środa, 31 października 2007
wtorek, 30 października 2007
poniedziałek, 29 października 2007
piątek, 26 października 2007

- Słuchaj, ostrożnie obchodź się z tymi samochodami, gdyż są zabytkowe - tłumaczyłam Monsterinowi, gdy dostąpił zaszczytu zabawy historycznymi modelami autek pana domu u znajomych.

- Wiem - powiedział niskim głosem Monsterino i podreptał z autkami w obu rękach zostawiając nas z rozdziawionymi buziami

Ale oprócz zrozumiałych słów, Monsterino zaszczyca nas długimi, niezrozumiałymi monologami.

I nie to jest motywem przewodnim obecnego etapu rozwoju Monsterina.

Bowiem najgłówniejszym obecnie zajęciem Monsterina jest dekonstrukcja otoczenia, w którym się znajduje:

- Wrzucenie sporej miniatury amerykańskiego autobusu szkolnego do kibelka ZANIM zdążyłam spuścić wodę... (na szczęście było to załatwienie się na 1, a nie na 2... ha - a dlaczego W OGÓLE Monsterino w kibelku ze mną? Alternatywą niesprzyjające ani aktowi mikcji, ani żadnemu innemu możliwemu aktowi, wycie za drzwiami kibelka)

- Wysypywanie, wylewanie, rozrzucanie, wyrzucanie, darcie - wszystkiego, czego się da

- Wycie i rzucanie się na ziemię, jeśli czegoś mu zabronić.

Wiem, że normalka w tym wieku, tak?

Ale nerwy z powodu niewyspania (zęby? rozbestwienie ogólne? ) ciężko trzymać na wodzy, oj ciężko.

I z Monsterinem to już w ogóle nie da się pracować.

Przez pięć minut pojeździ "łolło" i "ijoijo" po kaloryferze, bo to wydaje największy hałas.

A potem najchętniej siedziałby mi na kolanach i oglądał samochody w necie.

Rozpierduchę ewentualnie może w biurze zrobić, bo po co w końcu mają te segregatory takie dziurki z boku . Do wyciągania akurat. I huk robią piękny, gdy tak z regałów spadają.

Pewnie, bawiłby się dłużej, ale ze mną. Wtedy wieżę budujemy, kółka rysujemy, książki czytamy. Obiad jemy. W wielkiej komitywie.

W międzyczasie, skoro już jesteśmy w pracy, to bym chwileczkę popracowała.

Ale to Monstertata pracuje z Monsterinem przez 4 dni w tygodniu. Zatem za te dwa lata, które zostają do pójścia Monsterina do przedszkola, Monstertata zostanie jako Święty wyniesiony na ołtarze. Jeśli przeżyje(my) do tej pory.

*****

Monsterówna obserwując wysiłki Monsterina zmierzające do doprowadzenia łyżeczki do buzi bez pozostawiania zawartości na stoliku, podsumowuje:

- Oj, jeszcze dużo się musisz nauczyć, Teosiu!

Oj, tak.

środa, 24 października 2007
wtorek, 23 października 2007

- Ooo, kotek tam! - Monsterino pokazał paluszkiem w kierunku wyrośniętego buldoga, któremu, zresztą podobnie jak Monsterinowi, wyciekała strużka śliny z pyska.

- Nie, to nie jest kotek! Proszę cię! Jeśli nie chcesz powiedzieć "pies", to chociaż powiedz: "buldog" - przyklęknęłam na wysokości twarzy Monsterina i artykułowałam poszczególne słowa głośno i wyraźnie

- NIEEEE! - odrzekł Monsterino, cicho, aczkolwiek stanowczo - KOTEK! kici-kici! - trzepnął palcami

Potem pojechaliśmy dalej wózkiem i okazało się, że na naszej drodze spotykamy wszystkie psy miasta, które w tym samym czasie wyszły na spacer.

Monsterino nadal dawał plamę z nazewnictwiem, więc przyśpieszyłam kroku, wcisnęłam głowę w ramiona, a na nos założyłam ciemne okulary.

Tymczasem z wózka, mocno podekscytowany Monsterino wskazywał paluszkiem na prawo i lewo wołając:

- Kooootek! Tu kooooteeek! I tu kotek!

I nagle, gdy tak pędziliśmy, Monsterino zmienił melodię: 

- Nie ma! Nieee!

- Czego nie ma? -  zerknęłam do wózka z zainteresowaniem

 Monsterino wykonał nieokreślony ruch ręką i wtedy zauważyłam, że nie ma na głowie czapki.

W wózku też jej nie było.

Znalazła się dwie przecznice wcześniej. Na szczęście nie zadeptana.

- Nie, nie, nie! - wierzgał Monsterino, gdy chciałam mu ją znowu ubrać

Uspokoił się dopiero w domu, gdy bezbłędnie wyciągnął z półki wszystkie książki o kotach (no dobra, zapomniał o kocie Procie, ale na jego usprawiedliwienie dodam, że stała za wysoko)

Czy to nie za wcześnie na bunt dwulatka?

poniedziałek, 22 października 2007

- No to idziemy głosować! - zapowiedziałam Monsterom, gdy wyszliśmy z wózkiem, rowerkiem oraz hulajnogą, a wcześniej ubraliśmy zimowe buty, zimowe kurtki i w ogóle bardzo grubo i zimowo się okutaliśmy.

Chwilę później rozbieraliśmy warstwa po warstwie.

- Kiedyś, to głosowaliśmy na Batorego! - Monsterównie załamał się głos, jak zawsze, gdy mówi o naszym poprzednim miejscu zamieszkania

- A teraz zobaczymy, gdzie głosuje się tutaj i zwiedzimy okolice! - stwierdziałam z emfazą

Po prawdzie, nigdy w te rejony się nie zapuszczaliśmy, więc gdy Monster, który na swoim rowerku wysforował się do przodu, krzyknął:

- Aaaaa, ale fajne!!! - to nie za bardzo wiedziałam, czego można się spodziewać...

za płotem:




W środku dużego miasta na zachodzie Polski...

- Czy możemy mieć też takie jeziorko i mostek w naszym ogrodzie! - z wielkim zachwytem w głosie zajęczała Monsterówna

- Ooooo! - wyraził swoją opinię Monsterino

- Tak, tak! I taki wiatrak i krasnala z wędką! - rozentuzjazmował się Monster

- Wykluczone! - mruknęłam pod nosem, a głośno dodałam - porozmawiajcie o tym z tatą!

Nie ma jak przerzucanie się odpowiedzialnością.

W lokalu wyborczym przeżyłam chwilę trwogi, że Monstery porozrywają mi arkusze, z takim zaangażowaniem chcieli wrzucić głos do urny.

- A czemu ktoś musi nami rządzić? - zapytała Monsterówna już po wszystkim

- Hmmm, żeby porządek był - wydukałam

- A tato nie może rządzić? - indagowała

- Mógłby - przyznałam - ale (i tu mnie olśniło), ale musiałby wyjechać do Warszawy!

- E, to lepiej nie - przyznała Monsterówna

********

Bez związku z wyborami:



Polecenie skierowane do Monstera brzmiało: "zanieś zgrzewkę papieru do kibelka".



piątek, 19 października 2007
czwartek, 18 października 2007
środa, 17 października 2007

Dorastanie Monsterówny zadziwia mnie dzień po dniu.

Ledwo od ziemi odrosła, a tak czasem, gdy na nią patrzę, to widzę już młodą panienkę, nastolatkę.

A te jej rozważania o przyszłym życiu! Że jak się z domu wyprowadzi, to weźmie tylko swoje PERFUMY, biurko i szafę, bo z wszystkiego innego już wtedy wyrośnie...

Albo gdy na serio planuje rozglądnąć się za mężem w Szwecji. I namówiła już do tego swoje koleżanki, więc szykuje się pokaźna kobieca emigracja. I choć wie, że pewnych rzeczy nie da się zaplanować, na przykład płci jej przyszłym dzieci to mówi, pełna wiary, że gdy się będzie modlić, to wymodli sobie córeczkę, tak jak ja to zrobiłam.

Czyli z najnowszych ustaleń: zostanie żoną Bossego lub Lassego lub Olego. Mamą Rity.

Z tak trochę bliższych planów to na wakacje chciałaby polecieć na Księżyc.

Gdy wyjaśniłam jej, że to nie jest takie proste, to stwierdziła, że w takim razie musi zostać astronautką-malarką , chociaż może będzie też robić zdjęcia. Chciałaby też być lekarzem dziecięcym, ale nie w szpitalu, tylko szczepienia by robiła.

I koniecznie chce ze mną pojechać do Domu Dziecka, by oddać parę właściwie nowych zabawek, którymi się nie bawi, innym dziewczynkom.


Wczoraj wszystko ją denerwowało i doprowadzało do płaczu. W końcu wrzasnęła: mam zły dzień i bardzo tego nie lubię!

Jej samoświadomość jest dla mnie zadziwiająca.


poniedziałek, 15 października 2007
piątek, 12 października 2007

Nikt już nie chce Monsterina:

- Monsterównie drze rysunki, więc delikatnie, aczkolwiek stanowczo, wyprasza go ze swojego pokoju i wraca, by uskuteczniać produkcję prac;

- Monsterowi Monsterino rozwala budowle, więc niedelikatnie, tylko z wielkim krzykiem i pomstowaniem wyrzuca go z ich wspólnego pokoju;

- Monstertacie Monsterino zachodzi za skórę codziennie. Właściwie to po wyrwaniu kilku klawiszy z notebooka nie ma już większej świętości, na którą mógłby się pokusić, więc to, że wejdzie na stół



albo po raz kolejny zrobi przegląd kosza na śmieci




nie robi już na nas większego wrażenia.

A czy już wspomniałam, że odliczamy dni, kiedy nawet Monsterino pójdzie do przedszkola?

A przecież tyle jeszcze umiejętności musi przedtem nabyć!

Chociażby takie samodzielne jedzenie sztućcami. W zeszłym tygodniu musiałam zrobić przegląd zdjęć Monstera na jego projekt do przedszkola i skonstatowałam, iż 16 miesięczny Monster brawurowo manewrował łyżką posilając się zupą, już nie mówiąc o widelcu przy drugim daniu. A Monsterino? Dzidziuś bobasem zwany? Ręką! Z zupy gęściejsze kawałki też bez problemu ręką.

Wygłosiłam zatem przed Monsterinem krótkie wprowadzenie w sens istnienia sztućców oraz instruktaż posługiwania się nimi, a następnie wręczyłam mu łyżkę.

Sztućce daję mu przy każdym posiłku, ale on nie robi z nich użytku, więc postanowałam poprowadzić mu rękę.

Nie za bardzo nam szło, Monsterino marnie trafiał, zawartość łyżki wylatywała mu z na wszystkie strony.

W końcu się zirytowałam i dałam mu spokój. Tyle tylko, że wkładałam mu łyżkę w prawą rękę.

A on chwycił łyżkę w lewą i ... trafił.

Zatem bardzo możliwe, że mańkutem Monsterino jest. Po tatusiu, zresztą.

*****

Monsterino bywa zadowolony, ale tylko wtedy, gdy robimy to, na co on ma ochotę.

W przeciwnym razie robi nam teatr jednego aktora z monotematycznym rzucaniem się o podłogę, ścianę i sprzęty.

Ale za to, gdy poda mu rękę, której potrzebuje nadal przy chodzeniu i maszeruje się tam, dokąd ciągnie - to Monsterino cały szczęśliwy jest.

Zatem całkiem długie spacery na dwóch nogach uskuteczniamy z Monsterinem. Maszerujemy noga za nogą, najczęściej slalomem między kupami, w poszukiwaniu psów, bo psy wywołują w Monsterinie żywe reakcje. Choć koty oczywiście są na pierwszym miejscu.

- Kotek! - zachwyca się Monsterino, pokazując wolnym palcem na psa

- Nie, Teo, to jest PIES! Piesek, nie kot! Pies robi hau-hau! - tłumaczę za każdym razem

- Woof-woof - szczeka ze zrozumieniem Monsterino

Zza zakrętu wychodzi kolejny pies z panem, a my znowu od początku:

- Kotek! - cieszy się Monsterino

- Nie, nie, nie, pies, nie kot - tłumaczę

W końcu dochodzimy do placu zabaw. Monsterino forsuje zjeżdżalnię, pęka ze śmiechu, gdy go podciągam do góry i asekuruję w dół. W końcu zamiera z palcem wyciągniętym w dal - do placu zbliża się kolejny pies.

Monsterino stoi i widzę, że przetwarza, aż się dymi. W końcu odwraca się do mnie i nadal wskazując na psa, mówi:

- Oooo NIEKOT , tutaj!



weekendowy bonus, czyli orientuj się - bardzo szybkie kilka kroczków



wtorek, 09 października 2007
poniedziałek, 08 października 2007


- Cieszę się, że będę żyła, gdy będą żyły moje dzieci - stwierdza Monsterówna, gdy wieczornie nie chce mnie puścić ze swoich objęć - bo będą żyły lepiej! - dodaje z dużą pewnością (i są to echa dyskusji z prababcią, która opowiadała o swoim trudnym dzieciństwie)
- I wiesz, one będą żyły w lepszym środowisku, bo śmieci będą ODNAWIALNE!
- Odnawialne śmieci?
- Tak! Wiesz, ten pan, co zarabia na zbieraniu śmieci to on je będzie odnawiał i będą te rzeczy wracały do sklepów ODNOWIONE! Śmieci będą odnawialne i nie będzie tak, że wysypisko aż do sufitu! - przekonuje mnie wspaniałą wizją
I samochody nie będą potrzebowały benzyny, więc nie będzie spalin. Będzie cicho i przyjemnie - rozmarza się


Głosuję na Monsterównę. Też chcę dożyć takich czasów.


Wracając ze spaceru, podczas którego znowu musiałyśmy lawirować pomiędzy pozostawionymi na chodniku psimi kupami i znowu głośno komentowałyśmy zachowanie jednej pani, która nie posprzątała po swoim psie i nie odpowiedziała na pytanie Monsterówny, dlaczego, Monsterówna podsumowuje:

- Ja chyba będę musiała zostać CZYŚCICIELKĄ CHODNIKÓW!

Poza tym Monsterówna wymyśliła w sobotę takie ciasto, że znowu okazało się, że brakuje nam składników i oczywiście zgłosiła się ochoczo, by do sklepu pójść.

Przeprowadziłam krótką przypominającą gadkę umoralniającą, pt.: "a co zrobisz, gdy jakaś miła pani poprosi cię, żebyś poszła z nią, by zobaczyć kolekcję lalek barbie jej córki?"  i poszła.

Ze ściśniętym sercem czekałam te 10 minut, aż wróci.

Ale i tak szukam ochotnika/ochotniczki do zagadania do Monsterówny podczas jej samotnej wyprawy do sklepu, by przekonać się, jak rzeczywiście zareaguje na próbę kontaktu.

Ktoś chętny?

(choć z drugiej strony, może to nie jest najlepszy sposób i jeszcze się traumatycznie wystraszy.. już sama nie wiem)

piątek, 05 października 2007
środa, 03 października 2007
wtorek, 02 października 2007

Monsterówna zażyczyła sobie kaszkę manną z truskawkami na kolację, a gdy powiedziałam, że truskawek nie ma, to stwierdziła, że chciałaby SAMA pójść po nie do sklepu.

Namyślałam się chwilę.

Żeby dojść do sklepu, trzeba przejść przez jedną bardzo ruchliwą ulicę. Ale była sobota, ruch mały.

Zgodziłam się, jednak poprosiłam Monstertatę, by dla jej własnego komfortu śledził ją z pewnej odległości. Tak na pierwszy raz.

Monsterówna ubrała się, zabrała jedną ze swoich toreb i portfel z pieniędzmi.

Wyszła.

Chwilę później wyszedł Monstertata.

Po 15 minutach Monsterówna wróciła dumna i blada, z truskawkami w siatce i paragonem w ręce.

- Mogę zatrzymać resztę? - uśmiechnęła się przymilnie

To były jedne z droższych mrożonych truskawek w moim życiu.

Najgorzej, że teraz zamierza częściej chodzić sama do sklepu. Chyba znalazła źródło dochodów.

A co do dochodów, to Monsterówna właśnie precyzuje swoje plany zawodowe.

- Będę malarką! - stwierdza - Będę mieć swój sklep, który będę zamykać i wtedy malować, a jak dużo obrazów namaluję, to otworzę sklep i ludzie będą kupować.

Na wszelki wypadek rozpatruje alternatywne kariery:

- A jak zarabia przedszkolanka?

Wyjaśniam, Monsterówna przetwarza.

- To może EWENTUALNIE będę przedszkolanką.

Jadąc do Kościoła, Monsterównej się przypomina:

- A jak zarabia ksiądz?

Najpierw usiłuję ją zbyć mówiąc, że ma pieniądze z tacy, ale Monsterówna nie kupuje kitu:

- Ale to są przecież pieniądze na rzeczy do kościoła, a nie dla księdza!

Potem czynię mętny wywód odnośnie organizacji kościoła.

- Nic z tego nie rozumiem! - skarży się - Musisz mi to jeszcze raz wyjaśnić!

A wieczorem, kiedy ma już absolutnie spać, bo szeptem opowiedziała mi już milion rzeczy, a miała naprawdę tylko jedno, ale musi mi jeszcze powiedzieć, że:

- Ja napiszę do Świętego Mikołaja, żeby mi przyniósł co chce, tylko żeby to nie było dla chłopaków i niech się śpieszy, żeby do innych dzieci zdążyć.

Już wychodzę z jej pokoju, ale nie, jeszcze jedno:

- Mamuś i wiesz, co ja chcę na urodziny?

- Nie mam pojęcia - cedzę przez zęby, bo po pierwsze jest już dziewiąta i znowu rano będzie problem z wstaniem, a po drugie do urodzin Monsterówny jest jeszcze prawie pół roku.

- Chciałabym z tobą pojechać do sklepu takiego z rzeczami dla dzieci!

- Z zabawkami, żebyś sobie sama mogła wybrać prezent? - upewniam się

- Nie! Do takiego z rzeczami! Z bluzeczkami, sukienkami... - Monsterówna rozmarza się, wzrok zamglony, rysuje w powietrzu rękami pożądany wygląd sklepu - Bo ty nas nigdy tam nie zabierasz! - kończy z wyrzutem

No to już wiem, gdzie spędzę czwartek, 31 stycznia.

poniedziałek, 01 października 2007
Archiwum
do Monsterowa tędy