wtorek, 31 października 2006
poniedziałek, 30 października 2006

Wróciliśmy do starych, dobrych czasów i w niedzielę rano zalegamy (my, czyli Monsterrodzice, no i ewentualnie Monsterino też leży, więc zalega) w barłogu, a Monstery obsługują się same. Oczywiście spanie przy obudzonym Monsterinie polega na podawaniu mu grzechotek, wymianie pieluch i podtykaniu cyca, co jakiś czas, ale i tak daje się w międzyczasie zdrzemnąć.
I wszystko byłoby świetnie, gdyby nie to, że gdy wreszcie postanowiłam wstać, to nie mogłam przejść, bo w holu Monstery rozłożyły sobie swój squat.





Zrugałam ich za zajmowanie wspólnych powierzchni, jakby nie mogli rozlożyć się u siebie, nie minęło czasu wiele, squat został zlikwidowany, a Monstery w butach i kurtkach meldowały się do wyjścia do ogrodu.
I w tym nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie Monsterówna, która za chwilę przyleciała z powrotem, ściągnęła berecik i zajęczała błagalnie:
- Mamuś, ściągnij mi gumkę, jest wiatr, będę Pocahontas....

Zerknęłam przez okno: wiatr unosił liście, a Monsterówna stała pod wiatr, wpatrywała się w dal i upajała się furkotem włosów. Kto widział film, to rozumie, o jakiej scenie mówię.

Nie zdążyłam się ubrać, by zrobić zdjęcie Pocahontas na wietrze, ale zdołałam, gdy Pocahontas i John Smith dzielą się przyjaźnie "sucharami".





John Smith dobija do brzegu:


Monstery pochłonęły suchary, a ja miałam ochotę wreszcie zjeść śniadanie, ale okazało się, że wszystkie talerze zostały wyniesione przez Monstery do ogrodu i tylko tam będzie możliwa ewentualna konsumpcja.

Monstery założyły restaurację. Musiałam związać znowu związać włosy Monsterównie (całkiem słusznie, po co mają pałętać po jedzeniu), stanąć w kolejce do baru i zamówić.

- Jest tylko piwo, sok, płatki i suchary! - zgasiła mnie bufetowa zanim otworzyłam usta

- To ja poproszę sok i płatki - rzekłam potulnie i wyciągnęłam, przygotowane na ten cel przez Monsterównę, pieniądze

- Najpierw picie, potem płacenie - huknęła bufetowa i wskazała mi stolik - zaraz przyniosę płatki

Usiadłam zatem grzecznie przy stoliku i wypiłam sok. Nadciągnęła groźna bufetowa, sprawdziła czy wypiłam, zabrała kubek i mruknęła na odchodne:

- Niektórzy to są dziwni. Na przykład: tata. Przyszedł, kupił sok i nawet nie dopił do końca...

Potem zachmurzyło się i spadł deszcz, ale uratowaliśmy wyposażenie restauracji. Ale żeby nie było jednak za przyjemnie w tę leniwą niedzielę i w ogóle, to po uruchomieniu ogrzewania okazało się, że dwie rury ścienne przeciekają i teraz w saloonie mamy dwie malownicze dziury.

To odpowiedź na pytanie, czy skończyliśmy remont.

******

Z optymistycznych wieści mroźnego poranka poniedziałkowego:

Monster ledwo otworzył oczy, pyta:

- Czy dzisiaj idziemy do przedszkola? 

- Tak, dzisiaj poniedziałek - powiedziałam ostrożnie, ale aby osłodzić mu tę wiadomość, dodałam - a popołudniu piłka!

- To ja pędzę się ubrać - odparł Monster i wyskoczył z łóżka

A w przedszkolnej szatni dwa razy powiedział Monstertacie, że bardzo mu się podoba to przedszkole.

Za dziećmi nie nadążysz.

piątek, 27 października 2006

Monster sponiewierany przez przywykanie do nowych przedszkolnych porządków, nareszcie wrócił do starego siebie, czyli poprosił, żeby go zapisać na tańce. A potem zadowolony był, bo tańczyli "wyginam śmiało ciało" i z Tosią i z Adrianem (on zawsze dodaje z Adrianem Pupką, bo ten rzeczywiście ma tak na nazwisko, ale ja się wzdrygam, że to prawie obraźliwie tak kogoś nazywać).

A tu Monster pastwi się nad swoją ulubioną kolacją: zapiekanym camembertem:



Monster wrócił do siebie, chyba wróciła też Monsterówna, gdyż narysowała nareszcie całą naszą rodzinę bez towarzystwa wysokich domów mających obrazować nasz dawny dom i bez Stasi, za to z Monsterinem. Nie mam nic przeciwko Stasi w naszej rodzinie, ale Monsterówna z uporem maniaka rysowała swój dawny dom i Stasię i mówiła, że jest to portret naszej rodziny ZANIM urodził się Teodor. I że chce tam z powrotem mieszkać i takie tam jęki. Powoli jej to przechodzi. Co nie znaczy, że nie jęczy z innych powodów, ale to inna historia.

A w ogóle wiecie, jak oni są podobni do siebie:


Monsterino zaczyna uzależniać się od pozycji siedzącej, leżąc wygina się, ale przerzucić swojego ciężkiego kuperka jeszcze nie potrafi, za to podnoszony za ręce  do siadu rechocze w niebogłosy, a potem kiwa głową, jak taki piesek na tylnej półce samochodu:



I tak płynie dzień za dniem, dzieci rosną, a ja cały czas wczoraj i dzisiaj wracam do sprawy tej czternastolatki, która zabiła się, bo koledzy wygłupiali się jej kosztem. Chodzę i myślę, co robić i mówić, żeby nasze dzieci uchronić przed byciem ofiarą (zakładam, być może nazbyt optymistycznie, że wychowuję je na tyle dobrze, żeby nie stały się agresorami). I żeby w sytuacji obserwowania takiego chorego przedstawienia nie pozostały bierne, jak inne dzieci w tej klasie i nie bały się interweniować.

czwartek, 26 października 2006
środa, 25 października 2006

Na wyraźną prośbę Cioci-Sąsiadki muszę (pod groźbą obraźliwego komentarza) zrehabilitować Monsterównę w oczach ogółu.

Mianowicie Ciocia-Sąsiadka obserwowała Monsterównę podczas treningu Tygrysków (zajęcia piłki nożnej) i Monsterówna wykazywała się wielką opiekuńczością w stosunku do młodszego brata, dawała się złapać podczas gonito, podawała mu piłkę, no i w ogóle zachowywała się wspaniale zaprzeczając wyliczance jęków z poprzedniego postu.

Chcą zatem uspokoić PT Publiczność: otóż, ja mam świadomość, że Monsterówna jest opiekuńcza, no i w ogóle najcudowniejsza pod słońcem, ale co to byłby za blog, gdybym za każdym razem wychwalała ją pod niebiosa. Zresztą, tak jak i zdrowia, gdy jest, to nie zauważamy, tak samo stanem normalnym jest, gdy Monstery zachowują się w sposób... hmm.... niezagrażający sobie i otoczeniu, żeby nie użyć znienawidzonego przeze mnie słowa-wytrychu: grzecznie.

W każdym razie nawiązując do Monsterówny zbierającej kolejne sprawności przedszkolne ( w tym tygodniu zostają nagradzani za UMIARKOWANE mówienie, czyli nie za cicho, ale i nie za głośno - any comments?) - wielkimi krokami zbliża się wiekopomny moment rozpoczęcia edukacji szkolnej. I okazuje się, że wybór szkoły podstawowej, która zajmie dziecku 6 lat życia,  nie jest prosty. Zwłaszcza, że w Poznaniu tak naprawdę nie ma zbyt dużego wyboru.

W naszej okolicy mamy:

- szkołę prywatną

- szkołę społeczną

Jeszcze parę miesięcy temu wydawało mi się, że chwyciłam Pana Boga za nogi - przeprowadziliśmy się w okolicę bardzo dobrej publicznej szkoły, ale po 6 tygodniach wożenia Monsterów na zajęcia dodatkowe zaczynam się łamać, czy nie wybrać szkoły, która cześć tych zajęć ma na miejscu w swojej ofercie. Bo finansowo wychodzi tak samo (może oprócz prywatnej, ale prywatnej właściwie nie biorę pod uwagę nie tylko ze względów finansowych - po prostu ona dopiero startuje - nic nie wiadomo, jaki będzie mieć poziom).

Nasza publiczna ma dużo kółek zainteresowań, ale plan lekcji, jak to w publicznej, nie jest dostosowany do rodziców pracujących. Mamy to szczęście mieć dziadków w Poznaniu, którzy mogą nam pomóc z logistyką, ale mimo wszystko, przy trójce dzieci pewno się zdarzy, że rozjedziemy się z nimi w trzech kierunkach. Gdyby zajęcia były na miejscu, część przejazdów by nam odpadło.

Ot, żeby nie byłoby mi nudno, to sobie takie zadanie do przemyśleń zadałam.

Proszę, wypowiedźcie się. Może być na a4.

wtorek, 24 października 2006

Monster już drugi tydzień nie czyni ŻADNYCH negatywnych uwag co do porannej ewakuacji do przedszkola. Jednakowoż tylko pozytywami obdarowują go panie wychowawczynie, co odbieram z wielkim zadowoleniem, bo wejście do instytucji przedszkolnej nareszcie nie powoduje we mnie ścisku żołądka i drżenia serca.

Monsterino częściowo przetkany, ale to i tak niebo a ziemia w porównaniu z wcześniejszym zaczopowaniem, więc przynajmniej może oddychać i noc przespaliśmy spokojnie (nie licząc pobudki na antybiotyk, ale to ja się budziłam, nie Monsterino).

Natomiast, żeby nie było nudno, w jakiś ciężki okres wkroczyła Monsterówna, obficie zraszając łzami każde najmniejsze niepowodzenie, tudzież odstępstwo od rutyny. Przykłady katastrof z życia Monsterówny (niepocieszalnych, dodam, albo pocieszalnych dopiero po długich minutach tulenia w ramionach):

- bo mi się buty krzywo zawiązały

- bo ON mnie papuguje (pocieszyło dopiero stwierdzenie, że też miałam młodszą siostrę i doskonale rozumiem ten ból - tak, tak, ciociu Olu:)))

- bo się plasterek odkleił (Monsterówna zdrowo starła kolano w wypadku na hulajnodze)

- bo się kończą plasterki z księżniczkami

- bo najpierw została przeczytana bajka Monstera, a potem dopiero jej;

- bo Monster pierwszy pokazał kolejną różnicę w zadaniu pt.: czym się różnią te dwa obrazki, a teraz była jej kolej

- bo Monster wcisnął guzik eject w dvd, a to ona miała wcisnąć guzik eject, bo w środku była płyta przez nią wybrana....

i tak bez końca łzy i szloch

i kolejny dzień wraca z przedszkola z całkowicie wymalowaną na różowo kartką. Rozumiem, że ma teraz okres różowy w swojej twórczości, ale to mi wygląda na regres w umiejętnościach malarskich. Już wolałam, gdy codziennie malowała księżniczki, ze szczególnym uwzględnieniem Roszpunki na wieży (gdyż taka długość włosów jest jej celem).

W końcu, tłumacząc swój jad nieprzespaną nocą, wyzłośliwiłam się, że marnuje farbę na takie zamalowywanie. Na to Monsterówna z iście królewską godnością wyjaśniła jak krowie na rowie:

- Przecież to jest TŁO! Najpierw musi wyschnąć, żebym mogła na nim namalować księżniczki!

poniedziałek, 23 października 2006
piątek, 20 października 2006

... zdecydowanie nie sprzyja wypoczynkowi. I to nasłuchiwanie, czy jeśli rzęzi, to dycha, czy się zatyka, czy nie...

Monsterówna przeszła katar jako ta księżniczka: delikatnie siąkając w białą chusteczkę. Do nowego dmucha - nową chusteczkę.

Monster po rycersku - nos w rękaw wycierał i też jakoś przeszło.

Monsterino jako najmniej doświadczony katarowicz - walczył, walczył, aż mu się na gardło rzuciło.

Wszystkowiedzący wujek wystraszył mnie grasującym bezobjawowym zapaleniem płuc, toteż Monstertata pojechał osłuchać Monsterina, ale na szczęście płuca są czyste. Tylko z nosa spływa, więc sterimarujemy, odglutuwujemy, na noc olbasujemy i w międzyczasie oklepujemy, co by wydzielina nie zalegała. Dzienną zmianę przejął Monstertata, zatem ja nocną.

Tak sobie się wyspałam, prawdę mówiąc.

Jeszcze Monster do nas zawitał ("dziękuję kochana mamusiu" - wyszeptał z zamkniętymi oczami, gdy go ułożyłam na poduszce, potem zerwał się, podreptał po wodę, napił się, położył z powrotem, aż w końcu tym samym szeptem zarządził: "i psykryj mnie jesce dokładnie, bo mi zimno. I daj całuska, bo cię baaaardzo kocham" - bardzo wzruszające to było, nawet jeśli głęboką nocą). Krótko przed rozdzwonieniem się budzika, dołączyła do nas Monsterówna, wcześniej profilaktycznie wołając ze swojego pokoju, czy może przyjść. Co się będzie tarabanić, jeśli jej nie wpuszczą...

W końcu okazało się, że nawet dwa metry bieżące łóżka są za małe na pięcioosobową rodzinę.

No to wstałam.

A teraz ziewam.

Wszystkim czytającym życzę zdrowego weekendu.

środa, 18 października 2006
Tak... trzeba przyznać, że zmyliły Monstery moją czujność. Zawsze ciu-ciu-ciu do Monsterina. Tulą go, głaszczą, zapewniają o miłości.
Oczywiście, Monstera trzeba upominać, by zelżył uścisk braterskiej miłości, bo inaczej z tego uczucia wielkiego udusiłby Monsterina. Czytały(li)ście "Myszy i ludzie"? No to Monster też tak zagłaskuje na śmierć...
Ale Monsterówna? Ta delikatność wcielona poruszająca się tanecznym krokiem parę centymetrów ponad ziemią?
A tu jak w horrorze jakimś - piękna pogoda, słoneczko poprzez liście przenika, sielsko-anielsko, ale już muzyka turum-turum, rośnie z drugiego planu, i nagle wkraczam na taras, gdzie chwilę wcześniej Monsterówna ćwierkała radośnie do Monsterina, a on jej odćwierkiwał, bo bardzo lubi, żeby ktoś do niego mówił. No to ja w tym czasie, myk-myk (jak tłumaczył w pewnym kawale flegmatyk) do kuchni przynieść-wynieść-pozamiatać, na to zawsze czasu brakuje, więc w międzyczasie trzeba. Mimochodem, by nie robić pustych przebiegów.
A nagle, krzyk!
Nie biegnę od razu, bo przecież Monsterówna, rozsądna Monsterówna, wielka pomocnica, Monsterówna jest tam, więc wołam, co tam się dzieje, ale to jest pro forma raczej.
A tu odpowiada mi złowieszcza cisza.
To biegnę, a tam Monsterino wraz ze śpiworem wózkowym leży na tarasie. Na płytkach! Na poziomie podłogi zatem! A był w wózku!
Zapowietrzyło mnie...
Monsterino wyglądał jakby nigdy nic, ale obmacałam mu głowę, oglądnęłam z każdej strony.
Jak się można domyślić, bo Monsterówna nic nie pamięta, albo nie chce pamiętać, Monsterówna postanowiła podnieść Monsterina, choć jej tego nie wolno, no i nie dała rady go unieść.
Mam nadzieję, że nie grzmotnął zbyt mocno.
Nie wymiotuje i zachowuje się normalnie, więc raczej zsunął jej się z kolan, niż spadł z wysokości. Ale było to ostrzeżenie, że nawet Monsterówna może nawet nieświadomie zrobić Monsterinowi krzywdę.
I pomyśleć, że ostatnio nawet nie byłam w stanie skrzyczeć Monstera za to, że podał Monsterinowi swój zdalnie sterowany samochód, nieuważnie manewrując antenką tak, że prawie mu ją do gardła wepchnął. Nie byłam w stanie go opieprzyć, bo Monster był z siebie bardzo dumny. Że podzielił się swoim ulubionym autkiem z młodszym bratem...

wtorek, 17 października 2006

My gonimy.

Wy gonicie.

Oni gonią.

Kto goni szybciej? Wy czy my? One na pewno.

Bo ja, mimo wszystko, mogę, oj, mogę i chcę, siedzieć pół godziny w przedszkolu, odbierając Monstery, żeby one mi pokazały tę kapustę, głowę pustą, z wpiętymi chorągiewkami z wykałaczkami, na jednej z których jak byk stoi: "Gaja lubi kapustę kiszoną".

- Naprawdę lubisz? - pytam Monsterównę z niedowierzaniem (nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby jej dać spróbować, stwierdzam ze złością, bo co to za matka, która cały czas nie myśli, czym by tu dziecku dogodzić)

- Prosto z beczki! - stwierdza dumnie Monsterówna i potem snuje dłuuugą opowieść, jak to byli z przedszkolem w warzywniaku i wybierali warzywa i owoce ze szczególnym uwzględniem czerwonych, bo to tydzień koloru czerwonego w przedszkolu...

Monsterówna zacina się na słowach, gdy chce wszystko dokładnie opowiedzieć, szczególnie gdy przerywa jej Monster. I ona od początku "bo to, bo to, bo to" - powtarza w nieskończoność. A ja siedzę i skubię rąbek spódnicy, żeby tylko jej nie przerwać, bo jak jej przerwę, bo zamiklnie na wieczność płacząca, smutna i rozdrażniona. Księżniczka Na Ziarnku Grochu.

A Monster swoje. Zbudowali z Antosiem pistolety z klocków (z TYM Antosiem? Ano z tym!) i schowali na jutro.

- W starym przedszkolu pani nie pozwalała budować pistoletów! - krzyczy Monsterówna, wściekła na młodszego brata, który doskonale potrafi wejść z butami w siostrzaną opowieść, nieczuły na niuanse, na ważne szczegóły i tajemnice szeptane na ucho (nie wolno w towarzystwie! ale TU nie ma żadnego towarzystwa, stwierdza Monsterówna, tylko Robert! Co za degradacja młodszego brata)

Więc siedzę i skubię nerwowo, bo Monstertata dzwoni, gdzie jestem, bo Monsterino, czy rozmrażać nową porcję mleka, nie, nie ZARAZ będzie świeże wraz z moją osobą. Ale kiedy to ZARAZ?

Nie wiem. Trzymaj, się, Monsterino. Jeszcze rysunki na ścianach. Nie mogę pośpieszać, bo co to za dzieciństwo, tak cały czas, szybciej, szybciej, bo coś tam.

Od samego rana, szybko płatki, szybko buty, szybko zęby, kurtka, czapka...

Pamiętam to z własnej autopsji. Nienawidziłam sygnału programu trzeciego o godzinie siódmej, zimnych poranków, i tego szybciej, szybciej.

A co, gdybym pracowała na cały etat?

piątek, 13 października 2006
czwartek, 12 października 2006

mam nadzieję, już za chwileczkę, już za momencik, odtrąbić definitywny, absolutny i ostateczny koniec remontu.

I już nie będzie z rana mroził Monstera mój przeraźliwy okrzyk: "tylko nie klękaj!".

Bo mimo cowieczornego mopowania - nadal całe mieszkanie pokryte jest pyłem. Bo kończy SIĘ robić łazienka rękami Monstertaty...

...i Monster nie może klękać czy szlajać się po podłodze PRZED wyjściem do przedszkola, bo wtedy spodnie z takim poświęceniem po nocach prasowane będą przepięknie pyłem ozdobione. Po przyjściu zaś, naturalnie może zamiatać podłogę sobą i zmiotką, co bardzo lubi robić, ale to inna historia.

Dodatkowo dzisiaj pasowanie na przedszkolaka jest, więc Monster miał na galowo przyjść, a on akurat przygotował sobie bluzę z ciężarówą, mimo że wieczorem przypominałam, że biała, niestety, ma być.

No i awantura z samego rana, płacz i zgrzytanie zębów. Jak ja tego nie lubię!

Nie lubię też tłumaczenia się jednej z pań Monstera, dlaczego Monster nie otrzymał kary w domu (bo się przyznał, że nie otrzymał - z drugiej strony on pewnie nawet nie wie dokładnie, co to znaczy).

- Wie pani - mówię - uważam, że wystarczająco został ukarany w przedszkolu, gdy pani przy wszystkich go krytykowała

- Ale ja mu powiedziałam, że w domu będzie mieć karę, a on powiedział mi w twarz, że nie - zaperzyła się pani (swoją drogą, jak niskie musi mieć poczucie wartości, skoro ją najbardziej wkurza, że powiedział jej to W TWARZ, a co miał po kątach się chować?)

- MY w domu nie stosujemy kar - powiedziałam spokojnie, choć się cała zagotowałam - ale odbieramy przywileje i takowy został mu zabrany!

Pani nic nie odpowiedziała. Obraziła się chyba. Chyba już mnie nie lubi. Chyba nie lubi w ogóle chłopców, bo ilekroć przychodzę po Monstery, kiedy są w ogrodzie, to tuli na kolanach dziewczynki, a do chłopców ma uwagi w stylu, nie biegaj, bo się spocisz.

W ciągu paru minut, które spędziłam w ogrodzie, pani wołała do Monstera:

- to nie jest podchodzalnia, tylko zjeżdżalnia! (jak się można domyślać, Monster podchodził w górę zjeżdżalni),

- nie zjeżdżajcie razem, tak nie można, bo spadniecie (do Monstera i Klaudii, którzy w radosnej komitywie zjeżdżali razem)

- tylko do trzeciego szczebelka, bo spadniesz! (do Monstera, który od dawna śmiga po najwyższych szczeblach drabin wszelakich)

- tak nie wolno zjeżdżać, bo ci się twarz zetrze! (do Monstera, który zjeżdżał głową w dół).

Po tej prezentacji zakazów przedszkolnych przywołałam Monstera do siebie i po raz kolejny oznajmiłam, że w przedszkolu są inne zasady niż w domu i w przedszkolu MUSI słuchać pani, na co Monster odrzekł rozbrajająco:

- Ale  teraz jak ty przyszłaś, to już mogę NORMALNIE się bawić?

środa, 11 października 2006
wtorek, 10 października 2006

Po pierwsze primo przekonałam się empirycznie, że aby wyrobić się ze WSZYSTKIM, przy wydatnej pomocy monstertaty, zresztą, powinnam wstawać o szóstej, a kłaść się po pierwszej w nocy. Oczywiście z nocnymi karmieniami w międzyczasie, które choć niekłopotliwe w sumie (nie jestem w stanie powiedzieć, tak naprawdę, czy zawsze są, bo zazwyczaj budzę się dopiero na budzik).

Nie jestem jednak w stanie zmusić się do takiego trybu życia, choć może powinnam. Żyję więc w całkowitym niedoczasie i niedorobieniu w każdej dziedzinie życia.

I tak na przykład pani z grupy Monsterówny PRZYPOMNIAŁA mi (MNIE? ja ZAWSZE wszystko pamiętam i MAM ZAPISANE! Kłopot, że nie mogę sobie przypomnieć obecnie, gdzie). Zatem przypomniała, że grupa Monsterówny ma obecnie PROJEKT pod nazwą roboczą "album o słoniach" i że trzeba poszukać do niego zdjęć, artykułów lub innych gadżetów ze słońmi.

I tak oto wróciłam do idei projektów, mimo, że już dobrych kilka lat nie pracuję w korporacji...

Trochę śmiać mi się chciało, gdy z notatką od pani odnośnie projektu grupy kotków (czyli maluchów) wrócił Monster. Projekty zatem mnie nie opuszczają.

Ale do rzeczy: mam apel - po przejrzeniu zasobów domowych okazało się, że jedynym źródłem informacji o słoniach w naszym domu są wydawnictwa książkowe - encyklopedyczne. A jakoś głupio pozbawiać encyklopedię stron, nawet jeśli w tak zbożnym celu, jak PROJEKT. Mogłabym wydrukować coś z netu, ale po wstępnych próbach Monsterówna wydała werdykt, że nie o to chodzi.

Jeśli zatem ktoś posiada na zbyciu coś o słoniach, to ja proszę o pilny kontakt

Z góry dziękuję ja - pilna monstermama
poniedziałek, 09 października 2006
czwartek, 05 października 2006
wtorek, 03 października 2006
poniedziałek, 02 października 2006
Archiwum
do Monsterowa tędy