wtorek, 27 września 2011
zastávka




Monstery wzięły udział w prastarym ludowym obyczaju w wersji śląskiej. Że akurat w Czechach, to nie ma większego znaczenia, aczkolwiek jest faktem. W każdym razie tańcowały, obserwowały, wyciągały wnioski i choć do oczepin nie doczekały, pewne spostrzeżenia zachowały na później.

- Ja będę mieć wesele z Michaliną - stwierdził Monsterino (nie wiem, czy ja już tu kiedyś pisałam, że Monsterino ma też w planach cztery córki, w tym co najmniej jedną o imieniu Anastazja?) - Jutro.

Starsze Monstery pękają ze śmiechu, więc potem muszą sobie masować różne części ciała od monsterinowych razów.

Monsterówna nie wie, czy w ogóle taka impreza jak jej własne wesele ją interesuje. Monster będzie mieć DJ'a na swojej i w ogóle to playlistę ma z grubsza ustaloną.
A to przecież najważniejsze.
Na angielskim spotkał się ze swoją byłą żoną przedszkolną i teraz nagle ćwiczenie czytanek stało się bezproblemowe. Oto siła miłości!
Tylko ciiii! Oficjalnie nic nie wiecie.

Monsterównie życie ciąży. Odpowiedzialność ją przygięła i jakoś nie może się otrząsnąć. Choć są elementy radośniejsze. W piątek udało nam się jeszcze przed wyjazdem wpaść na Wydział Biologii na Noc Naukowców i sobie poczarowała w laboratorium. Pani Naukowiec troszkę zbiła nas z pantałyku, bo powiedziała, że po biologii pracy nie ma, a Monsterówna przecież ma zamiar ratować środowisko i wydawało się, że to właśnie po tym kierunku.
Może jednak nic straconego, bo potem udało nam się wkręcić do oglądania życia w kałuży i gdybym ja, w swoim czasie, spotkała TAKICH naukowców, to ani chybi szukałabym w swoim zawodowym życiu niesporczaków w Mongolii, a nie brakujących groszy w sprawozdaniu finansowym.

- Dużo masz dzisiaj zadane? - pytam Monsterównę po przyjściu do domu (a ona już siedzi nad lekcjami)

- Hmm - duma Monsterówna, bo należy się nad każdym słowem zastanowić, żeby czasem nie zgrzeszyć - czy dużo, to pojęcie względne - w końcu wydusza

No tak - skoro ilustracji do jednego zdania, konkretnie do obrazka: brown dog, poświęca się pół godziny, to każde inne zadanie się przesuwa niebezpiecznie blisko północy...

A wracając do sobotniej uroczystości, Monstery pomagały młodej parze w zbieraniu deszczu grosików.

- Jak ci zabraknie kasy, to licz na mnie - informuje mnie Monsterino tonem zblazowanego multimilionera - Na weselu zarobiłem kasiory jak sto pięćdziesiąt!

Natalko i Tomku, mam nadzieję, że Wam jeszcze trochę, mimo tych ukradkiem schowanych po kieszeniach, zostało.

środa, 21 września 2011
a gdyby tak na opak


Znowu nawrzeszczałam na Monstera.

Miał pamiętać o jednej, jedynej rzeczy - przepisaniu do zeszytu (dynamiczna wymiana krzyków: nie dałaś mi zeszytu!!! Nie mogłeś wziąć? Nie wiesz, gdzie w tym domu są zeszyty? Nie mogłeś zapytać???)

czterech karteluszków, które stworzyły jego kajet do angielskiego i nie zrobił tego. Nie dałam rady się powstrzymać.

A potem zadzwonił telefon, przeszłam do holu, bo w kuchlonie (niniejszym pozdrawiam ciocię-autorkę słówka:) było głośno.  Jednakże głosy przyszły za mną.

- Five, one, five - wymienia po kolei cyfry swojego numeru Monsterówna i mam słuchać, czy dobrze

- Wiesz, że osiągają nawet do siedmiu metrów?! - emocjonuje się w tym samym momencie Monsterino.

Kompletnie nie wiem, o czym on mówi, bo właśnie przypadkiem, dzięki rozmowie z mamą koleżanki Monstera dowiaduję się, że:

- Nie wiesz, czy ten papier na jutro ma być szary czy może być biały?

- Papier na jutro? Jaki papier?

No to posiadłam bezcenną wiedzę, że jednak w dzienniczku COŚ było i to od zeszłego tygodnia, choć Monster twierdził inaczej, a już przecież PRAWIE zeszło mi ciśnienie po incydencie z angielskim.

- Chłopcy tak mają - pociesza mnie koleżanka. Czytałam też Sposób na Kaina, teorię represjonowania płci męskiej przez system edukacji mam opanowaną, ale mnie to nie przekonuje. Pewien poziom, standard obsługi, zachowany być musi,więc krzyczę, choć to nie działa.

- Wymyśl, co masz robić, żeby pamiętać! - burczę w końcu do Monstera, gdy ochłonęłam.

- Dobrze.

I co z tego, że się ze mną zgodzi. I co z tego, że dzień później przepisał. Pochwaliłam, bo się postarał. Nie trzeba było pewnie nerwowej atmosfery wprowadzać. Może. Bo w końcu to jego obowiązki, a nie moje i szkoła, jak ma go ukarać, to go ukarze, gdy ich nie dopełni. Powoli dojrzewam do tego rewolucyjnego podejścia, ale idzie to mozolnie i okupione jest ofiarami, jak widać.



poniedziałek, 19 września 2011
na zamówienie


To, że rok szkolny wyciąga energię niczym wampir krew uświadomiłam sobie, gdy dwa dni z rzędu Monsterino zasnął zanim zdążyłam mu poczytać. A jeszcze jesteśmy w klimatach wakacyjnych (Detektyw Pozytywka na wakacjach  i Żeby nóżki chciały iść - opowiastki wzmacniające do wycieczek po górach, która to książka zdecydowania pomogła nam przezwyciężyć kryzys któregoś z kolei kilometra szlaku) i przecież Monsterino nigdy nie zasypia bez czytania!

Ze starszymi też trudno się spotkać, ale staramy się wszyscy, bo kończymy Harrego Pottera i takie cedzenie po rozdziale jest bardzo denerwujące. No, ale dzięki temu mamy przyjemność rozłożoną na dłużej.

Wracając do Beręsewicza (jego są Żeby nóżki chciały iść, cała saga o Ciumkach, po której Monstery zrozumiały, że na rowerach można spędzać wakacje, a także hit dla Monstera - Na przykład Małgośka - o ...Robercie, który jedzie na obóz - zmusiłam go, by parę rozdziałów przed obozem przeczytał) - jak dla nas pisze! Oprócz Pana Mamutko. Ale o tym zapominamy i traktujemy jako wypadek przy pracy.

Przykro, ale lektura wieczorna dopiero wieczorem, po odrabianiu lekcji i po odtańczeniu codziennego rytualnego tańca-sprzątańca. A tymczasem Monsterówna płacze. 

To się wszystko zgadza z moją biblią o rozwoju, przywoływaną tu być może zbyt często, ale co ja mogę, skoro jak o Monsterach pisana. Z cudownego okresu równowagi dziesięciolatka przechodzi na ciemną stronę mocy. Żeby było śmieszniej - to samo dotyczy pięciolatka. Że z mamusinej przylepki na półtorej roku mogłabym go odesłać do szkoły z internatem, bo będzie ciężko. (Wiem, że zbyt późno sobie uświadomiłam, że było lekko. Z naciskiem na było).

Dobrze mieć dużo dzieci, bo na osłodę teraz Monster ma wejść w okres bezproblemowy. Byłaby to jakaś interesująca odmiana.

Wracając do clue programu - jakże łatwiej byłoby nam i im, gdyby tak Monsterówna oddała trochę ze swojego przejmowania się, nadmiernego zaangażowania oraz drobiazgowości Monsterowi, a on za to podzieliłby się swoim podejściem do globalnego ogarnięcia, łatwością do wychwytywania priorytetów i nonszalanckiego, choć nie pozbawionego rozsądku, podejścia do obowiązków.

Jako że zlepienie idealnego ucznia z dwóch nie wychodzi, mam tu dwoje na przeciwległych krańcach skali. Jedno łzy wylewa, gdy kreska nie tak wyjdzie i że z powodu pośpiechu powinna przepisać WSZYSTKO, co napisała w klasie, bo nie jest IDEALNE, mimo, że wygląda na druk, a nie pismo ręczne. A drugie ciężko obrażone, bo mi się jego niedbałość nie podoba.

Muszę jednak (niestety!) przyznać, że postawa Monstera jest zdrowsza. To, co wyprawia Monsterówna jakoś wykrzywione jest. Kładę to na karb TEGO wieku i trzymam kciuki, by i tym razem książka mnie nie zawiodła.

Gdyż pocieszanie Monsterówny, ba - łez jak grochy ocieranie!, która nie jest pewna, czy z niemieckiego miała nauczyć się dialogu z książki czy z zeszytu (oba różnią się TYLKO JEDNOSŁOWNYM wprowadzeniem) i tłumaczenie jej, że chyba widzi, że nie o to chodzi, że chyba widzi, że to jest to samo, a ona wyraźnie nie widzi, bo przecież w jednym jest halo!, a w drugim nie - ociera się o paranoję i szpital psychiatryczny na sygnale.

Tyle, że nie wiem, dla kogo - dla mnie czy dla niej.

czwartek, 15 września 2011
zatrzymać lato na cały rok


Z opóźnieniem, ale w końcu spełniło się moje życzenie wakacyjne i pojechaliśmy w góry. Na krótko. Za krótko.

Dzieci najchętniej nie wracałyby do miasta. Wybiegały do zwierząt w gospodarstwie, w którym mieszkaliśmy (chociaż Monsterino dyskutował z nazwą "gospodarstwo" z powodu braku typowo farmerskiego stada), eksplorowały otoczenie i były niepocieszone, gdy trzeba było się zbierać. Monster chciał zabrać ze sobą jednego z kotów, a poza tym sama widziałam, jak wskakiwał do psiej budy. Gdybym mu pozwoliła, to by tam spał.

Staramy się ułatwić Monsterom wejście w nowy rok szkolny - w pierwszy weekend było u nas sporo małych gości (niektórzy nocowali), drugi, też z całą bandą, w górach, teraz mamy się spotkać na grillu ze starą klasą Monsterówny. A jednak, a może dlatego, małe smuteczki się pojawiają - najgłośniej rozpacza rano Monsterino.

Zupełnie nie wiem, co się stało, panie zauważyły, że sam się wycofuje z zabaw, aż mierzyły mu gorączkę, bo zaczynał plastycznie opisywać choroby, które mu dolegają (gdy usłyszałam o bakteriach oraz toksynach, od razu mogłam zwalić winę na znany, ulubiony serial Było sobie życie)

W tym tygodniu załamany jest Monster. Pani ruszyła z kopyta z nowymi projektami, które choć ciekawe, generują liczne zadania domowe. Nie są to takie ilości, z jakimi radzi sobie Monsterówna, ale są CODZIENNIE! Monster rozkleił się na wspomnienie, jaki to on głupi był w pierwszej klasie, gdy nie mógł doczekać się PIERWSZEGO zadania domowego.

Mnie rozczuliła pływalnia, gdzie swoje pierwsze pływackie doświadczenia przeżywały niegdyś starsze Monstery. Nareszcie pojechałam z Monsterinem na pierwsze zajęcia na DUŻYM basenie i poczułam się... jak w domu. Nawet niektórych rodziców z tamtych czasów poznałam z kolejnymi pociechami!

Monsterino radził sobie doskonale. Wprawdzie pływanie z makaronem to dla niego żaden wyczyn, ale słuchał i wykonywał polecenia, nie oszukiwał na dystansie (pamiętam Monstera, podchodzącego wzdłuż brzegu basenu, byle bliżej do drabinki, zanim zdał sobie sprawę, że pływając będzie szybciej). Do domu przyjechał wielce zadowolony, że już nie musi się myć i padł. Trzeba będzie, jak przy starszych, ze szczoteczką do zębów jeździć. Do ubierania piżamy już na basenie chyba się nie posunę. Chyba.

Monsterówna natomiast, podbudowana kilkoma piątkami, które już zdążyła zarobić, utknęła dzisiaj w rytualnym zdobywaniu pieczątki w książeczce sportowca.

Nie wiem jak z medycyną sportową jest w innych miastach, ale w Poznaniu, ba! w Wielkopolsce jest jedna, JEDYNA przychodnia, w której można uzyskać słynną "zdolność" do uprawiania sportów wszelakich (ktokolwiek trenuje w jakimkolwiek klubie i bierze udział w zawodach, musi ją mieć). Zdolność dostaje się na pół roku, co do dnia. Nie wiem, jak w innych dyscyplinach, ale Monsterówna nie mogłaby dotknąć sprzętu bez tej pieczątki.

Jako, że w Monsterowie specjalistą ds. kontaktów ze służbą zdrowia jest Monstertata, ustawia się on przed ósmą w ogonku do rejestracji. Tłum się kłębi, trzeba być czujnym by nie wypaść z kolejki, a potem korowód po kolejnych gabinetach - laboratorium, ekg. Popołudniu drugi etap - specjaliści wszelkiej maści. Ja wiem, że to może przypominać trochę rajd - trzeba zebrać kilka pieczątek i z tym zestawem Guru Ostateczny przybija gwóźdź programu, ale zdecydowanie rajdem nie jest.

W listopadzie kończy się zdolność Monstera.

A w grudniu na pierwsze zawody taekwondo idzie Monsterino, więc nie jestem pewna, czy czasem i on nie musi mieć już książeczki.

Na wiosnę - runda wiosenna.

W klasie Monstera jedna z mam ma pięcioro dzieci uprawiających różne dyscypliny sportu i choć nie kumuluje ich, mówi, że z czasem taka rutyna staje się zwyczajna. Można przywyknąć, mówi. W kalendarzu się notuje.

No pewnie, człowiek do wszystkiego się przyzwyczai. Kwestia tylko, czy nie dałoby się, mimo wszystko, systemu zmienić.


czwartek, 08 września 2011
gorączkowo




- Dopóki nie ustalimy zasad - zaczyna Monsterino wtryniając swoje ubite, ale kompaktowe ciało pomiędzy mnie a Monsterównę
- Wiemy, wiemy - przerywa Monsterówna - do tego czasu możecie przynosić zabawki codziennie!
- Nie to chciałem powiedzieć, Gajucho-śmierdziucho! - wygraża pięścią Monsterino. Oto bezpośrednie przełożenie lektury kilkunastu tomików Zuźki D. Zołzik na styl wypowiedzi szybko łapiącego słówka pięciolatka.
- Dopóki nie ustalimy zasad, codziennie mamy w przedszkolu spaghetti - wyjaśnia Monsterino

Chichoczemy z Monsterówną, jednocześnie podpisuję zasady oceniania kolejnych przedmiotów w klasie czwartej (brr! ostre kryteria!  liczę na bardziej ulgową taryfę na moich studiach, chociaż przy jednym przedmiocie - plastyce odkryłam cudowną zasadę - oceniane są tylko prace wykonane NA LEKCJI. W przypadku Monsterówny, to akurat bym jej talentem nie pomogła, ale z własnej autopsji pamiętam prace przynoszone przez dzieci, które w klasie ledwie mazały, natomiast ich talent dziwnym trafem rozkwitał w domowych pieleszach...)

oraz liczę pola w wyścigach samochodowych (Monsterino jak zawsze wygrywa).

Zerkam ukradkiem, czy Monstery nie mają mi za złe wykonywania pewnych czynności symultanicznie. Może się nie spostrzegną.

Monsterino dorwał się do podręcznika z Przyrody, przekartkował naukę o ziemi i utknął oczywiście na człowieku.
- O, czerwone krwinki! - pokazuje na zdjęciu obraz zranienia
wprawdzie czerwone krwinki są na innym zdjęciu, ale Monsterówna i tak jest pod wrażeniem
- Ale! Dziecko zrobiło salto! - fachowo komentuje obraz dziecka  w brzuchu. Monsterówna wyszarpuje mu z rąk książkę. TE strony wywołują w niej zażenowanie, woli je omijać, kojarzą jej się chyba z nieuchronną dorosłością i pierwszymi nastoletnimi urodzinami w styczniu.
Pocieszam ją, że w krajach anglojęzycznych nastolatką byłaby dopiero po trzynastce.

Na razie została wybrana na Przewodniczącą klasy.
Pytam, jakie funkcje pełni przewodniczący.
- Odbiera nagrody w imieniu klasy - pada krótka odpowiedź

Gorzej, że w praktyce jest takim małym pomocnikiem pani i okazuje się, że ma też więcej pracy niż samo odbieranie nagród. No nic, Monsterówna jakoś nie buntuje się, choć odgrażała się, że żadnych funkcji publicznych sprawować nie będzie.

Szał układania planu ostatecznie się nie skończył, Monsterówna ma pełen etat w szkole - 40 godzin, z tego po 10 w dwa pierwsze dni tygodnia. I jednak 4 razy na 7:10. A ponieważ przez naszą ulicę biegnie objazd, bo Poznań rozkopał się, gdzie tylko mógł, to ranne wstawanie zdecydowanie pomaga w uniknięciu korków. Aczkolwiek powrotu już nic nie uratuje - chyba, że będę parkować samochód na granicy miasta i tam dojeżdżać rowerem.

Wracając do intensywnego planu lekcji - więcej nic dodatkowego Monsterównie nie wdusimy, bo sama zdecydowała, że potrzebuje chwili dla siebie. Ponadto na razie ogarnia się z dodatkowymi przedmiotami, z nowymi nauczycielami i wymaganiami. Głowa pełna.


Monstera za to mogłabym nie widywać przez cały tydzień, gdybym tylko chciała. Trzy razy w tygodniu może przychodzić do domu po 18:30, czyli bliżej 19, jeśli tylko pozwolę mu odrabiać lekcje w świetlicy, bo został wybrany, jako obiecujący akrobata, do dodatkowych treningów.
W pozostałe dni może przychodzić po treningu taekwondo, który nawet przed 21 się kończy. Niestety, okrutna matka nie chce mu pozwolić na takie ekscesy i zmusza nie tylko do ruszania mięśniami, ale także głową. Gani go za niestaranność w pisaniu, każe mu czytać, karze za zapominanie zadania, i w ogóle - kapo nie matka.

No i z tego rozgorączkowania początkoworocznego straciliśmy pierwszy monsterinowy basen. Bo Monsterino doszedł do 38 stopni dwa dni wcześniej i czekaliśmy, co się wykluje. Nic się nie wykluło, tylko przeszło na mnie, a teraz na Monstera. Ponieważ Monstertata otwierał sztafetę w weekend, liczę mocno, że Monsterówna mimo wszystko się wywinie. Jako przewodnicząca, w końcu, ma chyba jakieś wstawiennictwo, tam, w górze....



czwartek, 01 września 2011
pre-traumatic stress disorder



Plan lekcji Monsterówny nie pozostawia złudzeń co do wysypiania się w tym roku szkolnym - trzy razy ma na 7:10! (Och, teraz potrzeba mi pracować w fabryce, w której odbija się karty przy drzwiach, nawet na moje 22 km za Poznaniem zdążyłabym na ósmą!)
Monster zdał na żółty pas i to jest jego największa pamiątka z wakacji (nie powinnam się czepiać, bo wysłał sms'a, skomunikował się, jak chciałam, a że żółty przez u otwarte i już przez sz, to się wytnie...)
Poza tym syndrom traumy poobozowej raczej ominął Monsterównę, choć na ferie zimowe nie chce jechać ze szkołą. (Wg trenera Monsterówna dobrze się uczy, więc może zwinąć się na narty tydzień przed feriami. Ha! Tyle, że w naszej drużynie jest jeszcze trochę innych szkolnych dzieci. Z tego samego województwa, zresztą. Poza tym zabieranie dziecka ze szkoły w czasie nie do tego przeznaczonym kłóci się z moją filozofią życiową. I pan na to, panie trenerze?).

Ale, ale! O czym my tu mówimy! Do zimy jeszcze trochę, przed chwilą jeszcze nurzaliśmy się w jeziorze!


A dzisiaj popędził do placówki - jako prawdziwy senior-przedszkolak. I ma znaczek, na którym mu zależało.



I przyszłam po niego znowu za wcześnie. I bawili się w świetne gry.
Choć Monsterino potrafi sam się świetnie bawić.
Nawet w grę planszową!
Otóż zastałam go raz nad rozłożonymi wężami i drabinami. Patrzę, pionki we wszystkich kolorach, ale kostką rzuca sam.
- Sam grasz w grę? - dziwię się
- Nie! - zaprzecza gwałtownie - Z niewidzialnymi!

****
Koniec wakacji, nie tylko huśtał nastrojem Monsterówny, ale jeszcze silniejszymi  emocjami dotknął całą rodzinę.
MonsterPRAbabcia odeszła do lepszego świata.
I my, wierzący, powinniśmy cieszyć się raczej niż smucić, zwłaszcza, że przeżyła długie i wartościowe lata, ostatnio męczyła już się mocno, zdążyła się z nami kilka razy pożegnać i naprawdę, wielokrotnie zapewniała, że nie może doczekać się przejścia. Była gotowa, a jednak... Zawsze to tym, którzy zostają jest ciężej pogodzić się ze stratą.
Natomiast dzieci, szczególnie małe, traktują to zupełnie naturalnie.
Cykl życia. Po prostu, jako rzecze Monsterino.

I teraz etap życia Monsterowa  jest taki, że starsi dokonali delikatnego retuszu swoich fryzur na początek roku (Monster sam chciał! Stwierdził, że ma zniszczone końcówki! - Ani chybi rozmawiał z  jakąś laską na obozie, bo ode mnie tego nie usłyszał!)





przyjęli plan lekcji bez zbytniego roztkliwiania się, a teraz ja muszę wdrożyć w życie zamysł wczesnego kładzenia się spać, jeśli mam być jakkolwiek przytomna pracowniczo w te trzy dni w tygodniu. Nie wiem zupełnie, kiedy w takim razie znajdę czas na okiełznanie domu i zagrody, z uwzględnieniem Nigdy- Nie-Malejącej góry do prasowania, szczególnie, że w co drugi weekend będę się podyplomowo dokształcać. Muszę. Już czas najwyższy, zawodowa konieczność i dzieci wystarczająco duże, by Monstertata mógł je w co drugi weekend zagospodarować.
Na takim etapie cyklu życia jesteśmy.
Jak nam brakuje pracy, to zawsze sobie coś do roboty znajdziemy.



Archiwum
do Monsterowa tędy