sobota, 30 października 2004
Straszak na sąsiadów




Zainspirowani dziełem cioci z Hameryki, postanowiliśmy własnego dyniowego potwora oporządzić też.

Tylko nasz biedny potwór stracił w trakcie użytkowania zęba....choć tego można się było spodziewać po życiu wśród Monsterów....




piątek, 29 października 2004
Walka ożywionego z nieożywionym

 

Wracamy z przedszkola. Znany fan motoryzacji, Monster Młodszy, długie minuty spędza na obserwacji naszej ulicy, a właściwie głównie pojazdów po niej jeżdżących. Głośno komentuje: o, autobus, o kopala, o volvo (ciekawe czemu wszystkie większe auta to dla Boba volvo, hmm ?)

Monsterowi Pierworodnemu ruch uliczny obojętny. Za to z zainteresowaniem ogląda ludzi w swoim wieku, zwłaszcza dziewczynki: „ O, mamuś, zobacz, ta dziewczynka ma taką zieloną kurteczkę, jak Julka. Mamuś, kupisz mi taką kurteczkę? I jeszcze Króla Lwa.”

 

W każdym razie droga z przedszkola trwa nieraz i półtorej godziny.

Idziemy zatem koło przystanku autobusowego – to nasz główny punkt programu. Nadjeżdżają kolejne autobusy, robią „puufff”, ludzie wchodzą i wychodzą, Robi macha wariacko do każdego odjeżdżającego pojazdu, Gaja pozdrawia podobających jej się ludzi.

Robi (skacząc, tańcząc, krzycząc). „Papa, autobusu, papa”

Gaja (zdegustowana) „Czemu on tak macha, przecież autobus jest niemówiący!”

 

 

Dotarłszy do domu, Monster Starszy ustawia lalki – ubiera, karmi, rozbiera, buduje im dom, buduje zagrody dla zwierzątek

Młodszy ustawia pojazdy w długie traffic jamy, buduje im garaże, ludzików i zwierzątek  używa też, ale jako kierowców bądź pasażerów.

 

Robertowi przewrócił się samochodzik.

Robi: „stań, auto, stań!”

Troszkę tekstów dnia na weekend

Wszystkowiedząca Wiedźma Ple-Ple

 

Robi wspina się na barierkę przy schodach. Monstermama kwietnie już parę dobrych  minut na górze i  przytrzymując drzwi wejściowe kolanem, czeka na Pana Wymyślającego-Wiele-Alternatywnych-Sposobów-Na-Pokonanie-Schodów.

Monstermama rozdziawia paszczę, by zdyscyplinować latorośl do szybszego marszu w górę: Robeeert!

Monster Młodszy pod nosem z przekąsem: Taaak, taaak, tsymaj się..

 

Obserwacje

 

Robert patrzy na zdjęcie kobiety z zamkniętymi oczami.

Rob: Oka nie ma.

 

 

Co tam słychać w przedszkolu

 

Wiesz, mamusiu, dzisiaj do naszej sali przyszła Marta ze średniaków i zaśpiewała "Sto lat"

Monstermama: A kto miał urodziny?

Gaja (ignorując jakże adekwatne do sytuacji pytanie): A pani na to powiedziała: "Co ty, Marta, zwariowałaś?"

 

Hipotetycznie

 

Ciocia-sąsiadka: Gaja, chciałabyś mieć jakieś zwierzątko?

Gaja: Nieeeee, wolę malutką siostrzyczkę.

Ciocia-sąsiadka: A jak by miała na imię Twoja siostrzyczka?

Gaja: Ewcia. Albo Julka. Albo Zuzia.

Ciocia-sąsiadka: A co byś robiła z taką małą siostrzyczką?

Gaja: Woziłabym w wózku, lulała, bo ona by cały czas płakała, bawiłabym się z nią...

Monstermama (wtrącając się na wszelki wypadek) : A gdybyś miała malutkiego braciszka?

Gaja: Eee, nieeee, takiego (tu wskazując ze wstrętem na Młodszego Brata nr 1) bym nie chciała.

środa, 27 października 2004
Pasowanie


Ech, wzruszyłam się.
Mój mały Monster Pierworodny od dzisiaj pełnoprawnym przedszkolakiem się stał.
Przewidywałam tragedię, szykowałam się na pocieszanie i wypychanie Monsterówny na scenę. Ale mnie miło zaskoczyła!

Gdy dzielne maluszki wkroczyły na scenę, jeszcze trzymała w buzi paluszki ...



Ale za chwilkę, gdy scenariusz występu zakładał pokazywanie rączkami słoneczka, zajączka i inszych grzybków, paluszki już miały co robić (Gaja w czapce JEŻA).



Najpierw uśmiech był nieśmiały, ucieszony, że widzi rodzicielkę.




Potem, gdy emocje opadły, a Pani Dyrektor mianowała szablą (na zdjęciu wyszedł tylko pokaźny tył Pani Dyrektor, więc muszę zdobyć zdjęcie samego pasowania od Zaprzyjaźnionych Rodziców).

Tu nowe przedszkolaki odznaczane są medalem przedszkola.

Gaja dzieli się wrażeniami z kolegą.

Już prawie koniec.



Czy muszę dodawać, że Pasowanie Na Przedszkolaka tak mnie rozczuliło, że gdy Monster Pierworodny poprosił po wyjściu z przedszkola o jajko niespodziankę, to Monstermama kwiknęła na zgodę i pogalopowała do spożywczaka? Jednak zaraz przywołała się do porządku i dodała ostrzegawczym tonem: "ale pamiętaj, że to tylko dzisiaj i tylko z powodu pasowania, ok.?"
Tak, mamusiu - zgodziła się grzecznie Monsterówna, tak jak ślubowała na przedszkolnym przedstawieniu

wtorek, 26 października 2004
Czyżby Słowik jakowyś?
Monster Młodszy wkroczył do piekarni, rozglądnął się wokoło, a że ludzi było wystarczająco dużo, by mogli stworzyć widownię, nabrał powietrze w płuca i... wydał z siebie potężny śpiew:

"Panie Janie, panie Janie, lano stań, lano stań," - tu dzięki efektownej pauzie, rozległy się przedwczesne oklaski... A wtedy Robson dokończył, zgromiwszy wcześniej wzrokiem nienawykłych słuchaczy: "Biją, bim bam bom".

Honorarium nie było. Bułkę musiałam nabyć drogą kupna.

poniedziałek, 25 października 2004
Do wniosków dochodzenie

Zainspirowana kolejną kłótnią Monsterrodzeństwa, typu: „oddaj, to moje”, Monstermama zrobiła szybki przegląd Bardzo Mądrych Książek i zafrasowała się srodze. Niewiele w nich było rad odnośnie rozwiązywania międzymonsterowych konfliktów. Monstermama z radością rzuciła się zatem w wir e-zakupów , a parę dni później mogła się już cieszyć kolejnymi tomami na półce Monsterwychowanie.

Na pierwszy ogień poszło: "Mamo, a on na mnie oddycha".

Z względu na tytuł, jak sądzę.

Głównym mottem tej książki jest powstrzymanie się od reakcji. Ba, wręcz powstrzymanie się nawet od SŁUCHANIA kłótni rodzeństwa, gdyż to zapobiega przeciąganiu rodzica na którąś stronę.

Podbudowana teorią, postanowiłam wdrożyć ją w praktyce. A była po temu okazja, bo właśnie z łazienki dochodziły głuche odgłosy rzucania plastikowych kubeczków o żywą tkankę Monsterową. Powstrzymałam zatem naturalny odruch wkroczenia na teren kłótni i zaczaiłam się przy uchylonych drzwiach, by interweniować, zgodnie z radami w książce, w momencie rozlewu krwi.

Obserwacje okazały się nader pouczające, bo po początkowej walce o kubeczki kaczki, w końcu sprawiedliwie podzielili się łupami i zgodnie wylewali wodę z wanny. Gdy woda dotarła do drzwi, w których szparze, jak przypominam, stałam, akcja kąpiel została zakończona przy wrzasku oburzenia obu, świetnie bawiących się, Monsterów.

piątek, 22 października 2004
Speed addicted

 

Jedziemy z Bobem, a wręcz pędzimy, po Gaję do przedszkola, bo późno się zrobiło.

Rob w pozycji rajdowca w wózku, a ja zadyszana, zapocona pcham wózek biegnąc.

Rob popędza: „sibko, sibko”

No to Monstermama jako przykładna matka, chcąc zrobić dziecku przyjemność, przyśpiesza.

Rob kwituje: „Tramwaj sibko jedzie. Mama nieeee.”

 

Gaja tarmosi Monstertatę za ramię.

„Tata wstawaj szybko, już za pięć w pół! Musimy iść do przedszkola, bo tam na mnie już dziewczyny czekają”

czwartek, 21 października 2004
Wyprawa
"Ja nie chcę spodni, ani kaloszy" Monsterzyca nawet nie podniosła głowy znad rysunku.
To nie pójdziesz w ogóle na dwór, bo pada - Monstermama zaczęła liczyć do 1000....
"Ja cę, ja cę - kalosze, telaz, Tobelt kalosze" - Monster Młodszy za to uwielbia ten rodzaj obuwia "Talpety NIE"- za to nie lubi skarpet.
"Mami, a peleryna?"
Gaja, jest już za zimno na samą pelerynę, trzeba ubrać kurtkę. Monstermama doszła już do 500.
"Eeee. A parasol?" Monster Pierworodny drążył temat.
"Tak, tak... palasol" - Monster Młodszy podchwycił wątek.
Ok., parasole też weźmiemy(nie trzeba dodawać, że przez większość spaceru parasole targała Monstermama).
Po pół godzinie ubierania się i zbierania gadżetów, Monstery w końcu stanęły przed ścianą deszczu.

"Kap, kap, kap. Pada" Monster Młodszy wystawił rękę.
"Mami.... a kiedy wrócimy do domu?" Monster Pierworodny nie jest fanem takiej pogody.



To chodźmy chociaż na kałuże pod lasem - Monstermama postanowiła wzniecić iskierkę entuzjazmu w drużynie.



Powlekliśmy się w stronę lasu, przy czym rozwinęliśmy tyralierę, więc kiedy Monster Młodszy zawołał:
"Balon, balon" Monstermama dobiegła do niego w ostatnim momencie zapobiegając włożeniu znaleziska do buzi i nie namyślając się wiele.... rzuciła gumą w dalsze krzaki.
"Śmieci,mama" Monster Młodszy popatrzył spode łba z wyrzutem.
Masz rację, tylko tutaj nie ma kosza... - zaczęła plątać się w zeznaniach Monstermama, bo Monster Młodszy odrzekł: "Kosz domu"
Porzucając temat, jako niewygodny doszliśmy w końcu do torów.

"Toly. Tutut tam jedzie" - wyjaśnił wszystkim Monster Młodszy "Nu, nu" - dodał, kiwając palcem, pokazując ogółowi, że wiedzę  teoretyczną ma w małym palcu. Po czym pobiegł wprost na tory.
Zdążyłam go na szczęście złapać przed wtargnięciem.

"Mama, gzybek tam", "Mamuś, Robert znalazł grzyba, to chyba trujący" - Monstery zawołały jeden przez drugiego. Biedna Gaja nie zdaje sobie sprawy, że trasę do lasu Robert pokonuje z babcią prawie codziennie i położenie grzybów, szczególnie muchomorów ma już opanowane. Nic to - zaimponował brat siostrze.
"Dugi tam i tseci tam jesce jest" - jak się chwalić, to na całego.

Przy akompaniamencie przejeżdżających pociągów towarowych, dzieci zrobiły pociąg i z głośnym <tutut> i tak szczęśliwie dotarliśmy do domu zupełnie przemoczeni, zresztą. Są chwile, że rodzeństwo potrafi się ze sobą dogadać.



środa, 20 października 2004
Takie tam
"Liwke, tata, liwke" - Monster Młodszy szarpał nietomnego Monstertatę
Co ty chcesz? Dociekał cierpliwie Monstertata przewracając się na drugi bok, bo właśnie dniało.
"Tam, tam, tata, liwkę"
Aha - śliwkę... Proszę - Monstertata okazał zadowolenie ze swej wybujałej domyślności - Ale co się mówi? - zachował czujność nawet tak wcześnie rano
"Jesce dla Dai" - odezwał się wspaniałomyślnie Młodszy Brat


Gaja tego samego ranka, jeszcze przed wymarszem do przedszkola, założyła sklep.
"Dzień dobry, panu" - zagaiła do Monstera Młodszego "Co pan chce kupić?"
"Dzień dobly. Nie kupić, pani. Chce liwkę."
"Nie, to jest sklep, ty musisz KUPOWAĆ" - uczenie zasad społecznych jest pracochłonnym i długotrwałym procesem..
"NIE. Tobelt CHCE liwkę."

Monstertata wyciska dla Monstera Młodszego misie z ciastoliny. Misie wychodzą bardzo dokładne, gdy do wyciskarki dopchnie się odpowiednią ilość ciastoliny. W końcu ciastoliny brakuje, a Monstertata prezentuje ostatniego, niedorobionego misia.
Rob: "Oooo, oczki nie ma... misiu pi [śpi]"

Zdjęcie trochę nie na temat, ale dopiero teraz udało mi się złapać Boba na nocniku:


A i Panna Pierworodna bywa szczęśliwa:


poniedziałek, 18 października 2004
Poniedziałek

"Maminku…" - cieniutki głosik Monstera Pierworodnego docierał do Monstermamy poprzez głębokie warstwy snu.

"O, hej, Gaju – już się ubrałaś? Dzwonił już budzik? "– stopniowo budziły się szare komórki Monstermamy niezbyt odświeżone po jak zwykle zbyt krótkim śnie.

"Nie…Nie dzwonił." – Gaja wydawała się jakoś zrezygnowana

"Co się stało? "– Monstermamę troszkę otrzeźwiło

"Ja nie chcę iść do psedskola.”- chlipnęło Monsterzątko

"Ale wiesz, że musisz, tak jak ja muszę iść do pracy? "

"Wiem"– Monsterzyca Pierworodna wydawała się jeszcze bardziej zrezygnowana.

"Mama, do pacy?" – Monster Młodszy ma lepszy słuch, niżby się wydawało.

"Tak, do pracy, Robsonie."– Monstermama powoli uświadamiała sobie, że nadszedł poniedziałek.

"Chodźcie, zjemy płatki." Monstery zasiadły nad miskami i zaczęły wiosłować, a Monstermama uśmiechnęła się do siebie w duchu: Oj, muszę iść, do pracy, oj muszę – bo inaczej, jakbym od Was odpoczęła.

Ale miłosiernie nie wyraziła swoich myśli na głos.

piątek, 15 października 2004
Nocnik

 

"Mama siusiu tam" Monster Młodszy poklepał czule kibelek.

"Tobelcik siusiu nocnik" - przytargał urządzenie podcinając nogi Monstermamie pieczołowicie tuszującej pierwsze oznaki starzenia.

Naprawdę chcesz zrobić siusiu do nocnika? - niedowierzająco i powątpiewająco wystękała Monstermama, nie zauważywszy, wpatrzona w odbicie swe, o próżna, że Monster Młodszy rozpoczął walkę z odzieżą i nie dając rady ze spodniami rozerwał by je pewnikiem raczej niż zdjął. Na szczęście Monstermama kątem niedorobionego oka zobaczyła akcję i wkroczyła:

Pomogę Ci, ok.?
"Dobla"
sapnął Monster Młodszy i rozsiadł się wygodnie.

Niestety. Okazało się, że nocniki też mają płeć.

Nocnik Monsterzycy Pierworodnej nie ma wystarczająco wystającego przodu, by zatrzymać strumień siuśków zdalnie sterowanych....

Trzeba było zatem udać się na zakupy.

W dzieciowym sklepie z daleka wypatrzyłam nocniki męskie w jedynie słusznych kolorach, czyli wpasowujących się do glazury w łazience. Jeden to był mega kombajn nocnikowy z pokrywką, drugie to było auto, aczkolwiek nie wiem, czy w tym przypadku siuśki nie wędrowałyby raczej na przednią maskę, gdyż przód nie był przesadnie zabudowany.  Wyjątkowo samochód nie zrobił na Monsterze wrażenia. Monster z biegu złapał granatową fokę i od tej chwili stali się nierozłączni.

"Tulimy" wyszeptał wielbiciel Teletubbisiów, zapakował się jak nigdy do wózka i z foczką w objęciach udaliśmy się do domu.

Robert śpi z foczką u wezgłowia, ale siuśków jeszcze do niej nie oddał. Być może mu szkoda, w końcu foka ma "oka, uszi i nogi"

W każdym razie nie łudzę się, iż pieluchy znikną wkrótce z naszej listy zakupów, ale być może poczyniliśmy pierwszy krok.

wtorek, 12 października 2004
Szczęście
Czytałam ostatnio wywiad z Leszkiem Kołakowskim. Miało być o szczęściu i o tym jak żyć. Mimo, że filozof wykręcał się od prostej odpowiedzi, to w końcu, między słowami, wydusił, że naprawdę szczęśliwe wydaje się dziecko do 5 roku życia w „ naprawdę kochającej go rodzinie”.
Pozwolę sobie nie zgodzić się z męrdcem. Nie wiem, czy Kołakowski jest ojcem/dziadkiem/pradziadkiem. Czy ma bieżący dostęp do dziecka poniżej 5 roku życia. Nie wiem na jakiej podstawie wysnuł takie przypuszczenia. Mam nadzieję, że nie na podstawie własnej pamięci, bo jak wiadomo z psychologii nie pamiętamy swoich przeżyć z pierwszych lat życia, a późniejsze głównie idealizujemy. Stąd typowe głosy starszych, że „za naszych czasów kraj/młodzież/rzeczywistość była inna” czytaj: lepsza.
Mając moje skromne doświadczenia z Monsterami śmiem twierdzić,  że pierwsze lata życia człowieka są nieustannym ciągiem frustracji przerywanym przez chwile szczęścia, czy może raczej zaspokojenia i błogości.
Weźmy na ten przykład niemowlę. Albo jeszcze lepiej: noworodka. Z wielkim trudem, przyduszony, zmęczony, oszołomiony przeżywa drogę przez kanał rodny. A tam co? Ostre światło, które go oślepia, hałas, ból (bo plastikowa rurka gmera w nosie i buzi), bo na sali na pewno nie ma 36,6 stopni, gumowe, obślizgłe łapy, szorstkie ubranko, uwierająca pielucha na ciałku, które dotąd w wodzie, nigdy jeszcze niczego nie nosiło… Dobrze jeszcze, jak dostanie się w pobliżu bicia serca, które już zna (wprawdzie z odwrotnej strony, ale chociaż ten rytm), gdy dostanie cycusia…. Ale to jest właśnie tylko chwila błogości, bo potem nieprzyjemnie robi się gdzieś w dole i łaaaaaaa…. Dlaczego jest mokro i zimno?! Ratunku! Biedne, nieużywane płucka i gardło, biedny nieużywany tyłeczek, zaraz odparzony….. To ma być szczęście??
Gdybyśmy pamiętali tamte traumatyczne przeżycia, nigdy byśmy nie mogli normalnie funkcjonować w dorosłym życiu. A to dopiero początek: gdzie nauka obracania się, pełzania, siadania, raczkowania, podciągania się, ciągłe upadki przy chodzeniu? Gdzie frustracje związane z nowymi potrawami? (ja nie chcę tej sraczkowatej papki, ja chcę cycusia, do mamy, do mamy!). Co z ciężką nauką porozumiewania się z innymi istotami? Nauka dzielenia się ograniczonymi dobrami? I wreszcie socjalizacja, rywalizacja, samostanowienie (piszę to po porannej kłótni z Gają, która nie chce swojej zimowej kurteczki, która jeszcze tydzień temu bardzo jej się podobała, tylko dlatego, że Julka ma inną i ona też taką chce…).
Polemizując z mistrzem uważam, że jest wręcz odwrotnie. Całe dzieciństwo, młodość, a niektórzy całe życie uczą się, czym dla nich jest szczęście. I dopiero będąc dorosłymi jesteśmy w stanie być szczęśliwym (lub nie, niestety). Bolesna jest ta nauka. Jestem przekonana, że trzeba jednak ją przejść na własny rachunek. Że każdy tylko sam dla siebie jest w stanie to szczęście odkryć. Że jest to droga w głąb siebie. Że nigdy dziecko, które wszystko ma podawane na tacy i któremu dorośli sami mówili „co dla niego dobre” nie będzie tak do końca szczęśliwym człowiekiem.
Kibicuję Monsterom w ich nauce samych siebie. Nie jestem bez winy. Często chciałabym,  żeby byli zadowoleni, a nie sfrustrowani. Wolę, jak się uśmiechają, a nie jak wściekają i płaczą. Zapominam, jak bardzo ta nauka jest ważna. Uczę się tego wraz z nimi. Życzcie nam… szczęścia :)

No to tzn. momenty:

Z babcią Ewuńcią


Wesołe miasteczko przyjechało!




piątek, 08 października 2004
PRAWO DŻUNGLI

Na naszym podwórku nie ma w zasadzie dzieci agresywnych. Nawet Robert przestał już gryźć i szczypać bez powodu. Konflikty jednak zdarzają i będą się zdarzać, bo nigdy wszystkie dzieci nie będą mieć takich samych zabawek w tym samym czasie. No i dobrze - podwórkowe walki mają być przygrywką do życia w grupie przedszkolnej, a potem szkolnej. Tyle, że w grupie dzieci, gdzie siły są mniej więcej wyrównane, a nie w grupie dzieci i ich przejętych opiekunów. To taka refleksja Monstermamy.

Robert bawił się samotnie swoją ciężarówką, gdy podszedł do niego o pół roku starszy chłopiec i zaczął mu ją bez słowa wyrywać. Na to Robert bezwarunkowo wrzasnął: "Nie! To moje auto" i ciągnął auto w swoją stronę.

 

Monstermama patrzyła z dala na rozgrywającą się scenkę i czekała na reakcję matki Agresora, gdyż, jak mniema, słusznie uważała, że Robert ma prawo bawić się swoją własną, prywatną ciężarówką. Przepychanki trwały jeszcze chwilę, aż w końcu Robert doprowadzony do ostateczności włożył palec w oko tamtemu. Żeby było jasne: nie pochwalam takich metod, ale można się postawić w sytuacji Boba: Agresor zalazł mu za skórę. Zanim dobiegłam do Boba, była już tam (nareszcie!) matka agresora, odsuwając palec Boba od ocząt własnej latorośli i... proponując, żeby Robercik usiadł na ciężarówkę, a Adaś (bo tak Agresor miał na imię) go poprowadzi! Tak się, proszę państwa, prowadzi negocjacje w imieniu swojego dziecka! Oklaski, proszę!

Robert propozycję skwitował głośnym NIE! I poszedł na drabinki, a Monstermama stała jak w zamurowana starając się zebrać z chodnika resztki szczęki, która z głuchym huknięciem opadła tamże chwilę wcześniej.

A teraz szybki quiz, albo insza ankieta (wszelkie rozwinięcia tematu w komentarzach - mile widziane)

Monstermama w sytuacji powyżej przedstawionej powinna:

 

a)      przy pierwszej próbie wyrywania przez Agresora samochodzika Robertowi lecieć na ratunek  i zabrać Roberta wraz z autem daleko od Agresora, a najlepiej do domu [ z góry zaznaczam, że Monstermama tak by nie zrobiła, bo Monster Pierworodny bawił się w tym czasie w najlepsze ze swoim kolegą Wiktorem w dom i serce by jej krwawiło, gdybym miała tę zabawę przedwcześnie przerwać, zwłaszcza, że doczekali się właśnie dzidziusia...Ale teoretycznie mogłaby się tak zachować, gdyby była tylko z Monsterem Drugim W Kolejce]

 

b)      w ogóle nie brać samochodzika na plac zabaw [tylko czym by się te wszystkie dzieci bawiły, jakby żadne nie przychodziło ze swoją zabawką? Patrzyłyby na siebie li jedynie?]

c)       od razu, jak jakieś inne dziecko zainteresuje się samochodzikiem Boba, palnąć Monsterowi gadkę umoralniającą, typu: Błeeee.... [Z góry zaznaczam, że Monstermama nigdy nie wyrywa własnym dzieciom ich własnych zabawek, gdy się nimi właśnie bawią, tylko dlatego, że jakieś inne dziecko chce też się pobawić. Oczywiście, gdy zabawki leżą odłogiem - nie ma sprawy, inni mogą się bawić. Albo, kiedy Monstery się bawią pożyczoną zabawką i właściciel chce swoją własność odzyskać- wtedy tak, wyrywam im z rąk,  proponuję alternatywę, pocieszam łkających, itd.]

d)      Zachować się tak, jak się zachowała, tylko na koniec podejść jeszcze do matki Agresora i przekazać jasny komunikat, że nie życzy sobie szarpania własnego dziecka;

Mała podpowiedź: Monstermama właśnie ćwiczy przed lustrem minę i gestykulację do tekstu (intelygentnego, of course), który zamierza wygłosić matce Agresora, gdyby tfu, tfu sytuacja takowa miała się jeszcze w przyszłości powtórzyć.

A oto postrach osiedla we własnej osobie:

Rzeczona ciężarowka w tle (Monster nieostry wyszedł, ale ostrość na auto poszła)

 

 

 

wtorek, 05 października 2004
Dzikusy
Monstery stały się dzikusami. Na basenie na jakiekolwiek zbliżenie się pana Waldka, czyli trenera. reagują histerią i wczepianiem się we mnie (Monstertatę ignorują, gdy jest z nami). A jeszcze w czerwcu Gaja wszelkie skoki, nurki i ćwiczenia z panem Waldkiem bez problemu wykonywała. I przecież zna go już ponad rok.  Robert być może zapatrzył się w tym względzie na swoją siostrę. A może to jest kwestia mojej obecności. Gdy raz Konrad pojechał z Monsterami sam, to i Robert i Gaja łaskawie pozwolili panu Waldkowi z nimi poćwiczyć. Jedyna pociecha, że gdy pan Waldek delikatnie zaczepia Gaję (rozpoznaje teren),to ta daje takiego dyla strzałką, że tylko podziwiać! Pół basenu w poprzek pod wodą jest w stanie przepłynąć, byle od trenera uciec. A ten ma niezłą zagwozdkę, jaki sposób na Monstery znaleźć. Bo Monstery zazwyczaj bardzo dobrze się w wodzie bawią. Jeśli mają akurat dobry humor, oczywiście.

To samo w Kościele. Nikt by nie uwierzył, że Gaja zna prawie wszystkie śpiewane tam piosenki! W domu wyśpiewuje, a na Mszy zwykle siedzi koło mnie jak trusia, przeważnie obrażona i tylko udaje się do kolejki po cukierki na koniec Mszy. I to tylko dlatego, że powiedziałam jej, że bez uczestnictwa w pociągu nie dostanie żadnego cukierka. A i tak muszę iść koło niej w tym pociągu, bo inaczej ryczy..
Czasami myślę, że ta maska takiej niby nieśmiałości jakoś do niej na stałe się przykleiła i uwiera, a mimo, że nawet ona sama już by chciała z niej zrezygnować, to nie wypada. Denerwujące jest to cholernie, takie trzymanie się maminej spódnicy. Już rok się tak zachowuje i choć w przedszkolu widzę, że czuje się jak u siebie i  bawi się wspaniale z dziećmi, to ten basen i Kościół to jakieś ostatnie bastiony humorów i histerii. .
Szczerze nadziejuję, że ten rok będzie przełomowy. Że zacznie w siebie wierzyć, że nie będzie oglądała się na Roberta. Że i Robert jej to ułatwi nie czepiając się cały czas mojej nogi/ręki/dekoltu.
Niestety pesymistycznie podejrzewam, że Gaja nie wyrośnie już z tych swoich histerii. Że taki charakter ma i koniec. Oby więc dla jej spokoju i mojego dobra tylko ataki na sile zelżały. Amen.




niedziela, 03 października 2004
Doły
Po nawet niecałym dniu byciu samotną matką z dwojgiem Monsterów (Monstertata wybył po nasz nowy wehikuł) z niecierpliwością czekam na poniedziałek. Ponieważ muszę być koniecznie w pracy (na szczęście),to babcia Krysia się zlituje i przyjdzie do Roba.
Bycie samotną matką jest szalenie wyczerpujące i stresujące. Naprawdę jestem pełna podziwu do kobiet, które cały czas muszą żyć pod napięciem, bo muszę być "wsiegda gatow", jak to się mówiło na obozie Salut pod Biełgorodem w czasach wczesnoszkolnych.
Ja przez ten dzień przeobraziłam się z jednej strony w obozowego kapo, który krzykiem wymusza posłuszeństwo w szeregach (bo byśmy pewnie na dwór nawet nie wyszli, nie mówiąc już o dojechaniu na czas do Kościoła), a z drugiej strony w babę na posyłki. Jakby się wściekli: gdy tylko jedno z drugim oczy otworzyło to od razu: jeść, pić, kupa, jeść, pić, kupa, o poplamiłam się, "moke"(mokre), czytać, podać, podnieść, przenieść, zapiąć, rozpiąć, złączyć, rozłączyć, dlaczego on, dlaczego ona.... I co z tego, że było: "proszę, dziękuję i przepraszam".... Fajnie i dobrze, że było, ale faktu nie zmieniło: rozmienili mnie dzisiaj na drobne.
Czy to brak odgromnika w postaci ojca wpłynął na to, że większość dnia jęczeli i wyglądaliśmy tak:


W każdym razie robię pozytywną afirmację i wklejam zdjątka z wczoraj, gdy miałam jakby więcej siły do Monsterów i luzu i być może dzięki temu nie zachowywałam się jak czarownica i potwór razem wzięci, tylko całkiem zwyczajnie....(jak czarownica na urlopie)?


Zatem, moje drogie Monstery, przepraszam za dzisiaj i trzymajcie kciuki za następne dni.
Monstermama
sobota, 02 października 2004
Przegląd tygodnia


W samochodzie Robi i Gaja siedzą w fotelikach. Wracamy z basenu.
Gaja trzyma torbę chrupek.
Robi krzyczy: "Daja, Daja, posię am"
Gaja dawkuję mu jedną chrupkę, którą Robi natychmiast połyka.
Robi: "Kuje. Jesce chcem. Posię". Gaja mu podaje kolejną chrupkę...
Wersal, panie, wersal.


Robi parkuje samochody na kanapie, na której właśnie przeżywam pięciosekundową przyjemność przeczytania nagłówków gazet.
Robi: siasiam, siasiam, [przepraszam] mama idź!
(i wjeżdża mi samochodami na kolana, na gazetę,  pod kolana, na plecy...
Na delikatną sugestię, żeby zbudował gdzieś indziej, rzuca stanowcze: "Nie. Tutaj". I koniec dyskusji.


Wieczorem kładę się jak zwykle, by ululać dzieci. Robert przyzwyczaił się do tego, a i Gaja chce, żeby ją pogłaskać na dobranoc. Robi woła:"słoń, tąba", czyli mam śpiewać o "słoniu różowym". Ale Gaja nie chce.
Śpiewam zatem "W kasztanowym mieście".
Jednak nie da się moim dzieciom w spokoju zaśpiewać kołysanki na dobranoc. Monsterkomentatorzy się znaleźli.

Ja (śpiewam) W kasztanowym mieście, wszystko jest z kasztana, kasztanowe drzewa szumią tu od rana
Robi: lanaaa
Ja:Kasztanowe chmury płyną ponad miastem
Robi: chmuly, chmuly, buly buly
Ja: słońce jest zielone..
Gaja: Mamo, przecież słońce nie jest zielone, tylko żółte!
Ja: Gaju, przecież śpiewam o kasztanowym mieście, to jest wymyślone miasto, tam wszystko jest z kasztana!
Gaja: Ale słońce jest żółte!
Ja (kończąc zwrotkę): śmieszne i kolczaste.Kasztanowy konik, kasztanowy bat
Robi: battttt
Ja: na koniku kasztanowym pojedziemy w świat
Robi: fsiattt, autem!

Dobranoc wszystkim.

Archiwum
do Monsterowa tędy