czwartek, 27 września 2012
zamiecione, ale zmywarka pełna

 

- Mam nareszcie dziewczynę! - oznajmił przy obiedzie Monsterino, a my wszyscy, jak jeden mąż, zastygliśmy z widelcami w dłoniach.

Chwilę wcześniej konwersowaliśmy na temat dyskoteki na Dzień Chłopaka, że Monster programowo nie idzie, a Monsterówna może by i chciała, ale się oczywiście nie wyrobi z lekcjami, zatem też nie. Zresztą znowu jej wmawiają, że Jaś jest jej chłopakiem (ten, co BŁAGAŁ ją dwa lata temu, by była jego dziewczyną, a przecież ona nie ma czasu).

Monsterino zadowolony z efektu jaki wywołał, potwierdził rewelację kiwając obszernie głową, a potem dodał:

- W Lego Star Wars! Zdobyłem wreszcie dziewczynę w Lego Star Wars!

To się pośmialiśmy.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o śmiech, bo zbieraliśmy się z Monsterinem na basen, a Monsterówna popadła w swoją zwyczajową czarną rozpacz, jakby dokładnie taka środa nie zdarzała się co tydzień.

Niby już mamy to wszystko przepracowane i po miesiącu w miarę działa: są dni, gdy muszą się sprężyć bardziej i samodzielnie, są dni rozprężarkowe.

A idealnie byłoby, gdyby swój styl odrabiania lekcji uśrednili - Monster mógłby w końcu przyswoić komunikat, że jeśli pani ogłasza sprawdzian, to nie jest to informacja dla niej, tylko dla nich i warto co nieco przejrzeć przed tą datą. Monsterówna natomiast mogłaby nie wyrywać całej kartki, gdy zrobi błąd w jednym wyrazie oraz mogłaby nie wymazywać całego zdania, gdy jedna literka krzywo wyjdzie.

Wszystkim byłoby wtedy łatwiej. No ale o czym bym ja wtedy pisała...

Ha! Może o tym, jak to przychodzi Matka Polka po szychcie do domu z siatą pełnowartościowych produktów i szast-prast-bum szykuje obiadek, bo Córka Bohaterka po treningu zmęczona będzie, więc zdrowo pożywić się musi. Matka bije niewinne kotlety, świeżutko smaży, raz-raz marchewkę obiera, w słupki kroi, z masełkiem gotuje, bo wie, że taką Córka Po Treningu Zmęczona najbardziej lubi. Na brokułach ser żółty roztapia, bo tylko takie Córka Po Wielu Godzinach W Szkole zje. Córka dzwoni, że akuratnie tarabani się do domu, więc Matka rachu-ciachu kompozycję na talerzu formuje, dorzucając jeszcze makaronowe nitki z dnia poprzedniego, bo kaszy Córka Wiecznie Lekcje Odrabiająca nie akceptuje.

Córka Akrobatka wkracza rzucając ze złością bety popod ścianę.

Matka pokazując talerz podskakuje z radości niczym szczeniak. Że taka dzielna jest, że zdążyła na powrót Córki Zmęczonej. Się cieszy.

Córka ręce myje i zasiada do stołu. Kontempluje kolorowy bukiet. Matka po drugiej stronie stołu zaraz zniesie jajko ze zniecierpliwienia. Co powie, co powie na ten kotlecik, na te warzywka ulubione, makaronik spaghetti nr 7?

???

- A sos do makaronu jest?

 

 

 

niedziela, 23 września 2012
z prądem

 

 

Nie nastawialiśmy się na świetną pogodę, więc się pozytywnie rozczarowaliśmy. Były nawet momenty, kiedy można było pyszczek w stronę grzejącego słońca zwrócić.

Ale i tak powinnam była mieć nieprzemakalne spodnie, bo nachlapałam sobie na nie solidnie przez te trzy godziny z prądem Warty.

Monsterina sprzedaliśmy znajomemu, który pomknął tak szybko, że nie zdążyłam Najmłodszemu strzelić żadnej pamiątkowej fotki (a przejęty był). A my z Monsterówną niestety, choć namachałyśmy się zdrowo, przybyłyśmy na samym końcu ekipy.

- Mamo, zrób zdjęcie tego przekroju warstw ziemi! - Monsterówna przestała wiosłować, a to groziło, że jeszcze zwolnimy, więc czym prędzej cyknęłam i popędziłyśmy (w naszych ramion mniemaniu) dalej.

Choć odwiedzając Monstery wakacyjnie w leśnej głuszy przejeżdżamy przez te terenu dwa razy w tygodniu, nigdy nie zboczyliśmy z trasy. A tam tak pięknie!

A teraz już typowo w pełni jesiennie

Życzę sobie i Wam wszystkim długiej, pięknej, złotej, ciepłej jesieni. (Choć Monstertata zrobił przegląd kaloryferów tak na wszelki wypadek, a Monstery marzą już o zjeżdżaniu z górki na sankach. Strasznie śpieszą się do zimy!)

środa, 19 września 2012
gdzie leży granica

 

 

Monsterino pojechał po lekcjach do kolegi. Dzwonię, by zapytać jak się dogadują i kiedy go odebrać.

- Zrobił zadanie domowe - przyznaje mama kolegi - ale - zawiesza głos - raczej niestarannie. Mój też tak robi, gdy nad nim nie stoję - dodaje.

Proszę, proszę - woda na młyn tych, którzy są zwolennikami naturalnych konsekwencji: według tej teorii powinnam niedbałe, niedokończone zadanie domowe zostawić bez komentarza, żeby pani przystawiła mu smutną buźkę. W ten sposób nauczy się, że złe wykonanie zadania skutkuje smutną buźką. Trochę tutaj cel nauki się rozmywa - czy naszym celem jest wykazanie, że za bohomazy ma złą ocenę czy naszym celem jest nauczenie w miarę czytelnego pisma?

Jestem za opcją drugą, więc w domu Monsterino musiał wymazać brzydactwa i poprawić starannie. A że po wizycie u kolegi był zmęczony, to wstał wcześniej rano.

 

Monster ogarnia się z lekcjami, nawet plusa z języka polskiego złapał za aktywność. Stara się.

Przeglądam zeszyty na bieżąco, bo mimo, że nadąża z pisaniem na lekcji i o dziwo, da się to, co pisze, przeczytać, to ortografy sadzi okropne. Poprawia do skutku.

Nie wyobrażam sobie zostawienia go z tym samego w oczekiwaniu, że pani w końcu sprawdzi zeszyt i ozdobi na czerwono. Czy wtedy miałby się dopiero wziąć za ortografię czy lepiej codziennie po trochę?

To samo z językami - staram się, by regularnie słuchali płyt, powtarzali słówka nawet codziennie, sprawdzam zadania (choć nie robię zadań za nich). Wiem, że wielu rodziców uważa, że to sprawa szkoły i dziecka, ale litości! Nawet przy kilkunastoosobowej klasie - czy lekcja szkolna wystarczy? Czy to nie świadczy o pewnej nonszalancji, że rodzice po trzech latach szkoły podstawowej zauważają dopiero, że dziecko nie potrafi np.: tabliczki mnożenia? Swoją drogą nie wiem, czy nauczycielka nie przekazała im tego wcześniej, czy nie dostawali prac swojego dziecka na zebraniach, tak jak my to mieliśmy?

Może za naszych czasów rodzice nie byli aż tak bardzo wdrożeni w życie szkoły jak obecnie. Albo może tylko w momentach zagrożenia. Ale uważam, że takie na bieżąco trzymanie ręki na pulsie jest lepsze dla obu stron. Nadrobienie większych zaległości w krótkim czasie jest i męczące i stresujące. No i mało efektywne.

Jedyna kwestia, jak słusznie zauważyły koleżanki pod poprzednim postem, to pytanie o poziom zaangażowania w życie szkolne dzieci oraz podział odpowiedzialności. To powinno naturalnie przyjść wraz z dojrzewaniem dziecka, jak przypuszczam, choć rozumiem, że niektórzy poza kupieniem książek i podstawowych przyrządów nie interesują się lekcjami dziecka. Być może ich dziecku to niepotrzebne, bo silne jest, wewnętrznie i zewnętrznie zorganizowane i da radę samo. Gratuluję, jeden kłopot z głowy, choć nauczyciele takich rodziców nie za bardzo lubią, szczególnie, gdy nie przybywają na zebrania ani żadne konsultacje - nazywają takie dzieci "niezaopiekowanymi". I nie uważam, że to przerzucanie odpowiedzialności przez szkołę na rodziców - nie, nauka dziecka to nasza wspólna sprawa. Bardzo podziwiam nauczycieli. Że dają radę, że im się w większości bardzo chce. Że po tylu latach pracy i tylu przeżytych rocznikach są jeszcze kreatywni.  Monstery mają szczęście do nauczycieli.

czwartek, 13 września 2012
natłok natręctw

 

W tym tygodniu Monsterówna odwołuje poprzednie słowa o łatwości piątej klasy. Już drugi dzień pod rząd odrabia lekcje do 22. Nie są to zaległości, tylko z dnia na dzień: cztery strony z przyrody, trzy zadania z angielskiego, szybkie wakacyjne wypracowanie z polskiego  oraz dwie strony z matmy na okrasę, bo to już relaks po polskim. Potem stoi pod prysznicem. I stoi. I stoi. W końcu wchodzę: mydli się już drugi raz, bo nie była pewna, czy wszystko dokładnie wymyła za pierwszym razem. A jak po zmienianiu wody chomikowi znowu mydli ręce - wybucham, że będzie miała ręce praczki i żaden łagodny płyn oszczędzający paznokcie ani Biały Jeleń nie pomoże.

Nie powinnam była wybuchnąć, bo biedna, stropiona, teraz łatwo nie zaśnie. I dwa razy obejście przemierzy z dobranocnym pozdrowieniem. W razie gdyby za pierwszym razem kogoś pominęła (nie pominęła - to, że chłopcy jej nie odpowiedzieli to dlatego, że już spali). Przepraszam ją za wybuch, przytulamy się. Raz nie wystarczy, trzeba dwa razy. Po modlitwie, oczywiście. A rano tak ciężko się zwlec.

W sobotę odsypiamy na mur beton - zapowiadam - żadnych warsztatów, rajdów.  Nie przed południem w każdym razie. Monsterówna chciała na rajd rowerowy, ale za dużo było chętnych.

Monster wkopuje Monsterina, który niby nic zadane nie ma. Okazuje się, że i owszem: dwie czy trzy strony po śladzie.

Zadaję standardowe, najgorsze i najmniej potrzebne pytanie, od wieków zadawane przez zrozpaczonych rodziców:

- DLACZEGO KŁAMIESZ???

Monsterino nie poczuwa się do winy, wygrzebuje zeszyt do kaligrafii oraz ołówek.

- Jak wyjdziesz poza linię, to wymażę i będziesz powtarzać - syczę, a przecież miałam być, obiecywałam sobie, ostoją spokoju w tym roku

Monster z kolei dostał uwagę za brak zeszytu z polskiego.

- DRUGI RAZ??? - wrzeszczę, tama puściła

Wracamy do podstawowego poziomu hałasu w domostwie, pytam, czy spakowany na dzień następny, nawet nie wywraca oczami, gdy przekazuję pozebraniową prośbę nauczycieli od przyrody i historii, by po każdej lekcji przeczytać odpowiedni rozdział podręcznika. Bierze książki i rusza ku kanapie jak na ścięcie.

Mimo wszystko jednak, okazuje się, że akurat Monster, który w zeszłym roku miał akrobatykę do 18.30, teraz gdy kończy o 16:30 zastanawia się, co z czasem zrobić, więc nawet jeśli dołożą mu zadań, to się wyrobi. Gorzej z Monsterówną, jeśli ma tak być co tydzień, to padnie z wyczerpania, a ja zwariuję, bo presję na mnie psychiczną wywiera, żebym w czasie codziennego jej pochylenia nad zeszytem była obecna przy niej ciałem. Telefonem i duchem nie wystarczy. Najlepsze w tym jest, że nie chodzi o konsulting czy doradztwo w odrabianiu lekcji, nie - z małymi wyjątkami radzi sobie sama. Ale być w pobliżu powinnam. I najlepiej do szkoły też bym po nią przychodziła. Monstertacie smutno, że nie wystarcza, gdy on to robi, ale taka jest prawda.

Szczerze mówiąc - mam mieszane uczucia, gdy twierdzi, że taki poziom mojego zaangażowania jest jej niezbędny do życia.  Taka jest już duża i była już bardziej samodzielna. Ale gdyby nawet - może - po wielu ekwilibrystykach i rezygnacji z moich wolnych chwil dałoby się przeorganizować dzień, by spełnić jej żądania, to nie wiem z kolei jak długo byłabym w stanie przy takim trybie życia utrzymać swój umysł we względnej równowadze.

Wymawiam więc się pracą (bo obsługi licznych braci na wszelki wypadek uznania rodzeństwa za rywali nie przedstawiam jako powód) i cieszę się, że mam wymówkę, by nie całymi popołudniowieczorami być dostępną. Zawsze będzie mogła zwalić swoje życiowe niepowodzenia na wiecznie nieobecną matkę.

 

poniedziałek, 10 września 2012
tylko bez nerwowych ruchów

 

Po pierwszym tygodniu szkoły mamy jako tako rozeznanie, w które dni trzeba się spiąć mocno, a w które jeszcze bardziej. Każdy Monster ma też chwilę z mamą na wyłączność, chociażby to był tylko czas dojazdu na angielski czy na basen. Jednak jest to te kilka chwil, gdzie jestem nastrojona na odbiór tylko jednego źródła, nieprzerwanie i blisko. Tak lubimy, tak musi być, bo widzę i mówią o tym wprost, jakie to dla nich ważne. Monstertata też ma swoje ekskluzywne momenty, tradycyjnie związane z oczekiwaniem w kolejnych punktach służby zdrowia. W zeszłym tygodniu na ten przykład, cztery upojne godziny w poczekalni u alergolożki spędził z Monsterem, by dziesięć testów wykazało, że niesłusznie winiliśmy naszą brzozę i dąb za wiosenne monsterowe ataki kaszlu. Gdyż testy wskazują na trawy, które pylą teraz, a Monster akurat obecnie w tym względzie nie niedomaga. Skarży się natomiast na przytępienie słuchu, więc laryngolog również Monstertatę czeka. Oraz okresowe badania u lekarza sportowego (Monsterina badanie "zdolności" obskoczyliśmy wespół w zespół, aczkolwiek nie da się ukryć, że to Monstertata czuje się w przychodni sportowej jak ryba w wodzie, ja tam tylko podpieram ścianę, przed którym gabinetem mi każe.)

Tymczasem nadeszły pierwsze poobozowe zawody Monsterówny i mogliśmy podziwiać, jakie zrobiła postępy. A jej wspólne z koleżanką zsynchronizowanie się wywalczyło złoto (Monsterówna to ta na bliższej trampolinie)

 



środa, 05 września 2012
kampania wrześniowa

 

Ach, my w tym roku mamy logistycznie tak dobrze, że aż wstyd się chwalić - cała trójka w jednej instytucji! ROZPUSTA absolutna! Dodatkowe zajęcia też znośnie się ułożyły, ale to tylko dzięki temu, że starsze mają tylko po jednych na zewnątrz szkoły. Znowu najwięcej ma Monsterino, jako, że chce i może (a Monsterówna stwierdziła, że MOŻE wróci na taekwondo - ma LUZY, wyobrażacie to sobie - piąta klasa to bułka z masłem!).

Monsterino zamierzał zrejterować z uroczystości początkoworocznej, bo właśnie układał świeżo otrzymany motocykl Kaia. Są pewne priorytety.

- Trzeba dostać plan lekcji, zobaczyć kolegów, salę - tłumaczę

- To idź sama! - bąknął znad instrukcji - kolegów znam, salę widziałem, weź plan - zarządził

W końcu poszedł, bo wykombinował, że warto pochwalić się motocyklem przed kolegami. Potem skrytykował uroczyste medale, które otrzymali jako bilety do wiedzy, bo stało na nich: 1 września.

- Dzisiaj jest trzeci września, jak mogli się tak pomylić?!

 *

Najbardziej początek czwartej klasy przeżywa Monster. Ba! Jest totalnie załamany. Cykora ma jak nigdy w życiu. Zostało ich czternaścioro w klasie, więc czuje się jak na widelcu, ponadto, mając w pamięci ślęczącą w zeszłym roku codziennie nad książkami Monsterównę, czuje że i dla niego w końcu nadszedł ten czas.

- Będzie dobrze - mówię, bo przecież tak będzie, jakkolwiek by nie było - pamiętasz grę Pollyanny?

- Czasami nie da się znaleźć zupełnie nic dobrego w czymś okropnym - smęci

Na pocieszenie czytaliśmy wieczorem, zamiast przytłaczającej Atramentowej Śmierci, Zuźkę D.Zołzik jako pierwszoklasistkę.

- Ona jest taka... - szuka słowa Monster, by nie użyć żadnego zakazanego - niezbyt mądra. Dużo myśli, ale tak...

- Nie mów tak o niej - broni Zuźki Monsterino - ona jest śmieszna!

- Bycie śmiesznym może nie być dobrą cechą - odzywa się z offu mentorsko Monsterówna  krzątając się wokół chomiczej klatki, niby niesłuchająca, a jednak obecna.

Monsterino jest jeszcze na etapie akceptacji wygłupów, ale Monsterówna wie, co mówi. Monstery starsze są w dżungli szkolnej na etapie, na którym uznanie za śmiesznego jest równoznaczne z ostracyzmem towarzyskim. To czas bacznej obserwacji, kształtowania oraz śmiertelnie poważnego traktowania swojego imidżu.

Co gorsze, niektórzy z tego etapu nigdy nie wyrastają.

*

Jesteśmy po pierwszym poranku maszerującym na 7:10 i muszę przyznać, że niestety są odcinki chodnika zbyt wąskie dla naszej czwórki. Monsterino gnał zatem przed nami, jako jedyny z dzieci świeżutki i radosny wyśpiewując "maszerują strzelcy przez zielony las".

- Dlaczego on to śpiewa i to tak głośno - denerwuje się Monster powłócząc nogami.

Monster miał już pierwsze zadania domowe, w dodatku zapomniał zeszytu od polskiego i musiał przepisywać, więc czuje się przytłoczony przez obowiązki. A to dopiero drugi dzień.

Za to Monsterino fruwa z zadowolenia. Jest świetnie - kumple fajni, obiad pyszny, gra w piłkę, świetlica, klasa, pani, nie chce wychodzić ze szkoły.

- Trzy lata później będzie wyglądać jak ja - wieszczy Monster

- He, he - rozpromienia się wreszcie Monsterówna

 

Archiwum
do Monsterowa tędy