piątek, 30 października 2009
egzorcysta (chwilowo) niepotrzebny



Naprawdę mamy szczęście, że udało nam się znaleźć szkoły w pobliżu domu i dobrą decyzją było także ograniczenie zajęć dodatkowych do tych osiągalnym rowerem, ewentualnie dłuższym spacerem.
Bo to Miasto korkami stoi!
Wczoraj w końcu Monster był pasowany na ucznia, więc skoro był wyglancowany, a i jechaliśmy na uroczystość we trójkę, no to zdecydowaliśmy się na samochód.
Monster miotał się zapięty pasami, gotów wyskoczyć, bo to przecież tak blisko, że nawet dopełzlibyśmy szybciej. A sznur aut stał już od naszego domu.
Gdyby jeszcze tylko ścieżek rowerowych było więcej, to byłaby bajka.
Ale, jak to mówi Gąska Balbinka: jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.

Zatem legalny pierwszoklasista:



ołówkiem i uściskiem dłoni Pani Dyrektor pasowany:



a teraz tradycyjnie oprawiamy dynię...








Monstery bardzo żałują, że halloweenowe zwyczaje, szczególnie chodzenie po domach i zbieranie cukierków nie jest popularne w Polsce.
Tłumaczę, że w tradycji chrześcijańskiej czci się pamięć zmarłych 1 listopada odwiedzając cmentarze, ale Monstery słusznie zauważyły, że jedno drugiemu nie przeszkadza.
A że każda okazja do zabawy i przebieranek jest dobra, więc pieczemy pumpkin pie i przebieramy się.
Natomiast w niedzielę, oczywiście oświecamy nekropolię. A w razie, gdyby nam było mało, to w Zaduszki odprawimy dziady.




czwartek, 29 października 2009
bezpowrotnie utracona praworęczność


Z okazji czwartku, rzucę tutaj komunałem, że moja cierpliwość do toczenia garbu uroczego (tak,  odniesienie do Stachury
zamierzone) jest wprost proporcjonalna do wyspania się oraz stanu uspokojenia zawodowego (ale OCZYWIŚCIE nigdy nie ma tak, że jest coś zrobione, odfajkowane i spoczęte na laurach. To jest neverending proces, więc łapmy chwilę, carpe diem i jeśli w ciągu tych pięciu minut jestem na szczycie emocjonalnym, to fajnie).

No to biorytm korzystny, więc nawet nie drgnę, gdy Monsterino wysypuje płatki, rzuca miseczką, rozlewa jogurt.
- Tak się nie robi, podnieś, wytrzyj - siła spokoju

Monsterino miota się i rzuca.
Nie chce dać się przytulić, ani chybi jest zmęczony.
Proponuję rozpoczęcie rytuału wieczornego.

- Nie będę się myć! - wrzeszczy

- WTEDY nie będzie czasu czytać - och, jak jestem opanowana, och jak mnie nic nie wzrusza, och, jak idę (choć ciężko sunie się, gdy do nogi przyczepione te kilkanaście kg, bo w ten sposób Monsterino próbuje zatrzymać mnie przed wejściem do łazienki)

I w końcu, gdy udaje się jakoś przeczekać, opanować, przeżyć bez krzyku i aktów przemocy, to jest taka ogromna satysfakcja, że warto. Że jest się panem emocji!
(w przeciwnym razie poczucie winy, że nie dało się rady zatruwa myśli i psuje nastrój, oj jak psuje).

A co do tytułu, to nikt się już (oprócz prababci) nie łudzi, że Monsterino będzie używał prawej ręki.
Po tatusiu tak ma, ze statystyki wynika, że któreś z licznego potomstwa w końcu musiało.
I kopie piłkę lewą nogą, więc ma przynajmniej spójność (Monster ma skrzyżowaną lateralizację). A gdy nareszcie kupiłam mu nożyczki dla leworęcznych, to okazało się, że Monsterino bez problemu wycina!

na deser - złapana piosenka


środa, 28 października 2009
home schooling


- Balbazyńco!

bum- łups- bach

- Bakugan, akcja! Karta otwarcia!

łups - bach - bum

- Stal łols!

bach-bum-łups, AŁAAAA! MAAMAAA!

- Dobra, koniec, kolacja - zamykam sesję walki. Nawet nie muszę specjalnie pocieszać i całować potłuczonych. Raz, dwa i znowu stają w szranki, więc chyba lepiej nie wnikać, a przede wszystkim pozostać z dala od pola rażenia.

Jeszcze nie kolacja.
Jeszcze lekcje. Monster wszystko zrobił w szkole. Boże, co za pilny uczeń!
Ale wyciągnął dodatkową kartkę literek. No to wywija.
Monsterówna bębni "sto lat" w rytmie i z lewą ręką. Na razie nie doszła jeszcze do "niech żyje, żyje nam"...

Przedwieczór ciągnie się leniwie, ale Monsterino wykazuje oznaki zużycia, więc zapowiadam, że go wykąpię, a w tym czasie starsi dokończą swoje zadania.

Zbiorowy protest.
My, wielomatki, mamy imperatyw dopieszczenia wszystkich dzieci. Na raz, najlepiej. Żeby żadne nie czuło się gorzej, a już zwłaszcza z powodu nadmiaru rodzeństwa.
Zatem Monsterino wyszukuje łódki do kąpieli, a dla starszych mam jeszcze 30 sekund.
Siedzę.
Oni też.

- Halo! - macham ręką, bo widzę, że wpadli w stand by -  ile czasu zajmie ci napisanie tych dwóch linijek!? - stawiam Monsterowi pytanie retoryczne

- Sto lat, sto lat - intonuje Monsterówna

(i to był już w zasadzie rozładowujący koniec - nie wyszli z głupawki aż do wieczornej lektury)



poniedziałek, 26 października 2009
warsztatomaniacy, czyli jeśli jesteśmy w muzeum, to znaczy, że jest sobota




- Co z oczu, to z serca - wyjaśnia Monster, gdy nakrywam go dyskretnie usuwającego z monsterinowego pokoju parę hotwheelsów.

Chwilę wcześniej wyzywał brata, by opuścił jego pokój, bo znowu mu coś rozwalił.
- Nie jestem rozwalacem! - płacze Monsterino, ale jest, niestety, jest i to od 5:25. Rano.

Rozumiem, że zegar biologiczny nie przestawi się ot, tak, przez weekend. Ale, litości, dlaczego Monsterino zaczyna dzionek od rozwalenia na mojej głowie muru z lego? Czy takie rozpoczęcie dnia daje mi usprawiedliwienie na warczenie?
I tak się muszę MOCNO hamować, by nie trzasnąć na odlew. (Atawizm, tłumaczę się).

To jest bardzo denerwujące, i nawet nucąc omy i stawiając się, niejako na zewnątrz, w pozycji obserwatora tego porannego cyrku, mam ochotę wyć, gdy ledwo Monsterino spuści nogi na podłogę, to rozkręci (latarkę), zgubi (części latarki) , złamie (ołówek plus wichajster od zabawki), nie dokręci (wody), wyciśnie (pastę do zębów), rozleje (mleko lub wodę). I nie zawsze starcza mi cierpliwości, by wynajdywać dobre strony, w tym że rozlał wodę, a nie słodki sok malinowy, bo się przynajmnie po wytarciu nie klei.
Ledwo się ubrał, to zmoczył skarpetki, bo jak wycierał tę wodę, co wylał (woda! ścierka! - wycedziłam rzucając mu szwamkę), potem siedział na nocniku i nie wytarł tyłka, wobec czego od razu musiał zmienić majtki.

Jeszcze nie wyszłam z domu, a już byłam zmęczona.

Natomiast w weekend, Monsterówna biwakowała i wróciła zmęczona, ale zadowolona. Pozawierała nowe przyjaźnie, dobrze się bawiła.





A chłopaki zamienili się w muzealnych tropicieli, wraz Tajemniczą Walizką.

Ja wiem, że nasze obsesyjne odwiedzanie muzeów podpada pod jakąś manię, ale robię to tylko i wyłącznie z egoistycznych pobudek: bo ja to lubię. A przy okazji chyba wykształciłam odruch Pawłowa u Monsterina: przeszliśmy przez sale, odgadliśmy zagadki, wracamy do szatni, oczywiście raz jeden ciągnie walizę, raz drugi, i nagle Monsterino:

- A telaz idziemy malować! (a tu kicha, bo akurat w tym tygodniu warsztatów w muzeum nie było, ale wdrukowało mu się)

Wracając do początku wizyty: tym razem rozpracowaliśmy artefakty (Monster już za dobrze zna zbiory muzeum i musiałam go trzymać, żeby pozwolił na poszukiwanie obrazów i szczegółów na nich Monsterinowi)




Ale najważniejsze było ponowne spotkanie czorta:
(rzeźby diabła na koźle, który zafascynował Monstera już rok temu, a teraz zaraził tą fascynacją Monsterina)

I pewnie w związku z bliskim przyglądaniem się rzeźbie przez lupę,  gdy wdziewam wysokie obcasy, Monsterino bierze inną parę, mierzy, przewraca się, znowu stara się w nich ustać, aż w końcu pyta:

- A po co ci, mamuś, takie KOPYTKA?



piątek, 23 października 2009
interesowność, czyli nadgorliwość gorsza od faszyzmu



Wieczorem ping-ponguję pomiędzy pokojami starszyzny.
- Zobacz, zobacz, jakie równe piszę - sapie Monster i po prawdzie stara się mocno - A to zadanie z gwiazdką jest dodatkowe, za 3 słoneczka!
- I robisz te dodatkowe? - dziwię się, bo pisałam wczoraj, jakie podejście do zadań dla chętnych ma starsza siostra Monstera
- No pewnie! Ciekawe, ile dodatkowych słoneczek bym dostał, gdybym od razu zrobił całą książkę do końca - zastanawia się

Tymczasem Monsterówna krzyczy od siebie, a potem kategorycznie nakazuje obserwowanie, jak to ona odrabia lekcje.
- A teraz ci poczytam wiersz. Wybrałam ten, bo jest zabawny. Takie łatwe zadanie na jutro mamy
- To nie musisz na pamięć się nauczyć? - dociekam
- Nie, tylko czytać.
Sprawdzając zadanie domowe zauważam, że rzeczywiście, mają nauczyć się czytać, bo będą eliminacje do konkursu ładnego czytania. Głośno komentuję wpis.
- No, tak, będą - potwierdza Monsterówna - Ale ja nie będę brać udziału, bo wiesz, co jest nagrodą?! Zakładki i słodycze! To się w ogóle nie opłaca!

Co za interesowne dziecko! Nie ma wysiłku, bez nagrody! [A poza tym się boi takich indywidualnych występów, wiem. ]

Po drugiej stronie korytarza, Monster wypełnia kolejną już, czwartą kartkę z zeszytu ćwiczeń. I całą stronę prostych zdań.
- Aż dziwne, że nagle macie aż cztery kartki zadane! - zastanawiam się
Monster nie odpowiada, tylko się skupia.

Rano, zbierając się do szkoły, nagle mówi:
- Wiesz, ja sobie przypomniałem, że te zadania, które wczoraj zrobiłem, to pani powiedziała, że są do zrobienia na za tydzień!



Monsterino wytwarza za to całą masę rysunków, którymi hojnie obdarza członków rodziny. Niestety, bez podpowiedzi nie ma możliwości odgadnięcia przedmiotu rysunku. Poza tym forma, w której są prezentowane, to zwinięta kula, którą można, ale nie trzeba, sobie rozwinąć. Takiego ma stajla.
Wieczorem: tragedia.
Dzisiaj z przedszkola odbierała Monsterina cała ferajna z Monstertatą na czele i wszyscy zapomnieli ukochanego misiaczka, który jest superprzytulanką i lekiem na całe zło. W przedszkolu, bo w domu o nim zupełnie zapomina, szczególnie w weekend.
- Wlacamy do psedskola po mojego misiacka! - zakomenderował
Tłumaczę mu, że już zamknięte, że nie mamy kluczy, że misiaczek będzie bawił się z innymi misiaczkami, że będzie miał taki biwak, jak to jedzie Monsterówna nań

[gdyż Monsterówna jutro jedzie na swój pierwszy zuchowy, dwudniowy biwak.
Chociaż zabiera karimatę i śpiwór, na szczęście nie będą spać pod namiotami.. przy tej pogodzie;).]

- Tam nie ma innych misiacków, on nie będzie się z nimi bawił, będzie BEZ MNIE baldzo samotny, będzie za mną tęsknił!!!

Serce się kroiło, gdy tak rozpaczał.
Aż w końcu, utulony, otarł łzy, powstał z płaczu i poszedł budować.
I tylko raz, już przed zaśnięciem, wspomniał:
- Ciekawe, cy misiacek jus śpi?

Bardzo ciekawe.


czwartek, 22 października 2009
jeżu malusieńki i dzień pochwał



Głębokie dwa oddechy powinny teoretycznie zniwelować uczucie narastającej paniki, ale nie. Potrzeba trzech, czterech, tak do przepony, a potem wydech w miejski smog i śmierdzący dym z komina sąsiada o pierwszej w nocy. Już lepiej.
Mantra: wszystko będzie dobrze, a klienci nie będą mnie raczyli trudnymi przypadkami i jakoś przetrwamy następne miesiące. Oby do lata. Albo chociaż do wiosny. To tyle w świecie pracowniczym.

Tymczasem w domowym dzień triumfów. Monsterówna dostała pochwałę za staranne pisanie i mimo, że ZNOWU nie zrobiła żadnego z zadań dodatkowych na sprawdzianie (już się nauczyłam, że nie pytam, dlaczego, bo wiadomo: dodatkowe są dla CHĘTNYCH, a ona chętna nie jest, jasne?), to resztę zrobiła bezbłędnie, więc git.
Monster też zarobił pochwałę! O, cudzie! Pisemną w zeszycie, więc nie wymyślam. Poprowadził prezentację grupy na szkolnym konkursie, cokolwiek to znaczy.
Monster więc zadowolony, aczkolwiek głodny. A czemu nie zjadł śniadania? Nie miał czasu.
Przez 8 godzin, w tym 3 akrobatyki... Ale przecież na lekcjach się nie je, a na przerwach się bawi.
No, nic, Monster mówi, że się wyciąga, więc ma płaski brzuch, tymczasem brzuch Monsterina jest nadal okrąglutki, chociaż też się wyciąga, co widać  po spodniach, co je musiałam z  kartonów z napisem "ciuchy na 3-4 lata" z katakumb piwnicznych wydobywać.

Monsterino także przykładem świecił. Przyznał się, że pani mu powiedziała, że zasłużył na pochwałę.
No i super: wszystkie trzy Monstery z pochwałami w tym samym dniu.

Dlaczego nie skaczę pod sufit? Dlaczego pochwały przyjmuję, jak coś należnego i oczywistego, a działałabym, gdyby było odwrotnie?
O, przewrotności ludzkiego charakteru: o tym właśnie mówią psycholodzy - żeby podkreślać pozytywne zachowania dziecka, bo inaczej będzie negatywnymi zwracać uwagę na siebie.

Zatem wieczorem mówię każdemu z osobna, jaka to jestem z nich dumna.
Patrzą na mnie zdziwieni.
- Tak, bo ja jestem doskonałym składacem zabawek - mówi Monsterino
- Ja to potrafię prezentować bardzo dobrze - wtóruje Monster
- Wiadomo, że piszę i rysuję najładniej w klasie - wyjaśnia Monsterówna

Więc chyba nie podcięłam ich poczucia własnej wartości.

A rano Monsterino nuci piosenkę o Jeżu.
Piosenka jest stara, jak świat i na przykład Monsterówna, jako trzylatka prezentowała ją na pasowaniu przedszkolaka, co możecie sprawdzić w archiwum, w październiku 2004 roku:)

W każdym razie, tekst piosenki leci tak:
"a w ogrodzie jeżyk śpi, zbudź się jeżu, zbudź,
choć nie podam ręki ci, bo mnie będziesz kłuć"

- A psecies jezyk nie ma kolców na łapkach, tylko na tym, eeee, plecach, więc nie moze pokuć, plawda?

Eureka! Żadne ze starszych, ja zresztą też, nie wpadliśmy na to, że ten tekst kłamie.


środa, 21 października 2009
uskrzydleni



Zaspaliśmy dzisiaj mistrzowsko! To znaczy zasadniczo zaspała ta, która podrywa do życia rodzinę co rano. Gdy otworzyłam oczy, a za oknem było już jasno, to od razu wiedziałam, że jest źle. 7:49!
Wszyscy chrapali...
Jakoś  udało się zwlec
wszystkich z łóżek i wyprawić do placówek, a nawet sprężyli się bez słowa, pewnie poruszeni widokiem matki furkoczącej rozwianymi połami szlafroka (przepraszam Poznaniaków: porannika), z rozbieganymi oczami i rozwianym włosem szamoczącą się pomiędzy trzema szafami na dwóch piętrach. Do dziś pamiętam, jak się w pierwszej klasie jeden, jedyny raz spóźniłam na lekcje i jak się wtedy zdenerwowałam.
Mam nadzieję, że Monstery nie czują aż takiego stresu.

Ale dzisiaj miało być o miłości.

Pisałam, jak to Monsterówna sprokurowała na Dzień Chłopaka kartkę dla kolegi z klasy, Michała i jak to on ją kocha. Wydaje się, że przynajmniej nie są te zaloty Monsterównie niemiłe.
I chyba już wiem, jaki typ urody podoba się Monsterównie, so far, bo na tańcach też zwróciła uwagę na chłopca podobnej aparycji, który zresztą ją przypomina: ciemna karnacja i oprawa oczu, ciemne włosy.
A ostatnio, znowu wpadając w wieczorny słowotok, Monsterówna wyznała:
- Wiesz, że Michał zrobił mi zdjęcie?
- Tak? To nosi aparat do szkoły? - zdziwiłam się
- Nie, zrobił zdjęcie komórką! - zagruchała z dużym podziwem - Wiesz, jaki WYPASIONY ma telefon?! I nosi go na smyczy, na szyi! - opisała - Zrobił mi zdjęcie, gdy jadłam jabłko i powiedział, że ma mnie teraz w swoim telefonie - rozanieliła się

Przypomniałam sobie, że Michał był pierwszym z kolegów z klasy, którzy z daleka mówił mi dzień dobry. Wie, jak sobie zjednać teściową...

Natomiast Monster przyznał się, że koleżanka z klasy, Laura, sporządziła rysunek, w którym Monster był rycerzem na białym koniu, a ona księżniczką zamkniętą na wieży, którą Monster miał uratować (księżniczkę, nie wieżę).
- To musiało być bardzo ładne, pokaż! - poprosiłam
Monster wzruszył ramionami.
- Gdzie masz rysunek, zostawiłeś w szkole? - spytałam rozczarowana
- Tam, gdzie jego miejsce. W koszu! - przyznał Monster
- No wiesz,jak mogłeś! - zganiłam syna - Laura się starała, to była na pewno świetny rysunek! Mam nadzieję, że chociaż nie zrobiłeś tego przy niej - wczułam się w biedną, małą, odrzuconą istotkę.
- Nie, raczej nie wyrzuciłem rysunku do kosza, tylko mam gdzieś go w szafce. Poszukam - machnął ręką Monster - Wiesz, że tylko ja i Ola mamy blond włosy? Nikt inny w klasie nie ma - zmienił gładziutko temat
- I Ola uważa, że jestem najlepszy.
- W czym? - zapytałam bezsensownie, nie mogąc wymodzić bardziej błyskotliwego komentarza do tego wyznania
- W akrobatyce, oczywiście.

No, ba.
Macie jakieś rady dla przyszłej teściowej?



wtorek, 20 października 2009
potknięcia na własność



Dobre rady. Wszyscy je lubimy. Szczególnie te, o które nie prosiliśmy.
Widzę te wywracające się białka Monsterówny, gdy proszę, żeby może zaczęła codziennie po trochę czytać lekturę zadaną na 9 listopada.
- Teraz czytam inną książkę - cedzi Monsterówna
OK, nie powinnam była się wtrącić. Ale jeszcze tylko podzielimy ilość stron lektury przez ilość pozostałych dni i wyjdzie nam norma dzienna. Taka mała sugestia... Monsterówna się jeży, ma swój plan.
Powinnam spasować. Jej szkoła, jej odpowiedzialność.
Tak jak spasowałam z ciśnięciem na codzienne ćwiczenie keyboardu. Ma wenę, to gra, a przy okazji komponuje coś swojego. Nie ma weny, nie gra.
Na razie zalicza kolejne utwory, nadal granie sprawia jej przyjemność i nie stresuje się, czyli idealnie.
Ale to są jednak zajęcia dobrowolne, dodatkowe. A co z zadaniami domowymi? Nie ma problemu z samym odrabianiem - to wie, że musi. Bez problemu wchodzą jej też do głowy kolejne modlitwy (a czy pisałam, że przy okazji modlitw uczy się też Monster, a że uczestniczy w całej machinie przedkomunijnej na równi z siostrą, to pójdzie do Pierwszej Komunii razem z nią?).
Problem jest z ortografią.
Teoretycznie Monsterówna zna reguły. Ale bywa, że ich nie stosuje. I okropnie się denerwuje, gdy każę jej poprawiać błędy. Dyktanda domowe odpuściłam, bo czułam opór.
A może właśnie nie powinnam była odpuścić?

Tymczasem swoje pierwsze sprawdziany zaliczył Monster. Diagnoza szkolna potwierdziła przedszkolną. Intelektualnie do przodu, ale nadpobudliwy.
I co ja mogę?

Badania lekarskie niczego nie wychwyciły, więc ok, a sprawdzian fizyczny podobno się mu udał, gdyż nieskromnie stwierdził, że jest najlepszy i Ola też tak uważa. [O Oli jeszcze kiedyś będzie...;)] Osobiście z trenerem nie rozmawiałam [
skorzystałam z uprzejmości Monsterbabci i obciążyłam ją uczestnictwem w zebraniu u Monstera.
Dwie godziny z życiorysu i zapisana kartka A4 drobnych druczkiem!]
, ale skoro w dzienniczku nie ma żadnej uwagi, to chyba ujdzie.


Uczenie się na błędach w przypadku Monsterina polega na tym, że nigdy nie powtarza katastrof, które czyni. Oczywiście skala zdarzeń, rozmiar zniszczeń oraz reperkusje są stopniowalne, aczkolwiek nerwy czasem puszczają Monstermamie, oj.

Po raz kolejny wymieszał wszystkie cztery kolory ciastoliny (tak, to było te piętnaście minut spokoju, kiedy myślałam, że przeparkowuje w swoim pokoju flotę żeleźniaków).
Wyjaśniam:
- Trudno, teraz nie będzie różnych kolorów, tylko jeden, szarobury, ale nawet z takiej masy nadal można lepić, trzeba tylko schować ją po zabawie do pudełeczek, bo inaczej wyschnie i koniec.

Monsterino nie czuje powagi sytuacji. Twardą przecież też można się bawić, na przykład w rzucanie czy bombardowanie wręcz. A że już lepić się nie będzie, to cóż, trudno...

Mnie zależy jednak na zachowaniu stanu lepliwości, zatem tak długo suszę mu łeb, aż w końcu pakuje ciastolinę do pudełek.

Dzień później podchodzi do mnie z jednym z urządzeń do wyciskania w ręce i rzecze:
- Mam ploblem!
- Jaki? - pytam, choć przecież widzę
- Wysechła mi ta plastelinka i zablokowała wejście
[i tu powinnam powiedzieć: a nie mówiłam?!, ale tylko wzdycham ciężko]
- Splóbuję ja lęką ją wyciągnąć! - postanawia Monsterino

Po jakimś czasie przychodzi ponownie i stwierdza:

- Aha, jus wiem. Jak wyschnie plastelina, to ja pocebuję jakieś nazędzia SPECJALNE.
I jus.


Wyciąganie wniosków w praktyce.



poniedziałek, 19 października 2009
słoniocy! czyli weekend pod słoniowym przewodem


Tak jakoś się złożyło, że tematem przewodnim, a może czynnikiem wspólnym wydarzeń minionego weekendu stał się słoń. Zaczęliśmy w sobotę od Słonia, który wysiedział jajko. Monstery od dawna znają wiersz Seussa, który jest perełką w tłumaczeniu Barańczaka, ale i przedstawienie Teatru Animacji udało się znakomicie. Szczególnie oprawa muzyczna - polecam, zdecydowanie polecam - nuciliśmy piosenki całą czwórką.
I jeszcze jedna uwaga - sugeruję dużo wcześniejszą rezerwację biletów - najlepiej siedzieć w pierwszym paru rzędach, potem odbiór jest utrudniony, bo rodzice przychodzą z coraz młodszymi dziećmi, które nie mają za sobą, w przeciwieństwie do Monsterina, doświadczenia z teatrem dla niemowląt, gdzie nie wygasza się do końca świateł, a treść dostosowana jest do percepcji dwulatka.

Z teatru spacerem (choć Monsterino głosił, iż: "moje nogi mówią mi, że są zmęczone") poszliśmy do jednego z naszych ulubionych muzeów , by poszerzyć swoją wiedzę o Afryce. I tu czekało nas pierwsze rozczarowanie. Owszem, ekspozycja i stragany były teoretycznie afrykańskie, ale warsztaty, które miały być dla starszych dzieci, były na poziomie przedszkola, więc całe szczęście, że nie przejmując się sugerowaną granicą wieku zapisałam na nie z rozpędu także Monsterina.

Być może jesteśmy już rozpuszczeni ofertą warsztatową, ale pisałam przecież o wyśmienitej ofercie na poprzedniej wystawie, a tu taka wpadka.

Nawet najmłodsi nie nauczyliby się niczego nowego. Przeźrocza pokazywały typowe afrykańskie zwierzęta (i tu pojawił się SŁOŃ), a potem prowadzące zaproponowały zapełnienie krajobrazu afrykańskiego rysunkami fauny obejrzanej wcześniej. Monsterino przycupnął u krańca kartki,  w trzech ruchach skończył rysunek (zęby krokodyla wyrwane z kontekstu) i był gotowy opuścić warsztaty.

Potem trochę popracował fizycznie.

A Monstery przyznały, że największą atrakcją wyjazdu na te warsztaty była podróż tramwajem.

No nic. Nie zawsze może być super. Ale nam zdażyło się to ponownie dzień później.

Tym razem pojechaliśmy (tak, skoro jest tam parking, to mogę potruć środowisko vanem...) do Księgaręki na snobistycznie brzmiące w industrialno-gagowo-activistowym wielkomiejskim otoczeniu rozlokowane warsztaty designu. Niestety, nie wystarczy epatować znajomością angielskiego odpowiednika słowa oznaczającego swojskie wzornictwo przemysłowe, by porwać dzieci do radosnej twórczości. Damy jeszcze Księgaręce i designowi szansę, bo w kolejną niedzielę będą inni prowadzący, ale panie z tego tygodnia powinny zdecydowanie udać się na szkolenie do Odysei Umysłu. By skorzystały z wyobraźni dzieci i pozwalały jej się nieograniczenie ujawnić, a nie przycinać jej do swojego, ograniczonego, bo dorosłego rozumowania. Monsterom za to podobały się w SPOCie designerskie przedmioty w sklepie i o dziwo, nie zniechęciły się do miejsca, chcą tam wrócić.

Do kompletnego osłonienia powinniśmy byli przejechać się do Słoniarni, ale Monster już tam był i ocenił, że ŁEEE, ale małe te słonie.

No to poczekamy, aż urosną.


piątek, 16 października 2009
anomalie



Wieczór właśnie wchodził w decydującą fazę: okruszki pokolacyjne zostały zmiecione, jednostajnie, uspokajająco szumiała zmywarka, a pralka miarowo kołatała, gdy Monsterówna powołana przez mnie ad hoc na Nadzorczynię Kąpielową, doniosła, iż piec się wyłączył.
Zaklnęłam wewnętrznie, że akurat musiało to się stać podczas tego jednego od tysiąca lat wieczoru, kiedy Monstertata wybył w porze kąpieli. Piec jako taki wyłącza się nam spontanicznie, a Pan Od Pieca zapowiedział wizytę dopiero w poniedziałek, zatem byłam skazana na przypadkowe wciskanie guzików w celach reanimacyjnych.
- A zadzwoniłaś do taty? - zasugerowała Kąpielowa, a ja wycedziłam, że jesteśmy yntelygentni, samodzielni i wyemancypowani i damy radę pobudzić piec do działania bez pomocy z zewnątrz.

Jakieś pięć minut i jeden ryk zmęczonego Monsterina później zmieniłam zdanie.
Dzwonię.
- Mamuś! - zaczyna Monsterówna
- Ci! Dzwonię, idź po piżamę - machnęłam na córkę, jednocześnie przemieszczając wyjącego Monsterina do punktu Wieczornego Odkażania
Monstertata nie odpowiadał.
Zmięłam w ustach przekleństwo, ale w końcu to jego dzień, ma prawo wyjść, ja też nie słyszę telefonu, gdy wychodzę na zlot czarownic.
- Mamuś - znowu zaczęła Monsterówna
- Idę grzać wodę, a wy włączcie farelkę - pokazałam na migi starszym starając przekrzyczeć wrzeszczącego "JA NIE CHCĘ SIĘ MYĆ" Monsterina.

Nadal klnąc pod nosem wstawiłam wodę w czajniku i w trzech garnkach na kuchence. Elektrycznej.
W sumie jeszcze tylko do kompletu powinnam włączyć żelazko, ale w tym momencie akurat żadna refleksja na ten temat się do mnie nie dobiła.
Czajnik już finiszował, a jednocześnie zaczęły podskakiwać włączone na maksa garnki, gdy


CYK!


Zgasło w całym domu.
Korki.
- ŁEEEEE! - MAMOOOOO! Ja nie chcę, żeby było ciemno! JA CHCĘ SIĘ KĄPAĆ! - zmienił komunikat Monsterino
- LATARKI! - zawołałam do starszych, skanując zawartość szafek w poszukiwaniu świeczek (czy ja w ogóle używałam już świeczek po przeprowadzce???)

Monstery doniosły, iż w latarkach wyładowały się baterie.
Po krótkiej kotłowaninie zlokalizowaliśmy aparat i baterie z aparatu zasiliły jedyną, mało efektywną, ale za to efektowną latarkę w kształcie trupiej czachy.

Na szczęście miałam zapałki.
Nic to, że do kominka, a jedyne świeczki to tea-lighty.

- A czytać potem możemy w łazience, bo tu jest najjaśniej! - oceniła Monsterówna
- No, co ty , zaraz włączę korki - popisałam się swoimi umiejętnościami Młodego Elektryka (ok, elektryka w średnim wieku)

Niestety, jedyne znane mi korki były WŁĄczone.
- Zadzwoń do taty - podpowiedział tym razem Monster
- No, dobra - odpowiedziałam zrezygnowana
- Ale... - zaczęła Monsterówna
- Cii, dzwonię - pokazałam telefon
Monsterino uspokoił się na widok kolekcji świeczek na obudowie wanny i usiłował podpalić sobie włosy, poparzyć palce, ewentualnie okopcić rzęsy.

I wtedy usłyszałam telefon Monstertaty w drugim pokoju.
- Starałam ci to powiedzieć, ale mi przerywałaś - wydęła usta Monsterówna

Nic straconego. Zadzwoniłam do kolegi, u którego miał być Monstertata.
[mógł pomyśleć, że go sprawdzam, che che]
- Musisz włączyć główny bezpiecznik w piwnicy - ocenił
- NIEEEE! - wrzasnął Monsterino - NIE IDZIES DO PIWNICY!

Koniec końców Monstery stwierdziły, że wprawdzie kiedyś to ludzie mieli kiepsko bez elektryczności, aczkolwiek kąpiel przy świecach jest urokliwa.
A potem zaczęliśmy czytać przy świetle latarki i świec nową książkę:
Ernest i tajemnicze listy.

I kwiczeliśmy ze śmiechu, gdy dziesięcioletnia Wiktoria, koleżanka jedynaka Ernesta, przyznała,
iż otrzymała imię po bogini zwycięstwa ze względu na to, że jej rodzicom wreszcie, po 12 synach, urodziła się córka!
Ernestowi zabrakło odwagi, by zapytać, czy starsi bracia Wiktorii mają na imię Klęska.

Och, jak czasem fajnie, gdy wysiądą korki.





czwartek, 15 października 2009
pod nosem




Kiedy w końcu nastąpił ten dzień, a raczej ta noc, gdy położyłam się do łóżka kwadrans po północy, a nie przed drugą, to piętnaście minut później Monsterino dostarczył rozrywki pt.: "przebierz pościel i natychmiast zapierz, co by nie zaśmierdła do rana".

Tak się kończy nadmierne spożycie śliwek. Węgierek zresztą.

Rano przytulam wibrującą komórkę i słyszę zacinający deszcz.
Wyplątuję się z monsterinowych odnóży, nakrywam starszego syna. Ciekawe w czyim łóżku wylądował tej nocy Monstertata?

Ledwo spuściłam nogi na podłogę, a tu Monsterino siedzi już na baczność:

- Oooo, pada! - odkrywa - Chyba nie pójdziemy dzisiaj do oglodu w psedskolu.

Ha! Pozytywnie. Bardzo, bardzo.



Wieczorem Monsterównę oświeciło, że na dziś, oprócz munduru zuchowego (do dostania w takim jednym sklepie w centrum Miasta, nie córko, w nocy nie jest czynny), potrzebuje w trybie pilnym, namalować trzy prace trzema różnymi technikami plastycznymi w celu zdobycia sprawności plastyka.

No to rozłożyła manufakturę, a chętni do twórczości napłynęli ze wszech stron, każdy ze swoimi przyborami. A łudziłam się, że skoro często-gęsto lądujemy na tych wszystkich warsztatach, to się młodzież jakoś wyżyła malarsko. Wydaje się, że zamiast studzić, to rozbudziłam przez przypadek pasję.

Nic to, że pora kolacji, przecież nie można przerywać twórczego amoku.

W każdym razie Monstery kreują, ja jednym okiem racuchy z jabłkami, drugim co i rusz ścieram wielobarwne smugi, trzecim dawkuję poszczególne kolory Monsterinowi, bo w przeciwnym razie 12 farbek, 20 ml każda, poszłoby na jedno posiedzenie.

Jestem odwrócona do patelni, gdy szturcha mnie kreator najmłodszy. Farbę ma nawet na ustach i uszach. Plus szeroki uśmiech na licu.

- To dla ciebie, mamusiu, cy ty się do mnie uśmiechas? - pyta rozbrajająco, gdyż chwilę wcześniej fuknęłam, by zrezygnował z kolorowania mebli kuchennych.

- Uśmiecham się, uśmiecham - mruczę udobruchana. Rozwijam, złożoną cztery razy, kartkę A4. Przez jej środek przebiega szeroka, czarna krecha.

- O! - mówię, usilnie starając się znaleźć pozytywne określenie tego malunku - to jest...

- Linia staltu! - wpada mi w słowo Monsterino

To była bardzo ładna linia startu.

(Zdjęć nie mogę zaprezentować, gdyż nie miałam wolnego oka do zdjęć, nie mówiąc o rękach.)

- A moje, zobacz na moje - rzucają prawie unisono, starsi.

Och, pewnie, rozdzielam szczodrobliwie adekwatne komplementy. Nie muszę się specjalnie wysilać, malunki są pełne życia i kolorów.

Ach, jaka jestem dzisiaj niczym z poradnika, jedną ręką przerzucam racuchy, drugą ręką ogarniam stół. A dzieci jakie dzisiaj idealne: nie wkładają sobie pędzli w nieswoje pudełka, nie wyszarpują kubeczków z wodą, nie przekrzykują...

Monsterino zaczyna nucić przedszkolną piosenkę.

- A ja na chórze nauczyłam się nowej przyśpiewki i mogę ją zaśpiewać - deklaruje Monsterówna

- Stary Abraham miał siedmiu synów, siedmiu synów miał stary Abraham - zapodaje w tym samym czasie Monster, który ma kompleksy, że jest zawsze ostatni ("bo pierwszeństwo mają dziewczyny, potem najmłodsi, a ja jestem na końcu")

Monsterino nuci głośniej. Monsterówna zaczyna swoje, Monster, czerwony na twarzy, wrzeszczy:

- TO JA ŚPIEWAŁEM PIERWSZY!

Pozostali oponują. Racuchy się przypalają.

SZAST-PRAST. Nastrój doskonałego rodzeństwa, perfekcyjnego wieczoru w znakomitej rodzinie mija.

Po kąpieli, gdy kokosimy się do czytania (jedna książka Monsterina, jedna Monstera, jedna Monsterówny), Monster przyznaje:

- Wiesz, bo ja czasem tak mam, że chcę coś powiedzieć, A TU NAGLE mój mózg jakoś przekazuje do moich ust i ja otwieram usta i zamiast tego, co mam powiedzieć, mówię:

I got a poison, I got a remedy!



Ot, cudowność.


środa, 14 października 2009
nowy poziom i imiona



- Mamuuuuuusiuu, chodź jus do łóska! - wrzasnął Monsterino. Minęło tradycyjne 5 minut od mojego opuszczenia łóżka i włączył się monsterinowy Wykrywacz Braku Rodzicielki U Boku

- Idę się myć, a ty możesz sobie jeszcze poleżeć - kładę rozgrzane ciałko z powrotem pod kołdrę

- NIE, NIE, NIE - zaprzecza poranny wrzaskul wskazując na szaroburość za oknem - Musimy iść spać, jest ciemno!

- Już pospaliśmy - ziewam, jawnie zaprzeczając wyartykułowanemu komunikatowi - teraz POWOLI wstajemy - mruczę mu do ucha

Monsterina zamurowało. Mruga oczami, myśli, myśli, aż w końcu wypala:
- No nie. Nalpiew kąpaliśmy się, myliśmy zęby, cytaliśmy ksiązecki, a TELAZ JUS MAMY WSTAWAĆ???

No tak. Mnie też budzik niezmiennie zaskakuje.

Potem jakoś się wszystko rozkręciło. Do tego stopnia, że Monstertata doniósł, że Monsterino pierwszy raz pobiegł od razu do kumpli i pani nie musiała go nawet specjalnie wprowadzać.

A wczoraj wieczorem Monstery dogadywały się, jakie imiona powtarzają się w ich klasach i grupie. Po dłuższych wymieniankach doszły do wniosku, że każde z nich ma Zuzię i Stasia.
Tu się zadumałam. Przez całą swoją karierę szkolną nie miałam w klasie ani Zuzi, ani Stasia. W ogóle nie znam ani jednego Stasia w moim wieku.
Nie było też w moich klasach Jasia czy Antka. Żadnej Julii. Jak w siódmej klasie doszedł Kuba, to był chyba jedyny w szkole.
Za to zawsze był jakiś Piotrek czy Krzyś, teraz rzadziej nadawane.
Pawłów było też sporo.
A z dziewczynek - pamiętacie Beaty? Czy ktoś teraz nadaje to imię? Zawsze była jakaś Agnieszka i Ania. A teraz żadne z moich dzieci nie ma w klasie ani jednej dziewczynki o tych imionach.

A jak Wam udało się wstrzelić z imionami Waszych dzieci?
Top 10 nadawanych w danym roczniku, czy raczej z ogona?



poniedziałek, 12 października 2009
rogacizna




Co jakiś czas włącza mi się opcja: matka idealna, a wtedy w panice zastanawiam się, czy Monstery przyjęły ostatnio wystarczającą liczbę porcji warzyw i owoców, czy menu tygodniowe uwzględniało odpowiednią ilość jaj od szczęśliwych kur i eko-mięsa. Z rozpędu umówiłam młodzież na wizytę do dentysty, co okazało się przedwczesne, skoro nic się nie dzieje, bo ostatnią wizytę miały ledwie 3 miesiące temu, za to pani dentystka zasugerowała, że to ja bym mogła wreszcie okazać paszczę.
Już nie mówiąc o terminie usg piersi, który jakoś tam gdzieś powinnam ustalić. Plus doroczny przegląd gin.
A tak, przy okazji, robicie sobie regularne badanie krwi?

Tak mi się nasunęło odnośnie badań, bo Monstery miały w ten weekend fazę na bawienie się w lekarza. Brzmi tendencyjnie, ale rozbieranek nie było, natomiast krzyki: "połóż się, bo zaraz ci muszę wyciąć wyrostek" i owszem.
Ciężko było ustalić, czy okrzyki bólu są udawane, ale dla własnego spokoju postanowiłam nie interweniować.
Na gips i opatrunki zużyły dwie rolki papieru.
Przełknęłam.
Także, gdy popisały się czerwonymi pisakami. (Monsterino bardzo chciał farbami, ale ponieważ dwa dni z rzędu malował farbami na różnych warsztatach, miałam wymówkę. A potem wyrzucałam sobie, że przeze mnie niedostateczne wyzwoli swe zdolności twórcze)

Właściwie to sama sobie jestem winna (jak zwykle). Zabrałam je na pokaz eksperymentów, gdzie pokazano, w jaki sposób, przy pomocy tajemniczej cieczy, można zrobić na ciele krwiste ślady jak po cięciu nożem i teraz Monstery nudzą, żebym kupiłam im takie substancje. Już od Nocy Naukowców Monsterówna zbiera do probówki różne dziwne próbki, przyprawiające o mdłości, więc akurat dla niej prezent gwiazdkowy (wiwat planowanie strategiczne!) narzuca się sam: papierki lakmusowe i zestaw mały chemik.

I jeszcze wyjaśnienie, skąd tytuł notki.

Zwołuję towarzystwo do kąpieli. Idzie opornie, bo wiadomo, zawsze, kiedy trzeba już iść spać, zabawa trwa w najlepsze: latają takie poprzebierane, więc łapię któregoś w locie i zaczynam po kolei:

- Ro.. - Ga.. - Te..., bo w końcu się potknęłam na imionach własnych latorośli

i stąd rozważam zmianę nazwy bloga...;)




sobota, 10 października 2009
cyk cyk


Monsterino: strój galowy na pasowanie
Monster: ugotowana pietruszka, deseczka, fartuszek i wykałaczki
Monsterówna: albumy o słynnych obrazach i ich twórcach [z kalendarza monstermamy, piątek, 9 bm]


Czy to z powodu ekscytującego oczekiwania pasowania na przedszkolaka, czy z powodu generalnego przystosowania się, Monsterino wczoraj po prostu wstał, udrapował krawat u szyjki i wyszedł.
I nawet bez jęku łyknął komunikat, że panie proszą, by nie przynosić już swoich zabawek,  poza jedną przytulanką na leżakowanie.

Natomiast klasa Monstera stworzyła sałatkę warzywną, która podobno była przepyszna. (to tak gwoli wyjaśnienia wypisu z terminarza...)
Na podsumowanie tygodnia przybyły z gościną stare koleżanki z przedszkola i Monstery stwierdziły, że dawno nie miały tak fajnego dnia.
[i mogłam wypić spokojnie kawę i przeczytać gazetę, o! A tymczasem piątka dzieci kotłowała mi się nad głową i tylko przez chwilę zastanawiałam się, co by tu z tak pięknie rozpoczętym popołudniem zrobić, gdy wpadli wszyscy głodni do kuchni i się skończyła laba.
Bochenek chleba idzie na takie towarzystwo, to taka luźna refleksja, ile dodatkowego vat-u od produktów codziennego (z)użytku odprowadzają rodziny wielodzietne...
]


Dzisiaj, z pewną taką nieśmiałością, postanowiliśmy dać muzeum narodowemu kolejną szansę.


W zeszłym roku to miejsce Monsterom już się przegrzało, ale teraz temat był frapujący: "podchody" i choć sama zabawa była średnio udana, bo każde dziecko (a Monsterino w szczególności) chciało znaleźć kolejną wskazówkę, a te były mało czytelne, to warsztaty po samym ganianiu po salach były wciągające. I panie prowadzące są bardzo przyjazne.





A wieczorem Monstery tak zajęły się same sobą robiąc kolejne wersje przedstawienia o duchach, aż do posikania się ze śmiechu, że gdy dopiłam DRUGĄ Z KOLEI herbatę i przeczytałam gazetę od deski do deski, to stwierdziłam, że coś jest nie tak. Że może coś powinnam? No nie wiem, przepytać ich z modlitw, sprawdzić słówka z anglika, a może podyktować Monsterównie kilka zdanek z ż i ó... A może po prostu machnąć to ofuflane okno w kuchni...
Ale myśl ta przemknęła i przepadła.
A ja rozłożyłam się na kanapie.
Z książką.
(a podłoga wokół i całe gospodarstwo wcale, a wcale nie lśniło) Co za rozpasanie!



czwartek, 08 października 2009
tym razem marchewka, choć i to źle



Gdy o szóstej zadzwonił budzik, został mi podstawiony pod sam nos przez chwacką-chłopacką obstawę.
Monsterino trochę się zdziwił, że już wstajemy, ale się szybko dostosował.
Gdy starałam się nadać twarzy wygląd w miarę akceptowalny, do łazienki wszedł Monsterino i z triumfalnym:
- "Ta- dam!" - ukazał się kompletnie ubrany!
[to, że koszulka metką do przodu to naprawdę mały szczegół. SAM się CAŁKOWICIE ubrał włącznie z majtkami! Wiem, że Monsterówna dokonywała tego w wieku 2 lat, a Monster w wieku 2,5, ale Monsterino jest INNY, tak?Najmłodszy, wyręczany, beniaminek maminsynek, nie bójmy się tego słowa]

Czyli wejście w dzień miał udane, potem było kilka małych potknięć w formie spożycia słodyczy na dzień dobry (uwaga: przenieść słodycze do szafki powyżej wzrostu Monsterina).
I w sumie Monsterino wylądował w przedszkolu o 7:30. Ale to nic! My z Monsterem byliśmy w szkole o 7:16!
Bo Monster, ten mój pilny uczeń, zapomniał wczoraj jednej z książeczek i był zrozpaczony, że mógłby nie zrobić zadania! No i wymyślił, że musi być wcześniej, to zrobi. Spodziewałam się, że 15 minut przed lekcjami mu wystarczy, ale stwierdził, że nie.
Stąd to jego stanie na baczność o szóstej.
Ale ten mój obowiązkowy Monster nadal ma swoją ciemną stronę.
Stronę impulsywnego gracza i prowokatora.
No i dostało mu się od pani, więc w miarę wspólnie ustaliliśmy, że tym razem nie działamy kijem, ale raczej marchewką. Za tydzień podsumujemy starania Monstera, co do okiełznania swojego zachowania i będzie nagroda za progres. Lub nie będzie.


Och, ten mój Monster, który dba, żeby codziennie do szkoły przynieść świeżego banana, bo podmienia banana, którego dołożył do wspólnego klasowego, pokazowego kosza z owocami i warzywami (w ciągu dnia zjada banana z dnia poprzedniego, a dokłada nowego, żeby codziennie banan w koszyku był pięknie ŻÓŁTY, a nie z czarnymi plamkami). Widzę, że mu zależy i że się stara. Ale z wynikami z zachowania chyba nie poszalejemy.

Ja natomiast zapisałam się na warsztat odnośnie, innych od kija i marchewki, metod motywowania. I gdy przetrawię tę wiedzę, będę krzewić dalej... Drżyjcie!




środa, 07 października 2009
mozolnie, choć generalnie do przodu



Monster okazał się być bardzo dzielnym sześcioipółlatkiem. Badanie krwi skomentował lekkim: "łee, to było krótsze ukłucie niż przy szczepieniu".
A potem jeszcze się puszył:
- I tak co 3 miesiące będą nas badać!
Ponadto już drugi dzień z rzędu otrzymał pochwałę za zachowanie, więc jest duża szansa na awans...
Ale gdy huknął : "we will, we will f**k you!", to szybciutko go uświadomiłam, jakie przekleństwo popełnił. Stropił się, obiecał używać oryginalnej wersji Queenów i widziałam, że się przejął. A skąd ocenzurowany werset? Od kolegi.
Pewnie kolega ma starszego brata...

Z kolei Monsterówną targają zgoła inne emocje.
- Paweł i Ignaś szli za nami w parze i Paweł powiedział, że Michał mnie kocha! - wyznała

[a to Michałowi wymodziła laurkę na Dzień Chłopaka, więc uczucie chyba jest odwzajemnione]

- Ignasiowi podoba się Nikola, a ja lubię obu: i Ignasia i Michała.
Lubię. Nie zaraz: kocham.

Rozsądna dziewczyna.

Monsterównie język rozwiązuje się jak zwykle około 22, kiedy naprawdę powinna już dawno spać, bo potem o siódmej toczy pianę. I znowu to samo:
- Mamusiu, położysz się NA CHWILECZKĘ koło mnie?
I ma zasypiać, a tu jeszcze tyle jest ważnych spraw do opowiedzenia. Wcześniej nie można, bo musi być nastrój i przede wszystkim bracia nie mogą przeszkadzać.
A ja jestem między młotem a kowadłem. Bo z jednej strony doskonale ją rozumiem, te nocne rozmowy mają rewelacyjny klimat, a z drugiej muszę być stanowcza: spać trzeba.
No i jak tu zbilansować obie potrzeby?

Monsterino coraz rzadziej protestuje przeciwko przedszkolu. Dodatkowe tańce spodobały mu się bardzo, lubi też panią rytmiczkę i śpiewa, jakim to uśmiechniętym jest przedszkolakiem.
I chyba jeszcze nie napisałam, jakim tekstem przywitał swoją uwielbianą panią Basię, która przyszła któregoś dnia dopiero popołudniu.
- Ja jus tutaj jestem, w psedskolu! Ciesys się, ze psysedłem?

Tak. Wszyscy się cieszymy, gdy rano uda się w miarę gładko i płynnie, bez krzyków i gwałtownych ruchów, a w radosnej atmosferze witania nowego dnia (che, che) odstawić liczne potomstwo do placówek wychowawczo-opiekuńczych.
Trochę ignorując pytanie Monstera:
- Mamuś, to jak jest teraz tak ciemno, to już musimy wstawać i jeszcze jest noc?
Choć może właśnie nie warto ignorować. Bo na moje wyjaśnienie:
I owszem. Trzeba już wstawać. A z każdym kolejnym dniem będzie jeszcze ciemniej...
Bo można wtedy usłyszeć:
- Ale czad! Niedługo będzie taki krótki dzień, że będziemy jechać do szkoły w ciemnościach i wracać w ciemnościach!

To się nazywa wrodzony optymizm.
wtorek, 06 października 2009
skucha



Od dwóch tygodni miałam ten dzień w kalendarzu oznaczony na czerwono. Dwa eventy z koniecznymi przygotowaniami: Monsterówny wyjście do teatru i Monstera badania w przychodni sportowej. (to, że wieczorem przedpierwszokomunijna katecheza dla rodziców, to już wisienka na torcie, wszak to DOPIERO wieczorem, a nie na 8 rano).
Monster musiał mieć książeczkę zdrowia, wypełniony kwestionariusz i zdobyte skierowanie od lekarza rodzinnego. I najważniejsze: siuśki w pudełeczku. Monsterówna miała się ubrać na galowo i wziąć bilety na tramwaj dla całej klasy.
Monster dumnie oddał mocz do pudełka oraz sam pamiętał o wszystkich papierkach.
Monsterównie zupełnie wypadło wszystko z głowy. Mnie też.
W końcu przypomniało mi się, gdy byłam już w pracy, wobec tego Monstertata, jako stacjonujący bliżej szkoły, obskoczył pobliskie punkty sprzedaży biletów i w końcu okazało się, że taką ilość mają tylko na poczcie.
No, ale w końcu je zdobył.
Plus wdzięczność wychowawczyni i całego grona rodziców. Oraz własnej żony i córki.

A ja w tej chwili zamiast brawurowej analizy kosztów leasingu operacyjnego versus kredytu inwestycyjnego siedzę i myślę, co ONI tam robią mojemu synowi.
Ostatnio zdałam sobie sprawę, że namacalnie odczuwam, gdy jakiekolwiek z moich "flesh and blood" odczuwa dyskomfort fizyczny.
Bo gdy tam będą kłuć mu palec, to ja ten palec od samiutkiej małej komórki OSOBIŚCIE wytworzyłam!
Po angielsku to lepiej brzmi: "from scratch"...

(i przypomniałam sobie, że gdy Monsterówna złamała nogę, to ja jej ból czułam w mózgu. A gdy Monsterinowi w szpitalu zakładali wenflon, to płakałam).


Albo jak się czułam, gdy pierwszy raz wyszłam gdzieś bez swojego dziecka (najsilniej odczuwałam to oczywiście przy Monsterównie, ale i przy kolejnych też): jakbym bez ręki wyszła.

To zbieram papiery w troki i pędzę pozbierać moje kończyny po instytucjach...





poniedziałek, 05 października 2009
totem potem
 

Owszem, mamy wśród wielomatek taki mały konkursik, a nawet ostrą rywalizację na polu minimalizacji ilości snu, a maksymalizacji osobiście wykonanych zajęć dodatkowych. Żadnych handicapów w postaci "pani do prasowania" czy guwernantki! Liczy się samodzielny nadzór nad symultanicznym odrabianiem lekcji przez liczne potomstwo, oraz równoczesne podawanie kolacji (temu bez ogórka, ale z pomidorem, temu serek osobno, a masło w plasterkach, temu bez skórki) Matki  niemowlaków mają tę przewagę, że wstając na karmienia podliczają sobie sporo bezsennych minut w ciągu nocy, a co ja mogę, gdy moją jedyną (nie liczymy, powiedzmy, sesji nocnego praSowania, tak?...)  nocną rozrywką jest ewentualna zmiana pryczy w różnej konfiguracji dzieciowej.
Swoją drogą, zamiast inwestycji w osobne pokoje trzeba było kupić trzymetrowe łóżko robiąc całej rodzinie wspólną sypialnię. Ale wtedy przegrałabym w matkopolkowej rywalizacji już w przedbiegach.
I nie, nie wszystkie znaki na niebie i ziemi sugerują, że niemowlak przechyliłby szalę zwycięstwa...










A Monsterom
było postawić w ogrodzie stateczek...

...może by wtedy wreszcie nie chcieli wyłazić z domu, ciągle dokądś łazić...











sobota, 03 października 2009
brzydko



- A Staś mówi na mnie dupa - rzucił Monsterino z dywanu, gdzie grupował klocki kolorami - a psecies nie wolno tak mówić na dzieci!
- Oczywiście, że nie wolno! - przyznałam - i co zrobiłeś, gdy tak Staś powiedział
- Powiedziałem o tym pani! Psecies jestem dzielnym psedskolakiem - dumnie wypiął pierś Monsterino

[być może nie wierzę w swoje dziecko, ale wydaje mi się, że scenariusz wyglądał deczko inaczej. Bo Monsterino nigdy nie przepuszcza okazji, by także użyć wyzwisk]

- A kto jest twoim najlepszym kolegą w przedszkolu? - zmieniłam temat

- Staś - odparł momentalnie Monsterino

- Ten, co mówi na ciebie... - zaczęła Monsterówna, która musiała podsłuchać pierwszą część naszej konwersacji

Zaczęłam machać rękami, by nie kończyła...

- A Maciej nas bije - kontynuował Monsterino
- I co wtedy wy robicie? - spytałam w zasadzie znając odpowiedź
- My WTEDY mu oddajemy - przyznał niechętnie Monsterino i zaraz dodał szybko i z wielką dumą: a dzisiaj musiałem siedzieć na ksesełku!

[słynne karne krzesełko! a on dumny!]

- Dlaczego musiałeś?
- Bo biegałem!
- A co wtedy robiły inne dzieci?
- Śpiewały.

[Tu wygłosiłam krótkie, a dosadne kazanie o tym, jak to należy wykonywać polecenia pań, bo przecież przeszkadzał śpiewającym biegając. Monsterino wysłuchał mnie kiwając głową]

- Ja kocham panią Basię, wies?


...a późnym popołudniem albo wczesnym wieczorem ostatnio rowerujemy. Monsterino wreszcie się przełamał i po pół roku chodzenia przy rowerku, wreszcie usiadł na siodełku....





piątek, 02 października 2009
żonglerka



- Lobelt, Lobelt! - wrzeszczy podekscytowany Monsterino - znalazłem błyscącą SKAMIENIAŁOŚĆ w swoim pokoju!

Monster wysunął koniuszek języka i mocniej przycisnął ołówek do zeszytu.
- Duże A jest o wiele trudniejsze od małego - wysapał - pani powiedziała, że jak tak dalej będę dobrze pisał, to będę mógł już piórem! - dodał z dumą

- Phi, łatwizna! - prychnęła Monsterówna myląc nuty przez zerkanie do zeszytu Monstera

Gdyby gromy, którymi błysnął w tym momencie Monster, mogły zabijać, Monsterówna byłaby już martwa.

Monsterino znalazł nas w kuchni, rzucił znalezioną skamieniałość (wyglądającą jak zwykły kamień) wprost na zeszyt Monstera, co słusznie zdenerwowało piszącego. Odciągnęłam Monsterina od Monstera, to musiał wdusić ponadplanowy klawisz grającej "Poszła Karolinka" Monsterównie.
W końcu usadziłam Monsterina przy tym samym stole i nakazałam kolorowanie.
Pochwaliłam staranne literki Monstera i w tym samym czasie czysto wykonaną przez Monsterównę melodię (w rytmie i z lewą ręką!), gdy Monsterino w furii zmienił położenie kredek i kolorowanki na poniżej poziomu blatu.

Monsterówna się wydarła, że jej przeszkadzamy gadając, Monster się wydarł, że jemu przeszkadza w skupieniu bębnienie Monsterówny. Monsterinowi przeszkadzało moje zainteresowanie starszymi, a nie jedynie jego skromną osobą.

Do CV od dawna wpisuję umiejętność pracy pod presją czasu. Teraz muszę dopisać brawurowe żonglowanie uwagą.



czwartek, 01 października 2009
kamyczek wywołujący lawinę



- Wija, wija, wija, wija - śpiewa Monsterówna - AEIOU, AEIOU, AAAA EEEE IIII OOOO UUUU - podkręca potencjometr

Chór działa śpiewopędnie, Cepelia też, a że Monsterówna głos ma słuszny i w dodatku sopran, to niesie się po chacie:

- Idzie desc, idzie desc, idzie sikawica!

- Tego nie śpiewaj! - ryczy Monster - chyba nie chcesz, żeby przyszedł deszcz!

No nie, tego nikt nie chce.

Historia Monstera natomiast przypomina ten kawał, jak to "zdechł Burek, zdechł", a tak naprawdę to wierzchołek góry lodowej.
Zaczęło się od mojego zdawkowego, co tam w szkole.
- To długa historia - bąknął Monster łypnąwszy spod kaptura
- Mamy czas, mów - pocieszyłam go, skłamawszy, bo przecież jak zwykle nie mieliśmy czasu. Ale wygłosiwszy tę kwestię poczułam się lepiej. Albo jak w telenoweli.

- Przeszedłem do grupy zachowujących się najgorzej - przyznał się Monster
(trenerzy podzielili ich na trzy grupy wg tajemniczej skali zachowania, Monster był dotąd w średniej, cechującej się w miarę dobrym zachowaniem).
- A co się stało, że spadłeś do gorszego zachowania? - zapytałam
- Byłem w szatni i trener mi powiedział - odpowiedział Monster
- To nie można być w szatni? - nie zrozumiałam
- Nie, ale trener mi kazał pójść  - wyjaśniał dalej Monster
- Nie rozumiem, za to spadłeś do gorszej, że byłeś w szatni, bo ci kazał, a nie powinieneś być? - starałam się to sobie ułożyć
- No, nie. Kazał mi iść do szatni,kiedy uderzyłem Laurę - bąknął
- AAAA, to nie mogłeś tak od razu? Dlaczego uderzyłeś Laurę? - wybuchnęłam i już, już chciałam wywlec zwyczajowe argumenty, że przecież umawialiśmy się i tym podobne, ale się opanowałam (brawo, brawo dla tej pani)
- Bo mnie szarpała, nie mogłem się wyrwać! - wzburzył się Monster
- Nie mogłeś zgłosić trenerowi, że cię szarpie? - spytałam, bo jednak umawialiśmy się na unikanie samosądów
- Nie, bo w szatni nie było trenera.
- Zaraz, zaraz- w jakiej szatni? W waszej szatni, czy ty byłeś w szatni dziewcząt?!!! - wzburzyłam się z kolei ja - To nie dziwię się, że cię szarpała. Chłopakom nie wolno wchodzić do szatni dziewcząt! - zapowietrzyłam się

Opowieść,  dlaczego w ogóle wchodził do szatni dziewcząt jest oczywiście barwna i długa, ale tak naprawdę nie ma związku ze sprawą, choć jak niejedna historia ze szkolnego życia Monstera świadczy o bogatej wyobraźni i skłonności do bajkopisarstwa najstarszego z mych synów.
No i teraz jestem ciekawa, kiedy uda się Monsterowi podnieść z upadku.
A za tydzień robią w szkole sałatkę warzywną i zastanawiam się, czym będą te warzywa kroić.... Tak zupełnie bez związku z rozmiłowaniem Monstera w role playing.



Archiwum
do Monsterowa tędy