piątek, 22 października 2004
Speed addicted

 

Jedziemy z Bobem, a wręcz pędzimy, po Gaję do przedszkola, bo późno się zrobiło.

Rob w pozycji rajdowca w wózku, a ja zadyszana, zapocona pcham wózek biegnąc.

Rob popędza: „sibko, sibko”

No to Monstermama jako przykładna matka, chcąc zrobić dziecku przyjemność, przyśpiesza.

Rob kwituje: „Tramwaj sibko jedzie. Mama nieeee.”

 

Gaja tarmosi Monstertatę za ramię.

„Tata wstawaj szybko, już za pięć w pół! Musimy iść do przedszkola, bo tam na mnie już dziewczyny czekają”

czwartek, 21 października 2004
Wyprawa
"Ja nie chcę spodni, ani kaloszy" Monsterzyca nawet nie podniosła głowy znad rysunku.
To nie pójdziesz w ogóle na dwór, bo pada - Monstermama zaczęła liczyć do 1000....
"Ja cę, ja cę - kalosze, telaz, Tobelt kalosze" - Monster Młodszy za to uwielbia ten rodzaj obuwia "Talpety NIE"- za to nie lubi skarpet.
"Mami, a peleryna?"
Gaja, jest już za zimno na samą pelerynę, trzeba ubrać kurtkę. Monstermama doszła już do 500.
"Eeee. A parasol?" Monster Pierworodny drążył temat.
"Tak, tak... palasol" - Monster Młodszy podchwycił wątek.
Ok., parasole też weźmiemy(nie trzeba dodawać, że przez większość spaceru parasole targała Monstermama).
Po pół godzinie ubierania się i zbierania gadżetów, Monstery w końcu stanęły przed ścianą deszczu.

"Kap, kap, kap. Pada" Monster Młodszy wystawił rękę.
"Mami.... a kiedy wrócimy do domu?" Monster Pierworodny nie jest fanem takiej pogody.



To chodźmy chociaż na kałuże pod lasem - Monstermama postanowiła wzniecić iskierkę entuzjazmu w drużynie.



Powlekliśmy się w stronę lasu, przy czym rozwinęliśmy tyralierę, więc kiedy Monster Młodszy zawołał:
"Balon, balon" Monstermama dobiegła do niego w ostatnim momencie zapobiegając włożeniu znaleziska do buzi i nie namyślając się wiele.... rzuciła gumą w dalsze krzaki.
"Śmieci,mama" Monster Młodszy popatrzył spode łba z wyrzutem.
Masz rację, tylko tutaj nie ma kosza... - zaczęła plątać się w zeznaniach Monstermama, bo Monster Młodszy odrzekł: "Kosz domu"
Porzucając temat, jako niewygodny doszliśmy w końcu do torów.

"Toly. Tutut tam jedzie" - wyjaśnił wszystkim Monster Młodszy "Nu, nu" - dodał, kiwając palcem, pokazując ogółowi, że wiedzę  teoretyczną ma w małym palcu. Po czym pobiegł wprost na tory.
Zdążyłam go na szczęście złapać przed wtargnięciem.

"Mama, gzybek tam", "Mamuś, Robert znalazł grzyba, to chyba trujący" - Monstery zawołały jeden przez drugiego. Biedna Gaja nie zdaje sobie sprawy, że trasę do lasu Robert pokonuje z babcią prawie codziennie i położenie grzybów, szczególnie muchomorów ma już opanowane. Nic to - zaimponował brat siostrze.
"Dugi tam i tseci tam jesce jest" - jak się chwalić, to na całego.

Przy akompaniamencie przejeżdżających pociągów towarowych, dzieci zrobiły pociąg i z głośnym <tutut> i tak szczęśliwie dotarliśmy do domu zupełnie przemoczeni, zresztą. Są chwile, że rodzeństwo potrafi się ze sobą dogadać.



środa, 20 października 2004
Takie tam
"Liwke, tata, liwke" - Monster Młodszy szarpał nietomnego Monstertatę
Co ty chcesz? Dociekał cierpliwie Monstertata przewracając się na drugi bok, bo właśnie dniało.
"Tam, tam, tata, liwkę"
Aha - śliwkę... Proszę - Monstertata okazał zadowolenie ze swej wybujałej domyślności - Ale co się mówi? - zachował czujność nawet tak wcześnie rano
"Jesce dla Dai" - odezwał się wspaniałomyślnie Młodszy Brat


Gaja tego samego ranka, jeszcze przed wymarszem do przedszkola, założyła sklep.
"Dzień dobry, panu" - zagaiła do Monstera Młodszego "Co pan chce kupić?"
"Dzień dobly. Nie kupić, pani. Chce liwkę."
"Nie, to jest sklep, ty musisz KUPOWAĆ" - uczenie zasad społecznych jest pracochłonnym i długotrwałym procesem..
"NIE. Tobelt CHCE liwkę."

Monstertata wyciska dla Monstera Młodszego misie z ciastoliny. Misie wychodzą bardzo dokładne, gdy do wyciskarki dopchnie się odpowiednią ilość ciastoliny. W końcu ciastoliny brakuje, a Monstertata prezentuje ostatniego, niedorobionego misia.
Rob: "Oooo, oczki nie ma... misiu pi [śpi]"

Zdjęcie trochę nie na temat, ale dopiero teraz udało mi się złapać Boba na nocniku:


A i Panna Pierworodna bywa szczęśliwa:


poniedziałek, 18 października 2004
Poniedziałek

"Maminku…" - cieniutki głosik Monstera Pierworodnego docierał do Monstermamy poprzez głębokie warstwy snu.

"O, hej, Gaju – już się ubrałaś? Dzwonił już budzik? "– stopniowo budziły się szare komórki Monstermamy niezbyt odświeżone po jak zwykle zbyt krótkim śnie.

"Nie…Nie dzwonił." – Gaja wydawała się jakoś zrezygnowana

"Co się stało? "– Monstermamę troszkę otrzeźwiło

"Ja nie chcę iść do psedskola.”- chlipnęło Monsterzątko

"Ale wiesz, że musisz, tak jak ja muszę iść do pracy? "

"Wiem"– Monsterzyca Pierworodna wydawała się jeszcze bardziej zrezygnowana.

"Mama, do pacy?" – Monster Młodszy ma lepszy słuch, niżby się wydawało.

"Tak, do pracy, Robsonie."– Monstermama powoli uświadamiała sobie, że nadszedł poniedziałek.

"Chodźcie, zjemy płatki." Monstery zasiadły nad miskami i zaczęły wiosłować, a Monstermama uśmiechnęła się do siebie w duchu: Oj, muszę iść, do pracy, oj muszę – bo inaczej, jakbym od Was odpoczęła.

Ale miłosiernie nie wyraziła swoich myśli na głos.

piątek, 15 października 2004
Nocnik

 

"Mama siusiu tam" Monster Młodszy poklepał czule kibelek.

"Tobelcik siusiu nocnik" - przytargał urządzenie podcinając nogi Monstermamie pieczołowicie tuszującej pierwsze oznaki starzenia.

Naprawdę chcesz zrobić siusiu do nocnika? - niedowierzająco i powątpiewająco wystękała Monstermama, nie zauważywszy, wpatrzona w odbicie swe, o próżna, że Monster Młodszy rozpoczął walkę z odzieżą i nie dając rady ze spodniami rozerwał by je pewnikiem raczej niż zdjął. Na szczęście Monstermama kątem niedorobionego oka zobaczyła akcję i wkroczyła:

Pomogę Ci, ok.?
"Dobla"
sapnął Monster Młodszy i rozsiadł się wygodnie.

Niestety. Okazało się, że nocniki też mają płeć.

Nocnik Monsterzycy Pierworodnej nie ma wystarczająco wystającego przodu, by zatrzymać strumień siuśków zdalnie sterowanych....

Trzeba było zatem udać się na zakupy.

W dzieciowym sklepie z daleka wypatrzyłam nocniki męskie w jedynie słusznych kolorach, czyli wpasowujących się do glazury w łazience. Jeden to był mega kombajn nocnikowy z pokrywką, drugie to było auto, aczkolwiek nie wiem, czy w tym przypadku siuśki nie wędrowałyby raczej na przednią maskę, gdyż przód nie był przesadnie zabudowany.  Wyjątkowo samochód nie zrobił na Monsterze wrażenia. Monster z biegu złapał granatową fokę i od tej chwili stali się nierozłączni.

"Tulimy" wyszeptał wielbiciel Teletubbisiów, zapakował się jak nigdy do wózka i z foczką w objęciach udaliśmy się do domu.

Robert śpi z foczką u wezgłowia, ale siuśków jeszcze do niej nie oddał. Być może mu szkoda, w końcu foka ma "oka, uszi i nogi"

W każdym razie nie łudzę się, iż pieluchy znikną wkrótce z naszej listy zakupów, ale być może poczyniliśmy pierwszy krok.

wtorek, 12 października 2004
Szczęście
Czytałam ostatnio wywiad z Leszkiem Kołakowskim. Miało być o szczęściu i o tym jak żyć. Mimo, że filozof wykręcał się od prostej odpowiedzi, to w końcu, między słowami, wydusił, że naprawdę szczęśliwe wydaje się dziecko do 5 roku życia w „ naprawdę kochającej go rodzinie”.
Pozwolę sobie nie zgodzić się z męrdcem. Nie wiem, czy Kołakowski jest ojcem/dziadkiem/pradziadkiem. Czy ma bieżący dostęp do dziecka poniżej 5 roku życia. Nie wiem na jakiej podstawie wysnuł takie przypuszczenia. Mam nadzieję, że nie na podstawie własnej pamięci, bo jak wiadomo z psychologii nie pamiętamy swoich przeżyć z pierwszych lat życia, a późniejsze głównie idealizujemy. Stąd typowe głosy starszych, że „za naszych czasów kraj/młodzież/rzeczywistość była inna” czytaj: lepsza.
Mając moje skromne doświadczenia z Monsterami śmiem twierdzić,  że pierwsze lata życia człowieka są nieustannym ciągiem frustracji przerywanym przez chwile szczęścia, czy może raczej zaspokojenia i błogości.
Weźmy na ten przykład niemowlę. Albo jeszcze lepiej: noworodka. Z wielkim trudem, przyduszony, zmęczony, oszołomiony przeżywa drogę przez kanał rodny. A tam co? Ostre światło, które go oślepia, hałas, ból (bo plastikowa rurka gmera w nosie i buzi), bo na sali na pewno nie ma 36,6 stopni, gumowe, obślizgłe łapy, szorstkie ubranko, uwierająca pielucha na ciałku, które dotąd w wodzie, nigdy jeszcze niczego nie nosiło… Dobrze jeszcze, jak dostanie się w pobliżu bicia serca, które już zna (wprawdzie z odwrotnej strony, ale chociaż ten rytm), gdy dostanie cycusia…. Ale to jest właśnie tylko chwila błogości, bo potem nieprzyjemnie robi się gdzieś w dole i łaaaaaaa…. Dlaczego jest mokro i zimno?! Ratunku! Biedne, nieużywane płucka i gardło, biedny nieużywany tyłeczek, zaraz odparzony….. To ma być szczęście??
Gdybyśmy pamiętali tamte traumatyczne przeżycia, nigdy byśmy nie mogli normalnie funkcjonować w dorosłym życiu. A to dopiero początek: gdzie nauka obracania się, pełzania, siadania, raczkowania, podciągania się, ciągłe upadki przy chodzeniu? Gdzie frustracje związane z nowymi potrawami? (ja nie chcę tej sraczkowatej papki, ja chcę cycusia, do mamy, do mamy!). Co z ciężką nauką porozumiewania się z innymi istotami? Nauka dzielenia się ograniczonymi dobrami? I wreszcie socjalizacja, rywalizacja, samostanowienie (piszę to po porannej kłótni z Gają, która nie chce swojej zimowej kurteczki, która jeszcze tydzień temu bardzo jej się podobała, tylko dlatego, że Julka ma inną i ona też taką chce…).
Polemizując z mistrzem uważam, że jest wręcz odwrotnie. Całe dzieciństwo, młodość, a niektórzy całe życie uczą się, czym dla nich jest szczęście. I dopiero będąc dorosłymi jesteśmy w stanie być szczęśliwym (lub nie, niestety). Bolesna jest ta nauka. Jestem przekonana, że trzeba jednak ją przejść na własny rachunek. Że każdy tylko sam dla siebie jest w stanie to szczęście odkryć. Że jest to droga w głąb siebie. Że nigdy dziecko, które wszystko ma podawane na tacy i któremu dorośli sami mówili „co dla niego dobre” nie będzie tak do końca szczęśliwym człowiekiem.
Kibicuję Monsterom w ich nauce samych siebie. Nie jestem bez winy. Często chciałabym,  żeby byli zadowoleni, a nie sfrustrowani. Wolę, jak się uśmiechają, a nie jak wściekają i płaczą. Zapominam, jak bardzo ta nauka jest ważna. Uczę się tego wraz z nimi. Życzcie nam… szczęścia :)

No to tzn. momenty:

Z babcią Ewuńcią


Wesołe miasteczko przyjechało!




piątek, 08 października 2004
PRAWO DŻUNGLI

Na naszym podwórku nie ma w zasadzie dzieci agresywnych. Nawet Robert przestał już gryźć i szczypać bez powodu. Konflikty jednak zdarzają i będą się zdarzać, bo nigdy wszystkie dzieci nie będą mieć takich samych zabawek w tym samym czasie. No i dobrze - podwórkowe walki mają być przygrywką do życia w grupie przedszkolnej, a potem szkolnej. Tyle, że w grupie dzieci, gdzie siły są mniej więcej wyrównane, a nie w grupie dzieci i ich przejętych opiekunów. To taka refleksja Monstermamy.

Robert bawił się samotnie swoją ciężarówką, gdy podszedł do niego o pół roku starszy chłopiec i zaczął mu ją bez słowa wyrywać. Na to Robert bezwarunkowo wrzasnął: "Nie! To moje auto" i ciągnął auto w swoją stronę.

 

Monstermama patrzyła z dala na rozgrywającą się scenkę i czekała na reakcję matki Agresora, gdyż, jak mniema, słusznie uważała, że Robert ma prawo bawić się swoją własną, prywatną ciężarówką. Przepychanki trwały jeszcze chwilę, aż w końcu Robert doprowadzony do ostateczności włożył palec w oko tamtemu. Żeby było jasne: nie pochwalam takich metod, ale można się postawić w sytuacji Boba: Agresor zalazł mu za skórę. Zanim dobiegłam do Boba, była już tam (nareszcie!) matka agresora, odsuwając palec Boba od ocząt własnej latorośli i... proponując, żeby Robercik usiadł na ciężarówkę, a Adaś (bo tak Agresor miał na imię) go poprowadzi! Tak się, proszę państwa, prowadzi negocjacje w imieniu swojego dziecka! Oklaski, proszę!

Robert propozycję skwitował głośnym NIE! I poszedł na drabinki, a Monstermama stała jak w zamurowana starając się zebrać z chodnika resztki szczęki, która z głuchym huknięciem opadła tamże chwilę wcześniej.

A teraz szybki quiz, albo insza ankieta (wszelkie rozwinięcia tematu w komentarzach - mile widziane)

Monstermama w sytuacji powyżej przedstawionej powinna:

 

a)      przy pierwszej próbie wyrywania przez Agresora samochodzika Robertowi lecieć na ratunek  i zabrać Roberta wraz z autem daleko od Agresora, a najlepiej do domu [ z góry zaznaczam, że Monstermama tak by nie zrobiła, bo Monster Pierworodny bawił się w tym czasie w najlepsze ze swoim kolegą Wiktorem w dom i serce by jej krwawiło, gdybym miała tę zabawę przedwcześnie przerwać, zwłaszcza, że doczekali się właśnie dzidziusia...Ale teoretycznie mogłaby się tak zachować, gdyby była tylko z Monsterem Drugim W Kolejce]

 

b)      w ogóle nie brać samochodzika na plac zabaw [tylko czym by się te wszystkie dzieci bawiły, jakby żadne nie przychodziło ze swoją zabawką? Patrzyłyby na siebie li jedynie?]

c)       od razu, jak jakieś inne dziecko zainteresuje się samochodzikiem Boba, palnąć Monsterowi gadkę umoralniającą, typu: Błeeee.... [Z góry zaznaczam, że Monstermama nigdy nie wyrywa własnym dzieciom ich własnych zabawek, gdy się nimi właśnie bawią, tylko dlatego, że jakieś inne dziecko chce też się pobawić. Oczywiście, gdy zabawki leżą odłogiem - nie ma sprawy, inni mogą się bawić. Albo, kiedy Monstery się bawią pożyczoną zabawką i właściciel chce swoją własność odzyskać- wtedy tak, wyrywam im z rąk,  proponuję alternatywę, pocieszam łkających, itd.]

d)      Zachować się tak, jak się zachowała, tylko na koniec podejść jeszcze do matki Agresora i przekazać jasny komunikat, że nie życzy sobie szarpania własnego dziecka;

Mała podpowiedź: Monstermama właśnie ćwiczy przed lustrem minę i gestykulację do tekstu (intelygentnego, of course), który zamierza wygłosić matce Agresora, gdyby tfu, tfu sytuacja takowa miała się jeszcze w przyszłości powtórzyć.

A oto postrach osiedla we własnej osobie:

Rzeczona ciężarowka w tle (Monster nieostry wyszedł, ale ostrość na auto poszła)

 

 

 

wtorek, 05 października 2004
Dzikusy
Monstery stały się dzikusami. Na basenie na jakiekolwiek zbliżenie się pana Waldka, czyli trenera. reagują histerią i wczepianiem się we mnie (Monstertatę ignorują, gdy jest z nami). A jeszcze w czerwcu Gaja wszelkie skoki, nurki i ćwiczenia z panem Waldkiem bez problemu wykonywała. I przecież zna go już ponad rok.  Robert być może zapatrzył się w tym względzie na swoją siostrę. A może to jest kwestia mojej obecności. Gdy raz Konrad pojechał z Monsterami sam, to i Robert i Gaja łaskawie pozwolili panu Waldkowi z nimi poćwiczyć. Jedyna pociecha, że gdy pan Waldek delikatnie zaczepia Gaję (rozpoznaje teren),to ta daje takiego dyla strzałką, że tylko podziwiać! Pół basenu w poprzek pod wodą jest w stanie przepłynąć, byle od trenera uciec. A ten ma niezłą zagwozdkę, jaki sposób na Monstery znaleźć. Bo Monstery zazwyczaj bardzo dobrze się w wodzie bawią. Jeśli mają akurat dobry humor, oczywiście.

To samo w Kościele. Nikt by nie uwierzył, że Gaja zna prawie wszystkie śpiewane tam piosenki! W domu wyśpiewuje, a na Mszy zwykle siedzi koło mnie jak trusia, przeważnie obrażona i tylko udaje się do kolejki po cukierki na koniec Mszy. I to tylko dlatego, że powiedziałam jej, że bez uczestnictwa w pociągu nie dostanie żadnego cukierka. A i tak muszę iść koło niej w tym pociągu, bo inaczej ryczy..
Czasami myślę, że ta maska takiej niby nieśmiałości jakoś do niej na stałe się przykleiła i uwiera, a mimo, że nawet ona sama już by chciała z niej zrezygnować, to nie wypada. Denerwujące jest to cholernie, takie trzymanie się maminej spódnicy. Już rok się tak zachowuje i choć w przedszkolu widzę, że czuje się jak u siebie i  bawi się wspaniale z dziećmi, to ten basen i Kościół to jakieś ostatnie bastiony humorów i histerii. .
Szczerze nadziejuję, że ten rok będzie przełomowy. Że zacznie w siebie wierzyć, że nie będzie oglądała się na Roberta. Że i Robert jej to ułatwi nie czepiając się cały czas mojej nogi/ręki/dekoltu.
Niestety pesymistycznie podejrzewam, że Gaja nie wyrośnie już z tych swoich histerii. Że taki charakter ma i koniec. Oby więc dla jej spokoju i mojego dobra tylko ataki na sile zelżały. Amen.




niedziela, 03 października 2004
Doły
Po nawet niecałym dniu byciu samotną matką z dwojgiem Monsterów (Monstertata wybył po nasz nowy wehikuł) z niecierpliwością czekam na poniedziałek. Ponieważ muszę być koniecznie w pracy (na szczęście),to babcia Krysia się zlituje i przyjdzie do Roba.
Bycie samotną matką jest szalenie wyczerpujące i stresujące. Naprawdę jestem pełna podziwu do kobiet, które cały czas muszą żyć pod napięciem, bo muszę być "wsiegda gatow", jak to się mówiło na obozie Salut pod Biełgorodem w czasach wczesnoszkolnych.
Ja przez ten dzień przeobraziłam się z jednej strony w obozowego kapo, który krzykiem wymusza posłuszeństwo w szeregach (bo byśmy pewnie na dwór nawet nie wyszli, nie mówiąc już o dojechaniu na czas do Kościoła), a z drugiej strony w babę na posyłki. Jakby się wściekli: gdy tylko jedno z drugim oczy otworzyło to od razu: jeść, pić, kupa, jeść, pić, kupa, o poplamiłam się, "moke"(mokre), czytać, podać, podnieść, przenieść, zapiąć, rozpiąć, złączyć, rozłączyć, dlaczego on, dlaczego ona.... I co z tego, że było: "proszę, dziękuję i przepraszam".... Fajnie i dobrze, że było, ale faktu nie zmieniło: rozmienili mnie dzisiaj na drobne.
Czy to brak odgromnika w postaci ojca wpłynął na to, że większość dnia jęczeli i wyglądaliśmy tak:


W każdym razie robię pozytywną afirmację i wklejam zdjątka z wczoraj, gdy miałam jakby więcej siły do Monsterów i luzu i być może dzięki temu nie zachowywałam się jak czarownica i potwór razem wzięci, tylko całkiem zwyczajnie....(jak czarownica na urlopie)?


Zatem, moje drogie Monstery, przepraszam za dzisiaj i trzymajcie kciuki za następne dni.
Monstermama
sobota, 02 października 2004
Przegląd tygodnia


W samochodzie Robi i Gaja siedzą w fotelikach. Wracamy z basenu.
Gaja trzyma torbę chrupek.
Robi krzyczy: "Daja, Daja, posię am"
Gaja dawkuję mu jedną chrupkę, którą Robi natychmiast połyka.
Robi: "Kuje. Jesce chcem. Posię". Gaja mu podaje kolejną chrupkę...
Wersal, panie, wersal.


Robi parkuje samochody na kanapie, na której właśnie przeżywam pięciosekundową przyjemność przeczytania nagłówków gazet.
Robi: siasiam, siasiam, [przepraszam] mama idź!
(i wjeżdża mi samochodami na kolana, na gazetę,  pod kolana, na plecy...
Na delikatną sugestię, żeby zbudował gdzieś indziej, rzuca stanowcze: "Nie. Tutaj". I koniec dyskusji.


Wieczorem kładę się jak zwykle, by ululać dzieci. Robert przyzwyczaił się do tego, a i Gaja chce, żeby ją pogłaskać na dobranoc. Robi woła:"słoń, tąba", czyli mam śpiewać o "słoniu różowym". Ale Gaja nie chce.
Śpiewam zatem "W kasztanowym mieście".
Jednak nie da się moim dzieciom w spokoju zaśpiewać kołysanki na dobranoc. Monsterkomentatorzy się znaleźli.

Ja (śpiewam) W kasztanowym mieście, wszystko jest z kasztana, kasztanowe drzewa szumią tu od rana
Robi: lanaaa
Ja:Kasztanowe chmury płyną ponad miastem
Robi: chmuly, chmuly, buly buly
Ja: słońce jest zielone..
Gaja: Mamo, przecież słońce nie jest zielone, tylko żółte!
Ja: Gaju, przecież śpiewam o kasztanowym mieście, to jest wymyślone miasto, tam wszystko jest z kasztana!
Gaja: Ale słońce jest żółte!
Ja (kończąc zwrotkę): śmieszne i kolczaste.Kasztanowy konik, kasztanowy bat
Robi: battttt
Ja: na koniku kasztanowym pojedziemy w świat
Robi: fsiattt, autem!

Dobranoc wszystkim.

czwartek, 30 września 2004
Kto chce, kto chce, malowane owce


Konwersacja z Gają na tematy okołoprzedszkolne cz.1( I tydzień września)

Monstermama: Gaju, jak Ci minął dzień w przedszkolu?
Gaja: Wszystko zjadłam i będę duża.
Monstermama: Gaju, ale w co się dzisiaj bawiłaś w przedszkolu:
Gaja: nie wiem.

Konwersacja z Gają na tematy okołoprzedszkolne cz.2 ( II tydzień września)

Gaja: Cy jutro idę do przedszkola?
Monstermama: Tak, jutro jest środa. Tylko w soboty i w niedziele nie chodzi się do przedszkola, w środy tak.
Gaja: Ale ja nie chcę.
Monstermama: Przecież będziesz dobrze się bawić. Może znowu będziesz tańczyć z Izą?
Gaja: Nie będę się bawić!!!
Monstermama: Ale dlaczego?
Gaja: Bo jest mi przykro.
Monstermama: Kiedy jest Ci przykro?.
Gaja: Bo Ola mnie nie lubi.
Monstermama: Skąd wiesz, że Cię nie lubi?
Gaja: Bo robi taką minę (i tu Gaja marszczy w złości twarz)
Monstermama: Ale przecież są inne dziewczynki, które lubisz! Nie wszyscy muszą Cię lubić, ani Ty nie musisz lubić wszystkich. A jak Ola będzie Ci robić taką minę, to też jej zrób.
Gaja: Nie będę straszyć Oli!
Monstermama: Pewnie. Nie musisz w ogóle na nią patrzyć. Tylko baw się z Izą i z innymi dziećmi, z którymi lubisz. Z którymi dziewczynkami lubisz jeszcze się bawić?
Gaja: Z Michasią, z Martą jedną i drugą, no i z Izą.
Monstermama:  To baw się z tymi dziewczynkami.
Gaja: A gdyby te dzieci, co nie lubię były w tamtej grupie?
Monstermama: Chciałabyś, żeby te dzieci, których nie lubisz nie było w Twojej grupie?
Gaja: Tak.
Monstermama: Ale tak nigdy nie będzie. Zawsze w grupie będzie ktoś, kogo nie lubisz. Możesz po prostu nie zwracać na niego uwagi.
Gaja: Może jutro wszyscy będą tańczyć do muzyki?

I tak przeprowadziłyśmy arcypoważną rozmowę na temat socjalizowania się.

Konwersacja z Gają na tematy okołoprzedszkolne cz.3 (III tydzień września)

"A Piotr Bojar mnie lubi" - tą rewelacją podzieliła się Monsterzyca Pierwsza  po powrocie do domu. Była to niesamowita wiadomość, gdyż Piotr Bojar zawsze był przez nią opisywany jako przedszkolne monstrum: ten, co bije dzieci i określany przez panie jako ten "niegrzeczny". Proszę, proszę.... a teraz już lubi Gaję?
"Taaak? A skąd wiesz " - Monstermama ujawniła detektywistyczne zacięcie.
"Bo mi powiedział!" - jakie to proste.
"Bo Misia powiedziała do Piotra: <nie lubię cię> i Piotr powiedział do Misi: <ja też cię nie lubię, ja lubię Gaję>"

Konwersacja z Gają na tematy okołoprzedszkolne cz.4 (ostatni tydzień września)

" A Misia powiedziała, że mnie nie lubi i zrobiła tak" - i tu Gaja wykonała na rękawie pokaz szarpania bluzki
"Szarpała cię za bluzkę?" - Monstermama uchodzi za  bardzo domyślną.
"Tak. Bo my z Miłoszem chodziliśmy po sali, uciekaliśmy Misi, a ona nas goniła. I my się z niej śmialiśmy" - dobre, dobre.
Też bym poszarpała taką koleżankę za bluzkę...

Podstawowym tekstem przedszkolnym (oprócz <do widzenia ciocia Genia>) jest:

Kto chce, kto chce
Malowane owce (i to trzeba skandować wrzeszcząc).

Nie pytajcie, bo i tak nie wiem, o co chodzi.

Poniżej Gaja przedszkolna - skupiona:


Pasje Monstera Młodszego


Najpierw nie mogliśmy się nigdzie ruszyć bez piłki. Miałam wrażenie, że Monster Młodszy tak naprawdę nauczył się chodzić tylko po to, by móc kopać piłkę. Potem już zwykła, gumowa "dziecięca" piłka nie wystarczała. Podbierał chłopakom na podwórku dorosłą, futbolową. Nastąpił był okres, gdy przemykaliśmy przez plac zabaw, by tylko nie zobaczył grających, bo nie dawał im spokoju - też chciał kopać, rzucać, uczestniczyć w meczu. A że nadeszło lato i na placu spędzaliśmy całe dnie i w dodatku nasze osiedle jest zagłębiem dzieci piłkarzy, więc chłopcy grali non-stop, to czas na placu stawał się coraz bardziej stresujący. I wtedy Robert przemówił: "Auto". Auto było pierwszym po "mama" pełnym i zrozumiałym słowem Roberta. Nawet "tata" mówił rzadziej. I się zaczęło.
Na wakacjach nie mógł spokojnie funkcjonować bez codziennego spędzenia chwili w samochodzie taty lub dziadzia. A teraz przeparkowuje swoje auta przez dzień cały: z łóżka na kanapę, z kanapy na kaloryfer, z kaloryferu na dywan. No i na spacerze auta też są z nami (reprezentacja kolekcji: sztuk dwa)


"Auta tendy, oć mama" - Monster Młodszy ciągnął Monstermamę za pękające w szwach siaty z zakupami. Właśnie wychodziliśmy z Tesco zwyczajowo oglądając piranie w rozmiarze XXL i płynnie, aczkolwiek wolno przesuwając się w stronę ulubionej uliczki Monstera.
"Jeście laz, mama" - Robert wchodził i schodził z krawężnika.
"Ale wiesz, że po ulicy jeżdżą samochody, a my chodzimy po chodniku?" - zagaiła umoralniająco Monstemama nerwowo wieszając siaty na wózku, co by być gotową do ratowania Monstera spod kół pędzących wozów dostawczych.
"Taaa, jeździą.... a tam auto toi, nie jedzie" - zgodnie z prawdą wskazał na najbliższego parkującego TIR-a.
"Tak, ale inny MOZE pojechać i cię PRZEJEDZIE!" z mściwą satysfakcją obserwowała Monstermama szybki odwrót Monstera ze środka jezdni.
Nie minęło kilka sekund...
"Mama, auta nie ma...." - rzeczywiście, uliczka nie odnotowała nadmiernego ruchu pojazdów w ciągu ostatnich kilku sekund. "Tobelt chcie tatolem" - i nie było rady - poszliśmy w stronę wyciągacza pieniędzy w postaci traktora z kolorowymi światełkami.
"Auto duzie" - rozanielony Monster Młodszy z zapałem kręcił kierownicą. Całe szczęście, żeby kręcić nie trzeba wrzucać monet.

niedziela, 26 września 2004
Odczarowywanie rzeczywistości


W tym tygodniu odczarowałyśmy TRZY stresy życiowe Monstera The Pierworodnego.
Pierwszy stres, to był zapowiadany koncert muzyczny w przedszkolu.
Po dłuższym wypytywaniu Gai, dlaczego właściwie nie chce koncertu, okazało się, że ona bała się, że sama miałaby występować! W każdym razie koncert w przedszkolu bardzo Gai się spodobał. Ba, wręcz nie może doczekać się następnego.Nie mogę się tylko dowiedzieć, w jakim składzie występował zespół. W zależności od dnia/chwili/fantazji Gaja opowiada, że występował pan/dwóch panów/ pan i pani. W jednym się zgadza w każdej wersji: grał lub grali na fletach. Mnie tam wszystko jedno, ważne że Gaja odczarowała koncerty.
Drugą zmorą przedszkolną, która skutecznie zraziła Gaję do poprzedniego przedszkola była rytmika.
Okazało się, że niekoniecznie trzeba bębnić w pianino, żeby dzieci chciały śpiewać i tańczyć. Gajeczka każe nam teraz siadać po turecku (koniecznie trzymając ręce na kolanach), ewentualnie chodzić na palcach lub piętach, no i śpiewać: "Idzie Jaś, idzie Staś, idzie też Marysia. Wszyscy dziś grzeczni są, i nie tylko dzisiaj."
Piosenka drętwa ("grzeczność" - znienawidzone przeze mnie pojęcie, ale nadal używane przez wielu we wszystkich kontekstach), ale widocznie dobrze się przy niej maszeruje. Reszty słów muszę się nauczyć, bo tylko raz zaśpiewała całość, a potem się zacięła.  
Kolejny krok milowy w rozwoju naszej panienki- odczarowaliśmy przedstawienie teatralne. Jakoś rok czy półtora temu babcia Ewuńcia zaproponowała Gai Byczka Fernando. Nie wiadomo, co Gaję przestraszyło bardziej: byczki wielkości dorosłego człowieka czy ciemność na widowni, w każdym razie długo w teatrze nie wytrzymały. A wczoraj odwiedziłyśmy z całym podwórkowym gangiem Teatr Animacji. Grano "Kopytko i Kwak" o dwóch urwisach. I Gaja bardzo dobrze się bawiła! Ciemność nie zrobiła na niej wrażenia, rżała ze śmiechu z typowo głupich gagów sytuacyjnych i choć nawet z przerwą przedstawienie było godzinne - bez problemu wytrzymała. Niezłą mamy średnią odczarowanych zmor w tym tygodniu.


A oto jak zawyża standard zabawy podwórkowej Monstertata. (dla porównania: Monstermama na placu zabaw siada z książką na ławce i z tej bezpiecznej odległości nadzoruje bawiące się Monstery, czyli asekuruję skaczącego z drabinek Boba, huśtam, rozdzielam walczących, pocieszam obsypanych piachem czy walniętych łopatą...)




sobota, 25 września 2004
Historyczna Antologia Humoru Część IV
Część IV: Gaja (trzyletnia)

Do tej pory pisałam wszystkie teksty fonetycznie, bo Gaja nie mówiła "r". W maju jednak zaczęła i już nie muszę się tak męczyć ;), choć trzeba przyznać, że jej teksty straciły trochę na uroku... są takie poważne!

Ciocia Iwona wspomina zeszłe wakacje, jak to latała za dziećmi po plaży.
Gaja: "Ale ciociu, jak latałaś? Psecies ty nie mas sksydeł?"


Gaja z bratem:

Gaja zauważa muchę: O, mucha. Mucha - łakomczucha.
Robert zauważa i przepędza muchę.
Gaja (pełna smutku): Hej, Robert! To była moja przyjaciółka!


Wychodzę rano z pokoju i widzę, że Gaja naciągnęła babcię na konsumpcję żelków.
Pytam: Co to jest i skąd to masz?
Gaja (z pełną buzią żelków): Nie mogę mówić, bo jem.


Gaja opowiada babci Ewuńci historyjkę przez telefon.

"Babciu, mam taką propozycję: to jest historyjka o Misiu. Misiu chodzi i szuka mamy. Patrzy za kanapę: mamy nie ma, patrzy za łóżko: mamy nie ma, patrzy za lodówkę, mamy nie ma. Aż tu nagle: puk-puk, kto tam? I wchodzi mama! Bo mama była w pracy!"



Licytacja dwóch trzylatków:
Filip: A ja mam tysiąc samochodów
Gaja: A ja mam Stasię! (Stasia to przyjaciółka Gai)


Tata: "I co Gaju, płakałaś w przedszkolu?"
Gaja:" Taaaaak, troszeczkę. Bo ja muszę się przyzwyczaić..."


Gaja opowiada historyjkę siedząc na dywanie i bawiąc się autkami:
"Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, był sobie mały samochodzik. Aż tu nagle przyjechała duża ciężarówka i mówi: 

<hej, mały, posuń się, bo tu nie ma miejsca>"



Być może ta pasjonująca historyjka miałaby ciąg dalszy, ale niestety ryknęłam śmiechem i opowieść została zakończona... Może następnym razem.


CDN
Historyczna Antologia Humoru Część III
Część III: Gaja prawie trzyletnia


Gaja zamyka Robercikowi drzwi przed nosem. Proszę Gaję, żeby mu jednak otworzyła. Gaja: "Nieee, bo ja tu będę spać i chlapać (chrapać)"
Ja: "Ale on ci nie będzie w ogóle przeszkadzał w chrapaniu. Będzie tylko się bawił".
Gaja: "Okey. No chodź. Ja będę, Lobelcik, chlapać, ale ty mozes się tu tloseckę w kąciku cichutko pobawić".
Robercik: "tatatata"
Gaja (obrażonym tonem): "Ja jestem Gaja, nie tata, Lobelciczku!"


Gaja jak zwykle rano przegląda się w lustrze: "Ale jestem elegancka".


Wkładam spodnie i zaplątałam się w nogawkę, więc skaczę na jednej nodze. Gaja z dezaprobatą: "Co ty wyplawias, mamko??


Gaja planuje nam dzień: "telaz zjemy śniadanko, potem ubiezemy się i pójdziemy na spacelek. A potem wlócimy i... pogadamy."


Wchodzę o łazienki i widzę, że w wannie pełnej wody wcale nie kąpie się Gaja, tylko pływają plastikowe kaczuszki i tony papieru toaletowego.
Wrzeszczę do niej: "Co ty robisz?"
Gaja ze stoickim spokojem: "Kacki kalmię, mamuśku. One były głodne, wies? To lobię im takie kulki i daję jeść. Telaz jus nie będą głodne".


Gaja przekonuje mnie, że okno należy umyć mokrymi chusteczkami (tymi do wycierania tyłka)
Ja: Ale okno jest czyste.
Gaja: Ale nieeee...Tak jest wcale nie cyściutko
Ja: Gaja, takie chusteczki zostawiają smugi, takimi chusteczkami nie czyści się okien...
Gaja: Ale zobacys, jak będzie ładnie...'
Ja: Dam Ci taką szmatkę, którą sama myję okna
Gaja: Nie, ja umyję chustecką, a potem ty sobie umyjes swoją smatką, dobla?


Ja: A co byś chciała, Gaju, dostać od św. Mikołaja?
Gaja: Plezent.
Ja: Ale jaki prezent?
Gaja: Taki celwony.
Ja: Ale co by miało być w tym czerwonym prezencie?
Gaja: Jedzonko!
Ja: Ale jakie jedzonko, co byś chciała do jedzenia?
Gaja: Obiadek!



Gaja: Co ma Adam?
Ja: Jaki Adam?
Gaja: No co ma Adam:?
Ja: Nie wiem, o którego Adama ci chodzi. Tego z podwórka, czy z przedszkola?
Gaja: Nieeeee.
Odchodzi i za chwilę słyszę, jak śpiewa w pokoju: "Adam Ma-łysz jest wielki spoltowiec"



Gaja robi z ciastoliny kiełbaski i rzucała nimi po mieszkaniu. Na moją prośbę, żeby ograniczyła swoją aktywność do stołu, bo Robercik może taką ciastolinę zjeść, odparła, że rzuca kiełbaski "piesowi", a nie Robertowi (nie mamy psa).


Konrad wręcza Gai rysunek, który specjalnie dla niej namalował.
Gaja: Ale bzydki!
Konrad (niemile zaskoczony) Gaja! Powinnaś powiedzieć .
Gaja: Tseba było ładnie namalować.


Gaja prosi Konrada, żeby otworzył jej jogurt. Konrad oczywiście nie za bardzo biegł, by spełnić jej życzenie.
Gaja znad otwartego jogurtu: "No i co, tata? Mam paluchami jeść?!"


Gaja siada na kanapie ze szpulką nici w ręce: "No to mam zajęcie!"
Konrad: A co ty właściwie będziesz robić?
Gaja: "Będę cięsko placować!"


Robercik płacze. Gaja wpada do pokoju:
"Lobelcik, nie płac! Psecies mieliśmy umowę!" (dalekie echa przedszkola...)


Próbka dyskusji z Gają, by poszła łaskawie do łóżka:
Gaja: "Ale, cy ty lozumies, Magda, ze ja nie chce spać!!!!"


Gaja ubiera się na Wigilię. Otwiera szafę i lustruje wieszaki:
"Gdzie jest moja sukienka? Oto jest pytanie!"


Gaja odbyła poważną rozmowę z dziadkiem i dzieli się z nami rewelacją, że mama jest kobietą, a tata jest mężczyzną. Chwilę później przychodzi do mnie i pyta się:
"Mamuś, a ty ile mas lat?"
Zgodnie z prawdą odpowiadam, że 18.
"Aha. A ja niedugo będę miała tsy i wtedy tez będę kobietą".


Gaja zrobiła kupę i woła mnie do łazienki.
"Mama!!!! Wytsyj mi pupęęęę!
Ja: Dobrze, już idę.
Gaja: "Ale moklą chustecką!"
Ja: Dobrze.
Gaja:" Tylko poządnie!"
Ja: Oczywiście.
Gaja: "Tylko nie wpadnij do nocnika! Bo jak będzies się schylać, to mozes wpaść!"


Gaja siedzi przy stole nad pustą kartką i woła do Konrada:
"Tata! Skombinuj mi tu jakiś długopis!"



cdn
Historyczna Antologia humoru Część II
Część II – Gaja dwuipółletnia

Najbardziej podoba mi się, jak rodzeństwo rozmawia ze sobą.
Robuś: "gu, gu, ga"
Gaja: "Nie gugu, tylko Gaja, Lobelciczku, nie wies?"


Gaja wpada do domu:
"Mamuśku, daj pić, bo jestem nienapita"


Gaja oddelegowana do łóżka przychodzi po kilku minutach ze stertą książeczek i mówi:
"tam jest ciemno, zepsute chyba światełko i ja nic nie widzę w tych ksiązeckach. Tu jest jasno i tu musim cytać."


Siedzę ze smętną miną nad naleśnikiem, bo prosiłam babcię o podwójną porcję sera, a dostałam połowę normalnej. Gaja patrzy na mnie i pyta:
"Co, smutnego naleśniczka masz?"


Gaja je obiad przy stole, a na podłodze Robert podczołguje się pod samo krzesło podnosi głowę i śmieje się do niej zaczepialsko.
Gaja: "Jus, jus. Cekaj, maluchu. Tylko umyję lącki i buźkę, bo baldzo bludna jestem i jus do ciebie idę! No, cekaj!"


Gaja zrywa się i biegnie do lustra.
Ja: "Co się stało?"
Gaja: "Musiem zobaczyć moje ładne, carne ocki".


Odpowiadam na maile, więc zamiast pytań Gai słyszę tylko brzęczenie w tle. W końcu Gaja szarpiąc mnie woła:
"Mamuś! Cy ty zyjes?"


Robi wyrwał Gai jabłko i je nadgryzł.
Gaja: "Mamuśku!!!!! Latunku!!! On jest malutki, on je tylko cycusia, pamiętas?!!!


Gaja biega wokoło pokoju z plasterkiem sera w rączce.
Ja: Co robisz?
Gaja: "Niech selek tez sobie pobiega".


Konrad czyta Gai książeczkę o Puchatku.
Konrad: "Puchatek łowi ryby na wę...(stara się podpowiedzieć Gai)
Gaja: "na węza!"


Przechodzimy koło sklepu z bielizną. Na wystawie manekiny w majtkach i biustonoszach. Gaja podchodzi do wystawy i komentuje:
"Ale ładne cycuszki!"


Gaja robi z Konradem grzanki. Obserwuje przez szybkę, jak się robią, aż w końcu krzyczy:
" Tata, chodź, gzanki juś się opaliły!"


Codzienna zajawka Gai, jak tylko oczy otworzy:
"Mamo, jakiego loda dzisiaj zjes?"
Ponieważ na dworze deszcz i wiatr odpowiadam, że dzisiaj nie zjem, bo mi będzie za zimno na dworze.
Gaja: "W domu jest cieplutko. Kupimy lody, wlócimy do domku i tutaj zjemy, dobla?"


Gaja czeka pod drzwiami toalety na babcię.
Gaja: "Juśśśśś?"
Babcia: "Jeszcze nie".
Gaja (chwilkę później): "Babciuuu, cy juśśśśś???"
Babcia: "Jeszcze nie".
Gaja: "Cy ty tam kupę lobis, cy co?"



Dzień jest wyjątkowo ponury.: jak nie mgła, to deszcze, zero przejaśnień.
Gaja marudna, trze oczy, przykłada się do dywanu.
Ja: "Gaja, jak chcesz się chwilkę zdrzemnąć, to proponuję na łóżku".
Gaja: "Nie, ja tylko tak mlużę ocka, bo mi słonecko za baldzo świeci".


Późny wieczór. Gaja nareszcie leży w łóżku w swoim pokoju, ale drzwi do nas są otwarte.
Gaja: "Tatuchu!"
My nic.
Gaja: "Mamuśku! Wody potsebuję!"
Ja nic.
Gaja: "Mamo! Halo! Jest tam kto? Lobelcika piłka bzęcy!"
Idę zobaczyć, co za piłka i dlaczego brzęczy. Oczywiście Gaja fantazjuje. Daję ostatecznego, pożegnalnego całusa i wychodzę.
Gaja śpiewa w pokoju i Robert się budzi. Idę do niej wściekła, a Gaja: "No widzis. Mówiłam, ze bzęcy."



Ja: "Gaju, może przyniesiesz mi pieluchę dla Robercika?"
Gaja: " Moze powinnaś powiedzieć plosie"

Gaja do Oli (która rozpacza, bo ma 2,5 roku, a wtedy się często rozpacza, o czym Gaja doskonale wie, bo jest tylko o miesiąc starsza):
"Nie płac, Olu! Zobac, jaki piękny dzień! Słonecko świeci! No zobac i nie płac."


Gaja na huśtawce zaczyna się dziko śmiać. Nie wiem zupełnie z czego, więc pytam. Na to Gaja:
"A tak wygupiam się"


Gaja, której tato pozwolił jeść kisiel na kolacje (skutki zmęczenia ojca, oraz rozluźnienia atmosfery w wyniku nadzoru ojca nad dziećmi przez cały dzień) przenosi się z kubkiem na łóżko. Wołam z drugiego pokoju: "jak pobrudzisz łóżko, to będziesz spała na pobrudzonym".
Nie mija parę chwil i przychodzi do mnie Gaja pytając: "Jak jest bludno, to można psecies wymyć smatką, plawda? I jus jest cyste."
Ja: "No tak"
Gaja:"To daj mi smatkę".


Gaja: "Dlacego mamuśku lezys w łózecku?"
Ja: "Bo jestem chora"
Gaja (lekceważąco machając ręką): "Bez psesady"


Gaja: "Kulde!" (krzyczy i patrzy się na mnie)
Ja nic, nie reaguję.
Gaja: "Powiedziałam kulde, nie słysałaś?"
Ja: Słyszałam. Dlaczego powiedziałaś kulde?
Gaja: "Bo mi się zepsuło."
Ja: To dlaczego nie powiedziałaś po prostu: , tylko powiedziałaś kulde?
Gaja: "Bo...(myśli)..bo kulde jest tak fajnie!"


Ostatnio najlepsza zabawa Gai, to rozmowa przez telefon. Wręcza mi kartonik w kształcie telefonu i mam z nią rozmawiać. No to rozmawiam.

Gaja: "Halo, mama?"
Ja: Tak, to ja.
Gaja: "Co u Ciebie słychać?"
Ja: U mnie wszystko w porządku, jestem w pracy. A co u Ciebie?
Gaja: "A ja lobię sałatkę, a ten łobuz lozlabia."
Ja: A z czego to sałatka?
Gaja: "Z makalonu.. A, nie. Makalon się skończył, więc telaz to nie wiem, z cego ta sałatka. Coś wymyślę".
Ja: Na pewno będzie pyszna.
Gaja: "To ja jus końcę, bo musę. Na lazie, mamuśku! "
Ja: Do usłyszenia.
Gaja: "Ach, taaak. Słyszenia".


Gaja czasem rozmawia na niby z babcią, dziadkiem, albo koleżanką. Naprawdę ciężko zachować powagę podsłuchując te rozmowy. Jedynie zapisywanie w kajecie mnie ratuje.

Gaja: "Halo, babcia?"
"Jesteś tam?"
"Znowu chola? Taak?"
"I musis do spitala?"
Gaja (do mnie, zasłaniając drugą ręką profesjonalnie swój ) "Mamuśku, babcia jest chola i musi jechać do spitala"
Ja: W szpitalu wyzdrowieje?
Gaja: " W spitalu jej powiedzą"
Gaja: (wraca do z babcią): "Halo! Jesteś jesce?"
"Aha. No to się umówimy jakoś."
"Jak ci jest w spitalku? Dobze? No to fajnie. To na lazie, babciu, musę końcyć, bo Lobelcik jęcy. To ceść."


Kolejna rozmowa:

Gaja: " Halo, dziadek? Oblaziłeś się? Bo nie dzwonis. Nie? No to fajnie. Na lazie".

Gaja gotuje dla lalek zupę. Karmi lalkę. Przychodzi do mnie i mówi: "Wies, nie smakuje jej ta zupa."
Ja: I co zrobisz?
Gaja: "Coś innego ugotuję. Obiad chyba. Bo lalka lacej nie lubi zupy, tylko obiad. Wystalcy obiad."
Zaraz przybiega i mówi: "Telaz jej smakuje, jus ostatni łycek i idzie spać. A tata kupi smakuśki dla Gajuśki."


Nowa wersja rymowanki:

"Mam fusteckę haftowaną, co ma ctely nuchy (to od: nogi, duże nogi, to nogale, albo nuchy)
Idę do mamuchy, idę do mamuchy."


Dzień wielbienia siebie. Gaja stoi przed lustrem i kadzi:
"Ale jestem ładna. I jakiego mam dekolta!"

Chwilę później: "Jestem siostla Lobelta i mam dugie włosy. O!"


Ulubiona zabawa oprócz rozmawiania na niby przez telefon: robienie zakupów na niby, albo połączenie i tego i tego. Gaja dzwoni do mnie: "Mamuśku, wlacam jus do domu, zlobić zakupy?"
Ja: "Tak, zrób, no pewnie".
Gaja: "Ale wies, co, lepiej ty zlób, bo ja nie wiem."
Ja: Powiem Ci, co kupić.
Gaja: "Dobze"
Ja: "Kup chlebek, serek, mleko"
Gaja: "Tak, tak, to ty kup, ja jus jadę do domu. Pa, pa."


Inna rozmowa:
Gaja: "Halo, Mamuśku, to ja, Gaja. Zepsuł mi się samochód. Dzula się zlobiła"
Ja: To jedź do warsztatu, tam Ci naprawią.
Gaja: "Aha. No to jadę, na lazie!"


Gaja oznajmia: " Jadę do placy, mamuśku. Ale nie maltw się, psyjadę na obiad!"


Konrad gilgocze Gaję. Gaja przybiega do mnie uradowana i oznajmia: "Ale tata jest fajny gilg".


Gaja zbudowała most, po którym jeżdżą samochody. Nagle jeden z nich spada. Gaja podnosi go i przemawia do niego troskliwie: "Psewlóciłeś się? Bolało ciebie? Tak? Daj, pocałuję.. Jus nie boli? No, widzis. Tak jus samochody lobią... ale będzie dobze."


cdn
Historyczna Antologia humoru wg Gai

Wybrała i ujęła w ramy czasowe Monstermama.

Osoby występujące w tekstach dnia:
Monstertata
Monstermama
Monster The Pierworodny - Gaja
Monster Młodszy - Robert

Część I – Teksty dnia Gai dwulatki

Konrad: Jak ma na imię mama?
Gaja: Madzia
Konrad: A tatuś?
Gaja: :Konladek. A Gaja? (do siebie) Gaja. A Lobelcik? Lobelcik!


Ja: Ostry ten soczek, co? (bo z czarnej porzeczki naprawdę jest )
Gaja: nie, nós jest ostly, nie socek.


Gaja siedząc w kąpieli, śpiewa:
Sto lat, sto lat, niech zyje kupa nam! Sto lat, niech zyje siusiu nam!


Gaja chciała siusiu, a ja karmiłam Młodego, więc jej mówię: przynieś tutaj kibelek i zrobisz koło nas.
Gaja: „nie, kibelek! Kibelek ogomny i cięski! Gaja nocnik przyniesie!”


Gaja poszła na spacer z babcią i się huśtała. Wieczorem mówi do mnie: „byłam na pacielku, z babcią i huśtałam”.
Ja: A babcia się też huśtała”.
Gaja: „nieeee, babcia duzia jest”.


Gaja przynosi zużytą pieluchę Boba, o której zapomniałam i pyta: „To pelucha Lobelcika?”
Ja: „Tak”
Gaja: „To musisz wyrzucić do kosza, wieś (wiesz) mamusiu?”


Przed wyjściem na dwór Konrad pyta Gaję: „Gaja, chcesz zrobić siusiu?”
Gaja: „Nieee, wczolaj zobiłam, u babci.”


Konrad ściera stół po kolacji. Gaja przygląda się temu i nagle wskazuje palcem: „jesce tu klopelka”.


Gaja bawi się na balkonie, gdy piętro wyżej wychodzi na balkon znajoma sąsiadka.
Gaja woła machając radośnie: “Ceś Monia! Co u ciebie słychać?”
Monia: “Cześć! U mnie wszystko dobrze, a co u was słychać?”
Gaja: “U nas słychać Lobelcika!”


Jedziemy autobusem. Gaja zagaduje do jakiejś pasażerki: "Tam jest Lobelcik (pokazując do tyłu wózka), a ja byłam w palku i na zieździalni, i na huśtawce"
Pani ze zrozumieniem kiwa głową: "To grzeczna jesteś dziewczynka!"
Gaja: "Nieeeee."


Przechodzimy koło budowy, gdzie pracują robotnicy w uniformach pobrudzonych farbą.
Gaja: "Ale bludasy".


Gotujemy zupę. Gaja obiera cebulę, a potem zamiast mi ją podać do pokrojenia, to głaszcze ją ze wszystkich stron.
Ja: "Gaja, co robisz?"
Gaja: "Masujem cebulę"


Gaja jest w złym humorze. Proponuję, że poczytamy książeczkę. "Chcesz? " pytam.
Gaja: "Nie baldzo".


Gaja krzyczy do mnie z drugiego pokoju, w którym się bawi:
"Mamutku! Masz Lobelcika na kolankach?"
Ja odkrzykuję: "Nie, Robercik leży na macie i się bawi"
Gaja: " A to dobzie, bo ja chciałam na kolanka" I wspina mi się na kolana.


Prasuję odwrócona plecami do Gai, podczas gdy ona czyta książeczkę. Gaja chce, żebym to ja jej czytała, mimo że po pierwsze primo nie mogę, bo prasuję, a po drugie primo - Gaja zna już tę książeczkę na pamięć.
Gaja: "Mamutku, co tam Puchatek lobi?"
Ja: Gaja, przecież wiesz...
Gaja: "No, odwlóć się i popać, co tam Puchatek lobi i powiedz Gai, no juś"


Około 4 nad ranem Gaja budzi Konrada: "Tatusiu, no wstań, godzina jest i ścielimy łózecko"
Konrad (nieprzytomnie, jak można się spodziewać): "A która jest godzina?"
Gaja: "Zobac tam jest zegalek"


Gaja rozebrana do naga je "chlupki z miodkiem i mlećkiem".
Zwraca się do mnie: "A mozie Gaja musi śliniaćka, zieby nie pobudziłam buśka?"
Mówię jej, że najwyżej ją wymyję. Je dalej. W końcu odkłada łyżkę i chce wypić resztę mleka prosto z miseczki.
Nie za bardzo jej to idzie.
Gaja: "Kulde. Chiba lepiej łyziećką"


Gaja siedzi w foteliku, a ja proszę ją, żeby przełożyła rękę przez pas, którym zamierzam ją przymocować.
"Nie ma ploblemu" - słyszę w odpowiedzi.


Siedzimy w piaskownicy. Gaja zrobiła pokaźną kolekcję babek. Konrad siada koło niej chcą je obejrzeć, a Gaja wpada w histerię krzycząc: "Idź tam dalej! No idź, po plostu nie psuj mi tych babów".


Gaja zrobiła babkę, ale zaraz ją zburzyła: "Nie wysła baba, niestety" - stwierdziła ze smutkiem.


Gaja zjeżdża ze zjeżdżalni, ale dosyć wolno, bo nie ma poślizgu. Gaja stwierdza: "kiepsko zjeździam".


Gaja z Konradem słuchają Konradowej muzyki. Gaja kołysze się w rytm. Płyta się skończyła.
Gaja: "Skończyła się. A dugą (drugą) mas muzyckę?


Gaja jęczy, że nie może zawiązać buta.
Ja: "A co się mówi?"
Gaja: "Posię. I nie jęczeć!"


Gaja układa puzzle ze zwierzątkami i opowiada Robercikowi, co to za zwierzątka.
"A to jest muuu, wies?"
Ja: "Muu, czyli?"
Gaja nie rozumie, o co chodzi, więc podpowiadam:
"Muu, czyli krowa, tak?
Gaja wreszcie odkrywa, o co chodzi i mówi:
"Taaak, jeście jest czyli kaczka i czyli owieczka i czyli konik!"


CDN

piątek, 24 września 2004
Słowo na Weekend

6:25 - Monster w drzwiach. Super,super, super- Monster Młodszy rozumie, że weekend, to czas dłuższego odpoczynku.
"Meko". Jest mleko. Czołgam się do kibelka, Młody zły, od razu rozdziawia twarz, rzucam w Monstera poduszką tłumacząc cierpliwie (he, he, he), że przecież na sekundkę go li jedynie opuszczam.
Wracam, wtulam się w żłopiącego.
"Buła" Jest buła.  Wydawało mi się, że ledwo przytuliłam się do poduszki.
"Mama, oć" ciągnie Monster
"No way" - monstermama chce jeszcze spać, spać, spać.
Monster rezygnuje. Monstermama zarzuca Monstera stertą samochodzików i książeczek.
Monster Młodszy jeździ na Monstermamie samochodzikami, siada na mamie okrakiem i wydaje końskie odgłosy paszczowe, rzuca książeczkami, jeśli książeczki nie są o samochodach (choć zazwyczaj chociażby jednego, małego udaje się znaleźć - to się nazywa uważny dobór lektury dla Monstrów).
Dziwnym trafem Monster Młodszy NIE molestuje Monstertaty. W ogóle jakby nie zauważa kształtów po drugiej stronie łóżka.
Staram się zachęcić Monstera Mlodszego do wszechstronnego rozwoju i do obcowania z różnorakimi bodźcami, toteż przekonuję:
"Monsterze, monsterze- rzuć proszę okiem na tę czuprynę wyrastającą na poduszce obok. Zapamiętaj, że tatuś bardzo lubi drapanie po głowie"
Gdy na poduszce obok rozlegają się jęki torturowanego Monstertaty, sprytna Monstermama uderza w zasłużoną kimę.
Nie na długo, oj, nie.
"Mamoooooo" - Monster The Pierworodny w drzwiach.
"Mamoooo, ja muszę się do ciebie przytulić, czemu tu tak mało miejsca" Ryk, rozstrój nerwowy. A tak ładnie nam się sobota rozpoczynała.
Posyłam Monstertacie sójkę w bok. "Wspólniku, wspólniku- rusz swe ociężały członki i wybierz sobie łóżko któregoś z Monsterów, bo nam tu trochę ciasno"
Monstertata reagując prawidłowo zabiera swą głowę razem z poduszką i resztą swego ciała i oddala się do pokoju Monsterów.
"Ciekawe, na którym łóżku będzie spał " - zastanawia się Monster The Pierworodny "Fyba nie na moim. Nie dojdzie."
"Też myślę, że nie dojdzie" przytulam się do Monstera The Pierworodnego i słyszę i czuję, że z drugiej strony nie może popuścić takiej okazji Monster Młodszy i wspina się na Monstermamę, jednocześnie kopiąc Monstera The Pierworodnego, więc The Pierworodny wpada w ryk i Monstermama już wie, że na pewno rozpoczął się nowy dzień. I jest to sobota i nie trzeba od razu wyskakiwać z łóżka i można delikatnie nakierowując Monstery na odpowiednie szulfady i półki spędzić dobre piętnaście minut nad Wysokimi Obcasami, które już leżą na progu.
Jak ja mogłam kiedyś pomstować na Prasę Do Domu!!!


czwartek, 23 września 2004
Monsterowy Poranek Powszedni


4:25 Monster Młodszy w drzwiach. Nieprzytomny. Rozżalony. Mam nadzieję, że to TYLKO z powodu zębów. Bo wtedy jest nadzieja, żee jak wyjdą te wstrętne trójki, to wreszcie będzie tradycyjna pobudka o 7.
Wcale tak nie myślę o tej 4:25. Zdecydowanie działam instynktownie: żel, masowanie pleców, czasem mleko. Jest różnie. Ostatnio już o 5 zasypia znowu zabierając miejsce na niezbyt obszernym Łóżu Monsterrodzicowym, a czasem szalej dłużej. Nie rejestruję, jak długo. Wykorzystuję każdą minutę spokoju (Monster w tym czasie znajduje samochodzik, albo piłkę, albo jedno i drugie), by przytulić głowę do poduszki.
7:05 Dzwoni budzik. Udaje się go wyłączyć, zanim Monster Młodszy otworzy oczy. Dopadam łazienki, bo to moje 5 minut. Tyle udaje się uszczknąć samotności, gdy w drzwiach łazienki staje Monster Młodszy. (mam podejrzenia, że ma czujnik ciepłoty okolicy - gdy wyczuwa, że nie ma matki - samoczynnie się budzi).
Już nic nie zrobię. Hasło: "buty". Reszty Monster Młodszy nie lubi ubierać.
Nie tracąc czasu na gonienie gołego Monstera Młodszego (choć przynajmniej w butach) włączam płytę, która ma pozwolić Monsterowi The Pierworodnemu na łagodne powitanie nowego dnia. Monster The Pierworodny zdecydowanie jest sową, a nie skowronkiem.
Leci "dzeń dzeń dzeń, na dobry dzień, tak dzwonię i dzwonię co rano" Przy "umyj zęby koteczku, kolorową szczoteczką" Monstertata narzuca drugą poduszkę na uszy. Ale w drzwiach pojawia się Moster The Pierworodny... we łzach.
"Gdzie jest moja bluzeczka, czemu ją przestawiłaś, psecies położyłam ją na kostkę, a nie na krzesełko"- Łka Monster The Pierworodny
"Przepraszam, przepraszam, chciałam ją rozprostować, myślałam, że bluzeczka spadła na kostkę, nie przypuszczałam, że ją tam sama położyłaś, już układam  ją na kosteczkę" - muszę, muszę przywrócić jej dobry nastrój, bo inaczej misternie budowana atmosfera poranka legnie w gruzach i będzie tragedia. Monster The Pierworodny bardzo nie lubi zmian, ciężko przeżywa zmiany, bardzo ciężko adaptuje się do nowych warunków. A ponieważ Monster The Pierworodny ma dużo stresów związanych z przedszkolem bardzo staram się ograniczyć stresy domowe. Bardzo mozolna to praca. Proszę o słowa współczucia i pociechy. Monstermama.


Nowość na rynku

Coś mnie obudziło. Gdy otworzyłam oczy, było ciemno, ale kątem oka zlokalizowałam wyświetlacz: 5:23.
"Nooo, to właściwie ranek...i nie budził się w nocy, więc właściwie może to być - nie zdążyłam dokończyć myśli, gdy uzmysłowiłam sobie, co mnie obudziło. Otóż z wojowniczym okrzykiem na ustach "hopsasa, hopsasa" skakał po mnie Monster Młodszy. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie jeden, rzucający się w oczy szczegół: potwór nie posiadał na sobie ubioru. Niczego kompletnie. Nawet pieluchy. Był golusieńki jak święty turecki, czego zresztą nie omieszkał zaraz oznajmić: "Tobelt golas. Mama pi, tata pi, Tobelt stał. Hopsasa!"
Rozpoczął się kolejny monsterdzień.

1 ... 56 , 57
 
Archiwum
do Monsterowa tędy