czwartek, 30 września 2010
pędziwiatr



Chyba jeszcze nie pisałam o tym, ale Monsterino udaje się do przedszkola rowerem. Bez względu na pogodę. Hołduję zasadzie Skandynawów, że nie ma złej pogody, tylko złe przygotowanie do warunków, mamy zatem (bo przecież ja też na jednośladzie) nieprzemakalne stroje z góry na dół i pędzimy z chlupotem (przez największe kałuże Monsterino lubi najbardziej).
Taki sposób przemieszczania przydaje się zwłaszcza w te dni tygodnia, gdy po przedszkolu jedziemy dalej, na angielski lub na basen. Nie mamy daleko, ale rowerem jedzie się zdecydowanie przyjemniej niż maszeruje.
Monstery starsze bardzo żałują, że też tak nie mogą, ale pan Woźny zdecydowanie odradził zostawianie rowerów, nawet oczywiście przypiętych, przed szkołą. Taka dzielnica - jak się wyraził. Wobec czego szczególnie Monster jęczy, bo on jest absolutnie antychodziarz, natomiast Monsterino z wielkim ukontentowaniem jedzie wężykiem po chodniku zarzucając co i rusz kierownicą.


- Nie świruj! - zrzędzę
- Nie świruję, tylko SLALOMEM jadę, zeby ślimaki ominąć, NIE WIDZIS????

Widzę, ślimaki wyległy gromadą po tych deszczach, toteż lawiruję między nimi, ale mam zdecydowanie gorsze osiągi od syna, bo co jakiś czas dochodzi chrzęst skorupki spod kół.

- Zabiłaś je!! - denerwuje się Monsterino i zarządza przenoszenie mięczaków na trawę, dla ich własnego bezpieczeństwa.

To by było tyle w kwestii usprawiedliwienia mojego spóźnienia do pracy (choć na szczęście nie muszę podbijać karty w fabryce...)

A w drodze powrotnej z basenu Monsterino odkrył ruchome piaski we wspaniale błotnistym bajorku.
Wydaje się, że w naszych okolicach susza nie grozi.






wtorek, 21 września 2010
można się przestraszyć


- Mam plan - o 6:05 Monsterino  mówi czystym, wyspanym głosikiem. Pięć minut wcześniej zawibrowała komórka, a Monsterino jak zwykle odkryty, bo mu za ciepło w naszych piernatach, ale wylądować u nas musi (jak sam tłumaczy: ty uciekasz ode mnie, jak ja zasnę, ale ja cię i tak dogonię w nocy, bo ja jestem bardzo przywiązany do mamusi!  Gdyby nie okraszał swojej wypowiedzi niejednym szczypem z zakrętasem, to byłoby to doprawdy słodkie).

Zatem ma plan...

- Zeby w piątek zabrać plecak z angielskiego do domu, zeby nie był w psedskolu na wieki wieków!

Albowiem wczoraj tak się uwijaliśmy, by wyjść na angielski, że plecak z książką, a najważniejsze - z paszporcikiem, w którym przykleja się co lekcję naklejki, został w przedszkolu.

- Szkoła - mówi Monsterino - Szkodzi, szcupak

"sz" na początku już wychodzi, gdy się skoncentruje. W środku nadal kiepsko. Ale przynajmniej chętnie ćwiczy.

Natomiast BARDZO zdenerwowałam się na Monstera. Czytanie mu się polepszyło, bo ambicja nie pozwala mu opuścić choćby jednego pola z tabelki czytelnika, którą opracowała pani, ale za to dwa razy pod rząd nie odrobił zadania, a poziom odbębnienia jaki zaprezentował w zeszycie ćwiczeń wołał o pomstę do nieba.

Wyklarowałam (niestety, nie było to wesołym i swobodnym tonem), że polecenie: "narysuj" nie oznacza naszkicuj ołówkiem, a "pokoloruj" przewiduje obecność większej palety barw niż odcieni szarości wyżej wymienionego.

Już nie mówiąc o błędach ortograficznych.

Swoją drogą widać skok w trudności podręcznika. Tak jak dla pierwszej klasy był jak dla dawnej zerówki, to teraz już lecą ostro. To akurat cieszy.

Tylko Monster musi się przyzwyczaić, że pięciominutowa przerwa jest w tym roku za krótka na odrobienie lekcji. Zwłaszcza, gdy straszna matka-baba jaga zagroziła, że jeśli nie będzie spełniać należycie obowiązku szkolnego, to z przyjemności (czytaj: z taekwondo), trzeba będzie zrezygnować.

Żeby nie tłumaczył się, że czas na odrabianie lekcji zabierają mu intensywne treningi.

Na razie taki bat działa i nawet ostatnio czytał mi zadaną czytankę na ławce w parku, po to, by już mieć to zaliczone zanim wrócimy do domu.


czwartek, 16 września 2010
w zależności od miejsca siedzenia

Poważnym argumentem przeciwko wielodzietności jest ustawianie zebrań w szkole na jedną i tę samą godzinę. A żeby było śmieszniej - przedszkole też wstrzeliło się dokładnie w ten sam termin. Rozwiązań nierozwiązywalnego było parę: pożyczenie od Hermiony zmieniacza czasu (a raczej od profesor McGonagall), losowanie lub wybór dowolny. W końcu Monstertata w celu wybadania rodziców w klasie Monsterówny poszedł do szkoły, a ja pobiegłam odnaleźć się w przedszkolu. Bo nadal jestem pełna rezerwy do nowego miejsca.

Jak to się zmienia człowiekowi perspektywa, gdy w przedszkolu ma już kolejne dziecko! Że w porównaniu z wagą decyzji szkolnych, przedszkolne wybory, czy tenis, ceramika oraz angielski to za dużo dla czterolatka, czy nie, są naprawdę śmieszne, choć rozumiem rodziców, dla których taka decyzja to kilka wieczorów spędzonych na rozważaniach plusów dodatnich i ujemnych.

Ja już wiem, że  dzieci są niezmęczalne i że ruchu w tym wieku nigdy dosyć, więc jeśli tylko wypali, to i na tenis, tańce czy kolejny basen puszczę, a jakże.Trochę obśmiałam proponowane zajęcia informatyczne, natomiast mam same dobre doświadczenia jeśli chodzi o angielski dla przedszkolaków. Bo maluchy (tfu, przepraszam - starszaki!) przyjmują każdą wiedzę naturalnie jak oddychanie i naprawdę żal marnować taki potencjał! Bo chodzi o osłuchanie się z językiem, z samą ideą, że nie wszyscy ludzie na świecie mówią po polsku. A naprawdę nie sądzę, by w tym czasach znalazł się jakikolwiek nauczyciel języka, który chciałby przedszkolaki usadzić przy stolikach i zmuszał niczym w Dniu Świra do powtarzania: "I am, you are..." .
Bardzo rozbawia mnie argument, że niech najpierw się po polsku dobrze nauczy. Tak jakby było przeszkodą uczenie równoległe. Równie dobrze można powiedzieć, że niech najpierw pisze i czyta, a liczenie dopiero jak tamto opanuje.

Poza tym akurat angielski jest łatwiejszy do wymówienia niż polski, co widać w przypadku Monsterina, nadal sepleniącego, a z angielskimi słowami radzącego sobie śpiewająco. Dostałam książeczkę z ćwiczeniami logopedycznymi, zobaczymy, co nam to pomoże, bo na razie potrafi wachlować językiem w różnych kierunkach i parkować go przed zębami, a postępów w wymawianiu dwuznaków jak nie było, tak nie ma.


Tymczasem Monsterino nauczył się pisać skróconą wersję swojego imienia.

I nie waha się przed użyciem nowej umiejętności, choćby u babci na obiedzie.




Jeśli zaś chodzi o rysowanie, to tak jak z zeszłego roku przedszkolnego mam flotę samochodową, tak w tym roku są to...

myszki.

Ktoś zamawia?



wtorek, 14 września 2010
Aaaaby odzwyczaić od gier komputerowych




To, że Monster nie lubi czytać traktuję jako moją osobistą porażkę.
Jak to możliwe???
Dziecko, któremu można na palcach jednej ręki policzyć wieczory, gdy się NIE czytało. Nadal to oczywiście uwielbia. Nawet maksymalnie zmęczony chciałby "jeszcze jeden rozdział" (ponieważ zwyczajowo przerabiamy serie, obecnie Mors i Pinky przeplata się z Majką, Marcelem i Rudym Myszorem). Ale sam czyta z niechęcią.
Problem w tym, że czytanki idą mu błyskawicznie, są tak krótkie, że po przeczytaniu zna je na pamięć, ale każda normalna książka, to nie zgadywanie, tylko mozolne składanie liter w wyrazy. A on chce już, szybko! (to mają wspólne z siostrą - ona chce natychmiast umieć wykonać każdą akrobację, a Monster chce już czytać tak jak ona).

Mieliśmy starcie z tym czytaniem, więc wprowadziłam już na wakacjach zasadę, że może zagrać na kompie dopiero wtedy, gdy przeczyta rozdział (wtedy wybrał sobie Plastusiowy Pamiętnik). Na wakacjach jakoś odpękiwał kolejne rozdziały, ale teraz się zbuntował i... nie gra po prostu.
To gdyby ktoś potrzebował sposobu, by odzwyczaić jakiegoś komputerowego maniaka od ekranu...

***

Monstery uzgadniają role w zabawie. Z tego, co podsłuchałam, ustalają dowódcę czy kapitana.

- Ten najważniejszy to będzie przywódca! - podsumowują starsze

- Nie! - oponuje Monsterino - Najwazniejsy w zyciu jest makrofag!


(odnośnik dla tych, którzy tak jak ja, musieli szybko uzupełnić swoją wiedzę)

poniedziałek, 13 września 2010
grzesz(cz)ność


Monsterówna nie zdawała sobie tak do końca sprawy, ile pracy będzie ją kosztowało doszlusowanie do reszty klasy. I tak jak pierwszego dnia akrobatyki fruwała ze szczęścia, bo trener ocenił, że robi pompki lepiej niż jeden z kolegów, to drugiego dnia, gdy nie zrobiła przewrotów tak, jak trzeba, zwiesiła nos na kwintę.
Bo niby z jednej strony ma świadomość jaka jest przepaść pomiędzy nią a resztą, a z drugiej strony ambicja ją jednak zżera, a indywidualna praca z trenerem doskwiera (nie dlatego, że jest niefajna, tylko dlatego, że wyróżnia ją to w klasie, a wyindywidualizowanie jest ostatnią rzeczą, o jaką chodzi Monsterównie).
Jeszcze długie rozmowy przed nami i ciągłe powtarzanie, że przyszła trenować to, co lubi, a nie, by się ścigać (jeśli już, to sama ze sobą).

Poza tym rozpoznaje koterie klasowe. Przerabialiśmy to na początku pierwszej klasy, jak w każdej nowej zbiorowości musi sobie Monsterówna znaleźć miejsce. Wyczuwa, że pewne koleżanki nie są lubiane i nie wie dlaczego. I bardzo mądrze tłumaczy, że nie może tego NA RAZIE ocenić. W każdym razie, może nie spotkała tej jedynej bratniej duszy, ale ma ze trzy koleżanki, z którymi chodzi na obiad czy biega podczas przerw.

****


Monstery mają nową katechetkę. Monsterówna tęskni za swoją dawną, co zastanawia mnie mocno, gdyż prawdopodobnie nikt inny w szkole jej nie lubił. Siostra katechetka widocznie postanowiła ustawić ostre reguły gry, by nie dać sobie wejść na głowę, bo Monsterówna smutnieje.

- Surowa - mruczy

- Krzyczy na dzieci - stwierdza Monster, który przecież jest wychowywany przez wrzeszczącą na dzieci matkę, więc raczej przyzwyczajony po pewnego poziomu wrzasku

- Nieprzyjemna - podsumowuje Monsterówna

- Pewnie musi się codzienne z tego krzyku spowiadać - stwierdza w końcu Monster

- I od rana wrzeszczy od nowa - śmieje się już Monsterówna


Tylko poczucie humoru nas uratuje.



sobota, 04 września 2010
krzyk pierworodnych


Biegnąc wczoraj ze starszymi do szkoły natknęliśmy się na pana stojącego bezradnie obok rozpaczliwie łkającej, małej dziewczynki.
- Nie wiem, co robić! Cały czas płacze! -   gorączkował się do telefonu

Nie słuchałam dłużej, czas naglił.

- Chyba idzie pierwszy raz do przedszkola - skomentowała Monsterówna

Pewnie nie pamięta, moja dzielna córeczka, takich ranków, gdy do trzech lat brakowało jej trzech miesięcy, a nam bardzo pasowało, by poszła już do przedszkola. (Ja też nie wracam niepotrzebnie do tych wspomnień, nic przyjemnego). Placówka była starannie wybrana, kameralna, odwiedzona wcześniej. Robiliśmy wszystko zgodnie z regułami sztuki: omawialiśmy, jak to będzie, jaki jest plan dnia. Tematem przewodnim książeczek wtedy czytanych było przedszkole. Monsterówna była samoobsługowa i wygadana. Wydawała się idealnie przygotowana.
Ani jednego dnia z tego miesiąca męczarni (a właściwie dwóch tygodni, bo resztę moje nigdy nie chorujące dziecko przechorowało) nie spędziła na zabawie. Czekała na zabranie jej z instytucji płacząc w kącie lub popadała w stupor jak katatonik.
Nie kroiło się na zmianę.
Rok później, już jak legalna trzylatka poradziła sobie znacznie lepiej, choć ranki przez pierwszy miesiąc były trudne. Jako, że chłopcy znacznie szybciej radzili sobie z debiutem edukacyjnym, wysnułam roboczą hipotezę o trudnościach, z jakimi borykają się pierworodni, z których doświadczeń rodzeństwo czerpie garściami (chociażby to, że już znają miejsce, do którego będą przychodzić).

Podzieliłam się moją brawurową tezą z mamą koleżanki Monstera, gdy czekałyśmy z kolanami pod brodą na niskiej ławeczce, czekając na dzieci po treningu taekwondo. (Tak, Monster w końcu doczekał się - dwa razy w tygodniu po godzinie może się wyżyć wyrzucając nogi pod sufit - szybko policzył, że przez 10 miesięcy będzie miał 80 treningów, co wydało mu się mocno niewystarczającą liczbą). Mama jedynaczki jednak skrytykowała  teorię, pokazując swoją córkę jako przykład bezproblemowej socjalizacji mimo pierworództwa. I postawiła inną tezę - o łatwiejszym starcie, gdy niemowlę socjalizuje się już w żłobku.
No, nie wiem. Jeden raz w życiu byłam w żłobku. Abstrahując, że nie było miejsc, śmierdziało mieszanką gotującej się kapusty i domestosa. Do sal nawet nie dotarłam, panie w fartuchach stały na straży. Wyglądało jak w szpitalu z poprzedniej epoki, więc więcej tam nie wróciłam.


Teraz mamy inne problemy.
Jednak koordynacja zajęć dodatkowych nie okazała się być taką łatwą.
Cepeliowe zajęcia tańca turniejowego oraz fleciki nachodzą na dodatkowe zajęcia z akrobatyki, w których Monsterówna w zasadzie powinna uczestniczyć jako nadganiająca w umiejętnościach klasę.
Nie wiem, czy Cepelia zgodzi się na rezygnację Monsterówny z niektórych zajęć, więc wisi nad nami konieczność całkowitego skreślenia Cepelii. A jak w tym roku, to i w następnych, jak sądzę.
Nie da się mieć wszystkiego, choć Monsterówna naprawdę jest blisko. Okazało się, że w jedyny dzień, kiedy ma na 8:45, cudownym trafem w jej starej szkole, która przecież od biedy jest po drodze do nowej, odbywa się próba zespołu fletowego. No to sobie nasza artystka wymyśliła, że jeszcze na pół godziny zespołu zdąży.
A teraz ma pomyśleć nad Cepelią.
Monsterino też chce chodzić na taekwondo, choć akurat jemu trening koliduje z basenem.

To, że logistyka nam się nie sypie przy tej liczbie dzieci, miejsc i aktywności, to tylko zasługa wprowadzonej zasady, że zajęcia dodatkowe mają być w zasięgu marszu (po to, by w bliżej nieokreślonej przyszłości małoletni byli samodzielni w tej kwestii).





czwartek, 02 września 2010
za dużo słów na raz


- Śniły mi się aniołki - mruczy Monsterino rano (stan na dziś: dobry humor, pozytywne podejście do świata i mocne postanowienie zgodnego wykonywania poleceń rodziców)

- I co te aniołki robiły? - pytam

- To, co NORMALNIE! - odpowiada, wzruszając ramionami - Psytulały mnie! (logopeda potrzebny od zaraz!)

Im dłużej nie piszę, tym więcej się gromadzi i tym trudniej wybrać, o czym napisać. Bo i powinnam o wakacjach, o powrocie, o tym, że po dwóch miesiącach niebycia w swoim domu, Monstery tak zatęskniły za LEGO, że praktycznie nie robią niczego innego poza budowaniem - u Monsterina tworzą świat DUPLO, u Monstera (u Monsterówny nie może być bałaganu!) - Harrego Pottera. Nieśmiało napomknęłam, że chociaż raz w tygodniu przydałoby się odkurzyć, więc musiałaby wsypać stertę klocków do pudeł, ale grzecznie i stanowczo odmówiły.

Miło, gdy się dogadują - siedzą w pokoju kolejną godzinę (gdy deszcz za oknem rozgrzesza ich z niewystawiania nosa na dwór) i żyją w swoim świecie.

Ale skończyło się nicnierobienie - dzisiaj goniliśmy już na ósmą (oj, na razie będzie ciężko - o tej porze w wakacje, to najwyżej Monsterino był na nogach).

W tym roku miało nie być debiutantów, ale Monsterówna, choć zapoznała już wczoraj nową koleżankę w nowej klasie, rano z nerwów nie mogła przełknąć śniadania.

I tak dobrze to wszystko przeżywa.

Monterino przekonał się do nowego przedszkola od razu (w końcu to tylko nowy budynek - pani ta sama i kumple też), Monster-rutyniarz, podpisał tylko świeżutkie książki i tyle.

Najważniejsze: ustawiłam zajęcia dodatkowe dla całej trójki i nawet starczyło mi do tego dni tygodnia!  (nie wiem wprawdzie, jak Monsterówna wytrzyma dwa razy w tygodniu wychodzenie o 7:30, a przychodzenie o 20:30, ale to się okaże w praniu).

A jak tam u Was?


Archiwum
do Monsterowa tędy