nauczycieli jak DO RÓWNYCH SOBIE odpowiada) i że czerwonego paska przez swoje zachowanie nie zarobi. Stwierdził, że to nie tylko jego zdanie, że WSZYSCY nauczyciele narzekają na pyskującego chama i że jak teraz mu ulegniemy, to sobie nie poradzę (ja, matka) później.

O, to tutaj przegiął. Wycedziłam, żeby o mnie się nie martwił, ja sobie poradzę, a szkoła, niech robi, co uważa. Tyle tylko, niech się nie dziwi, jak aktywności dużej ze strony Monstera nie uświadczy, bo ja go wiecznie pchałam, żeby efekt niewyparzonej gęby jakoś innymi aktywnościami zneutralizował. No i wydawało się, że to działa. Ale nie - wracamy do podstaw systemu szkolnego - tylko cisi i pokorni nagradzani będą.

Nie usprawiedliwiam Monstera, gdzie tam. Wiemy, jaki potrafi być, forma jego wypowiedzi wiele pozostawia do życzenia, ALE zrobił duży postęp od rękoczynów, które na porządku dziennym były jeszcze w klasie czwartej! Poza tym nie przeklina namiętnie, co by go jeszcze bardziej pogrążało.

Jak wpadłam do domu, to z daleka wołałam, żeby się schował przede mną, bo nie wytrzymam.

Teraz codziennie odhacza, jeśli powstrzymał słowotok, bo jednak pan się ugiął i obiecał, że jeśli do końca czerwca nie będzie pyskował, to mu poprawi ocenę.

Tymczasem Monster ma przechlapane w domu, bo odmawia jedzenia. Anorektyk jeden. Spytałam go wprost, czy zamierza zejść z tego świata, bo po co ja będę inwestować w chodzącego trupa. Może to drastyczne, ale szczere.

O dziwo, Monster wrócił do skakania. Trener pytał się, co mu obiecałam, ale to znowu żadna moja zasługa - taktyka powolnego rozruchu zadziałała - w końcu skoczył jedno, drugie salto i trampolina przestała go przerażać. Do tego stopnia, że jedzie na kolejne ogólnopolskie zawody, bo odzyskał formę. Co za gość! Nie wiem, skąd ma siłę do odbijania się, skoro dostarcza paliwa na poziomie granicy przeżywalności i to najchętniej w postaci cukru.

Poza tym, ostatnie tygodnie szkoły to wycieczki, przecież.

Monstery starsze odbyły zieloną szkołę w bazie harcerskiej, skąd przyjechali brudni, niewyspani, ale szczęśliwi, Monsterino był w Toruniu, skąd przywiózł KUSZĘ oraz pierniki dla wszystkich. Wydał więcej niż wziął pieniędzy ze sobą, ale już oddał z kieszonkowych wszelkie pożyczki. Festyn był w szkole i w leśnej głuszy. Ciągle gdzieś latamy z wywieszonym językiem.

Poza tym Monsterówna zdała sprawdzian predyspozycji językowych do gimnazjum i raczej się dostała, bo ma 13 czy 15 od góry wynik, a dojdą do tego wyniku jeszcze punkty za świadectwo, które będzie szóstkowe, ale nie spoczywa na laurach, nie ona. Jeszcze pisze prace z polskiego, jeszcze wypełnia ćwiczenia z przyrody, jeszcze się uczy na niemiecki - ale największą nagrodą za jej pilność było drużynowe wygranie dzielnicowego turnieju - Omnibusa Łazarskiego, dzięki której dostała bon do Empiku na 100 zł. Już sobie w sobotę planowała, co tam sobie przed nowym rokiem szkolnych nabędzie. Bardzo zadowolona. Nawet nie wiedziałam, że tak może być ukontentowana moja córka. Może za mało bonów jej daję...

A tak w ogóle to akurat ten wpis miał być polemiką z szefową akcji "Całą Polska Czyta Dzieciom", panią Ireną Koźmińską, która stwierdziła, że chłopcy są inni, a nawet opublikowała poradnik odnośnie specjalnego wychowania chłopców. Generalnie chodziło jej o to, że chłopcy rozwijają się inaczej od dziewczynek, więc odmiennie należy podchodzić do ich wychowania. Nie wiem, jak duża była jej próbka badawcza, zwłaszcza, że sama jest matką córki li jedynie, moja próbka też niereprezentatywna, ale patrząc przez te wszystkie lata na moje dzieci i ich przyjaciół, znajomych, kolegów i koleżanki z podwórka i placówek oświatowych, stwierdzam, że wszyscy są inni, po prostu. Nie ma absolutnie żadnego uogólnienia, typu: dziewczynki są lepsze w mówieniu, a chłopcy w liczeniu, dziewczynki są bardziej pilne, a chłopcy rozrabiają. Nic z tego. Tyle samo przykładów w każdą stronę jestem w stanie podać. Konkretnych. Osobowych. Nie ma uogólnień, z podręcznika o wychowaniu nauczycie się jedynie o pielęgnacji oraz ogólników pasujących do każdego i do nikogo. O trendach w rozwoju, podpowiedzi rozwiązań można znaleźć, ale żadnych gotowych recept. Nic z tego. Wszystko trzeba na gorąco, na żywym organizmie, na sobie sprawdzić.

Ale czy ktokolwiek obiecywał, że będzie łatwo?

sobota, 24 maja 2014
penegiryk

 

Będzie to wpis z cyklu tych, co same cisną się na klawisze bez udziału mózgu, gdyż mózg zajęty jest marynowaniem zabitego ptaka, a sprawozdaniem finansowym na podstawie budżetu. Pomiędzy myciem młodych ziemniaków, a ogórków obieraniem, choć to młodzież powinna robić, ale młodsze pokolenie bezwzględnie prawdomówne oraz asertywne jest, więc oznajmiło, iż absolutnie za gorąco dzisiaj na prace domowe i już raczej wolą rezygnację z przywilejów, jakie daje regularne w obowiązkach domowych uczestnictwo, niż obierać, siekać kroić i przy patelni czuwać.

Zatem co zostaje Monstermamie, która chce mieć wszystko - na przykład dom zadbany, nawet jeśli po kątach czają się pajęczyny (mają nazwę łacińską te pajęczaki, kolega entomolog przyszedł, spojrzał i powiedział, ale matka myślała wtedy, czy jakiegoś kosztu w zamknięciu miesiąca nie pominęła, zatem nazwy zgrabnej, pasującej do snującego sieć stworzenia nie zapamiętała, Wstydź się, wstydź!)

- Społeczeństwo jest niedouczone - wyraził sąd swój kategoryczny entomolog-kolega - naukowiec, a jakże. I matka ma kolejny powód, by nie być dumną z egzystencji swej miałkiem, tylko pomiędzy pracą a domem, domem i pracą rozpiętej, którą i tak z mozołem dzierga i naciąga dobę za krótką, a tu jedna taka opinia gorzka i wszystko do kosza, wszystko przekreślone, a delegacja dwudniowa na drugi kraniec Polski nieuzasadniona moralnie, bo dzieci zadowolone jadły pizzę i nawet nie dzwoniły z problemami.

I po co było się przejmować? Organizować, przekazywać informacje i komendy, gigabajty bardzo ważnych spraw, o której odebrać, z czego przepytać, jak sobie doskonale sami radzą już. Syndrom pustego gniazda, choć gniazdo jak najbardziej pełne, wręcz zagracone.

Będzie to więc wpis niesponsorowany, bez konkursu dla tych nielicznych czytelników, którzy po zamknięciu bloga jeszcze na niego wchodzą, by zobaczyć, czy i jak radzi sobie matka z balansowaniem pomiędzy światami równoległymi oraz żonglowaniem zadaniami.

Nie, nie będzie tu konkursu z rozdawaniem nagród. Unia Europejska nie przyznaje dofinansowania do zamkniętych blogów, trzeba mieć target, trzeba być targetem, trzeba się wstrzelić w czas i miejsce oraz właściwy temat.

Nie będzie to też typowy coming out, raczej przy okazji zwierzenie, takie dyrdymałki, które potem przyjemnie się czyta po latach przy drugiej kawie, pomiędzy korektą bilansu, a planowaniem wakacji, w przerwie na lancz, pomiędzy conference call'em (tak to się mówi w korporacyjnym żargonie, odwykłam, od tej korpomowy, a teraz znowu miewam call'a na dziesiątą) a zebraniem w sprawie budżetu.

I nawet nie będzie to praca na zaliczenie, nie na podwyższenie oceny semestralnej, nic Monstermama nie dostanie za ten wpis, żadnej wierszówki, ani poklasku, ani poklepania po ramieniu. Oraz żadne zwierzęta nie ucierpnią przez Monstermamy to pisanie, gdyż skoro świt Monstermama, ledwie oczy otworzy, to kotu jeść daje, a i żółwia kąpie. Choć to zwierzęta monsterchłopców i ich odpowiedzialność.

Tylko, że Monstermama nie pisze wpisów, by cokolwiek za to mieć, pisze, bo musi inaczej się udusi.

Zlatują litery bez udziału mózgu, bo mózg myśli jak pogodzić przywiezienie Monsterówny ze zbiórki po pielgrzymce...

- Zobaczysz, jeszcze jej się spodoba - grzmi Monstertata w domyśle, że zostanie nam Monsterówna zakonnicą. Mózg Monstermamy jeszcze nie przetworzył tej rewelacji, nie ocenił, nie sklasyfikował, do szufladki nie wrzucił, mózg myśli jak przywiezienie Monsterówny pogodzić z obecnością w domu, bo wtedy po Monsterina przyjedzie transport na nocowankę. Mózg nie pracuje zbyt dobrze, przeciążone łącza ani chybi - przecież dobre pół godziny jest różnicy miedzy tymi momentami w czasoprzestrzeni, zdąży się bez problemu, lepiej zająć się tą zupą- trupą już prawie druga, obiad musi być, obiad to wyraz troski każdej matki o pisklaki, żeby zbilansowana dieta wytworzyła odpowiednie zdrowe-nowe, nieprzeciążone połączenia w mózgu, ich mózgu, żeby to oni dbali o zwierzaki, przyszłość mieli, szczęście, radość, i by całe swe dorosłe życie nie uczęszczali do psychiatry, by na kozetce o swej toksycznej matce wywody snuć. I daj nam Panie, żeby na emeryturze za długo nie żyć, bo nie będzie za co. Amen.

I teraz dochodzimy do sedna, do tematu wpisu, do tego, dlaczego taki mus mózg Monstermamy odczuł, że zamiast warzyć zupę, a Monsterchłopcy już niedługo zakołaczą do drzwi po wycieczce do Bramy Poznania, do której wejściówki Monsterrodzina otrzymała dzięki byciu wielodzietną, Monstermama kaleczy tu język ojczysty. Jakikolwiek inny też by koślawiła, mniej lub bardziej, dlatego wy, nowe pokolenie, bez kartek wychowywane, wy moi drodzy macie wszystko w sklepach, paszporty w szufladzie i MOŻLIWOŚCI. Idźcie i korzystajcie. Macie to robić i już. Dlaczego nie słuchacie moich poleceń???

Zupa jeszcze w surowych częściach składowych, a tymczasem Monstermama siedzi i pisze, a wcześniej czytała! Zbrodnia to niedoskonała, stół się lepi, kot roznosi żwirek z kuwety, a Monstermama siedzi i pisze, a wcześniej czytała!!!

I tu już będzie akcja - kulminacja, dla tych dzielnych śmiałków, którzy do wpisu końca dotrwali. Którzy zamiast inne ważne czynności życiowe dokonywać - litery w wyrazy i zdania składali. I tym samym sekundy i minuty życia swego marnowali.

Gdyż jakiś miesiąc temu Monstermama wyciągnęła Monstertatę do teatru (oklaski!) na pewnej autorki z MŁODEGO POKOLENIA (czytaj: siksy pewnej, co urodziła się, gdy Monsterodzice już dumnie pierwsze litery kreślili, co ona o życiu poważnym może wiedzieć. Ledwie jedno dziecko ma, co ona tam może wiedzieć) sztukę.

Jak taka młoda może TAK pisać. Frazą trafną, bezbłędną, w ucho tak wchodzącą, w sedno trafiającą, bez zbędnego zająknięcia czy potknięcia mknącą.

Masłowska Doroto - kocham Panią!

Dzięki Pani tekstom uśmiecham się od rana  (nie tylko, muszę wspomnieć tu Wszystkich Członków Akademii i Monstertatę, by nie byli urażeni, żeby cichych dni uniknąć). Jak się to pani udaje, tak akuratnie naszą rzeczywistość w słowa ująć, to dla mnie tajemnicą pozostanie, bom niewyedukowaną w tej materii, przez winę własną została. Choć miejsca na półkach brak już od dawna, prędzej Chmielewską do biblioteki oddam (no może oprócz Lesia) niż pani książki miałyby cisnąć się jako podpórka zamiast złamanej nogi naszego łoża małżeńskiego (w tym charakterze akurat świetnie się sprawdzają  tomy Czarodziejskiej Góry, ponieważ są w solidnych twardych okładkach, a i prędzej niż na emeryturze do nich nie wrócę)

W oczekiwaniu na kolejne pani kazania, oddalam się w końcu do marchewki obierania.

Monstermama

wtorek, 20 maja 2014
od razu lepiej

gdy rano nie trzeba pięciu warstw na siebie wdziewać, tylko w krótkich gaciach na rowerze gnać.

Nawet Monsterino, który uważa wtorek za najgorszy dzień tygodnia, dzisiaj wyjątkowo nie jęczał (wprawdzie zbił sześć talerzy podczas opróżniania zmywarki, ale to ZUPEŁNIE inna bajka)

Monster przemyślał sprawę zakręcenia w swym uporze i strachu przed zęby szczerzącą trampoliną i poszedł do trenera, by mu pomógł w powrocie do formy. To, że jednak ręka jest pęknięta, wobec czego skacze jeszcze tydzień z gipsem, okazało się ABSOLUTNIE  nie przeszkadzać. (Choć w zeszłym tygodniu było barierą nie do przejścia).

Być może trochę go przekonałam swoim wywodem na temat marnowania talentu, a ponadto czarno na białym zostało lenistwo ukarane - koszt przebywania na obozie jego skromnej osoby jest prawie dwukrotnie wyższy od kosztu Monsterówny, która nie obija się NIGDY.

Tak jak Monstera można nienawidzić za jego swobodne (choć nie mogę powiedzieć, że lekceważące) do obowiązków podejście, a  jednocześnie łatwość wiedzy przyswajania w tzn. międzyczasie (ileż to razy Monsterówna się burzyła, że jej brat ma podejrzanie dużo wolnego czasu), tak Monsterównę można przeklnąć za jej pracowitość, dokładność oraz perfekcjonizm.

Czy ta dziewczyna nigdy nie powie dość? Wiecznie ganiana po akademiach, bo ładnie czyta, przedstawia i konferansjerkę odstawia, gazetkę klasową ozdabia, w chórze śpiewa, w samorządzie uczniowskim się udziela.

- Naprawdę nikt inny nie może tego zrobić? - pytam, gdy jest już grubo po 22, ona prosi, by ją zbudzić o szóstej, bo jeszcze nie zdążyła pouczyć się na sprawdzian z przyrody, a tymczasem ściboli bibułkowe kwiaty na gazetkę

- Wysłałam smsy, ale na wszelki wypadek muszę przynieść, bo jestem przewodniczącą - tłumaczy jak krowie na rowie.

Jeszcze delegowania obowiązków musi się nauczyć.

- Pomalowałabym sobie, fajnie było w muzeum, kiedyś chodziliśmy częściej - wspomina sobotnią Noc Muzeów - gdzie robili z Monsterinem (Monster wymiksował się na urodziny do kolegi) koty- magnesy na lodówkę

Z Nocą Muzeów jest taki problem, że jest tylko raz w roku. Duży błąd. Udało nam się zahaczyć li jedynie o Muzeum Narodowe i Archeologiczne. A Monsterówna planowała jeszcze IPN o 23, tyle tylko, że nam Monsterino zastrajkował godzinę wcześniej. (Całe szczęście - ja też już byłam zmęczona, tylko Monsterówna siedziałaby kaligrafując przez całą noc - mówiłam już, że to cyborg?)

To teraz mam zadanie informować Monsterównę o możliwościach malowania w muzeum ORAZ kaligrafii. Jest wprawdzie planowany kurs od września, ale dla dzieci powyżej 16 roku życia, bo pani stwierdziła, że młodsze nie wytrzymają trzech godzin ze stalówką. Pani po prostu nie poznała jeszcze Monsterówny.

czwartek, 15 maja 2014
malutko a cieszy

 

Ha! Mimo wszystko na coś się zdały moje nerwy zszarpane i zepsuta atmosfera oraz relacje między dziećmi a rodzicami - Monsterino zdecydowanie poprawił swoje szkolne wyniki.

Pani tylko zapytała, czy bardzo przykręciłam mu śrubę, bo ostatnio każdy sprawdzian oddaje ze łzami w oczach. Czy aby dobrze napisał. No to może jednak przesadziłam z dyscypliną - po niefortunnym sprawdzianie z matematyki, kiedy okazało się, że Monsterino raczej zgaduje niż rozumie sens zadań z treścią, przerażona DALEKOSIĘŻNYMI KONSEKWENCJAMI wdrożyłam program intensywnego poprawiania rozumienia słowa pisanego.

Jedno zadanie dziennie, ale za to codziennie.

I wydaje się, że nareszcie zrozumiał, w czym rzecz. Już rozważa z sensem, a nie wyrywkowo, aczkolwiek kreatywnie, łączy liczby podane w treści.

Trafnym posunięciem było także wprowadzenie złotej zasady do czytania versus grania. Działa! Fakt, że sam zauważył, że teraz więcej stron czyta w tym samym czasie, co jest przecież NIE-SPRA-WIE-DLI-WE! Ale i zdarza się, że nie kontroluje tak bardzo czasu, tylko prawdziwie zatopi się w czytaniu. I o to mi chodziło.

Ostatnio lekturę, o której po prawdzie zapomnieliśmy, więc trzeba było na cito przeczytać: "Czarną Owieczkę" połknął w drodze do i z basenu. Czyli w pół godziny. Pamiętam, że Monsterowi zabrała ona tydzień z życia. Tyle, że on czytał po 5 minut dziennie. Na Monstera usprawiedliwienie dodam, że w tamtych zamierzchłych czasach nie przesiadywali jeszcze przed komputerem, a poza tym nadrabia obecnie - potrafi nawet po 2 godziny ciągiem czytać. Już pisałam, że uwielbia serie, więc jak się chwyci nowej (Percy Jackson jest obecnie przy łóżku), to siedzi, aż przerobi.

Ponadto po raz kolejny okazało się, że Matka ma jednak rację, gdy jojczy, by systematycznie słówka powtarzał, bo pani z Niemca zrobiła sprawdzian, on umiał. Nawet na jednym słówku się nie zająknął. Szybciej od Najlepszej -Z-Niemca koleżanki kartkę oddał. Pani go pochwaliła.

A żeby nie było za różowo, to na WFie Monster dostał piłką w rękę, co skończyło się na Krysiewicza (via Luxmed, który okazał się nieposiadający RTG, więc wyprawa zamiast paru godzin zajęła Monstertacie i ofierze prawie cały dzień). Ręka silnie stłuczona, nie złamana, ale ćwiczyć przez półtora tygodnia nie może.

- O to ci chodziło, co? - pytam złośliwie, jakoż ostatnio to nasz najsłynniejszy migacz antytrampolinowy

- Przecież specjalnie nie dałem sobie walnąć! - burzy się Monster

Niby nie, ale jakiś taki mało zmartwiony całą sytuacją, chociaż to prawa ręka i pisze ledwo co.

wtorek, 13 maja 2014
Dawkowanie po łyczku

 

Przegapiliśmy Monsterową fazę pyłkowego ataku i koniec końców wylądował u pani Alergolog. Innej, bardziej stanowczej. I dobrze, bo do pionu Monstera i jego jęki postawiła - nakazała mu samemu brać się za siebie i odpowiedzialność za swoją alergię wziąć. Że to on ma sam wiedzieć, co pyli i kiedy oraz odpowiedni lek we właściwym czasie zaaplikować. Gdyż jest wystarczająco dorosły na to.

Trochę nam to zdjęło ciężaru z pleców (że nie całkiem to nasza wina),  nowe leki dostał, podobno nowszej generacji, usg brzucha nic nie wykazało (jego często bóle mogą być powiązane też z alergią), a zupełnie bonusowo dowiedzieliśmy się, że ma dwie śledziony!

Cały czas twierdzi, że boi się skakać. Doszło do takiego kuriozum, że Monsterino wyżej od niego skacze (choć bez salt).

Trener odpuścił mu na parę tygodni, ale skoro w świetnym stylu zakwalifikował się do olimpiady, to fajnie by było, gdyby jednak wziął w niej udział. Monsterówna brutalnie wygarnęła mu, że komuś innemu miejsce zajął, to teraz ma obowiązek skakać. Nie rozumie, jak można się bać skakania.

Gdyż Monsterówna się nie boi. To jest żelazna dziewczyna! Wiedziała, że musi zaliczyć eliminacje, obliczyła nawet, że pięć dziewcząt musi przeskoczyć. I to zrobiła. Nawet lepiej, bo nie tylko pięć dziewcząt, ale na piątym miejscu zakończyła!. Trener chciałby oczywiście wyżej (w sensie bezwzględnym i klasyfikacyjnym), ale wiadomo, że trenerowi nigdy dosyć.

Poza tym zebranie szkolne przedostatnie było, a po nim ryknęłam na Monstera, że niezupełnie tak kolorowo jego cenzurka będzie wyglądać, jak to on przedstawia. Owszem, oceny są DOBRE, ale nie BARDZO. Dobre bez wysiłku. I niby powinnam odpuścić, w końcu tylko się cieszyć, że dziecko ma dużo czasu na treningi i spotkania z przyjaciółki (czytaj: gra w minecrafta online), tylko że niech trochę poczuje, że też coś MUSI. A nie tylko - Monsterówna dzień w dzień siedzi i robi, a ten zadania domowe w szkole załatwia, na sprawdzianach pisze to, co zapamięta z lekcji i gotowe. Dobry.

- Wystarczyłoby, żebyś raz przeczytał coś przed sprawdzianem i byłby bardzo dobry, wiesz,że oceny liczą się do gimnazjum - truję

Przewraca oczami.

- Uważam, że lepiej być najgorszym z najlepszych niż najlepszym z najgorszych - wygłasza złotą myśl Monsterówna (vel Doskonały Damianek)

Niby Monster też tak sądzi, bo co z tego, że ma jedyny w klasie DOBRY, a reszta niżej, to klasie równoległej proporcja byłaby odwrotna.

- Nie obchodzi mnie, co mają inni - mówię, bo naprawdę mnie to nie obchodzi. Chcę, by Monster miał bardzo dobre oceny i dostał się do gimnazjum, do którego pójdą dokładnie tacy sami bardzo dobrzy uczniowie. Żeby zobaczył, że można mieć ambicje, żeby wiedzieć coś więcej niż się usłyszy w międzyczasie (tzn. w czasie między przerwami i sesjami minecrafta).

Niby to patologiczne podejście, bo powinnam chcieć, żeby moje dziecko było szczęśliwe nawet, gdy nie będzie ambitne. Tylko, że skąd on może wiedzieć, czy to mu nie przyniesie szczęścia, jeśli nigdy tego nie posmakuje. Tego, czyli wyzwania intelektualnego. Atmosfery, w której pęd do wiedzy nie jest obciachem. A nie musi specjalnie się wysilać. Więc jak dla mnie to marnowanie talentu. Grzech, że tak walnę z grubej rury. Zatem dalej będę go cisnęła, póki jeszcze choć jednym uchem słucha moich kazań. Bo za chwileczkę, już za momencik, może wejść w fazę, której nie dam rady.

środa, 07 maja 2014
Monstery stoliczne

 

Monstery w końcu nawiedziły Warszawę,

która powitała nas deszczem i zimnem.

Monsyrenka

Wszystkie podstawowe punkty programu zostały zaliczone:

 

Przede wszystkim Centrum Nauki "Kopernik". (oficjalnie zazdrościmy Warszawiakom)

Myślałam, że nigdy tego nie powiem, ale jest lepsze od Muzeum Techniki w Berlinie. Co wydawało się niemożliwe.

Monsterowi niewiele trzeba do osiągnięcia takiego odbicia w lustrze w rzeczywistości.

 Tatuś malutki, synek dużutki (niewykluczone, że tak się stanie - Monsterinowi z kolei malutko potrzeba by dogonił wagą i wzrostem starszego brata)

 Za to Monster jest... wyluzowany (choć twierdzi, że niekoniecznie)

W walce na umysły wygrał jednak z Monsterówną - ale trzeba przyznać, że fale mózgowe obojga były na zbliżonym luzie.

 W roku, w którym ostatni już raz na liczniku ma z przodu trójkę - Monstertata MUSIAŁ przed swoim jedynie słusznym radiem zrobić słitfocię. Choć nie na fejsbuka.

 W czasie majówki pogoda się poprawiła.

A Chopin tkwił niewzruszenie.

Obowiązkowy punkt wycieczki rowerowej.

I już nie taki mały wspinaniec.

 

Wspaniale było. Koniecznie musimy jeszcze wrócić.

sobota, 26 kwietnia 2014
na huśtawce

 

Monstery sprawdziły się na medal, jeśli chodzi o świąteczno-wiosenne przygotowania i porządki. Podzielili między siebie szafki i szuflady kuchenne - wysprzątali, powyrzucali przeterminowane produkty - wzorowa siła robocza po prostu. Przed produkowaniem potraw świątecznych też się nie wzbraniali, koszyczek na święconkę sami ogarnęli, no nachwalić ich się nie mogę - genialnie jest mieć takie już duże dzieci. A najlepsze jest to,że jak któreś uporządkuje jakąś szafkę, to  bierze za nią osobistą odpowiedzialność - Monsterino na przykład, ruga teraz innych, jak mu jego symetryczny układ szklanek w szufladzie zaburzają.

Gdyż:

- Ja bardzo lubię symetrię - wyznał.

 

Na niwie szkolnej jakiś pogrom nastąpił- Monsterino donosi o 33 punktach na 100 i twierdzi, że nie zda do następnej klasy. Inwestyguję sprawę na razie on-line, ale zabrzmiało groźnie. Dobrze, że mam tyle dzieci, gdyby tylko jedno, już bym szorowała do szkoły.

I tak byłam w szkole, ale na imprezie z okazji wizyty gości z partnerskiej szkoły na Sycylii. Dzieci przygotowały trochę włoskich piosenek, przedstawienie (pan Alan - ten, słynny, Pan Od Chóru - czytał z off-u tłumaczenie po włosku i angielsku - bomba!) - i wzruszyłam się, jak już dawno nie wzruszałam się na szkolnych uroczystościach. Albowiem Monsterówna, która co dzień siedzi do 22 nad książkami, a z treningów wraca i po 18, ta Monsterówna występowała w trzech rolach ciągle się przebierając! Kiedy ona na to znalazła czas! Była konferansjerką po angielsku, pięknie przeczytała, śpiewała w chórze, brała udział w przedstawieniu i jeszcze w konkursie na EKO kreację (którą robiła w nocy -tak przed północą konkretnie skończyła).

Człowiek-orkiestra z tej Monsterówny.

Natomiast Monster przeżywa kryzys powołania sportowego. Trener pociesza nas, że to nie pierwszy i nie ostatni kryzys i że to zupełnie normalne, ale Monster nagle stwierdził, że się boi.

Nie tylko salt i śrub. Boi się skakać wysoko. I jak ja mogę mu nie wierzyć, gdy patrzyłam z niedowierzaniem. Bo jak to? Monster boi się WYSOKOŚCI???

Mamy w każdym razie strategię, że skoro się boi,to na razie robi w trakcie treningów siłówkę, by rozwinąć mięśnie i przeczekujemy monsterchimery. Oczywiście, jak każda matka chciałabym, by dzecko było wiecznie szczęśliwe i spełnione, ale nie da się tak, naprawdę się nie da bez najmniejszej frustracji.

Monsterino z kolei, co trening piłki nożnej,to inny humor. Jak się akurat dobry skład trafi i strzeli ekstra gola, to fruwa z radości. A jak źle się trafi i nie podają mu piłki, to najchętniej opuściłby boisko w trakcie treningu.

Wieczna huśtawka nastrojów.

I jeszcze jedno - ostatecznie Monsterówna złożyła papiery na Małoszyńską, czyli opcja angielska przeważyła.

A tydzień potem były konkursy z angielskiego oraz niemieckiego i tenże niemiecki poszedł jej o wiele lepiej.

I Monsterówna zaczęła się zastanawiać,czy dobrze zrobiła.

No ale ostatecznie stwierdziła,że nauczyciele w angielskim gimnazjum wyglądali na bardziej radosnych i są młodsi, a w niemieckim było trochę smutno.

Chociaż najchętniej chodziłaby do obu na raz. Oraz na treningi.

Może jest cyborgiem?

sobota, 05 kwietnia 2014
zmiana reguł w trakcie gry

 

No teraz to przesadziłam. Jednym stanowczym posunięciem zdecydowanie awansowałam  w rankingu na Najgorszą Matkę Wszechczasów.

Albowiem radykalnie zmieniłam w tym tygodniu zasady korzystania z komputera.

Teraz cennik jest 1:1 - tyle czytania, ile grania.

Lament rozległ się w Monsterowie - pewnie słyszeliście to zawodzenie w odległych krańcach globu!

Najpierw był bunt, ale Monsterino szybko zobaczył, że jego matka jest bezwzględna, jak zwykle. I zaczął kalkulować. Efekt: dzisiaj czytał 45 minut w ratach po 15. Rekord.

Do wprowadzenia tak zuchwałego przelicznika ośmieliła mnie rozmowa z jedną z matek kolegów Monsterina, której znowu zasugerowała to jakaś publikacja i doświadczenia innego rodzica.

Żeby nie obrzydzić młodzeży słowa pisanego tak do cna, są też do zdobycia punkty bonusowe: powieszenia jednego prania - 15 minut, jedno wyładowanie zmywarki - 15 minut, obranie warzyw na zupę - 15 minut grania. Och, jak milo nie musieć przypominam nielatom o ich obowiązkach! Wręcz się biją (ale zapowiedziałam, że zbite talerze obniżają wartość bonusu!)

Doszło do tego, że Monsterino zdecydował się SAM pójść po moją sobotnią gazetę, gdy dowiedział się, że 20 minut grania ma za to jak w banku.

Jakież było moje rozczarowanie, gdy odwinąwszy gazetę, zobaczyłam, że przyniósł mi "Głos Wielkopolski".

- TEO! - wykrzyknęłam - czy ty nie wiesz, jaką czytam gazetę w SOBOTY!!!

- Nie wiem - przyznał skruszony Monsterino - zawsze jak jechaliśmy z Robertem, to on szedł po gazetę, a ja pilnowałem rowerów...

Teraz już będzie wiedział, choć Monster już zapowiedział, że to on chce w przyszłym tygodniu zainkasować tę premię.

W każdym razie czytelnictwo w narodzie wzrosło, a po obu stronach barykady kotłuje się pod czachami - za co i jaki cennik wprowadzić.

wtorek, 01 kwietnia 2014
test i kontuzja

 

 

Monsterówna prawdopodobnie już zakleiła komisyjnie koperty z testami. Na razie nie dzwoniła, jak poszło, ale w obliczu jej bogatych planów na ten testowy dzień, podzielenie się wrażeniami z rodzicami nie jest priorytetem.

Podobno dziecko przed egzaminem powinno się wyspać i odstresować. W przypadku Monsterówny, rodzice wybyli na koncert (to nie nasza wina, że Moderat koncertował w Poznaniu akurat w poniedziałek przed testem szóstoklasisty), wróciliśmy niewiele przed północą, a Monsterówna do jedenastej (jak się rano przyznała) kończyła prezentację w power point'cie na historię. Miała skończyć do 31 marca, to jakby tego nie oceniać - dosyć na ostatnią chwilę to robiła... Mocne ma nerwy, Monsterówna, nie powiem. Nie po mamusi, to na pewno. Poza tym ważniejsze od testu były plany na po, czyli wycieczka na tor saneczkowy na Maltę, którą sobie z przyjaciółką w najdrobniejszych szczegółach obmyśliły, a tu OKRUTNY TRENER plany te prawie w perzynę obrócił,gdyż zarządził trening na zaraz po teście.

MASAKRA! Jak w takiej sytuacji w  ogóle się skupić nad zadaniami!

 

No nic. Może muza łaskawą dla Monsterówny była i nad zadaniem otwartym nie straciła całego czasu. A trener ciśnie, gdyż Monsterówna ostatni tydzień kontuzjowana została i na pierwszą eliminację do olimpiady młodzieży ostatecznie nie pojechała.

Kontuzja polegała na naciągnięciu mięśni pleców,co uniemożliwiało skakanie, ale podobno to nawet nie stricte kontuzja, lecz przypadłość rosnących nastolatków, jak to starał się wyłuszczyć trener. Niektóre mięśnie rosną szybciej, inne wolniej i ogólnie w trakcie dojrzewania przecież organizm się rozstraja, co nie sprzyja normalnemu funkcjonowaniu, a co dopiero wynikom sportowym.

Natomiast Monster, wolny na razie od uroków dojrzewania, pojechał do Łańcuta narzekając na dziewięciogodzinną podróż i zakwalifikował się na 7 miejscu na Olimpiadę (Mechanizm kwalifikacji jest następujący: są dwie szanse na zakwalifikowanie się, dwa terminy zawodów w odstępie miesiąca - w każdych dostaje się do ostatecznej olimpiady się pierwszych 10 wyników - wobec czego Monster już ma luzik, a Monsterówna straciła jedną z szans). Najgorsze, że druga kwalifikacja przypada zaraz po majówce, na którą mieliśmy plany. Obawiam się, że przedwczesne.

czwartek, 27 marca 2014
zajęcie

 

Monster jako nasz domowy Główny Piewca obowiązujących mód oraz trendów szkolnych, zapowiedział, że to naprawdę wstyd, iż nie bierzemy udziału w cołikendowym szopingu.

Albowiem czynność ta należy do kanonu podstawowych zajęć pozaszkolnych, którymi lansują się nieletni na fejsbuku.

I shopping ma być w Poznań City Center, dodał.

Najpierw się rozeźliłam, bo skoro wiosna nadeszła, to poszukać jej na Starym Rynku chciałam, a potem pomyślałam, że biedne te nasze Monstery, prawie nigdy sklepów nie widzą, może od jednego razu galeriankami nie zostaną.

Połączyliśmy zatem okazje jedną tramwajową wyprawą.

Najpierw z Pikinini i Ziemkiem rozglądaliśmy się w poszukiwaniu ornamentów na kamieniczkach i uliczkach.

Kręcąc głowami, szperając po zakamarkach i zaułkach, posłuchaliśmy ciekawostek, zjedliśmy pyry z gzikiem i...

odkryliśmy historię tabletów...

 Czyli komputerów nie mogło zabraknąć.

Pożegnawszy Szlak Ziemi oraz  Naszą Ulubioną Przewodniczką Po Poznaniu,  przebiegliśmy Stary Rynek uczestnicząc w podchodach rodzinnych (udanie zaliczając kolejne zadania - muszę przyznać, że stanowili zgodnie współpracującą drużynę - pewnie perspektywa fastfoodowego obiadu tak ich uskrzydliła) i w końcu wylądowaliśmy w świątyni handlu.

Zdecydowanie bardziej wykończyło mnie centrum handlowe niż centrum miasta. A Monsterino zablokował drzwi obrotowe, więc cel edukacyjny też się zrealizował (jak przejść przez drzwi obrotowe nie uruchamiając alarmu tudzież ochrony) Ileż to się człowiek musi namęczyć, żeby towarzystwo od komputera oderwać...

wtorek, 25 marca 2014
smętnie

 

Nastrój w Monsterowie koresponduje z deszczem za oknem. Łibi - Łobuziak, czyli chomik Monsterówny, odszedł do Krainy Wiecznych Łowów.

Prawdę mówiąc, im bliżej mu było do drugich urodzin, bo tyle chomiki żyją, tym bardziej przewidywalne było to smutne wydarzenie, ale szoku to nie złagodziło.

Zatem żałoba. Nawet chłopcy się spłakali. Trzeba wspomnieć, że to dzięki wzorowej opiece swojej pani żył tak długo - koleżanka Monsterówny w tym czasie pochowała po kolei trzy stworzonka. No, ale wiadomo - Łibuś był jeden, jedyny.

I dzisiejszej nocy już nie pobiegł w swoim kołowrotku.

 

Archiwum
do Monsterowa tędy