piątek, 31 października 2008
kolacja, bakterie, ratowanie środowiska a lista zakupów



- Mamuś, czy możesz kupić kroskop mi? - Monster napadł na mnie w kuchni

- Co? to znaczy: Słucham? - skupiałam się na zrobieniu kanapek, jednakowych dla wszystkich, a jednak wyindywidualizowanych zgodnie z upodobaniami: temu z ogórkiem, innemu z pomidorem... bardzo trudne zadanie, wymagające skupienia

- Noo czy mi-kroskop kupisz? - zniecierpliwił się Monster

- To jest jedno słowo! - poprawiłam

- PROSZĘ!

- PLIZZZ! - Monsterino zmaterializował się w kuchni, Monsterino bezbłędnie z daleka wyczuwa, gdy na horyzoncie pojawia się jakiekolwiek pożywienie


- Będę oglądać ślinę z bakteriami! - ogłosił Monster - Mamuś, a jak ja poliżę nóż, to nie mogę już posmarować masłem kromki, bo z bakteriami posmaruję!

- No nie, tak nie jest, nóż był czysty... - delikatnie zachwiałam monsterowym poglądem

- Ale teraz polizałem! - zaprezentował Monster podbierając mi nóż spod ręki

- Nie wolno lizać noża, bo można... - wyrwałam Monsterowi nóż

- Uciąć język! - wtrąca się Monsterówna - powąchaj moje ręce, pachną łąką - podstawiła mi ręce pod nos

- Aaaa właśnie, Robson, czy umyłeś ręce? - pytam

- Myłem, przecież nie mogę mieć bakterii! - obruszył się - Nigdy nie chcę mieć bakterii, tylko
wtedy, gy będę je obserwować pod mi-kro-sko-pem, to jak kupisz mi -kro-skop, mamusiuuuu?

- Dopisz do listy na urodziny! - zaproponowałam

- Łeeeee - Monster był wyraźnie rozczarowany - a czy my mamy napęd hybrydowy w samochodzie? - płynnie zmienił temat

- Nie, mało jest jeszcze takich samochodów na świecie, to jest rozwiązanie dopiero testowane - zaczęłam
- No ale byśmy wtedy nie truli środowiska! - zabłysnął Monster
- Ja nie truję środowiska, mam napęd nożny - roześmiałam się
Monster zmarszczył czoło.

- Ale jak rodzina jedzie! Jak byśmy mieli napęd hybrydowy, to by nikt nie miał, nawet Jaś i Jeremiasz, ale by było! Kupimy taki napęd, kupimy??? Mamusiuuuuu!


czwartek, 30 października 2008
na podstawie postawy



Jak tak spojrzeć z zewnątrz na miotającego negacją Monsterina, to widać jak on się szalenie męczy.
Nawet wyboru dać mu nie można, bo niegotowym jest na wybór.
- Ubierasz kapcie czy będziesz leżeć w łóżku, wybieraj! - rzecze matka jaśnie oświecona ideami rodzicielskimi

- NIEEEEEE! nie ce, nie ce, nie będę! - drze się miotany niezdecydowaniem dwulatek

Doczytałam o niepewności dwulatka, zatem pomagam mu podejmować decyzje - biorę go w pół (leciutko nadużywając swojej siły - och, jak dobrze, że w zamierzchłych czasach korzystałam z siłowni...)

- Zagubieni rodzice, zagubione dzieci - musisz pokazać, że to rodzic tutaj rządzi, to rodzic podejmuje decyzje, dziecko nie jest partnerem - w pseudonaukowym bełkocie poradników wyłuskuję ziarno prawdy

No tak, to ja tu jestem bossem. Chociaż jaśnie oświeconym.
Nie chcem, ale muszem.

Już cierpnę na myśl o sekwencji: zakończenie zabawy- rozbieranie-kąpiel-mycie zębów-czytanie-zasypianie.
To że nie myślę o kolacji to dlatego, że już się odbyła. Jakoś się dogadaliśmy, mimo, że na propozycję: "jajko na miękko" śwignął talerzem.
Talerz był szczęśliwie plastikowy, a jajko w końcu i tak zjadł.

Monsterówna wychowywana negocjacjami boczy się na mnie, że wciągam na siłę Monsterinowi piżamę, potem kapcie. Cedzę przed lustrem o konieczności otwarcia paszczy i policzenia ząbków. Jak Księżniczka, Kamyczek, kogo my tam mamy obecnie na tapecie...

- Teosiu, otwórz, proszę, buzię szeroko tak ładnie jak u pani dentystki! - ćwierka Monsterówna

Monsterino rozdziawia buzię, Monsterówna szoruje mu zęby uśmiechając się triumfalnie.

OK, wygrała, bardzo dobrze. Chętnie sceduję ten obowiązek.

Kolejny punkt programu odfajkowany, Monsterino wybiega z łazienki wprost na Monstera bawiącego się w holu sterowanym autkiem.
- To moje! Daj! - wrzeszczy oczywiście młodszy brat
Monster zaprzecza jawnemu kłamstwu, podnosi samochód na wyciągniętych w górę rękach, Monsterino uwiesza się na bracie.
- MOJE! DAJ MIIIII!- Monsterino w spazmach, Monster się trzyma:

- Kocham cię, ale NIE - mówi spokojnie

W końcu odklejam Monsterina od Monstera, wybieramy książki do czytania, Monsterino przy okazji wysypuje kasztany z koszyka. Jeden poturlał się aż pod szafę.
Monsterino patrzy za nim:

- Kastanek zaginął w oddali... - komentuje

Jak i moja cierpliwość.
Wróć!
Proszę.
środa, 29 października 2008
nowości, a opór materii



Grupa Monstera rozpoczęła program
"Przyjaciele Zippiego".
W skrócie, jest to rozpisany na krótkie spotkania, scenki i praktyczne ćwiczenia sposób na rozpoznawanie przez dzieci, jakiego uczucia w danej sytuacji (miłej lub odwrotnie - nieprzyjemnej) doznają, jakie emocje się z taką sytuacją wiążą i jak można ją "przepracować", jak na nią reagować bez szkody dla siebie i innych ludzi.

Panie zorganizowały spotkanie dla rodziców, żeby przybliżyć im założenia programu.
Większość rodziców ma raczej zaufanie do pań, że nie będą działać na szkodę dzieci, są dobrymi pedagogami, ale znalazły się dwie matki, które stwierdziły, że nie chcą by ich dzieci otwierały swoją duszę w obecności innych dzieci.
Naiwniaczki...
Czy one nie wiedzą, że dzieci gadają w przedszkolu o wszystkim i to innym dzieciom, a nie paniom. Że dzieci wiedzą o rodzinach swoich kolegów o wiele więcej, niż byśmy (rodzice) chcieli.
I że lepiej, żeby dowiedziały się, jak reagować na krytykę, przezywania i wyszydzania teraz, w przedszkolu, gdy panie panują nad grupą niż w dżungli szkoły, gdy tak naprawdę pani jest tylko na lekcji, a socjalizacja odbywa się na przerwach, gdy pani majaczy gdzieś na horyzoncie korytarza...
Ja się często dowiaduję, co robią rodzice kolegów Monstera w domu. O chodzeniu nago jeszcze nie słyszałam, ale o kłótniach już nie raz.

I tu nawiązuję do historyjki, która pewnie już krąży po grupie zerówkowiczów:

W weekend Monsterami zajmowali się dziadkowie, bo ja, jak już pisałam, się szkoliłam, a Monstertata, korzystając z okazji, wybył się rozrywkować. Monstertata wrócił późnymi wieczorem w niedzielę, gdy Monster już spał. W nocy Monster przeżywał jakiś zły sen, więc Monstertata wstał, by go uspokoić.
Rano Monster z dziką radością wita Monstertatę, wskakując mu do łóżka.
- Bo ja już w nocy widziałem, że przyjechałeś! - cieszy się Monster
- A skąd wiedziałaś, przecież spałeś - oponuję
- Poznałem po siusiaku, że to tata!

Chyba monstertata musi zmienić zwyczaj i zacząć spać w piżamie...
wtorek, 28 października 2008
w sumie bez zmian



Monsterino nadal silnie na nie.
Wymyślanie podstępów, żeby przesuwać kolejne niezbędne czynności z porządku dnia wyczerpują moją kreatywność, choć wydawało się, że potężnie wzmocniłam ją trenując na kursie weekendowym.

Monster śpiewa krzycząc, na tańcach od początku roku nie dostał żadnej nagrody-naklejki, bo wygłupia się z Matim zamiast tańczyć.
Mnie nie zależy na naklejkach, Monster twierdzi, że jemu też nie.
Zatem:
- To może ty w ogóle nie chcesz chodzić na tańce, skoro się wygłupiasz. Przecież możesz się wygłupiać bez tańców? - pytam

- Chcę chodzić. Nie mogę poradzić nic na wygłupianie. - odpowiada szczerze Monster

Wierzę mu. Ja też nie mogę nic poradzić na tracenie cierpliwości do licznego potomstwa. Chwilowo pomaga zasłyszana opinia, że cierpliwość jest cechą charakteru a nie wyznacznikiem wieku. Wieku matki zaznaczam;)

Nasłuchałam się, naćwiczyłam dobrych zachowań w weekend. Jestem naładowana pozytywną energią i choć to pachnie sekciarstwem czuję, że wpadłam po uszy. Mówcie mi: Monstertrenerko;)

Ale muszę przyznać, że mnie, jako dorosłemu, ukształtowanemu człowiekowi ciężko zerwać ze schematami w myśleniu, włączyć fantazję i wypuścić ściśnięty umysł. (sekta, sekta, pranie mózgu).

Dzieci to mają z natury.
Moje nowe myślenie, to dać dzieciom myśleć, działać po swojemu i pozwolić być za swoje czyny odpowiedzialnymi.
W moich czasach to się nazywało delegowanie odpowiedzialności.



piątek, 24 października 2008
potrzeby




- Mamoooo, a za ile dni JA pójdę do szkoły? - Monster owija się wokół mojej szyi. Tylko szyja została, kolana zajęte, a bok mało atrakcyjny.

Jego nagły wzrost zainteresowania literami, czytaniem i pisaniem ma pewnie nie tylko związek z programem zerówki, ale przede wszystkim z gorącą, niezaspokojoną potrzebą bycia na świeczniku. Rodziny, grupy. Och, jak tu pachnie psychologicznym poradnikiem, pt.: "Cieżki los średniego dziecka".

Internetowa koleżanka bardziej wielodzietna śle pocieszki: doróbcie czwarte, będzie dwójka środkowych, razem będzie im raźniej.

Dobra, dobra. Na razie mamy tu tymczasowe chwile równowagi w świecie codziennych czynności, logistyka rodziny wielodzietnej, wartościowy czas dla wszystkich i każdego z osobna.

I są dni, chwile raczej, gdy mam wrażenie, że może niekoniecznie wszyscy są pokrzywdzeni. Że może jakoś wyjdą na ludzi, bez traumatycznych przeżyć, których będą musieli pozbywać się na kozetce psychoanalityka.
Choć przeważa odczucie, że wszyscy są pokrzywdzeni.
Monsterówna szczególnie często obnosi pokrzywdzenie na licu, choć według mojej skromnej opinii, nie powinna mieć czelności. Jej przypadek jest najmniej uzasadniony.
Ale potrzeby są potrzebami. I koniec.
Nie można zlekceważyć i powiedzieć, że sorry, ale nie ma takiej opcji.
Zarzewie konfliktu zaczyna się jątrzyć. Pocieszam się głupio, że może gorzej już nie będzie. Naiwniaczka ze mnie.

*

Och, i tak, zdarza mi się pomyśleć, ledwo otworzę oczy ciemnym porankiem, jak to będzie przyjemnie zamknąć je za kolejnych 16 czy 18 godzin.
Ale za czasów korporacyjnych też takie myśli miałam.
Żeby uciec.

*
A tymczasem...

I cóż, że ze Szwecji...
w czasie szosy szosa sucha
suchą szosą Sasza szedł

i hitowy stół z powyłamywanymi nogami.
Monster też już potrafi (oto, co potrafi zdziałać ambicja), Monsterino usilnie trenuje.

Weekendy z całą monstertrójką na raz są wyzwaniem.
Tym razem wzywam na pomoc babcię, a sama uciekam się szkolić.
I mam wyrzuty sumienia.

czwartek, 23 października 2008
cytaty



- Baldzo mi się podoba to auto i takie felgi! - deszcze leje, Monsterino profesjonalnie, niczym rybak na trawlerze, zdobywa kolejne małe jeziorka na drodze do biura

- Och, wiem, dlaczego ci się podoba, przecież mieliśmy takie auto! - mówię - pamiętasz?

- No jasne! Ocywiście! Telaz lozumiem!!! - Monsterino tańczy po kolana w wodzie, bo samochód stoi w głębokim uskoku asfaltu, ale nic to - jest od stóp do głów w wodoodpornym sztormiaku, więc moknę obok zupełnie bez emocji. No, może troszeczkę podnosi mi się adrenalina, gdy Monsterino pragnie sprawdzić stan podwozia rzeczonego samochodu, bo przecież jest maluteńka szansa, że na styku - sztormiakowe spodnie-kalosze wytworzy się mały luzik, a wtedy...

- Zobac, zobac - tam jest mały calny kotek! Wsed na dach i boi się zejść! - Monsterino już znalazł inny obiekt atencji. I po prawdzie jest to kot, ale rudy i nie na dachu, a na przybudówce.
Szczegóły. Bo, że Monsterino walnął cytatem z książki, wiedzą nieliczni, więc gdy obca pani zachwyca się empatią Monsterina, ja wiem, skąd mu to przyszło.

Potem znowu natknęliśmy się na wczorajszego pana.

- Pocekaj spokojnie, mamusiu, pozwólmy temu panu psejść! - ostrzega Monsterino sam przestraszony, bo pan idzie ze skudłaconym niby-wilczurem.
To był kolejny cytat. Z innej książki.

Do dnia cytatów trzeba dołożyć tekst, którym przywitał ludzi w tramwaju:

- Co za ścisk! W ścisku pisk! -  i nagle znalazło się dla nas miejsce siedzące.

****

Popołudniu pogalopowałam z całą trzódką do pani dentystki. Monsterówna na polerowanie i lakierowanie, Monster na dzielne wypełnienie trzech ubytków, które mimo regularnego szorowania zrobiły się na stykach, a Monsterino na policzenie zębów.
Monsterino rozdziawił paszczę i sam wepchał palce do buzi:

- Jeden, dwa, cy - o- ten się lusa!

- Rusza się mu ząb?! - dziwi się Pani Dentystka

Och, nie. To tylko kolejny cytat.


********


- Chcę wpływać na umysły! - szepcze gorączkowo Monster, gdy utulam go na dobranoc.
Hhmmm. Mam wielką nadzieję, że i to jest cytat. I to z bajki bez przemocy.


środa, 22 października 2008
pracodomowo


Monsterówna robi zadanie domowe.
Monster też.
Monsterówna najpierw sprząta z biurka, robi feng shui w pokoju i temperuje kredki, Monster rozkłada się ze swoją pracą na dywanie, a jak nie znajdzie naostrzonej żółtej, to podbiera siostrze.
Monsterównie długie minuty zabiera równe ułożenie rąk wzdłuż zeszytu, przysunięcie się do stołu, nastawienie kąta lampy. Normalnie "Dzień Świra" w dziewczęcym wydaniu.
Gdy zrobi błąd, godzinami eksterminuje ślady ołówka, by nie było nawet cienia pod poprawnie napisanym znakiem.
Monster niepoprawną literę skreśla i pisze obok nową.
Monster robi zadanie obowiązkowe, zadanie dodatkowe, zadania do przodu, i jeszcze zdąży się pobawić.
Monsterówna kończy zadania te, których nie dokończyła w szkole, a jak zrobi zadania domowe i poukłada wszystko wokół, to już jej prawie nie starcza czasu na zabawę.
I choć proporcjonalnie Monster ma na razie oczywiście mniej zadań, jakoś raz w tygodniu, to podejrzewam, że jego podejście w szkole nie zmieni sią aż tak bardzo.
I gdyby tak mogli od siebie pożyczyć: Monsterówna od Monstera szybkość, a Monster od Monsterówny dokładność, to...
...pewnie znalazłoby się coś jeszcze innego do narzekania.

Więc zęby w ścianę i Monster poprawia bylejak zakolorowany obrazek (rozumiem, że przedstawia jesień, ale  kolory jesienne są znacznie bogatsze niż pomarańczowy li jedynie), a Monsterównie klaruję, że absolutnie nie musi jeszcze raz mazać i poprawiać pokolorowane gąsienice, skoro zadanie brzmiało - policz je, a nie pokoloruj, mimo, że Monsterówna upiera się, że czarno-białe gąsienice wyglądają okropnie.

Ciężka to praca.
wtorek, 21 października 2008
obowiązkowo



Kupowanie wielkich pak cini-mini jest zupełnie bez sensu, skoro Monsterinowi chodzi tylko o moczenie ich w mleku, a potem wywalanie do zmywarki - kontemplowałam rano drogę mleczną biegnącą od stołu do zmywarki, a potem kupkę płatków w zmywarce.

Bo odświeżyliśmy listę obowiązków Monsterów i ponownie odkładanie miski po śniadaniu do zmywarki jest numerem jeden na liście.

Faktycznie, nie podkreślałam, że powinna być to pusta miska.

Monsterino już od pewnego czasu na ochotnika postanowił obciążyć się jednym obowiązkiem i obecnie jest gorliwym uzupełniaczem kostki myjącej w zmywarce. Biedne urządzenie oprócz krótkich seansów szorowania, nie ma odpoczynku. Kostka myjąca musi stacjonować pemanentnie.

- To gdzie dzisiaj idziemy, warsztaty jakieś albo muzeum? - Monsterówna dźgnęła mnie w powiekę w niedzielny poranek

- Ja byłem w muzeum i pani mówiła do Teosia: "tu nie wolno biegać" - komunikat Pani w muzeum wdrukował się w pamięć Monsterina, już z kilkoma osobami, znanymi czy nieznanymi podzielił się swoim wspomnieniem, co raczej nie znaczy, że podczas kolejnej wizyty wdrożył by przestrogi Pani w czyn.

- Dzisiaj warsztatujemy w domu! - zawyrokowałam. Mieliśmy jechać do księgarni, ale dzień wcześniej wróciłyśmy z Monsterówną prawie od 21 z koncertu, dwa dni wcześniej sabatowałam z koleżankami i jeszcze nie odespałam, zatem ziewnęłam koncertowo i zaproponowałam samodzielne zorganizowanie warsztatów w podgrupach.

Monsterówna wydęła policzki i obraziła się śmiertelnie.

I dlatego pewnie namalowała czarownicę na miotle.
Z kotem.
I pełnią księżyca.

Monsterino za to namalował dziury w kartce, a potem zawył tradycyjnie "nie, nie nie, nie ce!".
I tak od dwóch dni generalnie jest na nie.
Czekam, aż mu się odmieni, żeby nie pisać ciągle o tym samym.

piątek, 17 października 2008
najulubieńsze



- Mamusiu zobac, tam jes PLAWDZIWY CIĄNIK SIODŁOWY BEZ NACEPY!!! - zawył w ukontentowaniu Monsterino podskakując na moich kolanach

Jechaliśmy tramwajem do pracy i podziwialiśmy zadziwiająco liczną galerię samochodów specjalnych za oknem.

Już po drodze do tramwaju udało nam się podglądnąć pracę energetyków na wysokościach (Hula! Ale wielki zółty dźwig!), wywożenie śmieci przez ogomne zielone śmiecialy i jeszcze śmignąło nam:

- To MUSI być CEWONE FELALI, ten sypki samochód - stwierdził ekspert od pojazdów

- To moja ulubiona zabawka! - Monsterino leci przez plac, w kaloszach, w kurtce rozwianej, w biegu zdejmuje czapkę i już, już wyciąga ręce, by poklepać ogromną oponę traktora. Robotnicy wyrównują teren, więc ładują czarnoziem z przyczepki na taczki. Traktor jest stary i brudny, robotnicy średnio świeży, ale przebijają piątki z Monsterinem i pozwalają mu się przytulić do wszystkich czterech kół.

Pan w mocno używanym roboczym ubraniu proponuje, żeby Monsterino wskoczył do szoferki. Monsterino oponuje, że tylko z mamą.
- Che, che - pan ma ubaw - mamę to tylko na kolanka!

Ostatecznie Monsterino ćwiczy kręcenie kierownicą bez mamy, macha na pożegnanie do pana i pędzi do swojej kolejnej ulubionej zabawki:

- Jaki fajny dżipek!

Tym razem pan pachnący wodą kolońską i odprasowany od stóp do głów zastawia sobą oraz aktówką dostęp do JEGO ulubionej zabawki.

- Dżipka obejrzymy, gdy będziemy wracać z biura! - szepczę Monsterinowi do ucha

Choć w sumie nie muszę. Za winklem parkuje kolejny dżipek. Tym razem Monsterino mógł wytrzeć chromowane spojlery bez przeszkód.


czwartek, 16 października 2008
sam



- JA SAM dam ladę! - wrzeszczy Monsterino, gdy usiłuję asekurować półtoralitrową butlę mineralnej, by się napił

Raz daje radę, raz wylewa wprost na siebie, wykładzinę i pół materaca. A biorąc pod uwagę arktyczne temperatury panujące w naszym domu mokra plama będzie schnąć do Gwiazdki.


Pozwalam mu wlewać mleko do miski, wsypywać płatki, na różne czynności pozwala sobie sam, a ja ścierając resztki serka z krzeseł i białe odciski rączek ze ściany złapałam się na tym, że zaczynam analizować, ile to jeszcze czasu minie, zanim już nie będę musiała tego robić.

Chociaż przecież są też słodkie strony dwulatka.
Może niekoniecznie, gdy przybiega w nocy i kręci się wbijając nogi w nasze ciała i gdy od piątej rano wrzeszczy, najpierw przez sen: "nie zabielaj, telaz moja kolej", a potem już na granicy jawy i snu: "nie ce pać, nie ce ubielać sie, nie ce, nie ce, nieeee".

Ale gdy w piaskownicy przedstawia mnie innym mamom:
- To jest moja mama! Ona mnie KOCHA!

Oj, tak. Wtedy chcę zatrzymać kadr.
środa, 15 października 2008
(do)pasowanie



- Sukaj swojego Teosia! - dochodzi zduszone spod kołdry, podczas gdy ja nieskutecznie staram się znaleźć grający telefon

Ile to on już razy przypominał, że trzeba wstać...

- A telaz się ubiezemy, zjemy płatecki i kanapeckę, moze, i pojedziemy na basen! - oznajmuje wielce zadowolony z siebie, z rana, z życia, Monsterino.

- Wczoraj byliśmy na basenie - przypominam entuzjaście nurków

- Nie, nie, nie - zupełnie niezrażony ciągnie Monsterino - dzisiaj OCYWIŚCIE jedziemy na basen!

Przecież nie będę się od rana z nim kłócić.
Poza tym wstał dobry dzień, bo Monsterówna ma zestaw niebieski do ubrania. Zatem wstaje sama, nie obnosi obrażonej twarzy i w ogóle da się z nią pogadać.

Monster stoi na głowie przy ścianie, bo ma koszulkę z napisem, który da się tylko wtedy odczytać, gdy koszulka jest odwrotnie.

- Czytaj, czytaj - ponagla - bo ja tak długo nie wytrzymam

- "Jeśli możesz odczytać ten napis, wyciągnij mnie stąd" - czytam

- He, he - chichocze Monster - to wyciągaj, wyciągaj!

Wyciągam, ubieram Monsterina. Oprócz epizodu z niechęcią do ubrania kapci, wszystko idzie sprawnie.
- A babcia mówiła: "nie wolno chodzić boso" - mówi Monsterino, który jak zwykle teorię ma opanowaną

O rany, trójka Monsterów w dobrym nastroju, to się nadaje do prasy.
Pełnia była w nocy. To musi być ten powód.

****

A w dniu Edukacji Narodowej Monsterówna została pasowana. I ma legitymację szkolną!
I, jak każda kobieta, nie jest zadowolona ze swojego zdjęcia na niej.
- Pani kazała mi się uśmiechnąć do zdjęcia, żeby pokazać ząbki, a mi się tak nie podoba! - narzeka

Bardzo uroczyście było na pasowaniu: hymn państwowy, "Kto ty jesteś, Polak mały", występy poszczególnych pierwszych klas. Fajnie wyszło, aż się nie chce wierzyć, że dopiero półtora miesiąca temu zaczęli szkołę.

Prawie cała klasa Monsterówny, patron szkoły na ścianie, logo klasy na tablicy i pani w botkach



kolor klasy to czerwony

- To okropnie pechowo niesprawiedliwe! - zezłościła się Monsterówna - że to klasa "D" ma kolor niebieski!

ale kolor czerwony też się ładnie prezentuje



nieostra, wyindywidualizowana z rozentuzjazmowanego tłumu
wtorek, 14 października 2008
po tej stronie



Monsterino śpiewa: "zawse niech będzie słońce, zawse niech będzie mama, zawse niech będzie Teoś".

- A co się robi w Niebie? -
pytają Monstery

a cóż my możemy wiedzieć...
może zbiera się kasztany







Tato i Ciociu,
kępińskie kasztany dla Was.
ściskamy,
m.

czwartek, 09 października 2008
aaaby terapie (razy trzy) natychmiast



Przyjechała babcia, którą Monsterówna zaanektowała dla siebie. Podstępem, szantażem emocjonalnym i słodkimi minkami nakazała iść spać w tym samym czasie, co ona, tkwić razem z nią za biurkiem podczas odrabiania lekcji i domaga się niezakłóconej przez resztę Monsterów uwagi.
Tego samego oczekuje Monterówna ode mnie, gdy babci nie ma, ale ja nie mam zupełnie ochoty dać się zniewolić. I nie uważam, że powinnam. Jej potrzeb nie lekceważę, i mimo wszystko nie sądzę, że dla dobra jej zdrowia psychicznego i zaspokajania fundamentalnych potrzeb powinnam zatracić siebie (już nie mówiąc o reszcie inwentarza żywego Monsterowa).
Psycholodzy radzą, by postawić granice - moją granicą jest pomoc w zorientowaniu się, co jest zadane i ewentualna pomoc oraz pochwalenie rezultatów. Sorry, ale siedzenie przez parę godzin przy Monsterównie, podczas, gdy ona pisze i rysuje nie wchodzi w grę. Nawet gdyby była moim jedynym dzieckiem.


Monster klepał dzieci po tyłkach podczas wizyty w ubikacji i to dwa dni z rzędu, choć obiecał poprawę. Nic nie powiedział w domu, oprócz tego, że miał ciężki dzień i nie chce o tym rozmawiać.
I znowu mieliśmy rozmowę o stawianiu granic, o tym, czym jest żart i kiedy żart się kończy (że czytelniejszy znak niż łzy ofiary wygłupu nie jest możliwy). Przytaknął, że zrozumiał, że nie oznacza NIE, więc zobaczymy, jak nam dalej pójdzie. Tymczasem nadal jestem zszokowana pracami plastycznymi, które wykonuje w przedszkolu, jako że w domu nie jest to zajęcie, któremu się w ogóle poświęca.

Monsterino do rysowania czy lepienia z ciastoliny też ma cierpliwości na pięć minut.
Zatraca się za to w robieniu korków ulicznych i układania gąsienicy z klocków.
Pomijając te dwie czynności, nad którymi skupia się na dłuższą chwilę, monsterinowe wszystkoniszczące tornado przemierza Monsterowo od rana do wieczora z chwilą przerwy na drzemkę, jeśli da się spacyfikować w ciągu dnia. Powoli brakuje nam w rozległym domostwie miejsc na tyle niedostępnych, by wyobraźni Monsterinowi nie starczyło, by je dosięgnąć.
No i jeszcze trzeba pamiętać, by rzeczywiście wszystkie przedmioty, które może zepsuć, tam odłożyć.
Problem w tym, że Monsterino może zepsuć wszystko i cokolwiek.
Eksperymentuje, eksploruje, bada oczywiście. Ma prawo. Ale nie ma prawa zabierać i psuć starszym. To też jasne. I na tym tle wybuchają w domu i ogrodzie naszym nieustanne awantury. Monsterino wyraźnie testuje naszą wytrzymałość i granice z kolei jemu postawione.
Jeszcze nie doszliśmy do zamykanych na zasuwy drzwi i sekretarzyków na kluczyk, ale plastikowe zabezpieczenia szuflad Monsterino wyważa na siłę. Tak, okazuje się, że jest to możliwe.


Ale mimo trzech przypadków do natychmiastowej terapii, nie mam poczucia, że Superniania byłaby w Monsterowie kategorycznie niezbędna.
Pewnikiem tkwię w patologicznej błogiej nieświadomości.


wtorek, 07 października 2008
hej ho



- Hej ho, hej ho, do pacy się sło! - śpiewa pełną piersią Monsterino eksplorując rano puste o tej porze uliczki Starego Rynku

- Och, ale fajny chłopiec - pan, który jest zdecydowanie wczorajszy zatrzymuje się starając zachować pion - Jak masz na imię? - pyta bełkocząc

Monsterino stoi jak wryty. Wpatruje się w pana z uwagą. Mija chwila, pana lekko znosi w stronę kamienicy. Chcę pociągnąć Monsterina dalej, ale odpycha moją dłoń.
- Jak się nazywasz, chłopczyku? - powtarza pytanie pan
- A pan? - odpala w końcu Monsterino patrząc pytająco to na mnie, to na pana.

***

Opowiedziałam o naszej wizycie w muzeum i strofujących ochroniarkach dwóm koleżankom: dzieciatej i niedzieciatej. Fajnie posłuchać dwóch skrajnych opinii. Rozmowy kształcą. Niedzieciata była absolutnie przeciw otwieraniu przestrzeni ludzi dorosłych dla dzieci (przeszkadzają, śmiecą, smrodzą, powinny osiągnąć pewien stopień dojrzałości, by je wypuszczać do ludzi, zwłaszcza, że rodzice traktują swoje bachory jak święte krowy), Koleżanka Dzieciata powiedziała, że koniecznie musi wybrać się do muzeum i już ona odpowie tym ochroniarkom. Wierzę, że to zrobi, nie raz pokazała, że potrafi.

Moja opinia oscyluje między tymi skrajnymi. Z jednej strony uważam, że przestrzeń publiczna jest dla wszystkich i pewnych zachowań rozwojowych nie przeskoczy się i nie ograniczy, a dzieci z czasem z nich wyrastają (bieganie po muzeum dwulatka różni się od biegania po muzeum pięciolatka, bo pięciolatkowi da się już wiele wytłumaczyć)
. Z drugiej strony nie zabrałabym dwulatka na koncert do filharmonii, i czuję, że do spokojnego słuchania koncertu musi dorosnąć (bo choć są koncerty dla dwulatków, to nie było można za wiele na nim usłyszeć ze względu właśnie na obecność wieeeelu dwulatków).

Nie epatuję moim potomstwem wszem i wobec. Chodzimy na Msze Święte tylko dla dzieci, nie szlajam się z nimi po nieprzystosowanych restauracjach z białymi obrusami do ziemi. Nie jest też moim manifestem jedynie sporadyczne zabieranie Monsterów do centrów handlowych. Nie, po prostu stwierdzam, że wygodniej dla mnie jest ich tam nie zabierać. Większość zakupów robię przez internet, ciuchy kupuję w tych samych sieciówkach, gdzie znam rozmiarówkę i gdzie można zwrócić niepasujące lub wymienić na inny rozmiar. Tak samo z butami.
Wygodniej i bez stresu. Ale nie potępiam osób, które dzieci zabierają wszędzie. Raczej podziwiam, że im się chce.Męczyć. Choć rozumiem, że można nie mieć wyjścia. (tak się czasem czuję, gdy jadę z Monsterinem tramwajem i wymuszam zwolnienie mi miejsca dla matki z dzieckiem - nikt mi jeszcze nic nie powiedział, bo nie powinien. Ale i tak odbieram wrogie promieniowanie)

Aby Monstery miały świadomość, że zakupy nie pojawiają się w domu za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ćwiczą kupowanie w małym sklepiku, gdzie pani zna ich po imieniu i mogą pięć minut wykrztuszać: poproszę serek z kuleczkami czy bilet ulgowy na 15 minut.

Może już jestem za stara na bycie radykalistką, ale nie obrażam się na sklepy ze schodami, gdzie nie można wjechać wózkiem, czy brakiem niskopodłogowych tramwajów. Póki nie chodził sam, wrzucałam dziecko w chustę.

I nadal nie wiem, czy bieganie Monsterina po muzeum powinno być zakazane (zakładając, że nie wrzeszczał przy tym, wręcz odwrotnie - zanosił się perlistym śmiechem).


poniedziałek, 06 października 2008
ale to już było


I znowu to sobie zrobiłam.
Masochistycznie wyszłam z całą trójką w miejsce publiczne. A z Monsterinem obecnie nie należy. Na podstawie mojego rozległego doświadczenia ze starszą progeniturą, jeszcze pewnie z rok (oby tylko rok).

Bardzo fajne cykliczne warsztaty w
muzeum.
Temat: tropienie zwierząt na obrazach. Monsterino wiadomo, że zainteresowany będzie przez sekund trzydzieści, ale Monster nie chce, żebym wychodziła, a ich zostawiła na pastwę kustoszek i ochrony, Monsterówna też zwiesza nos, więc bohatersko zostaję.
I już wiem, co będzie za chwilę.

- Proszę trzymać to dziecko za rękę!
- Nie biegamy!

Tradycyjnie w każdej sali osobna wartowniczka nas zatrzymuje. Oprócz warsztatowej grupy dzieci zauważyłam podczas naszych wędrówek tylko parę Niemców i jedną zwiedzającą nieznanej narodowości. Rozumiem teraz wyniki badań opinii publicznej, które przytoczyła mi znajoma zajmująca się rynkiem sztuki, iż 98% dorosłych Polaków nie odwiedziło w zeszłym roku z własnej woli żadnego muzeum. (czyli odpadają ludzie zawodowo związani z muzealnictwem oraz nauczyciele prowadzący tam uczniów w ramach zajęć). I oczywiście mam świadomość, że to nie były warsztaty dla dwulatków. Ale czy obrazy, których zresztą przecież nie dotykał, cierpią mikrourazy, gdy przebiegnie się wzdłuż nich?
Zwiedzającym to nie przeszkadza, bo ich nie ma, jak już wspomniałam.

Zatrzymany Monsterino wije się i wcale nie chce oglądać psa, kota, konia, czy nawet rzeźby kozy. Próbujemy schody. Schody są ekstra, ale na dole wystawa sztuki współczesnej, bo Poznań aspiruje do bycia centrum modernu.
Instalacja to kupa piasku z wiatraczkiem czeszącym piasek na środku. Monsterinowi wyciągają się rączki. Jasne, że nie pozwalam Monsterinowi stać się częścią sztuki. Ryk obija się o szacowne mury. Piękne echo.
Potem składowisko cegieł z poduszkami ustawionymi w wieżę.
Nieczuły na sztukę Monsterino zamierza je sforsować.

Dzień później, na spotkaniu w
księgarni , z takich samych poduszek układa wieżę. Pozytywny wpływ biennale ?



piątek, 03 października 2008
gaudeamus


Studenci inaugurują kolejny rok studiów, a Monstery kolejny sezon narciarski.

pusto jeszcze na stoku



tylko Monstery i trener



a w tym czasie Monsterino chciał wpaść do jeziora, w końcu zasiadł za stołem opuszczonej kafejki i zażyczył sobie:
"popose płatki z mleckiem"



na koniec Monstery w monstertrucku i zmykam, bo muszę uratować przedsiębiorstwo przed dzisiejszą monsterinową inwazją. Miłego weekendu Wam wszystkim!


czwartek, 02 października 2008
frajerka


No pewnie, że sama jestem sobie winna.
Bo kto się na ochotnika zgłasza na skarbnika klasy, no kto?
Monstertata śmieje się ze mnie na całego, mniejszy go śmiech ogarnia, gdy jest kojarzony w szkole jako "mąż pani skarbniczki".
Mąż swojej żony, doprawdy wyróżnienie.

Ale czy ja wiedziałam, że skarbniczka równa się załatwiaczce spraw różnych oraz kupowaczce asortymentu wszelkiego?
I ganianie po szkole za osobami odpowiedzialnymi, by te w pocie czoła zebrane dudki wpłacić!
No, proszszzz...mogłabym zarzekać się, że never again, ale nie wiem, czy wytrzymam. Bo kto, jeśli nie ja.

Pan Woźny w naszej szkole jest fajny, ale pani w sekretariacie - dajcie żyć! Jeśli taka niemiła jest dla rodziców, to rozumiem, że dzieci nie mają czego w sekretariacie szukać. A wydawało się, że dawne czasy, kiedy najważniejszą osobą w szkole była pani woźna, się zmieniły.
Niby się zmieniły: teraz najważniejsza jest sekretarka.

To się wyżaliłam, a teraz jasne promyki:

Dogadałam się z Monsterem odnośnie sprzątania po Monsterinie. Za 7 dni z rzędu ma figurkę gormita.
Monster najpierw rachował na palcach, a dzisiaj zaskoczył mnie rozrysowaniem na tablicy tabelki z kolejnymi cyframi i zaznaczeniem strzałką cyfry 4 oznaczającej czwartek.
- Tu zaznaczyłem, ile już razy posprzątałem. Jeszcze trzy i gormit! - wyznał zadowolony z siebie.

Z Monsterówną starałam się umówić na uśmiech każdego poranka co najmniej przez tydzień, ale już na drugi dzień odliczamy od początku, bo się nie udało. Bardzo labilna jest ta nasza monstercórka. Mały kamyczek jest końcem świata. I tych końców świata przez cały dzień bardzo dużo. Wiem, że właściwie najchętniej Monsterówna chciałaby być przytulana i siedzieć na kolanach, ale nie jestem św. Teresą, tracę cierpliwość, gdy widzę, że zaczyna histeryzować, bo nie może zatemperować kredki. (trudno, by kredka dała się zatemperować, skoro chwilę wcześniej była rzucana w furii). Ech...

Monsterino wieczorem nie mógł zasnąć, więc podsłuchiwał "Dzieci z ulicy Awanturników" , a potem "Jacka, Wacka i Pankracka", ale jednocześnie bawił się na dywanie, bo:
- Ty mamusiu pocytas telaz dla STALYCH dzieci, a potem dla Teosia, bo ja się pobawiem autkami swoimi W TYM CASIE...

A potem całuje Monstera i Monsterównę na dobranoc:
- Doblanoc, Gajusiu, kololowych snów, śpij dobze, całuski sto dwa, kalaluchy po poduchy, doblanoc!

Posłodził...
środa, 01 października 2008
wciskacz



Monsterino wszedł w fazę zaczepiania obcych osób i sprzedawania im bajeczek z własnego życia wziętych.

Wchodzi do sklepu i od progu rzecze:

- "Dzień dobly, widziałem Kecika i kalmiłem zwiezęta. I one były miłe"

- Tak? - dziwi się sprzedawca i dopytuje:

- A gdzie widziałeś kreta?

- Kecik koło domu był, taki malutki!

Krecika to on może oglądał. Bajkę o kreciku. A zwierzęta karmił na wakacjach. Kozy. Miesiąc temu!

Później, na basenie do trenera:

- I baldzo zimna woda była!

- Ostatnio było mu za zimno? - martwi się trener zwracając się do mnie

- Nie, raczej ostatnio woda była ciepła - zastanawiam się, a potem przypominam sobie, że chłopaki dzień wcześniej w wannie zrobiły sobie lodowaty prysznic, bo Monster kurek nie w tę stronę przełączył.

No i dobre teksty mówi na śpiąco. Czasem sens trudno uchwycić, a czasem celnie wtrąca komentarz.
Monsterino regularnie przychodzi do nas do łóżka około północy. Czasem jest to wcześniej, czasem później, ale zawsze jest. Gdy nie uda mi się zdążyć wykąpać, a on się zbudzi, to albo uda mi się go jeszcze ułożyć w jego łóżku, albo towarzyszy mi w łazience, nie odchodząc na krok, co często kończy się przebraniem piżamy, bo bardzo ciężko umyć się nie mocząc go przy okazji, skoro jest do mnie przyklejony.

Dzisiaj w nocy, już przed pierwszą, prawie zasypiamy i nagle słychać łup, tup-tup i przyśpieszenie tup-tup-tup-tup, łu-up na nasze łóżko i zagrzebywanie się w moich ramionach.
Komentujemy z monstertatą szeptem jego nocne wycieczki, a Monsterino przez sen:
- to duchy biegały!

to się wytłumaczył.

***
A z absurdów szkolnych: w zeszłym tygodniu nie było tego jedynego wf, bo nastąpiło...
uroczyste, na galowo, oficjalne otwarcie nowego boiska szkolnego.
Zresztą ten jedyny salowy wf to chyba też fikcja, bo Monsterówna mówi, że zanim się wszyscy przebiorą i pokrzyczą w szatni, robią jedno ćwiczenie i już trzeba się z powrotem przebierać..
Nawet jeśli przesadza z tym jednym ćwiczeniem, widać, że chyba troszkę przykrótki ten wf.

Podsumowując jednak pierwszy miesiąc szkoły stwierdzam, że klasa muzyczna w naszej szkole ma całkiem spójny i treściwy program i od tej strony jestem bardzo zadowolona z wyboru. Pani jest wymagająca i widząc, że ogół klasy radzi sobie, leci z programem. Dwójkę nieradzących sobie skierowała na dodatkowe zajęcia. Świetnie przeprowadziła globalną diagnozę. Ogarnia ten tłum. To na plus.
Jeśli się założy, że wf robi się we własnym zakresie, to szkoła publiczna, przynajmniej
ta klasa w tej konkretnej szkole nie jest złym wyborem.
Aczkolwiek trzeba trzymać rękę na pulsie. Jak wszędzie.
Archiwum
do Monsterowa tędy