wtorek, 25 października 2011
bezsens totalny


Rozpieszcza nas jesień w tym roku. Co weekend, to ładnie. Bo przecież nie pada, wręcz przeciwnie, świeci słońce, liście mienią się kolorowo, pograć w piłkę można, czego chcieć więcej...

- Mamo, jaki jest sens życia?! - dramatycznie zawiesza głos Monsterówna w sobotnie przedpołudnie

I nie, nie chodziło o smutek po jakimś tragicznym wydarzeniu. Nie. Tylko o to, że kompozycja kwiatowa, którą aranżowała na kartce urodzinowej dla swojej przyjaciółki nie chciała się przykleić.

- Okres wysychania: 24 godziny - czytam na opakowaniu kleju

Monsterówna wpada w stupor.

- Patrzysz, jak klej wysycha? - ironizuję

Duży błąd. Nie odezwie się do mnie przynajmniej przez godzinę, dopóki jej nie wygilgoczę i nie przeproszę za tak haniebną odzywkę.

Potem ankieta od pani z niemieckiego. Kilka pytań o to, czy te lekcje to pierwszy kontakt uczniów z niemieckiem, czy im się podoba, z jakim słowem mają trudność.

Monsterówna zawiesza się nad kartką.

Bo czy to, że w zeszłym roku w Berlinie, konkretnie 11 listopada, nauczyła się już Guten Tag, to ma to określić jako niewielki kontakt z niemieckim, czy w ogóle pominąć... Naprawdę to dla niej problem - żeby prawdę i tylko prawdę napisać. Szczegółową. Nie rozumie kwestii poziomu istotności.

Na polskim był sprawdzian. Ostatnie pytanie dotyczyło opisu pierwszego dnia szkoły. Monsterówna nie napisała nic na ten temat, bo:

- nie wiedziała, czy chodzi o pierwszy dzień szkoły W OGÓLE, czy pierwszy dzień czwartej klasy, a pani powiedziała, żeby już się nie pytać, bo nie zdążą;

- nie pamiętała dokładnie, co działo się w ten dzień, a przecież nie może napisać cokolwiek...

- zanim namyśliła się, co by jednak może skrobnąć ogólnikowego, to czas już się skończył.

No i klops. Niereformowalna córka.

- To nie będzie kłamstwo, gdy opiszesz cokolwiek - mówię, ale widzę, że mi nie wierzy

I jak tu żyć? Zwłaszcza mając takiego brata, jak Monster, który w czasie, kiedy Monsterówna ledwo MYŚLAŁA nad koncepcją kartki, on machnął plakatowymi na blejtramie i wymodził małe dzieło sztuki w ramach urodzinowego prezentu dla koleżanki.

- Ale tu mu zaciekło - krytykuje Monsterówna wskazując palcem

- Ale w całości wyszła bardzo fajna praca - bronię Monstera

Monsterówna nie jest przekonana. Powinnam stworzyć nową kategorię wpisów pt. Odrabianie lekcji przez Monsterównę. Zamiast cyk-cyk, odfajkować, szczególnie te nielubiane, to przez całe popołudnia oraz większość weekendu przekłada z kupki na kupkę, trochę tego maźnie, trochę tamtego, poprawi, zamknie z hukiem, popłacze się, znowu skubnie... A potem jęczy, że nie ma czasu na czytanie czy oglądanie filmu. Zwariować z nią można! Fakt, że skupia się, gdy planujemy na weekend wyjazd - wtedy wie, że czasu ma mniej i strategicznie kończy projekty wcześniej. Może to był jednak błąd, by pozbawiać ją zajęć dodatkowych i dać czas na lekcję. Może tego czasu mieć nie może.

Wykończy się ta nasza perfekcjonistka, jeśli nie pojmie, że większość tych wypielęgnowanych majstersztyków nie ma sensu dla samego robienia. Tylko, że stąd już tylko krok do okropnej zasady - zakuć, zdać, zapomnieć.

Ech, ten złoty środek! Monster jakoś bliżej niego znajduje się w ostatnim czasie. Prawie popłakałam się ze wzruszenia, gdy zobaczyłam opowiadania, które pisze w ramach kolejnych tomów słownika ortograficznego. Pani ma taką propozycję na zapamiętywanie słów - mają je rysować i pisać z nich historyjki - im bardziej śmieszne, tym lepiej. Ważne, by je zapamiętać, a pisownię przy okazji. A jak mu się pismo poprawiło! Nie mogłam uwierzyć, że to on samodzielnie napisał. Dojrzał, autentycznie dojrzał do szkoły.

I jeszcze na sobotnim odrabianiu basenu z Monsterinem zdałam sobie sprawę, czego tak naprawdę szukam w zajęciach dodatkowych. Tego "juhuuu", które wydał z siebie Monsterino, gdy dostali płetwy, tak że na widowni usłyszałam. Jak pędził i potem w szatni emocjonował się, że mama nawet jednej strony z książki nie zdążyła przeczytać, a on już był po drugiej stronie basenu! Tego "było super", gdy odbieram go z przedszkola, a on mówi, że robili wulkan, który na czerwono wybuchał i gelzery oglądali. Tego "uwielbiam judo" i jak dzieli się z Monsterem japońskim komendami (a on mu koreańskimi odpowiada).

Może starszych gorzej zadowolić, bo już wszystko widzieli i wszystkiego doznali. Albo bardziej krytyczni są.

No, ale fakt jest faktem - wraz z dojrzewaniem coraz częściej kwestionują sens wszystkiego i czegokolwiek. Choć akurat to rozumiem. Muszą znaleźć własny.


środa, 19 października 2011
mowa trawa


Kotłowała nam się ta zuchwała decyzja w głowie przez cały miesiąc. W końcu usiedliśmy z monstertatą, by rozłożyć plany i omówić strategię walki. No, może na początek przemowy. Przemowy Do Pana Trenera W Celu Zwolnienia Córki z Obozu Zimowego.

Przyjęliśmy linię argumentacji, wybraliśmy Reprezentanta Wygłaszającego. (Monstertata - jednogłośnie, bo tylko ja głosowałam).

Nastawieni buńczucznie oraz rewolucyjnie udaliśmy się na zebranie. W skrócie chodziło o to, by zakomunikować, że możemy się zgodzić na oddanie połowy wakacji letnich naszej córki dla sportu, ale nie zgadzamy się, by nie miała w ogóle zimowych ferii z rodzicami. I że ze względu na liczne potomstwo pogodzić tego inaczej nie damy rady.

Podczas monstertatowej oracji trener ze dwa razy otworzył usta, by zabrać głos, ale się nie przebił.

Stanęło na tym, że zabieramy ją na ferie bez względu na konsekwencje. Gdyż ponieważ i tak nie da się przewidzieć, jak się dalej nasza akrobatka rozwijać będzie i sam brak obecności na obozie nie przekreśli jej przyszłości. Do zgody to może nie doszliśmy, ale trener przyjął do wiadomości nasze zdanie i musiał się z nim pogodzić.

Uff. Mamy to już za sobą. Teraz niech tylko nam nikt nie zajmie miejsca w Czarnym Dole!

***

Popołudniowo-wieczorny rytuał: Monsterówna odrabia lekcje. Na leżąco, czego Monstertata w ogóle nie rozumie. A przecież milutko jest mieć miękki dywan pod brzuszkiem, gdy trzeba kreślić dwie strony wypracowania (wyszło na trzy i pół).

Tym razem nazwy szkolnych przedmiotów po angielsku, a pod spodem podsumowanie: I'm good at... i tu ma napisać te przedmioty, w których jest dobra oraz I'm not good at... i tu wpisać te, w których nie jest dobra, oczywiście.

Monsterówna ma problem, bo przecież w żadnym przedmiocie nie jest zła.

- Tylko nie płacz! - zastrzegam, bo już widzę, że jej się broda trzęsie - Może napisz ten, którego nie lubisz!

- Przecież tu nie jest napisane, że nie lubię, tylko nie jestem w nim dobra - syczy Monsterówna

Zostawiła trzykropek. To prawie jakby nie odrobiła zadania.

Rano przed szkołą ciężko przeżywa, że Pani Od Polskiego może pytać. A ona nie cierpi opowiadać. I że najlepiej byłoby wybierać przedmioty jak w Hogwarcie.

- Jakie byś wybrała? - pytam, choć już tylko pięć minut do dzwonka zostało i jeszcze musi się przebrać na akrobatykę

- Matematykę na pewno - bez zbędnej zwłoki rzuca Monsterówna - niemiecki, angielski -  tu już się waha - może przyrodę... plastykę...muzykę...

- Leć - mówię - Trzy minuty do dzwonka!

- No i teraz się spóźnię - zawodzi Monsterówna z pretensją w głosie. No pewnie, że to moja wina

- Napiszę ci usprawiedliwienie, jeśli się spóźnisz - żartuję

Monsterówna zerka na mnie uważnie. Czy to, co widzę w jej spojrzeniu to politowanie???






czwartek, 13 października 2011
predyspozycje




Do mojej prawie dobowej podróży służbowej przygotowywałam Monstery od paru dni. Monster nie wyraził przeciwwskazań.
Monsterówna zwiesiła nos na kwintę: "to nie będziesz w domu, gdy wrócę ze szkoły?" . Prawie nigdy nie zdążam być tak wcześnie, ale widać, że to dla niej ważne, żebym była i już potem wieczorem nigdzie i z nikim nie wychodziła.
Monsterino codziennie powtarzał, ile to dni zostanie do tego dnia, gdy to tata, a nie mama odprowadzi do przedszkola.
W końcu wstał tak wcześnie, że na lotnisko odwieźli mnie razem z Monstertatą.
- A jak samolot się rozbije? - zapytał całkiem rozsądnie. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć prócz gwałtownego zaprzeczenia.
- Wiesz, możesz wylądować na tym krześle z samolotu - wyrzucą je przez okno - wyjaśnia - wystrzelą i opadniesz na spadochronie!
Gdyby to było takie proste.
Samoloty nie pospadały, tylko wszystkie po kolei się spóźniały. W drodze powrotnej, na lotnisku w Monachium nawet mogłabym była sobie dorobić, bo w poszukiwaniu gniazdka do naładowania komputera dotarłam do toalety dla niepełnosprawnych, przysiadłam na krześle obok z kubkiem, a jedna z pasażerek usiłowała mi do tego kubka wrzucić drobne.

Musiałam wyglądać na bardzo zmarnowaną życiem, ale wszyscy wracający tak wyglądali. Krawaty pozdejmowane, koszule rozchełstane, ostatnie rozmowy  to jutro spotykamy się w centrali, a ja cały czas pytałam sama siebie: tęsknisz za tym? brakuje ci tego? Tych wyjazdów bladym świtem i tych powrotów ciemną nocą?

Ostatni raz w taką podróż służbową leciałam z Monsterówną w brzuchu, więc ponad dekadę później rozglądałam się zaciekawiona, czy rozpoznam coś z tego podekscytowania biznes-byciem. Czy znajdę gdzieś w sobie radość i spełnienie, że wreszcie wracam, tam, gdzie byłam.

Nic z tego. Null. Zupełnie.

Czy ci, w większości mężczyźni, w pomiętych dniem garniturkach, podłączonych non-stop do sieci lubią to, co robią? Czy robią to, bo muszą? Pewnie, znacznie gorsze i tym bardziej gorzej płatne rzeczy robi się dla pieniędzy, ale rozumiecie - czy ci zalatani robią co jakiś czas taki rachunek - że żyjąc na trochę niższym poziomie, dajmy na to: bez Egiptu co rok, mogliby zyskać coś w każdym calu innego? A może właśnie to im odpowiada i tak jest też dobrze - w końcu nawet dzieci przyzwyczają się do mojej nieobecności i dadzą sobie radę. Tyle dzieci tak żyje, to i one mogą.

Sęk w tym, że to ja tego nie chcę. Bo to ja na tym stracę, nie one. No może prócz tego Egiptu. (Dzieci wolicie mieć matkę na co dzień czy raz w roku dwa tygodnie w Egipcie - wybierajcie!)

Czy powinnam się tłumaczyć z tego, że nie lubię, że nie chcę - że cały dzień latania po to, by przez dwie godziny dyskutować oko w oko jest bezsensownym traceniem pieniędzy i czasu w obecnych czasach, przy obecnym poziomie rozwoju telekomunikacji?! I jakim zatruwaniem środowiska przy okazji.

Widocznie nie mam predyspozycji do robienia biznesów.

Może trzeba się z tym pogodzić.

I wracając do talentów - Monster został Sportowcem Września.

Bardzo prosił, bym wpadła na lekcję zobaczyć, jak fika salto w tył, więc przeorganizowawszy dzień zabrałam Monsterina z przedszkola i poszliśmy podziwiać.

Ładnie fika, nawet, a może szczególnie dla mnie, laika.

Poobserwowałam sobie też inne dzieci, w tym roku pierwszy raz. I zdałam sobie sprawę, że nie do końca trener jest szczery z rodzicami przy rekrutacji. Hasło przewodnie jest takie, że pierwsze trzy lata szkoły to ogólnorozwojówka i po tych latach dzieci będą na tyle wysportowane, że w każdym sporcie się odnajdą.

Guzik prawda.

Być może, gdyby rekrutacja była ostrzejsza. Ale w sumie przyjęto te dzieci, które spełniły minimum fizyczno-zdrowotne oraz miały chęci, by 17 godzin w tygodniu spędzić na sali gimnastycznej.

Przez te dwa lata moich wizytacji klasy Monstera niewiele zmieniło się. I nie chodzi o ocenę wykonywania akrobacji, bo się na tym nie znam, tylko tak oglądając w ciągu tych lat coraz to bardziej skomplikowane ćwiczenia - te dzieci, którym najszybciej wychodziło,   nadal są w czołówce - niektóre poprawiły się mozolną i systematyczną pracą, fakt, niektóre spadły z powodu braku dyscypliny pomimo talentu, fakt, ale w sumie to tylko roszada wśród tych, którzy już na początku wykazywali predyspozycje. Natomiast ci, którzy ledwo się trzymali na końcu, nadal się tam, z dużym trudem wiją. Bo nie mają do tego serca, albo nawet największą pracą nie są w stanie dorównać. To po co się tak męczyć???

Być może te pierwsze lata takie mają być - by i rodzice i dzieci mogły się przekonać, czy rzeczywiście to jest dobry kierunek rozwoju. Ale jakie to okazuje się łatwe - tym dzieciom, którym już na wstępie nie szło te wszystkie godziny spędzone na sali wcale im nie pomogły - ani w zwiększeniu kondycji, ani w umiłowaniu sportu - na szczęście dla nich samcyh po trzeciej klasie będą mogły (musiały) odejść. Dręczeniem jest już samo obserwowanie tych zmuszanych do sportu dzieci. Abstrahując od tego, że to naprawdę marnowanie dziecku dzieciństwa.

To może właśnie tym się kierować - nie chce ćwiczyć na pianinie - nie puszczać do szkoły muzycznej, mimo, że muzyka rozwija mózg. Nie garnie się do sportu - nie dawać do szkoły sportowej, mimo, że sport rozwija mięśnie (i mózg też wbrew pozorom).

Tyle, że nie wszystkie zdolności da się tak łatwo sprawdzić.

No i dobrze - o ile życie byłoby mniej ciekawe, gdybyśmy, jak to drzewiej bywało, już w łonie matki mieli zdeterminowaną przyszłość.

poniedziałek, 10 października 2011
walczący z garnkami



Nigdy nie ukrywałam tego, że nie lubię gotować. Nie rozumiem też mody na oglądanie wszystkich świętych gotujących na ekranie, a już zupełnie padłam, gdy przeczytałam, że w Stolycy są nawet specjalne warsztaty dla chcących się uczyć gotowania dzieci. To w domu nie mogą tego zrobić?! Nawet opłacenie gosposi po godzinach plus sprzątaczce, przepraszam - konserwatorce powierzchmi płaskich ekstra za skrobanie mąki z blatu byłoby tańsze i mniej fatygujące niż dojazd gdzieś tam na godzinę. Może jeszcze w weekend?
Ale rozumiem, też miałam marketing w szkole, że wszystko trzeba umieć nazwać i opakować, by stało się przedmiotem pożądania.
Ja też nie jestem odporna, o nie - swego czasu, gdy jeszcze Monstery grzeszyły wolnym czasem i nieograniczoną chęcią bywania, zaliczyły ekskluzywną Szkołę Designu przeprowadzoną w superwypasionym snobistycznym klubie w naszym mieście.
Nie można powiedzieć, że jakoś specjalnie męczyły się wycinając rzeźby z kartonu (Projekty! Formy! Struktura!) i tworzyły sałatkę (współpraca i połączenie różnorodnych form!), ale szczerze powiedziawszy, gdybym zaprosiła ich kumpli i dała kartony plus farby, to byłoby równie, a może nawet równiej.
Tyle, że nie wypiłabym w tym czasie kawy i nie zjadł tarty. Albo może nie tak smaczną, bo dziesięć razy tańszą.
O tym wszystkim właśnie myślałam, gdy znowu nadeszła sobota, Monstery odmówiły wyjścia gdziekolwiek, na hasło muzeum obrócili się na pięcie ode mnie wszyscy i nawet wizja obiadu w restauracji nie podziałała motywująco.

No to musieli sami obierać warzywa!
O dziwo, warsztat tłuczenia kotletów miał większe powodzenie od siekania pietruszki. Nawet jeśli do siekania pietruszki można używać kolebiącego się noża. Nic nie wygra z tłuczkiem!



A tu zaległy Monster po postrzyżynach.
Sam sobie zorganizował warsztaty Wicia z Wierzby. Cały komplecik biżuterii - naszyjnik, pierścień oraz sześć bransolet mi sprezentował.



czwartek, 06 października 2011
obróbka skrawaniem


Już miałam hymn pochwalny Monsterowi zaśpiewać z racji braku uwag w dzienniczku przez CAŁY miesiąc, gdy okazało się, że wyjście do kina na dzień chłopaka zakończyło się elaboratem pani wychowawczyni na temat nieprzestrzegania zasad. Wcale nie uniosłam się gniewem, gdyż Monster strategicznie dostarczył dzienniczek do podpisania dopiero wówczas, gdy zdobył pochwałę, która zasadniczo zrównoważyła wydźwięk uwagi. Wydaje się zatem, że Monster przystosował się do kajdanów, tfu, kaganka, oświaty. Nie powiem, o wiele lżej jest być matką przystosowanego niż tego z przedrostkiem nie. Grunt, to znaleźć niszę dla siebie - Monster na przykład regularnie przygotuje relacje do kroniki klasowej, ale tylko dlatego, że pisze na komputerze. Choć z kaligrafią jak się postara też nie jest najgorzej. Aczkolwiek dyktando "z ogródka Józefa" nadal kuleje. Trzeba przyznać, że jest konsekwentny w swoim upartym trzymaniu się u otwartego w powyższych słowach.

Zwycięzcą w rodzinnym konkursie o najbardziej wszechtronnie zajęte dziecko zostaje na ten rok szkolny Monsterino. Zgłosił się do wszelkich możliwych zajęć dodatkowych i tylko dlatego nie osiągnął maksa, że absolutnie nie zgodziłam się, by chodził z przedszkolem na pływalnię (bo to grupa początkująca). Przeczytawszy harmonogram zajęć, dziwię się, kiedy panie mają czas na te wszystkie prace plastyczne i inne chroboty zręczne, których wyniki ozdabiają wystawki i tablice w sali. Może same po nocach wiercą dziurki w kasztanach i wbijają wykałaczki w ziemniaki (praca Monsterina była zatytułowana "ta ryba, co się nadmuchuje, jak się przestraszy" - muszę powiedzieć, że podobna:))...

Zobaczymy na ile starczy mu zapału, by te wszystkie robotyki i inne -tyki kontynuować. Na szczęście tańce i korekcyjna też jest, więc się będzie ruszał, co jest nieodzowną podstawą.

Reszta towarzystwa powoli ustabilizowała sobie rytm tygodniowy, a dzięki temu, że staram się, żeby przez mój motorek w tyłku Monstery jednak nie cierpiały, to mają  od matki wycieczkowo-warsztatowo-szlajających wymysłów wolny przynajmniej co drugi weekend. Wydaje się, że było im to bardzo potrzebne, zwłaszcza, że ostatnio przecież pogoda dopisywała, Monsterówna mogła lekturę czytać w ogrodzie (miała pomysł, by siedząc na drzewie, ale na dłuższą metę było to niewygodne), a chłopcom udało się zorganizować całkiem składną zabawę z sąsiadami.

Monster molestuje nas też często, byśmy chodzili na boisko. Boisko z odpowiednią nawierzchnią i całkiem świeżutki plac zabaw jest o rzut beretem, ale wiadomo, jak bardzo się chce tam iść, skoro według mnie latanie z piłką można równie dobrze zorganizować w ogrodzie. Poza tym oboje z Monstertatą nie jesteśmy fanami piłki, więc to, że nakazuje mi stawać na bramce i bronić jest średnio skuteczne.

No, ale czego nie robi się dla dziecka...

Z Monsterówną przerzucamy się piłką siatkową - temu jeszcze jestem w stanie podołać.

Najważniejsze przesłanie do mnie dotarło - iść o krok za potrzebami/pomysłami Monsterów, a nie wyprzedzać ich życzenia. W związku z tym, Monsterino chodzi na judo w przedszkolu zamiast na taekwondo, mimo, że dobrze mu idzie, trener go chwali i mamy wygodnie, bo przecież i tak odprowadzamy Monstera. Ale na judo chodzą kumple z grupy. Jedyna zaleta, że wszystkie zajęcia oprócz pływalni Monsterino ma na miejscu.

Chociaż nasze wycieczki na pływalnie coraz ciemniejszym wieczorem Monsterino bardzo lubi. Choć tylko za widok nocnego miasta. Bo basen jest "tak długi i zimny". A pianki włożyć nie chce, uparciuch.

Trenerska uwaga o Monsterinie: ciągle za babami się ogląda!

(fakt: patrzy, czy aby go nie wyprzedzają)

poniedziałek, 03 października 2011
walka karnawału z postem


Monster-sportowiec zdominował Monstera-muzyka.

Było tak (jeszcze przed zdaniem na żółty pas):


Jego włosy, jego sprawa. Pojechali razem z Monstertatą, który też pozbył się kitki. Monster jest obecnie bardzo tatowym syneczkiem. Monsterino natomiast nadal maminym. Rywalizują w tym względzie z Monsterówną, bo gdy w czwartek- jedyny dzień, kiedy wszyscy mają zdążyć na ósmą, dzielimy się odprowadzaniem i to nie ja maszeruję z Monsterówną, to Monsterówna płacze. Zawsze myślałam, iż powiedzenie "łzy jak grochy" jest koloryzacją literacką. Ale nie w przypadku Monsterówny - u niej koraliki łez mogą na przekór grawitacji tkwić na policzkach jak wyrzut sumienia. Dopóki ich nie wytrze.

Mogłabym zmusić Monsterina do bycia odprowadzonym przez Monstertatę, ale musiałabym go do tego dwa dni przygotowywać. I ryk też by był. Choć bezłzowy.

Na szczęście z chęcią porannego wychodzenia jest już lepiej  - może dlatego, że wreszcie startują wszystkie zajęcia dodatkowe. I roboty! I eksperymenty! Monstery starsze zazdroszczą Monsterinowi, choć jednym może się podzielić - w weekend gościliśmy u nas przedszkolnego patyczaka.

Monsterino łaskawie pozwalał rodzeństwu oporządzać terrarium i dorzucać liście domowemu zwierzątku, ale potem zabierał skrzyneczkę ze sobą. Patyczak przeżył weekend bardzo aktywnie - asystował przy kąpieli, spał obok Monsterina, jadł z nim, a nawet jechał rowerem. Teraz sobie odpocznie...




Archiwum
do Monsterowa tędy