środa, 30 września 2009
Dzień Chłopaka



Pani od angielskiego poskarżyła się Monstertacie, iż Monster podczas lekcji obcinał włosy koleżance siedzącej przed nim.
Nie wiem, co jest bardziej godne potępienia: sam pomysł czy fakt, że próba została przeprowadzona w trakcie zajęć.
Już w zeszłym tygodniu pani narzekała na Monstera, który, mimo, że doskonale sobie radzi, uczestniczy w lekcji i zna wszystkie słówka,  chował się pod ławką albo leżał na dywanie.
Oczywiście Monster miał swój pogląd na te historie. Po pierwsze: nożyczki i tak były tępe (oczywiście to nie pomniejsza winy! co to w ogóle za pomysł, by CIĄĆ WŁOSY koleżanki??? Na moje napomnienie, że w trakcie lekcji ma wyłącznie słuchać i odpowiadać, mówi, że jest w stanie robić i to, i to. Bezczelny smarkacz)
Na zeszłotygodniowy zarzut odpowiadał, że pani mówiła o chowaniu się zwierząt, więc się schował pod stołem udając ślimaka. Na leżenie nie miał wymówki.
Podpowiem pani, by dawała Monsterowi dodatkowe zadania, tak jak to robiła pani w przedszkolu, bo on bez wyzwań zaczyna świrować. Prawdę mówiąc, obserwując obowiązkowość, z jaką odrabia zadania domowe i szykuje się do szkoły,  myślałam, że wyrósł trochę z błaznowania. A jednak nie.
Natomiast z nauką radzi sobie dobrze. Muszę też przyznać, oglądając prace Monstera na wystawce szkolnej, że przez wakacje nastąpił ogromny skok jego manualnych umiejętności. Żadnego bylejakiego zakolorowywania połaci rysunku, nawet plastelinowe wyklejanki są robione starannie. Szlaczki i pierwsze litery też mozolnie kreśli, choć często robi to za szybko, więc musi powtarzać ponownie,co by bardziej przypominały oryginał.

Kończąc niekończący się temat Monstera (kolejny szkolny angielski w piątek, ciekawe, co tym razem wymyśli) - pierwszy raz miał po akrobatyce zakwasy. Albo się przetrenował, albo się mocno rozciągali. W każdym razie dwa dni jęczał przy chodzeniu (pewnie troszkę na wyrost, by się nad nim litować. Stać mnie było tylko na uprzejme zainteresowanie).

Monsterino natomiast, nastawiony przez Monstera, że Dzień Chłopaka w przedszkolu to supersprawa, pomaszerował do placówki bez oporów. Wczoraj wieczorem rozmawialiśmy odnośnie kolegów w przedszkolu i pytam, koło kogo leżał podczas drzemki.
- Koło Ksysia i Stasia - informuje Monsterino
- To Krzyś już wrócił do przedszkola? - pytam, bo w poniedziałek Krzysia nie było
- Nie, telaz nie ma go w psedskolu - Monsterino patrzy na mnie ze zdziwieniem - Pats, jus jes ciemno, telaz on jest w swoim domku i idzie spać. Jutlo lano wlóci do psedskola - tłumaczy łapatologicznie.
 
Och, nie pierwszy raz wyraziłam się nieprecyzyjnie.

O Monsterównie dzisiaj nie będzie. W końcu dzisiaj Dzień Chłopaka. Najlepszego, chłopcy!



wtorek, 29 września 2009
no to chlup



Gdy budzik zadzwonił o 6:15, w pierwszym odruchu pomyślałam, że błędnie nastawiłam go na środek nocy. Za oknem ciemno, wieje i zacina, a i tak zaoszczędziłam 15 minut robiąc śniadania do szkoły wieczorem.
Trzeba było nie oszczędzać, bo na ubieraniu dodatkowej warstwy nieprzemakalnej marnuje się co najmniej dodatkowo z pięć minut. A jeszcze brnięcie w kałużach? W każdym razie dzisiaj pierwszy raz dotarliśmy z Monsterem do szkoły z czterominutowym spóźnieniem. I jeszcze trzeba było przyobleczenie pcv ściągnąć i przebrać się na akrobatykę. Zdecydowanie w deszczowe dni trzeba nam więcej czasu.
Ale, nic to. Następnym razem damy radę. [ i to bardziej ja się przejęłam spóźnieniem niż Monster].
Monsterino dziś jęczał pro forma, ale że jakoś specjalnie się tym nie wzruszyliśmy, to przestał. Zwłaszcza, że miał na nogach kalosze...

A jeszcze wczoraj na placu było tak pięknie. Może już nie za ciepło, ale słonecznie.
Monsterino radośnie kłusował od drabinek do huśtawki i z powrotem, aż w końcu stwierdził:
- A telaz musę się do ciebie popsytulać! - i objął mnie ściśle.

Dziś w pracy wszyscy zastanawiają się, co by zrobili z wygranymi 40 milionami.
Nikt nie powiedział, że miałby więcej dzieci...




poniedziałek, 28 września 2009
Ekstremalnie, czyli dzień jak co dzień


Gdy Monsterinowi zeszła gorączka, odzyskał siły, humor i energię (co nie zawsze było korzystne dla otoczenia).

- Look at me! - woła przebiegając jak pershing przez hol, kuchnię, pokój i lądując na kanapie - I'm driving! Jestem draijwerek! - dodaje gwoli wyjaśnienia. (nikt mi nie wmówi, że nawet bierne osłuchanie z językiem obcym w tym wieku nic nie daje)

Potem zagląda do soku, który wegetował na stole od śniadania:

- O, a co tu pływa? Muski? - dźga palcem zatonięte owocówki - mam tu muskowy sok, jak Flanklin! Telaz jestem zółwiem, mamusiu - tłumaczy i jednym haustem wypija zawartość.

Extreme.

Z innych sportów ekstremalnych: Monstery pojechały z babcią-chemiczką na campus Polibudy, by wkręcić się na Noc Naukowców . Zgodnie z linią programową, bardziej podobały im się pokazy chemiczne. Docisnęły się aż do stołu laboratoryjnego, więc Monsterówna miała niepowtarzalną okazję, by rozstrzaskać zmrożoną różę młotkiem, ale zawstydziła się i zrezygnowała.

W domu pluje sobie w brodę:

- Za rok będę bardziej odważna!

A mnie by się marzyło, żeby zajęcia z nocy naukowców były organizowane cyklicznie. To marnotrawstwo, że tyle atrakcyjnych tematów jest opracowywanych na jedną noc w roku i nie sposób zaliczyć wszystkiego (zwłaszcza, jak się siedzi z rekonwalescentem w domu, zamiast obserwować eksperymenty).

Zatem warsztaty naukowe nadają się już dla sześciolatków, za to Klopsiki nie za bardzo. Monster przez część filmu chował się za babcią. I sam przyznał, że się bardzo bał.

No i dobre się skończyło. Babcia wyjechała (na chwilę wpadł też dziadek) i wróciła szara rzeczywistość. Monsterino od samego rano podśpiewujący pod nosem wpadł w spazmy, gdy dowiedział się, że absolutnie nie jest już chory (próbował wtedy kaszleć na siłę, co mu słabo wyszło...) i idzie do instytucji ucisku, Monster poszedł z prikazem, żeby nie dawał się sprowokować (ale bardzo dobrze go rozumiem, skoro mnie też ciężko idzie hamowanie się), Monsterówna, gdy już przestała wykrzywiać porannie twarz poczłapała do szkoły pocieszając się muzyką.

I kolejny długi tydzień przed nami.

Kto ma ochotę na październik i listopad zapaść wraz ze mną w sen zimowy?


piątek, 25 września 2009
wychodzimy



Kiedyś, gdzieś w sieci, wyczytałam kilka prostych porad radzenia sobie ze złością. Oj, muszę to znowu wyszperać, bo oprócz poduszki, w którą mogę sobie walnąć ręką zamiast w jędrny tyłeczek dowolnego potomka oraz psychoterapii, by wydobyć ukryte powody, dla których tak naprawdę się unoszę, a zachowania progenitury nie mają z moim stanem nic wspólnego, nie pamiętam.

Monsterino celuje w wyprowadzaniu z równowagi, ale i Monster potrafi zadziałać jak zapalnik. I Monsterówna nie odstaje od braci.  Sabotażysta,  fundamentalista oraz terrorystka. Trójca małoświęta.

Słowem, jak mam wymagać, że Monster pohamuje swoje ręce, gdy zostanie boleśnie, choć przypadkowo nadepnięty na palec, skoro sama mam ochotę rozszarpać Monsterina, który pięknym szlaczkiem ozdobił farbą framugę drzwi, wannę i świeżo pomalowaną, na inny kolor, ścianę? [mogłam też wysyczeć przez zęby w kierunku Monstertaty, który rzeczoną farbę zostawił, że to jego wina. Mogłam, ale nie wysyczałam, bo było to JASNE]

To bardzo fajnie, że Monsterino tłumaczył się, że chciał zmienić kolor ściany, to teraz chce inny.
A z drewnianej futryny farba ciężko schodzi. Z wanny musiał sam usuwać, co spowodowało, że wymazał dodatkowo siebie, swoją odzież, buty i w sumie efektywniej byłoby, gdybym to ja sama posprzątała.

Mocne postanowienia poprawy: w ramach przygotowań przedpierwszokomunijnych, w momentach podwyższonego ciśnienia wznosić zamglony furią wzrok do nieba i wołać: "Boże, dodaj mi siły!".

Na koniec podsłuchana męska rozmowa o niczym:

Monstertata i Monsterino pracują w ogrodzie odwróceni tyłem do siebie. Męczą się oboje, stukają, pukają. Praca wre, aż miło patrzeć.
- Co lobis, tatusiu? - zagaja Monsterino
- Niiic - stęka Monstertata precyzyjnie układając ciężkie płytki - a ty? - reflektuje się po chwili
- Tez nic - odpowiada spokojnie Monsterino metodycznie odłupując plastikowym młotkiem tynk z podmurówki...




czwartek, 24 września 2009
ding-dong



Monsterino niby lepiej, bo bez gorączki, ale katar pozostał. Żółty katar. (czy żółty to lepiej niż zielony?)
Monster przyniósł do podpisania list od Pani, że szkoła promuje zdrowy tryb życia, więc w związku z tym nie należy przynosić czipsów i słodyczy.
Alleluja! Nie wierzyłam, że to możliwe. Na pewno nie byłoby to możliwe w szkole Monsterówny, gdzie sklepik oferuje mnóstwo śmieciowego jedzenia, chociaż trzeba przyznać, że od tego roku także owoce (bo taki ministerialny program wszedł).

Co do naszego dylematu odnośnie tańców Monsterówny, to zajrzałyśmy na zajęcia z hip-hopu w tym samym Domu Kultury (bo są akurat w pasujących nam terminach), a potem Monsterówna miała pierwszą próbę zespołu folklorystycznego i prowadzący oraz same zajęcia wypadły na korzyść Cepelii.
Jak zwykle, wszystko zależy od ludzi. Prowadzący Cepelię wyglądają na prawdziwie zaangażowanych pasjonatów mających misję zarażenia młodego człowieka tym hobby. Natomiast pani prowadząca hip-hop wydaje się doczołgującą się do rychłej emerytury. Strata czasu.

Na razie Monsterówna ma bezczelny plan chodzić na próby raz w tygodniu. Zobaczymy, czy taka deklaracja wystarczy pani dyrektor zespołu.

Podsumowując wrześniową kampanię zebrań rodzicielskich, mój terminarz jest ściśle pokreślony, a w głowie mam mętlik.
Na każdym spotkaniu inny, równie intensywny program: kreatywność, nacisk na indywidualny rozwój, przez projekty do celu, per aspera ad astra... dopasuj hasło do dziecka.

I pomyśleć, że gdy edukację w swojej pierwszej placówce oświatowej rozpoczęła Monsterówna, to spijałam słowa z ust pań dyrektor i wychowawczyń, jakich to cudów Monsterówna zostanie nauczona.
Po latach doświadczeń zależy mi li jedynie na bezpiecznym i w miarę urozmaiconym przechowaniu latorośli w czasie, gdy pracuję na masło do chleba.

O, losie.
Już mnie boli brzuch, gdy pomyślę, że czeka mnie jeszcze wybór gimnazjum dla licznego potomstwa. Bo przypada ono na tak trudny wiek (młodzieży, a nie mój), że właściwe otoczenie jest ważniejsze niż w podstawówce. I mam nadzieję, że liceum wybiorą już na własną rękę.


I jeszcze poranna opowieść.
7:30, szykujemy się do wyjścia. Jeszcze Monster pomaga Monsterinowi wybudować legowy garaż, a tu dzwoni domofon.
- Kto to do nas o tej porze dzwoni? - zastanawiam się
- A czy ten ktoś wie, kim my jesteśmy? - filozofuje Monster
- Braciami jesteśmy - dumnie stwierdza Monsterino ściskając Monstera na pożegnanie - miłego dnia!



wtorek, 22 września 2009
pokarało


Taaak. Mogłam tego spodziewać, skoro Monsterino spędził całą Mszę wisząc mi u szyi, a nie eksplorując zakamarki kościoła.

A potem na basenie zamiast pływać jak rybka, stwierdził, że owszem, ale tylko z mamą.

Fakt, upadliśmy na głowę - kto jedzie na basen odległy prawie godzinę drogi od domu? Ale było warto: nowiutkie, czyściutkie niecki, rura zjazdowa, z której Monster zjeżdżał non-stop - chodził jak leming po schodach w górę i zjazd, na górę i zjazd. Monsterówna nurkowała niczym syrenka, a Monsterino wisiał na mnie. Ludzi było mało, podziwiałam zaprzyjaźnioną mamę czwórki małych dzieci, która przybyła na basen z nimi SAMA i wszystkie mistrzowsko ogarniała. Chapeaux bas!

Jeszcze dzielna wielomatka zaprosiła nas do równie dzielnego wieloojca, który wyczarował nam, podrzucając ciastem, sycylijską pizzę, potem zbieraliśmy kasztany i już wtedy Monsterino był ciepły.

A wieczorem rozłożył dokumentnie. I gorączkuje do dzisiaj. Poza tym ma tylko coraz silniejszy katar. (Esemesujemy z kolejną Siostrą W Wielodzietności, u której też pomór, że oby to nie świńska grypa. Chłe, chłe, dobry kawał Matki Licznym Dzieciom).

Na szczęście przyjechała do nas Monsterbabcia. Babcia - wybawicielka.Co byśmy bez babć zrobili?


niedziela, 20 września 2009
drzewiej



Oj, w tym roku Muzeum Archeologiczne zwycięża w boju z Muzeum Narodowym, jeśli chodzi o warsztaty dla dzieci. Ekspozycja, jaka od wakacji rozgościła się na parterze (spieszcie się, kto jeszcze nie był, czynna tylko do końca września) dotyczy dzieci i ich zabawek, w dawnych, nawet średniowiecznych czasach.
Byłyśmy już na niej z Monsterówną podczas, ale dzisiaj było o wiele zabawniej - dzieci mogły rzeczywiście poczuć klimat tamtego świata, przez chwilę pobawić się tak, jak wtedy dzieci...

rzucali drewnianymi kulami w kręgle (niektórzy nigdy nie zdejmują swojego plecaczka z dobytkiem)



strzelali z łuku



celować można było także piką



Można było poprzymierzać stylizowane na średniowieczne ciuszki (azaliż,  nie wygląda jak z Imienia Róży?)



Wczuwali się także w pracę skrybów (Monster już od dawna zbiera pióra, by nimi zacząć pisać - udało mu się, nareszcie!)



Monsterównie udało się w dwójnasób, gdyż mogła zasiąść w zabytkowej ławce (To jest kałamarz, jak w Plastusiowym Pamiętniku! - stwierdziła.)



A ukoronowaniem wizyty było własnoręczne wykonanie zabawki - chłopcy strugali z kory łódki, a dziewczynki przyistaczały drewnianą warząchew w lalkę.

Monsterom podobało się  bardzo, zwłaszcza, że panie prowadzące wtrącały hitowe ciekawostki z życia w tamtych latach, między innymi o tym, jako to wtedy właściwie chodziło się bez butów, albo jedną parę butów nosiło na zmianę całe rodzeństwo i to tylko do kościoła.
Przytaczam akurat tę przypowieść, gdyż odegrała ona znaczącą rolę podczas naszego powrotu do domu.
Jechaliśmy tramwajem. Każde monsterdziecko dzierżyło w dłoni swoje dzieło i oczywiście przekrzykując się wzajemnie dzieliło się, najpewniej niezmiernie ciekawymi, przemyśleniami (nie wiem na pewno, bo miałam zaburzenia w przesianiu z potrójnego potoku słów przy akompaniamencie głośno zipiącego pojazdu MPK z holenderskiego demobilu spójnych opowieści).
Ale w końcu dojechaliśmy stoczywszy jeszcze walkę przy otwierającym drzwi guziku, aż  Monsterówna zauważyła, że gdy wyspali się na przystanek, to parę osób w tramwaju bacznie się im przyglądało.

- Och, ci ludzie pewnie myśleli, że nas nie stać na plastikowe zabawki, że sami musimy sobie te zabawki robić! - oświeciło Monsterównę - no ale powinni najpierw pomyśleć i popatrzeć na nasze nogi: w końcu kupiłaś nam wszystkim buty, to skąd masz jeszcze mieć pieniądze na zabawki!

I tę anegdotkę dedykuję jednej z zaprzyjaźnionych Sióstr W Wielodzietności.
Niech Ci debet lżejszym będzie...



sobota, 19 września 2009
wszystkie dzieci w domu





Monsterówna wróciła zachwycona.
Pokój miała z trzema najlepszymi koleżankami. Nie spały do jedenastej ("a nawet do północy" - wzięła zegarek, to wiedziała). Miewały głupawki, śpiewały, chichrały się i generalnie: "kiedy możemy zaprosić je na noc do domu. najlepiej wszystkie?".

Program też jej przypasował, było dużo łażenia po lasach,  ognisko, muzykowanie. Absolutnie nie dała rady nam wszystkiego opowiedzieć na raz (zwłaszcza, że zaczęła od tłumaczenia braciom, jak powstają wydmy... to trochę jej zajęło).

A z taką fryzurą przyjechała:



Pani od muzyki ma, jak widać, drugą specjalizację i przez całą drogę powrotną zajmowała się włosami dziewczynek.

Monsterówna ledwo dotrwała do końca wieczornej lektury i padła. Przyznała się, że zapomniała prawie w ogóle o myciu zębów.
- Ale myłyśmy się po kolei, bo łazienkę miałyśmy w pokoju! - opowiadała

Czasy zbiorowej łaźni tylko raz w tygodniu odeszły chyba w niepamięć.
A ja przeżyłam taki trzytygodniowy obóz w Biełgorodzie... chociaż może zostawmy te kombatanckie wspominki w spokoju.



piątek, 18 września 2009
up and down



- Dziękuję, mamusiu, ze po mnie psysłaś! Ja baldzo się ciesę, ze po mnie psychodzis...

Jaki słodki jest Monsterino, gdy go odbieram! Ćwierka, przytula się ściśle. A potem ordynuje:
- A telaz idziemy na lodki!

I podskakuje. A plecakowy misiaczek razem z nim.

Potem jest trochę gorzej. Lody ok, ale obok jest hotwheelsowa gazetka. Jeszcze zachowuje resztki savoir-vivre'u, i prosi, ale za chwilę chce usiąść bezpośrednio na  chodniku, by gazetkę natychmiast przejrzeć, a gdy proponuję ławeczkę kilkanaście metrów dalej, opiera się i ryczy, niczym osioł.

Negocjując prawie każdy krok (bo tramwajem, bo nie tą stroną, bo na barana, bo biegnąc, wszystko źle) docieramy na angielski. I tu bunt.
Nie będzie pokazywać swojego "nose".
Nie chce jeździć jak "bus", tylko "truck" (Truck jest akurat zajęty, może być car, ale gdzie tam, natychmiast i wyłącznie ma być truck).
Nie będzie tańczyć ze wstążką "up, down, turn around", bo wstążka jest czerwona, a on chce zieloną. (łatwo sobie wyobrazić, jak się wścieka, gdy proponuję, zresztą bez uzgodnienia z panią prowadzącą zajęcia, że ok, będzie zielona, gdy powie to po angielsku. Miałabym się z pyszna, gdyby sobie rzeczywiście przypomniał).
Oj, było ciężko.
Właściwie mogłabym sama zrobić Monsterinowi takie zajęcia w domu, ale nadal łudzę się, że obca osoba zmusi go do powtarzania, bo ze mną wygłupia się tańcząc, ale mówić nie chce.

Monster też nie miał zbyt dobrego dnia. Z miną młodocianego przestępcy, burknął, że przeszkadzał podczas zabaw na dywanie i dlatego musiał stać w kącie.
- Filip też, tylko w innym.

Czyli poczuł się już bezpiecznie w szkole, skoro zaczyna testować granice.
Cóż. I tak nie spodziewałam się, że zajmie mu to aż dwa tygodnie. Chyba, że incydenty były wcześniej, tylko pani nie puściła pary, albo dawała im na początku fory.

No i nadchodzi wieczór.

Wieczorem jest najciężej. Mimo nieobecności Monsterówny. Zdecydowanie muszę sprokurować tabliczkę z napisem: "piżamę w garść i do łazienki", bo mnie samą nudzi już powtarzanie tego w kółko.

A Monsterówna dzisiaj już wraca. Och, bardzom ciekawa, jak jej tam było.
I nie mogę się nadziwić, jak to się szybko stało, że dziewczę, które ledwie wczoraj nie chciało zostawać samo w przedszkolu, pojechało teraz z wielką ochotą na trzydniowy wyjazd bez rodziców.




czwartek, 17 września 2009
wsiąknięty



- Mamuś, a czy wojna może zacząć się w nocy? - rzucił Monster tuż przed zaśnięciem

Każdy powód jest dobry, żeby zasnąć w towarzystwie, najlepiej w łóżku rodziców, a nie samotnie w swoim pokoju, aczkolwiek faktycznie we wrześniu dużo się mówi o wojnie. Pierwszy, jedenasty, siedemnasty września - same znaczące i smutne rocznice.

Pani Monstera powiedziała, że będzie przepytywać dzieci, co im rodzice czytają, a Monster od dawna piłuje niepedagogiczne lektury, więc nie wiem, czy będzie czym się chwalić. Oczywiście Karolki są kontrowersyjne, jedna z monsterbabci odmówiła ich czytania ze względu na antywychowawczy charakter, ale my przy nich rechoczemy. Z innych przewrotnych lektur jesteśmy w połowie Małych Darlingów, którzy tak się mają w porównaniu z Nianią Matyldą, jak drastyczny film dokumentalny do bezprzemocowej kreskówki.

Monsterino po ostatnich dwóch tygodniach eksploatowania przygód Franklina (na szczęście nie tej samej, tylko po kolei dwadzieścia parę historii...) dał się skusić na literaturę szwedzką, którą uwielbiam i mogę znowu wieść życie Pettsona i Findusa , Mamy Muu, Nusi, Madiki, Lotty i dzieci z Bullerbyn. Na razie czytamy te krótsze, bogato ilustrowane historie, ale i oryginalne tomy stoją w kolejce.

I jeszcze jedno - po wiadomym wybryku monsterinowym, mam lekką schizę i wolę mieć najmłodszego Monstera w zasięgu wzroku, a w najgorszym razie, słuchu. Ale gdy robię coś w jednym końcu domu i nagle nic nie słyszę, to zaczynam skanować okolicę w poszukiwaniu niezabezpieczonych miejsc ucieczki: drzwi, okna...

Szukam, wołam. Odzewu brak. Delikatny skok adrenaliny i sprawdzam kolejne pomieszczenia: łazienka, kuchnia, jeden pokój... Nadal wołam, ciągle się nie odzywa.
W końcu go znajduję.

Nie słyszy, więc trudno, żeby odpowiadał. Monsterino bywa zajęty.


środa, 16 września 2009
dodatkowo




Monsterówna pojechała cała w skowronkach. Ledwie mogła wczoraj zasnąć z emocji. Jeszcze rano przepakowała wybrane już wcześniej koszulki na inne. Na bardziej cool, jak podejrzewam.

Powoli ustala nam się rytm pozaszkolnych zajęć Monsterów. W tym roku przyświecała mi minimalizacja ilości oraz bliskość terytorialna. Monster dużo ruchu ma na szczęście w szkole, ale Monsterówna tylko basen, więc trzeba było dołożyć coś sportowego. Wybrała tradycyjnie taniec. Dostała się do zespołu folklorystycznego, ale zobaczymy, czy ten styl jej będzie odpowiadał, wszak to nie hip-hop.   Za to już na pewno spodobały jej się zbiórki zuchowe, na które będzie chodzić z jedną ze swoich przyjaciółek, więc przy okazji odfajkowujemy wydarzenie towarzyskie.  Spotkań z kolegami brakuje Monsterowi, na szczęście udało mi się umówić na cykliczne spotkania z jego kolegą jeszcze z przedszkola, który posiada w bonusie brata nadal chodzącego do naszego przedszkola ("póki nie ucieknie", che che - nasz najnowszy inside joke). A z młodszym bratem zaprzyjaźnił się Monsterino! Zatem, tadam, tadam po wczorajszym spotkaniu Monsterino poszedł dzisiaj do instytucji bez żadnego jęku.Bo spotka się tam z Dyziem.

To rozumiem. A jak jeszcze będzie zostawał tak do 16, to nareszcie nie będę gonić swojego ogona w pracy.

Teraz matka może zająć się knuciem i fastrygowaniem zajęć dodatkowych dla siebie. Żeby nie ciągle tylko prasowanie czy taniec z mopem.


wtorek, 15 września 2009
szklanka do połowy pełna




- Którą bluzę bierzesz? - stoję u wrót szafy Monsterówny i odfajkowuję rzeczy na zielonoszkolnej liście
- No, jak to "którą"? - Monsterówna patrzy na mnie, jakbym spadła z księżyca
- Ale mówiłam Ci, że niebieska jest w praniu i raczej nie wyschnie do środy - wzdycham przeczuwając kłopoty
- No, co ty!? Jaka niebieska?! Przecież nie jadę na niebieską szkołę! - parska Monsterówna - dorośli to czasami W OGÓLE nie myślą - mamrocze pod nosem

Jak matka mogła tak się zagapić!

Tydzień rozpoczął się wyżowo: Monsterówna fruwa, bo już za momencik wreszcie, nareszcie JADĄ!!! Już nie może się doczekać. Podzielone są już z koleżankami na wszelkie możliwe warianty pokoi: po dwie, po cztery.
 - Najgorzej, jak będzie po trzy - tłumaczy Monsterówna - bo trzeba będzie rozdzielić ławkowe koleżanki.
Najważniejsze, że jedzie ukochana pani od muzyki, która powiedziała, że będzie jak mama i gdy któremuś dziecku będzie smutno, to przytuli.
Biorą też flety i nuty. I lupy do badania przyrody. Oraz będą tańce i wycieczka. Czad!

Zadowolona z życia Monsterówna łaskawym okiem patrzy na starszego z braci, który trzeba przyznać, awansował w jej oczach, odkąd stał się uczniem.

- Dzisiaj trudno robiło się fikołki na fast truck'u - wyznaje Monster

- Serio? - nie dowierzam. Wprawdzie rekord w fikaniu w naszej rodzinie należy do parotygodniowej Monsterówny, aczkolwiek ona fiknęła z kanapy niekoniecznie celowo, to Monster przecież giętki jest jak drut.

- Ale to są SPECJALNE przewroty - tłumaczy, pokazując na gołych dechach - nogi razem - ałć, tu jest twardo - nie mogą się rozchodzić i od razu staje się na nogi, nie można się podpierać!
A i tak zaliczyłem na punkt - przyznaje dumnie.

Oprócz kolejnych umiejętności akrobatycznych, Monster sprzedał nam też kilka hitowych brzydkich słów. Monstertacie opadła szczęka, bo to on usłyszał tę wiązankę, choć Monster chyba nie zdawał sobie sprawy, że są to słowa niecenzuralne.
Teraz już wie, więc gdy powtórzy je Monsterino, to wiemy, gdzie szukać winnego.

Monsterino trochę kwękał poniedziałkowo, ale gdy przyszłam po niego, to tak był zajęty rozmową ze starszym kolegą, że nawet mnie nie zauważył. Już ma kilku kumpli i powoli puszcza parę, co robi w przedszkolu przez te parę godzin. I śpiewa pierwsze piosenki.
I dostał bozię na pierwszej katechezie.
Oraz
- Casami w nasym psedskolu jest budyń, a casami kisiel...

A co do humorów poniżej średniej i depresji jesiennych, to chociaż czasem rzeczywistość przygniata problemami z każdej strony, to obyśmy zdrowi byli, a z resztą damy sobie radę.
Czego i Wam wszystkim życzę.




poniedziałek, 14 września 2009
pomiędzy latem a jesienią



Las skłania się ku jesieni.
Słońce wyszło, ale już słabo grzało. Grzybów nie było, ale co tam. Monstery i tak nie lubią grzybów (jeść).

Leśna równoważnia ("prawie jak w szkole, chociaż wolę ćwiczenia na fastraku" - stwierdził Monster(podejrzewam, że słowo podchodzi od fast track'u...))






Monsterszałas



wrzosy



jabłek zbieranie dzięki współpracy



- Mamo, chodź ze mną na łąkę!


czwartek, 10 września 2009
wredota



Drugi dzień z rzędu  jakoś udaje się przetransportować
Monsterina do przedszkola bez płaczu. Jeśli nawet wykrzywia się, że znowu ma tam iść, to po przypomnieniu planu dnia ze szczególnym uwzględnieniem lodów z mamą po odbiorze, daje się przekonać.
Ponadto zażyczył sobie piżamy, by na czas leżakowania się w nią przebrać (myśląc, że byłoby to dla niego zbyt traumatyczne przeżycie, stwierdziłam, że lepiej będzie, gdy uniknie całego rytuału przebierania. Ale oto jak zupełnie inaczej myślą dzieci: Monsterino oświadczył, iż chce tak, jak inni. Że potrafi sam się przebrać, czego nigdy nie uskuteczniał w domu. Oto, jak przedszkole błyskawicznie rozwija motoryczne umiejętności dziecka!).

Skoro już nie muszę zamartwiać się stanem psychofizycznym najmłodszego (zakładając, że jest teraz najpilniej strzeżonym dzieckiem w instytucji), mogę zająć się piciem kawy i surfowaniem po internecie. Bo cóż innego robi przez te kilka godzin dziennie pracująca matka.
Wyrodna.
(Nie da się ukryć, że jestem wyrodną matką. Nie gotuję w ciągu tygodnia dwudaniowych obiadków, tylko stołuję dzieci w instytucjach.
Posyłam dziecko do placówki, z której ucieka. Wymagam sprzątania po sobie i bywa, że wrzeszczę, by wyegzekwować polecenie. Wreszcie pracuję i piję kawę na siedząco, zamiast bezustannie tworzyć atmosferę domowego ogniska. Jeszcze tylko brakuje mi pomocy domowej, żeby zupełnie zrobić z siebie współczesną niewiadomoco, zamiast przykładnej żony i matki)

Dobrze, to teraz się tu zwierzyłam i oczekuję komentarzy w stylu: "ale jesteś dzielna", "skąd u Ciebie takie wyrzuty sumienia, przecież należy Ci się medal", ewentualnie dopuszczalne są przyjazne głaski w ramach wspólnoty doświadczeń, itp.

Tymczasem posegreguję papierzyska na biureczku i zastanowię się, czy czas na kolejną kawę czy może już na lancz. Bizneslancz, ofkors.




wtorek, 08 września 2009
z kopyta



Monster wreszcie otrzymał swoje pierwsze zadanie domowe. Wbrew ostrzeżeniom koleżanek, matek synów w wieku szkolnym, Monster jest bardzo skrupulatnym uczniem. Pamięta, co trzeba przynieść, niczego jeszcze nie zgubił, strój do akrobatyki składa w worku w kostkę, zjada drugie śniadanie do ostatniego okruszka - idealny szkolniak.
I jeszcze bardzo dobrze się zachowuje! (odpukać w niemalowane!)






...w przeciwieństwie do swojego młodszego brata....

Monsterino nudził się wczoraj w domu i nawet sam sobie zaaplikował inhalację, byle tylko móc pójść do przedszkola. Dziwny to był atak kaszlu. Jeden dzień, jedna noc i koniec.
Zatem stwierdziliśmy, że idzie. Rano trochę się krzywił, ale jakby pro forma. No i został zaprowadzony z przykazem, by tym razem nie próbował na przykład podkopu, aby się uwolnić.
W pracy, mniej więcej w godzinie pamiętnej Wielkiej Ewakuacji zastanawiałam się, czy już wisi na płocie czy może przywiązany jest do ogrodowej ławeczki, by czasem nie oddalił się zbytnio.
Coś czuję, że jeśli kiedykolwiek jego grupa pójdzie na jakąś wycieczkę, to będę ochoczo się udzielać jako bodyguard.

Natomiast Monsterówna za tydzień wyjeżdża na swoją pierwszą, trzydniową Zieloną Szkołę. Wczoraj mówiła, że pani przez godzinę opowiadała im, co tam będą robić i co mają zabrać.
- Mówiła przez godzinę, a jedziemy tam tylko na trzy dni! - śmiała się Monsterówna, a potem dodała - Pomożesz mi się spakować? 
(przypominam: mamy tydzień do wyjazdu)

Och, jak bardzo ją rozumiem. Ja też lubiłam pakować się na wszelkie wyjazdy grubo przed czasem.

Jedynie, co na razie zgrzyta w przypadku Monsterówny, to jej tryb życia. Monsterówna jest typową sową i o 22 ćwierka niczym skowronek. Zupełnie nie do życia za to jest o siódmej rano. Spływa ze schodów z miną cierpiętniczą i neguje poranek. A w tym roku trzy dni ma na ósmą, więc od poniedziałku do środy jest skrzywiona.

Za to wieczorem, pląsając i podśpiewując pod nosem, od niechcenia wyznała, że gdy była mała, to miała szczęśliwe życie. A teraz w jej życiu czegoś brakuje, tylko nie wie (jeszcze), czego.

O-ra-ny.
Dojrzewamy, bardzo szybko dojrzewamy.






poniedziałek, 07 września 2009
deszcze niespokojne



Monsterdziadkowie pojechali do Częstochowy podziękować za cudowne ocalenie Monsterina, tymczasem sam zainteresowany samodzielne przechodzenie przez jezdnię traktuje jako jedną ze swoich największych umiejętności.
Tak wyszło zupełnie przypadkowo, przy okazji chwalenia się przez starszych swoimi osiągnięciami.
Tymczasem Monsterino wczoraj rozkaszlał się w swoim stylu, czyli krtaniowo i mimo inhalacji, kaszlał rano też. A wspomnienie przedszkola wzmogło atak.
No to został w domu, a sezon infekcji uważam za otwarty.

Po monsterinowej spektakularnej ucieczce, podniosły się zewsząd głosy, iż Monsterino pewnikiem niedorosły do przedszkola jest i nie należy go tam posyłać.
Nie jestem przekonana. Uważam, że Monsterino jest wystarczająco dojrzały. A że jest uparty, krnąbrny i uważa, że w domu będzie mu lepiej, to swoją drogą prawda. Ma to po mamusi, która w analogicznym wieku dokładnie to samo myślałam o swojej placówce oświatowej.

Nie wiem, czy nasz wczorajszy długi spacer nasilił monsterinowy kaszel, czy nie. Ale fakt, że temperatura gwałtownie spadła i wiał wiatr. I chociaż dotarliśmy do Palmiarni, gdzie w tropikach udało nam się przecież trochę ogrzać, to zrobiliśmy długą rundę przez dwa parki, by dotrzeć do Kościoła.

I Monsterówna będzie przygotowywać się do I Komunii Świętej nie w naszym parafialnym Kościele, tylko u Pallotynów. Tam, gdzie zawsze uczestniczymy w Mszach Świętych.
Ale, że nie jest to najbliżej domu, to znowu sobie komplikujemy życie.
Na własne życzenie.
Niektórzy tak lubią.



piątek, 04 września 2009
Nieścigany



Już trochę ochłonęłam, to rekonstruuję przebieg zdarzeń.

Dzieci były w przedszkolnym ogrodzie. Furtka była zabezpieczona górnym, niedostępnym dla wzrostu dzieci skoblem.
Pań było dwie - jedna zajmowała się sytuacją przy zjeżdżalni, druga pocieszała jakieś ryczące dzieci (rzeczywiście, trochę w tym roku jest płaczków, włączając Monsterina), no i Monsterino wymknął się bokiem w stronę furtki.
Sforsował furtkę (niżej piszę, jak) i poszedł do domu. Trasę przecież zna, od urodzenia nią chodzi...
Przeszedł po pasach jeden pas jezdni i utknął w krzakach na pasie zieleni rozdzielającym jezdnie.
I tu pojawił się kolejny w monsterinowym życiu Anioł Stróż. Jakiś kierowca zauważył błąkające się dziecko, zatrzymał się i zapytał Monsterina, o co chodzi. A Monsterino przedstawił się, pokazał nasz dom i pan go tam zaprowadził.
W domu był Monstertata. I dobrze, że akurat był, aby odebrać domofon z zapytaniem: "Czy wie pan, kto to jest Teodor?"...
Zawał na miejscu.
Gdy Monstertata zadzwonił do mnie, to nie widziałam, czy śmiać się czy płakać. Lecieć rozszarpywać panie, czy od razu składać pozew do sądu o zaniedbanie.
I co dalej robić. Stwierdziliśmy, że Monsterino musi wrócić do przedszkola, żeby nie było precedensu, że gdy tylko ma widzimisię, to sobie może wrócić do domu i w nim zostanie.

Awanturę paniom zrobił Monstertata. Kiedy dotarłam w zwyczajowej porze, to już mi przeszło. I ja wierzę paniom, że nie siedziały na ławeczkach zajęte ploteczkami, tylko rzeczywiście miały o jedną sytuację podbramkową na raz za dużo. I ufam im, mimo wszystko. Aczkolwiek  przez słabe zabezpieczenia nieszczęście mogło się wydarzyć, więc już podobno w poniedziałek przychodzi budowlaniec budujący zasieki wokół ogrodu.

Jak Monsterino furtkę otworzył, pokazał Pani Dyrektor osobiście już po powrocie do przedszkola.
Wszedł na ogrodzenie (but dorosłego nie wejdzie między te szczebelki, ale dziecka, jak widać, może), siegnął ręką i podniósł skobel.
Najlepsze jest to, że właściwie tylko wtedy, gdy dzieci są w ogrodzie, to furtka jest blokowana (wyjście z samego budynku przedszkola jest dodatkowo blokowane, trudniejsze do sforsowania, bo trzeba symultanicznie wykonać dwie operacje i nawet starsze dzieci z tym sobie nie radzą) i nie mam pojęcia, kiedy on widział, że ten skobel w ogóle jest?

I jeszcze jedno. Monsterino teoretycznie zgadza się, że nie może wychodzić już nigdy z przedszkola samemu, a jednocześnie tłumaczy, różnie, że albo szedł tylko trochę się pobawić w domu, albo, że po chusteczki. Gdy popołudniu przechodziliśmy już razem przez to przejście dla pieszych, które pokonał i po raz kolejny mówię, że trzeba poczekać, aż nie jedzie żadne auto, to on mówi:
- Tak, właśnie, ja tak cekałem, az nic nie będzie jechać! - bardzo zadowolony z siebie

Zatem mam tu agenta testującego zabezpieczenia przedszkolne.
Ktoś potrzebuje zbadać słabe punkty przedszkola swojego potomstwa?






Prison Break



O 11:05 Monsterino wrócił do domu z przedszkola.
Sam.
To znaczy, jakiś pan go przyprowadził, zobaczył go kulącego się w krzakach w pasie zieleni między naszą ulicą, dwupasmową ulicą. Bardzo ruchliwą ulicą.










Trzęsę się.





Dzień trzeci i kawałek czwartego, ale TGIF:))



Nie chcę zapeszać, bo pewnie w poniedziałek zacznie się od początku, ale Monsterino jakoś mniej histerycznie reaguje na ideę przedszkolną.
To znaczy, wczoraj rano, gdy drżącym głosem zapytał się, czy znowu musi iść, rozpłakał się i ciskał przedmiotami, a dzisiaj już nie ciskał. I dał się zagadać, że przecież przyjadę po niego i pójdziemy na lody. Przez te cztery dni udało się ustanowić taki zwyczaj i widać, że już powoli pamięta, jak dzień w przedszkolu i po przedszkolu wygląda, bo dzisiaj zapytał się, czy znowu odbiorę go TAK PÓŹNO (czyli raptem po podwieczorku o 14:30!).
Wczoraj też pierwszy raz pomachał paniom na pożegnanie i nie wykazywał chęci zabrania kapci do domu.

Monster wyraża się o szkole entuzjastycznie. Wczoraj zapełniali swoje szafki przyborami, podpisywali książki, no i mieli pierwszą akrobatykę.
- Świetna jest tak pani trenerka! - stwierdził Monster

Ja też jestem w euforii, bo po wczorajszym zebraniu udało mi się NIE zostać skarbnikiem u Monstera z błahego powodu: nadmiaru chętnych!
Daje się zauważyć nie tylko wielka różnica między dwie szkołami w tym samym mieście, ale także pomiędzy stylem Pań wychowawczyń. U Monsterówny z każdej rzeczy robi się problem oraz pani mówi, że dyżury ma w piątek od 11:35 do 12:25 (no jestem ciekawa, kto pracujący na ten dyżur przyjdzie) i że raczej nie chce dać swojego nr telefonu rodzicom, żeby go nie nadużywali,  a tu pani Monstera mówi, że oto jej numer, oto jej email i prosi o użycie, bo rozumie, że w trakcie tygodnia  nie ma, kiedy się spotkać, a pragnie, by o każdym problemie informować ją na bieżąco.

Mimo,że Monsterówna była w szkole Monstera i widziała tę jego kameralną salę, kolorowe szafki i gry na półkach wokół dywanu, to sama jest zadowolona ze swojej klasy. I tu nie chodzi o wyremontowaną salę (rodzice się złożyli, a zgadnijcie, kto jeździł i załatwiał nową wykładzinę, no kto?), ale o koleżanki. Bo przecież wszyscy wiemy, w jakich celach chodzi się do szkoły...



czwartek, 03 września 2009
Pierwszaki, czyli epopeja w odcinkach



- Masz zadanie domowe? – przywitała Monsterówna brata, który, jako najdłużej przebywający w przybytku edukacji, dotarł do domu najpóźniej
- A ja jus tu jestem! - zawołał z drugiego pokoju Monsterino – Ty psysedłeś, a ja zawołałem, ze jus tu jestem – wyjaśnił, gdyby ktoś nie załapał, o co mu się rozchodziło.
- Nie mam - Monster zrzucił plecak i wyjaśnił - dzisiaj była tylko zabawa i gra w piłkę

- Phi! - wydęła usta Monsterówna - Co to za szkoła!?



Monster ma nowego kolegę, z którym dzielił się ciastkami dołożonymi przeze mnie jako słodki bonus do śniadaniówki. Stwierdził, że obiad był dobry (wykupiłam mu w tym miesiącu same drugie dania, ale coś czuję, że w przyszłym dołożę zupę, bo już się skarżył, że jedzenia było mu za mało.
"Wiadomo! To sportowiec!" - zaperzyła się Monsterówna, ze zdziwieniem, że w ogóle mogłam pomyśleć o wykupieniu tylko części obiadu. )

Kiedy poszliśmy na plac zabaw, Monsterówna zasiadła mi na kolanach i przez godzinę je okupowała, twierdząc, że nie ma innych okazji. Omawiałyśmy przy tym awarię elektrowni wodnej w Rosji (akurat czytałam "Przekrój"). Bardzo ciekawy sposób spędzania czasu na placu zabaw...

Natomiast Monsterino.
Och, ten nasz Monsterino.

Chyba muszę założyć nową kategorię wpisów blogowych, pt.: "Teksty powitalne Monsterina odbieranego z instucji ucisku".
W drugi dzień przedszkola było to:
"Tata jes gupi, ze mnie TU zostawił!"

Ale tym razem bez ryków zostawił na noc w przedszkolu kapcie. I podobno TYLKO czasem płakał., gdy mu, lub innym nowicjuszom, się przypomniało.

Biedny, oddelegowany do najgorszego zadania, Monstertata.
Ale nadal uważam, że gdybym ja miała go odstawić, to zdzierałby farbę ze ścian i szaty na mnie rozrywał, więc i tak nie jest najgorzej. Co nie zmienia faktu, że Monstertata ma coranny stres.

Ja spijam śmietankę.
Odstawiam tego kolesia:






środa, 02 września 2009
Kolce i róże



Plan ze ściśle określonymi i wzajemnie powiązanymi sekwencjami działań byłby stanął na punkcie pierwszym, gdyż jeden z bohaterów dnia nie zamierzał wstać. Jak nigdy.

 


 

Tu utknęłam.

Bo budzenie misia mogło oznaczać wybuch złości, a jak tu zaczynać przedszkole pod kreską...

Kilka moich nieuważnych szurnięć krzesłami później Monsterino obudził się sam.

Zatem ja uśmiech na linkach, aż za uszy i świergolę o pięknym dniu, zabawach w wiadomej instytucji, jak to panie czekają właśnie na niego (genialny zwyczaj mają w naszym przedszkolu wysyłania do debiutantów zdjęcia pań z podpisem w stylu: "już nie możemy się Ciebie doczekać". Monsterino zdjęcie postawił na swoim stoliku i codziennie powtarzał, jak to panie na niego czekają).

No i przy tym moim ćwierkaniu wchodzi Monsterówna i z równie szerokim uśmiechem na twarzy, jak mój, lekko rzuca:

-        To nie będziesz płakać, prawda?

Gdybym stała bliżej, to bym boleśnie kopnęła ją w kostkę. Tak mogłam tylko posłać jej gromy wzrokiem, co i tak nic nie dało, bo za chwilę wszedł Monster i zapytał, jaką zabawkę Monsterino ze sobą zabiera, żeby odgonić strach.

 

- Dlaczego strachu, jaki strach? - zadudniłam, cały czas na uśmiechu za uszy

 

Bo nie miał stracha. Wiedział, że ma iść i poszedł.

Monstertata określił, że w szatni wyglądał na skołowanego. Ale przy takim rozgardiaszu, kiedy wszystkie najmłodsze Kotki zaczynają wdrażać się do grupy, jak nie ma być rozgardiaszu.

A gdy poszliśmy całą zgrają odebrać go po podwieczorku, to rzucił się mi na szyję, a potem rozryczał.

Emocje uszły, zgoda. Ale on chciał zaraz zabierać swoje kapcie do domu.

Monsterówna mu tłumaczy, że kapcie poczekają w przedszkolu na niego do jutra.

 -        NIEE! - ryknąłBO JA JUS TU NIE WLÓCĘ!

 

 

Wieczorem w domu odpowiadając na liczne pytania, stwierdzał, że w przedszkolu było fajnie, ale ostatnie zdanie przed zaśnięciem brzmiało:

 -        Zdecydowałem, ze nie będę jus chodzić do psedskola.

 


W nocy budził się z awanturą co pół godziny.


Dzisiaj rano było różnie - od euforii, że tak, już idzie, przez pytanie: "czy ja tam będę znów SAM" (Nie, z paniami i innymi dziećmi), aż do ryku, że on nie chce.
Ale znamy wybuchowy charakterek najmłodszego, znamy jego zdolności manipulatorskie, wtedy łatwiej krótko powiedzieć, że idziesz, bo nie ma innej możliwości i liczyć, że w ciągu najbliższego miesiąca przywyknie.


Drugi debiutant robił lepszą minę. Zwłaszcza gdy szedł obok weteranki.



To zdjęcie ma głębokie alegoryczne drugie dno: zielone światła, droga z pierwszeństwem przejazdu, takie tam...


Monster chowa emocje głęboko, tylko wykrzywione palce wskazują na lekki stres. 




A potem zapoznał kolegę, usiadł w ławce.

Dzisiaj przeżywał, ale z uśmiechem. Pierwsze zajęcia z akrobatyki przed nim.



A Monsterówna?

Ach, Monsterówna nie mogła już się doczekać, że "wreszcie będzie można popracować i porobić różne zadania, bo już było nudno". I wreszcie spotka koleżanki. I ma w tym roku chór i zespół flecikowy oraz arteterapię.


No to popracujmy teraz przez chwilę NIE myśląc o stresach licznego potomstwa, bo nie zdążymy się oglądnąć, a już trzeba będzie towarzystwo odbierać z placówek.




wtorek, 01 września 2009
tyta lub tutka, czyli róg obfitości

Najlepszym sposobem szybkiego wydostania się z powakacyjnego marazmu jest natłok spraw i napaść terminarza.
Tralala, no to mamy.  
Już za parę godzin.
Już za chwilę.
Ddzień debiutów. Każde z Monsterów jakoś tam debiutuje, choć strach jest stopniowalny. Monsterówna najmniej przeżywa, opisuje podręczniki, zeszyty i wyposażenie i nie może doczekać się spotkania z koleżankami.
Po Monsterze nic nie widać. Przymierzył plecak, przejrzał zawartość. Przyjął do wiadomości fakt zmiany,ale przy mnie trzyma się dzielnie. Ze swoim lękiem poszedł tylko do Monstertaty. Macho.
Czuję przez skórę problemy z wywalczeniem miejsca w stadzie, wszystko zależy od nagromadzenia samców alfa w klasie.

No i debiut roku, to przedszkolne wejście Monsterina.
Po serii książeczek uświadamiających, co go czeka, lekko odpuściłam indoktrynację.
Toteż zdziwiłam się niepomiernie, gdy na radosne i podtrzymujące zagadnięcie Monsterówny:
- No to jutro już będziesz się bawił z dziećmi w przedszkolu!
Monsterino ryknął:
- NIEEEE! JUS MÓWIŁEM,ZE JESTEM JUS DUZY I IDE DO SKOLY, A NIE DO PSEDSKOLA!

Będzie czad.
Na wszelki wypadek nieprzyjemne czynności przy oddawaniu Monsterina na miejsce kaźni odbębni Monstertata. Już cały w nerwach.
Będę donosić na bieżąco.

A i żeby od razu na samym początku września stracić humor, oba początki roku i Monstera i Monsterówny odbywają się w tym samym czasie.
Taka kara za ekscentryczne posyłanie każdego monsterzątka do osobnej placówki oświatowej.

No to lu! Wszystkim Dzisiejszym Debiutantom Po Obu Stronach - kopniak na szczęście!

a ja chyba dzisiaj nie zasnę...



Archiwum
do Monsterowa tędy