wtorek, 30 września 2008
zryw



Po przeczytaniu harmonogramu imprez na najbliższe dni w szkole i przedszkolu pierwszy raz w życiu stwierdziłam, że może tak zwykły tydzień bez żadnych atrakcji by się przydał. Cały czas mam wrażenie, że o czymś zapomnę - kiedy zapakować plecak Monsterowi, a kiedy Monsterównie, kiedy suchy prowiant na wycieczkę, a kiedy strój galowy na koncert.
Ale Monstery generalnie szczęśliwe. One lubią ruch.

Wychowawczyni Monstera lubi wprawiać w ruch też rodziców. Ma fantastyczne pomysły, trzeba absolutnie przyznać.
Jako temat rozruchowy na początek roku zaproponowała projekt "rowery", a jak rowery, to rajd rowerowy oczywiście. Całych rodzin.
Akurat świetnie nam się udało wycelować z pogodą i po rajdzie można było jeszcze piknikować i zabawiać się radośnie.
To był pierwszy rajd przedszkolny, więc parę problemów technicznych po drodze się zdarzyło i nawet z tego podniecenia nie zrobiliśmy sobie wszyscy wspólnego rowerowego zdjęcia, ale obiecaliśmy sobie, że koniecznie zrobimy co najmniej powtórkę.
Mała reprezentacyjna próbka drużyny (Monsterino w foteliku w głębokim tle):




Ochłonęliśmy dopiero na polanie i wtedy okazało się, że to jeszcze nie koniec atrakcji (niech Was zdjęcia nie zwiodą - ta chusta to nie kawałek kolorowej szmaty, tylko pomoc naukowa, fachowo to się nazywa "zajęcia z ruchu rozwijającego Weroniki Sherborne")







Piknik, do stołu z ciastkami przyssały się Monstery, ze szczególnym uwzględnieniem Monsterina. Widać, komu w domu ograniczają słodycze...



***


Kąpiel Monsterowa.
Monsterówna jeszcze się szoruje, Monster już wylazł, Monsterino wychodzi właśnie z wanny. Podaję mu rękę i ręcznik. Monsterino odtrąca rękę i bierze ode mnie ręcznik:

- Sam dam ladę! - mówi - Jestem jus duzy chopcyk i jesce będę robić siku i kupę na nocnik, to pójdę WLEŚCIE do pedśkola! - wygłasza i patrzy się pytająco na Monsterównę

- Bardzo dobrze, Teosiu! - chwali Monsterówna - to ja go tego nauczyłam! - zwraca się do mnie na boku

Zawsze mówiłam, że teorię Monsterino ma w małym paluszku...

poniedziałek, 29 września 2008
kapitalnie



Dwóch kolegów odwiedzających Monstera robi wraz z Monsterem i Monsterinem hałas porównywalny do galopującego stada dzikich mustangów. Bo oczywiście najlepszą zabawą jest ganianie po chacie, uciekanie przed Monsterinem i straszenie się nawzajem z głośnym: "łaaaa".
A co 15 minut:
"Ciociu, a kiedy będzie kolacja?"
Znowu nie założyłam w planie aprowizacji dodatkowych dwóch młodych mężczyzn na kolacji, więc musiałam improwizować.

Ale ukoronowaniem całej koleżeńskiej zabawy było wyskandowane unisono z pokoju chłopaków, gdy wreszcie usiedli nad klockami:
"Kochanie wiem, w co grasz, ta pokerowa twarz nic nie da, mówię pas"

Monsterino trochę pętał pod nogami kolegów, więc zabrałam go do siebie, do kuchni.

- A kapitan dzie jest? - zapytał, rozglądając się wokół

Nie doszłam, kogo miał na myśli, ale że od razu chciał się włączyć w przygotowania paszy na dzień następny, to nie mając innego wyjścia, powtarzałam tylko: "pamiętaj, nie dotykaj patelni, bo gorąca".

I mimo wszystko odetchnęłam z ulgą, gdy nadszedł czas kąpieli i pójścia spać.

Kapitan miesza



i próbuje




I jeszcze podsłuchane:
- Idą tileksy idą, musą stać i cekać
bo jes CEWONE światło, psecies!





piątek, 26 września 2008
i tak i nie, wszystko źle



Monsterówna robiła wczoraj lekcje do 21.
Album z życia rodziny, na przykład. Powiedziała, że potrzebuje twardych, kartonowych okładek, a ja... tadam, tadam - byłam przygotowana! Coś tak czułam, że w szkole to od razu dadzą czadu, więc już od pewnego czasu zbieram kartony, skrawki materiałów, włóczki, guziki i plastikowe nakrętki. Horror prac ręcznych.

Zabrałam Monsterina na plac zabaw, żeby Monsterówna miała spokój, gdyż Monsterino miał wczoraj ciężki dzień. I chciał i nie chciał w tym samym momencie.
Zatem wychodzimy.
Monsterino biegnie, rzucam się do przodu, Monsterino staje jak wryty i wrzeszczy: "Nieeee!!! Nie tak będziemy chodzić!"
Zdążyłam go zgarnąć parę centymentrów przed kałużą, w której planował centralnie się umościć.
- Nie ceeeee!

- Czego nie chcesz? - zaczęłam rozumieć ten cedzący, zdenerwowany głos Monstertaty, gdy dzwonił do mnie w ciągu dnia mówiąc, że Młody jęczy.

- Nie ce iść!
- Nie chcesz iść na plac zabaw? To może chcesz na barana? - proponuję, jeszcze na luzie, jestem ponad humorami dwulatka

- Nie ce iść na balana!!! - łka Monsterino i rzuca się na trawnik. Modlę się, żeby akurat na tych centymetrach kwadratowych nie było psich odchodów

- Nie musisz iść na barana, możesz iść nogami - mówię, nadal spokojnie, och jaka jestem z siebie dumna, ostoja spokoju, fontanna dobrej energii...
- NIE NA ULICĘ! - wrzeszczę, bo już turla się w kierunku krawężnika
Wdech-wydech. Oaza, palmy, ciepło, piasek. Gejzer cierpliwości.

- Nie ce iść nogami, ce iść na balana!!! - Monsterino wrzeszczy, pręży się, nie może sobie z sobą poradzić
Wrzucam go na barana. Po takim spacerze nie potrzebuję wizyty na żadnej siłowni. Monsterino kopie, wygina się, muszę go zdjąć. Wierzgającego Monsterina biorę pod pachę i przenoszę, bagatela, jakieś 200 metrów na plac zabaw.
I pomyśleć, że dawno, dawno temu w sąsiedniej galaktyce, gdy jeszcze nie miałam dzieci, uważałam, że posiadanie ryczących i wierzgających monsterów jest kwestią braku umiejętności wychowawczych ich rodziców.

- Ta betoniala jest miła, a stlacha nie lubię i się boję! - radykalna zmiana nastroju na widok placu zabaw plus jakieś reminiscencje z wieczornej lektury o Bobie Budowniczym.
- Proszę, jaki radosny, grzeczny chłopiec! - komentuje podśpiewującego "zawse da ladę" Monsterina pani pilnująca małego buntownika, który właśnie kopie drabinki w ataku furii

- O, tak - przyznaję - wyjątkowo radosny...dzisiaj...

środa, 24 września 2008
wyobrażenia i lekcja



- Niesamowite! - wzdycha Monsterino w zachwycie - zobac, mamusiu, zobac moje autko potlafi latać!

I tu następuje piękny rzut samochodem poprzez pokoj zakończony (przypadkowym) wcelowaniem w głowę plastikowegoT-rexa.

- Ale to był zut! I widziałem takiego tilka ogomnego ! - przypomina sobie nagle.
Tak, tirów,  przejeżdżających przed domem, u nas dostatek.

Chwilę później biegnie po pokoju potykając się na dywanie z samochodów. Upada, gruchot aut i kolan, wydaje jęknięcie, ale nie ryczy. Wstaje, otrzepuje kolana i z zaciętą miną rzecze:
- To moja wina była!

****
Tymczasem jedziemy na globalne szczepienie Monsterowa. Całe szczęście, że wieczorem w przychodni pustki, jako że wielomonstery generalnie anektują przestrzeń.
Płytki w korytarzu poukładane są we wzorek, aż się prosi o grę w klasy. Duża opłytkowana przestrzeń rezonuje i nie potrzeba krzyku, żeby zrobić hałas.
Przychodnia jest prywatna, szczepienia są płatne. Tylko tym tłumaczę, że nikt nie poczynił ani pół uwagi.  Gdyż Monstery jakby zwariowały, a może doznają jakiegoś miejscowego skażenia czy innej zarazy, biegają w kółko goniąc własne ogony i nic do nich nie dociera.
Tym bardziej gromy, które wysyłam wzrokiem i moje dyscyplinujące syknięcia.
Monsterowo zaszczepione, a Monsterówna ma nocną interpelację:

- Mamusiu, czy możesz zmienić pracę i pracować u nas w szkole?
- Nie sądzę, że byłabym dobrą nauczycielką - stwierdzam
- Dlaczego? Bo mama Matyldy u nas w szkole pracuje i Matylda nawet ją odwiedza, na przerwach i ja też bym chciała! - wzdycha
- Ja bym raczej nie miała cierpliwości do dzieci, krzyczałabym, gdyby były głośno i denerwowałabym się, gdyby czegoś nie rozumiały - zniechęcam Monsterównę do wizji mojej osoby w roli nauczycielki
- Ale ja bym je przygotowała, powiedziałabym, że ty tak tylko żartujesz i bym cię nauczyła, że trzeba mówić do dzieci (i tu zaczyna głosem łagodnym i miłym) "nie szkodzi, że to ci nie wyszło, spróbuj jeszcze raz, tak, teraz jest dobrze..."
No to jak, zmienisz?

Jakby Ci to powiedzieć, córeczko...


wtorek, 23 września 2008
niedoborów w nadmiarze



Telefon wibruje, dźwięczy, budzi, zapomniany gdzieś w holu.
Monsterino mamrocze:
- Mamusiu, twój telefon dzwoni, psyniese ci!
- Śpij jeszcze, słoneczko, podzwoni i przestanie - mamroczę z kolei, ja. Z drugiej mojej strony przerzuca na drugi bok swój szkielet Monster.
Jakaś roszada nocna nastąpiła, bo nie widać na horyzoncie monstertaty.
Skoro zadzwonił budzik, to Monsterinowi zbudziły się ślinianki i już natychmiast musi zasiąść przy stole.
Śniadania absolutnie nie jesteśmy w stanie zjeść wszyscy razem. Monsterówna przeżuwa później, Monsterino najwcześniej, my z monstertatą tylko kawę, Monster coś ciepłego łyknie, ale nic do jedzenia. Zagłuszam sumienie zapewnieniem,że zje coś w przedszkolu.
Monsterówna zmienia jednak zestaw ciuchów, Monster nie chce zwlec się z łóżka, ja z jedną skarpetką biegnę do kuchni, bo Monsterino woła gromkim głosem:
- Ojej, WYPADEK się wydazył! Wsyskie płatki SIĘ wysypały, mamusiu, zobac KONIECNIE, musis zobacyć!

Przez tę moją powiewającą skarpetkę, pierwsza dopada kuchni Monsterówna i wrzeszczy:
- Mamuś, on wszystkie cini-mini wysypał, mogę zebrać z podłogi?!
- To jest BARDZO czysta podłoga, zbieraj! - wrzeszczę, bo po prawdzie, jeszcze o północy była lśniąca.
- Ale muszę dmuchać? - docieka Monsterówna krzycząc z kuchni
- Nic nie musisz, czysta podłoga! - odwrzaskuję szamocząc się w sypialni z drugą skarpetką, spodniami, swetrem...
- Nie muszę zbierać???? - odkrzykuje Monsterówna

Głuchy telefon.

Kolejny poranek z życia rodziny wielomonsterowej.


****

Pani w szkole znowu potrzebuje papieru oraz ręczniczków.
Jeśli ktoś myśli, że zaoszczędziłam posyłając dziecko do szkoły publicznej, to jest w dużym błędzie. Na każdym kroku okazuje się, że potrzebna jest opłata/dopłata/ zbiórka. Że żaluzje w klasie mają już 5 lat i się zużyły i że może by tak się złożyć. I jak tak się przyjrzeć samemu budynkowi, toaletom, podwórkom to też można by się właściwie złożyć i odnowić. Przejrzystość finansów samorządu utrzymującego szkoły publiczne jest zastanawiająca. Na co oni właściwie płacą, skoro pensje idą z budżetu oświatowego?

Monsterówna zaliczyła pierwsze zajęcia z baletu i uwaga - jest ROZCZAROWANA.
Chyba jednak nie pójdzie do szkoły baletowej, bo to nie jest jej pasja NA CAŁE ŻYCIE! O, proszę, co za decyzja. No i z racji tych zajęć w poniedziałki nie ma czasu, żeby odrobić lekcje i tak naprawdę, to ona nie wie, czy chce tych zajęć.

Wcale nam się nie uśmiecha wożenie jej specjalnie, zwłaszcza, że wtedy wieczoru dla chłopaków prawie nie mam, ale proszę, że sama tak zmieniła zdanie, tego bym się nie spodziewała.

Kolejny etap za nami.
Mam cichutką nadzieję, że może teraz wejdzie w fazę harcerstwa, biegania na zbiórki i wyjeżdżania na letnie trzytygodniowe obozy, a mnie odpadnie trud wyszukiwania ofert kolonijnych.
Tak skromnie sobie marzę.
poniedziałek, 22 września 2008
bez ładu i składu



Wyjście z trojgiem Monsterów to manewry taktyczne. Jeśli jeszcze na określoną godzinę i jeśli jeszcze mam wyjść sama, to na samą myśl może boleć głowa.
Trzy zestawy ciuchów, za wcześnie nie ma sensu wydawać, bo jeszcze zdążą się unurać. Nie jestem matką zabraniającą brudzenia się, ale zdarzają się sytuacje, gdy wypadałoby, żeby się wszyscy prezentowali w miarę czysto. Na koncercie, na przykład.
Ale, po co.
Do tramwaju idziemy szeroką nawą. Monsterino wybiega do przodu, więc i ja i Monsterówna, bo to ona chce go trzymać za rękę. Monsterino wywija się, bo nie chce być trzymany, Monsterówna w ryk, że on nie chce. Monster gdzieś tam po boku biegnie, zaliczając kałuże i błocko, choć przecież nie ma kaloszy.
Gdy Monsterino zauważa, że starszy brat sobie pozwala, wyrywa się, by też spróbować. Monsterówna snuje się z tyłu obrażona.
Dyscyplinuję Monstera, wierzgającego Monsterina ładuję na barana, dostając obutym odnóżem w twarz.
Nie ma sensu rozmazywać makijażu mokrą chusteczką. Błoto wyschnie i samo odpadnie, albo się strzepie.
Monsterówna chlipie, Monster obrażony, Monsterino wrzeszczy.
Monstermama spocona i brudna.
Piękna rodzinka w drodze na ukulturalniającą imprezę.

****


A przy tej pogodzie za oknem, można sobie spokojnie wpaść w jesienną depresję.
Monsterówna prawdopodobnie już to zrobiła.
Przez cały weekend sporządzała kolejne zadania domowe. Z różnych przedmiotów. Dzisiaj jeszcze we łzach kończyła.
I wyciągnęła Plastusia z tornistra, który miał już tam swój domek i chociaż dwa dni usprawniałyśmy jego plastelinowe nogi, by się trzymał na nich, to musiała go jeszcze dzisiaj rano wyciągnąć i jeszcze raz poprawiać (tym razem monstertata musiał, bo Monsterino porwał ludzika i lekko zdekompletował). Po co go wyciągnęła, skoro wczoraj komisyjnie go zapakowałyśmy na dobranoc i cały i zdrowy miał powędrować do szkoły???
W każdym razie nie wiem, czy nie za dużo angażuję się w odrabianie lekcji przez Monsterównę, ale ona oczekuje, że będę śledzić każdą napisaną przez nią literkę.
Na razie prawie każdą śledzę, choć jak tylko zakotwiczę przy jej biurku, to młodsi zazdrośnicy już koczują obok, przeszkadzają. Lepiej zabrać przeszkadzaczy i dać jej spokój, ale tak też jest niedobrze.
Temat do przemyśleń i przećwiczenia.



A tak było w zeszłym tygodniu w leśnej głuszy.
Chociaż do kąpieli trzeba było się dogrzewać..





to dnie były przecież ciepłe



a teraz co?
polary, jarzębina, kasztany i deszcz



i góra papierów do prognozy w pracy.
zatem zmykam
piątek, 19 września 2008
kręciołki




- A co tutaj się znajduje?
- zapytuje się Monsterino oglądając słoik z ogórkami

- A jak myślisz, co to jest? - to jest moje ulubione pytanie, które regularnie zadaję Monsterom

- To są ogólecki!!! Ja baldzo lubie ogólecki! Popose chlebek z ogóleckiem!

Monstery są w zasadzie wegetarianami: Monsterówna zamawia do swojej śniadaniówki kanapkę z sałatą oraz pomidorem i niezmiennie, dzień w dzień, cieszy się, że ma takie pyszne śniadanko.
Gdy spakowałam na basen trzy różne pudełka, ale każde z takimi samymi kanapkami z samym masłem, to Monster rozpływał się nad moim kunsztem kucharskim, natomiast Monsterino porwał kanapki z pudełka swojego i bratowego, nadgryzł też kanapkę siostry, a potem stwierdził:

- Ja mam najlepse!

Prawdopodobnie Monstery nie potrzebują wyszukanego menu, skoro ryż na słodko z sosem truskawkowym w szkolnej czy przedszkolnej stołówce powoduje wiwaty na cześć kucharek. Ale niektórzy rodzice chcą zmienić szkolny katering.
Nie wiem, czy zmiana dostawcy zmieni menu, niemniej jednak Monsterówna nie zgłasza zastrzeżeń. Owszem, czasem mówi, że mięsa nie zjadła, ale trudno, żeby wegetarianka napychała się ścierwem...


Monsterówna ćwiczy pisanie, bardzo ładnie, równiutko, linijka w linijkę. Ślicznie.
Szkołę oswoiła, jedynie boi się, że dostanie naganę za gadanie.
Monster przeszczęśliwy odwiedził swoich kumpli z przedszkola, a dzisiaj najpewniej to oni odwiedzą nas. Nareszcie! Wprawdzie na razie kumple nie będą u nas spać, ale i tak Monster zachwycony, że może być tak dorosły jak odwiedzająca koleżanki Monsterówna.

Natomiast Monsterino tradycyjnie małpuje wszelkie zachowania starszych z wyjątkiem sikania do nocnika (choć po prawdzie starsze przecież JUŻ do nocnika także nie sikają). Nocnik nadal parzy. Za to fascynacja zabawkami starszego brata coraz większa. Monster się wścieka za bałagan w pokoju i naciska na gromadzenie dodatkowych punktów za sprzątanie po bracie.
Muszę opracować system.

****

Monstery uskuteczniają wyścigi samochodowe. Monster wygrzebał model starego garbusa.

- Lubie takie stare graty! - stwierdza

Monsterino natychmiast sięga po jakieś pokiereszowane autko i rzecze:

- Ja tes lubię takie stale glaTISY!

Papuga.

czwartek, 18 września 2008
mistyka dnia aktywnego



Wyjaśniła się zagadka niemożności zjedzenia szkolnego obiadu przez Monsterównę. Jakoś nie chciało mi się uwierzyć, że w ciągu 20 minut nie da się zabrać karteczki, pobrać obiadu i zjeść chociaż czegoś z niego. Przepytałam zatem Monsterównę o poszczególne czynności, które wykonuje, by do stołówki dojść i wyszło, że Monsterówna, gdy zadzwoni dzwonek najpierw:
- sprząta na ławce, by było czysto (np.: temperuje ołówek, by był gotowy na następną lekcję)
- pobiera chusteczki, odpinając kieszonkę, a potem zapinając kieszonkę tornistra (w kontrolowanych warunkach domowych zabiera jej to dłuższą chwilę, a co dopiero pod presją czasu)
- idzie (bo w szkole, mamusiu, nie można biegać) do ŁAZIENKI i MYJE RĘCE (a nie raz pisałam, że jest to czynność, w której się zatraca)
- a potem udaje się do stołówki, szuka karteczki ze swoimi danymi, ustawia się w kolejce...
i właściwie zaraz jest dzwonek.

I choć serce mi krwawiło, bo przez 7,5 roku uczy się dziecko, że należy myć ręce przed posiłkami, a teraz mam ten odruch zmarnować, zwolniłam Monsterównę z tego obowiązku. (oczywiście nakazałam NIE SPRZĄTAĆ przed obiadem, tylko po nim i trzymać chusteczki już na ławce)
By pozostać w zgodzie ze swoim sumieniem, Monsterówna stwierdziła, że właściwie, skoro je widelcem czy łyżką, to nie POBRUDZI jedzenia swoimi rękami...
(mokrych chusteczek nie chciała nosić).
I teraz zdąża, nawet jeszcze ma chwilę, by pobiegać po boisku przed powrotem do klasy. Tadam, tadam, eureka.

Wieczorów nam brakuje, żeby Monsterówna zdała relację z każdej minuty swojego szkolnego dnia. Zwłaszcza, że jakoś ostatnio co drugi dzień biegałam na zebrania (matka, żona, aktywistka).
- I znowu cię tak długo nie było - zarzuca mi Monsterówna przy myciu zębów - co wy na tych zebraniach tak długo robicie, gadacie?

Dokładnie.
Plotkujemy, aż się kurzy. Namiastka życia towarzyskiego.


wtorek, 16 września 2008
wyrostek/niedorostek



Wracając z przedszkola przeszliśmy podwórkiem przyosiedlowym, na którym jest ostatni w okolicy trzepak. Monstery zwykle fikają na nim, ale ostatni raz odwiedzaliśmy go przed wakacjami.
Monster podchodzi do trzepaka, chwyta barierkę, patrzy, jeszcze raz chwyta i nagle woła:
- Mamo, oni tu chyba obniżyli poprzeczkę!

Ech, więc jednak rośnie ten mój najstarszy syn, o półtorej głowy niższy od jednego ze swoich najlepszych kumpli!

Jakieś kwasy wyszły na przedszkolnej wycieczce, bo Monster dzisiaj nie chciał iść do przedszkola. Wczoraj burknął coś o krzyczeniu (jego własnym, lubi krzyczeć, to fakt) i o groźbie pani, że ostatni raz jedzie na przedszkolną wycieczkę. Trochę go naciskałam, żeby puścił parę, ale odwarknął, że nie chce już o tym gadać. To odpuściłam.
Ponieważ pani nic nie doniosła, więc wnoszę, iż groźba była raczej na wyrost i by go chwilowo przymknąć. Monster czuje się zbyt pewnie w przedszkolu i bryka. Trudno się dziwić pani, że na wyjściu poza bezpieczny teren przedszkola musi go dyscyplinować.

Natomiast Monsterówna, oprócz tego, że rozpłakała się nad zeszytem ćwiczeń z religii, bo katechetce nie spodobał się jej rysunek i nie dostała szóstki, to nauczyła się kolejnych piosenek i sprzedała je młodszym braciom.
Słyszy, że bracia je śpiewają, więc konfidencjonalnym tonem mówi:
- Wiesz, to proste. Posyła się jedno dziecko do szkoły, ono się wszystkiego uczy, a potem uczy swoje rodzeństwo. I oni nie muszą już do szkoły iść.

- Ja idę do pedśkola! - wtrącił się na to Monsterino - wcolaj pakałem w pedśkolu! - nie mam pojęcia w jakiej książeczce wyczytał, że w przedszkolu można płakać... konfabulant jeden.

Wyśledziłam za to książkowe źródło jego ostatniego powiedzenia - argumentu, którym hojnie szafuje przy każdej okazji: ona jest za mała! (o łyżce do zupy, gdy chce jeść zupę widelcem, o misce jogurtu i bardziej absurdalnie: o książce, którą mamy czytać, o samochodzie, o domowych urządzeniach - co do pralki, to się zgadzam - ona, mimo że ma ładowność 6 kg jest zdecydowanie za mała na nas wszystkich i bez suszarki jest, co przy tej pogodzie skutkuje przepełnionych koszem na brudy i zawalonym suszącym się praniem saloonie. )

Zatem: NIE! Mówi Miś Olo
!
Obecnie alter ego Monsterina.
poniedziałek, 15 września 2008
zebran(i)e



Gdy Monsterówna ma na 8, to odprowadzam ją ja, gdy na później, to monstertata.
Rano staram się nawet popędzić ją z ubieraniem, by spokojnym krokiem, a nie biegiem, dojść do szkoły, co nie zmienia faktu, że błyszczyk nakładam na usta dopiero na światłach.
Monsterówna wciska ponaglacza zmiany świateł, a ja wywracam torbę na drugą stronę i nabłyszczam się.
Monsterówna wysuwa dzióbek, żeby i ją, też obłyszczyć. Zdecydowanie odmawiam powtarzając mantrę o braku makijażu do szkoły. Ile razy jeszcze będziemy przeprowadzać tę rozmowę zanim skończy 18 lat?
Monsterówna nadyba policzki obrażona.

Odbieranie Monsterówny mamy opracowane odwrotnie - gdy późno kończy, to ja ją wtedy przechwytuję.
Zatem czekam przed szkołą, wychodzi.
Stoję lekko pod słońce i coś mi tak na policzkach Monsterówny błyszczy.
Podchodzi bliżej, ani chybi ma brokat na policzkach!

- CO TY TUTAJ MASZ? - wskazuję na błyszczące miejsca

- Wystroiłam się do szkoły! - odpowiadaMonsterówna z szelmowskim uśmiechem

- I tata nic na to nie powiedział? - pogrążam monstertatę, bo to on Monsterównę do szkoły przyprowadzał

- Och, tata TAKICH rzeczy NIGDY nie zauważa - stwierdza Monsterówna tonem doświadczonej przez życie kobiety

****

Monsterino wrócił z lasu, pogonił gołębie w drodze do pracy (a póziej pójdziemy ogądać koziołki, pamiętas?), koziołki się tykały, a teraz Monsterino układa dwadzieścia trzy auta w korek uliczny (od dziesiątego w górę liczy: onienaście, dwanaście, siemnaście, pietnaście i da capo al fine) i oznajmia:
"I będzie KOLEJNA katastofa".

Ma rację: wieczorem szkolne zebranie. Drukuję sobie moją prywatną agendę...

piątek, 12 września 2008
w pogoni za wuefem oraz niewiara



Monsterówna chyba znalazła sposób, żeby dać radę spędzić pięć godzin nauczania zintegrowanego pod rząd: wychodzi do ubikacji podczas lekcji.
Nie wiem, na jak długo znika, ale znając jej możliwości w superdokładnym myciu rąk, podejrzewam, że to jest dłuższa chwila. Czas przeznaczony na zrobienie jednego zadania w książce, na przykład. Bo dzień w dzień okazuje się, że Monsterówna robi w domu to, co inni robili w szkole, podczas gdy jej nie było.
Chwali jej się, że w ogóle kojarzy i pamięta, że inni coś robili.
Z zamiany koleżanek do siedzenia nic nie wyszło, bo jakoś się wstydzą zrobić pierwszy krok, a pani nie pomaga, choć obiecała. Ale Monsterówna, o dziwo, nie robi dramatu.
Dramaty przeżywa tradycyjnie w domu i nareszcie mogę zwalić to na odreagowanie szkoły.
Zatem miauczy:
- Popatrz, mamusiu, patrz uważnie, jak ćwiczę!

I tu fika kozły na wysokości górnego rusztowania od huśtawki. Fika w przód, w tył, zatrzymuje się na rękach. Akrobatka. Może trzeba było pójść na egzaminy do szkoły sportowej...
Nie wolno mi spuścić wzroku na gazetę i nie daj Boże, wyjść, bo się obraża. No i nie mam pretekstu, żeby pobiec w celu ratowania Monsterina, jako, że Monsterina niet. Muszę pilnie jechać po mój pretekst, bo ileż fikołków można dzień w dzień obserwować (wyrodna matka!!)

W poszukiwaniu zajęć sportowych pogoniłam Monstery właśnie do szkoły sportowej na sąsiednim osiedlu.
Monster nie chciał się ruszać znad statku pirackiego, no chyba, że będzie jechać rowerem, a Monsterówna i owszem, ale tylko gdy będzie biec.
Gdyby był Monsterino, pewnie chciałby jeszcze czegoś innego.

Zatem pobiegliśmy jadąc na pokazowe zajęcia aikido. Całkiem fajne, dużo ogólnorozwojowej gimnastyki, biegów i zabaw ruchowych. Jeden minus - właściwie trzeba chodzić dwa razy w tygodniu, w tym jeden raz w soboty. Gdyby Monstery bardzo się napaliły, to może bym się skusiła, ale one bardziej zainteresowały się salą obok tej z materacami do aikido - przyssały się do profesjonalnych trampolin.

Zajęcia też w soboty, niestety, i dopiero po dwóch latach ćwiczeń na macie proponuje się naukę salt na batucie. No nie wiem, czy dałyby radę tak długo czekać.

Za to, choć już odżałowałam basen, Monstery stwierdziły, że lubią pływać, więc basen zostanie. A od października narty, więc może nie będzie najgorzej z tym ruchem, zwłaszcza że Monsterówna jeszcze balet ma. No i tańce w szkole i przedszkolu.

Tyle najnowszych anegdot szkolno-przeszkolnych, ale hitem dnia było wyznanie, które poczynił Monster szykując się do spania.

Monster mianowicie powiedział, że doskonale wie, że to nie wróżka zębuszka przynosi prezenty. A jeszcze przecież ani jednego zęba nie stracił!
Co gorsze potwierdził, że wie też, że to samo jest z Gwiazdorem i Świętym Mikołajem. I że widział, jak zabierałam marchewkę dla renifera z okna i kruszyłam pierniczki, że niby Święty nakruszył.
No, ładnie!
Namruczałam mu do ucha, że prezenty dostają Ci, którzy wierzą i że nawet jeśli nie wierzy, to żeby nie odbierał tej przyjemności rodzeństwu, szczególnie Monsterinowi.
Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

środa, 10 września 2008
oświatowe oświecenie i żebra



Po ósmym dniu edukacji szkolnej, Monsterówna stwierdziła, że najbardziej w szkole to ona lubi przerwy.
Czyli już zrozumiała, o co tak naprawdę chodzi..,.
Podobno pani nie jest zadowolona z zachowania klasy i naskarży na nich na zebraniu.
Już nie mogę się doczekać, zwłaszcza, że Monsterówna rzekła coś w stylu:
"i pani powiedziała, że jesteśmy najgorszą klasą c".

hmm, nie wiem, nie wiem. Średnio ładnie jak na drugi tydzień współprzebywania.

Gdy wracałyśmy do domu oznajmiła, iż teraz, kiedy jest już pierwszoklasistką, to może przygotowywać kolacje. Ale trochę będziemy musieli na tę kolację poczekać, gdyż ona robi wszystko STARANNIE. (w przeciwieństwie do matki, która robi na odwal, byleby liczne potomstwo napchało się, popiło i poszło sprawnie spać).

Monsterówna wszystko robi dokładnie i starannie, zatem codziennie musi kończyć w domu to, czego nie dokończyła w szkole i dobrze, że nabyłam jej dobrą gumkę do mazania, bo jest w ciągłym użytku i papier mógłby nie wytrzymać gorszej.

Natomiast Monster przestał jeść.
Najpierw zagaił podstępnie: "Prawda, że najważniejsze jest życie?"
Gdy ochoczo przytaknęłam, odrzekł, że w takim razie, jedzenie nie jest najważniejsze.
Na mój sprzeciw, że jednak śladowe ilości pożywienia zapewniają przetrwanie, zażądał sprecyzowania niezbędnego minimum. A na moje zdziwienie, że przecież w zeszłym roku w przedszkolu wszystko mu smakowało, odrzekł, że teraz jest już starszy.
I mądrzejszy, dodał.

Babcia załamie ręce, gdy zobaczy jego wystające żebra.


wtorek, 09 września 2008
lubienie


Monsterino w leśnej głuszy chodzi oglądać kozy i przytula się do kotka. Oczywiście nie tęskni za mamą.
I nawet zapomniał o swoim zwyczaju, który się jakoś ostatnimi czasy ustanowił, mianowicie noszenie całego swojego dobytku w plecaczku.
Najpierw był to plecaczek-miś, ale gdy odkrył, że można w większym plecaku zapakować dwadzieścia kilka autek, to teraz nosi większy.



Monsterówna odrabia zadania domowe. Teraz jest ukontentowana, bo zadań jest dużo, z każdego przedmiotu. Najwięcej z religii.

Po tygodniu edukacji szkolnej Monsterówna wyśpiewuje ze cztery nowe piosenki w dwóch językach, piszczy z radości, gdy do drzwi dzwoni ciocia Ola od angielskiego (razem uskuteczniają angielską herbatkę z pluszakami: nice to meet you. Ale najbardziej podoba jej się pani od muzyki i zajęcia, które proponuje. Opowiada codziennie, co śmiesznego pani powiedziała, jak je rozbawia, jakie mieli zadania, aż w końcu wypala:


- Ja ją po prostu kocham!

Jeszcze nigdy o żadnej nauczycielce tego nie powiedziała.

Zadziwia mnie moja córka. Jej pozytywne podejście, obowiązkowość, otwartość na zmiany. W świetlicy jej się nie podobało, za dużo dzieci i za duży hałas. Na szczęście do świetlicy nie musi chodzić. Nadal nie zdąża zjeść wszystkiego na obiad, bo się przerwa kończy, ale nie robi z tego problemu.
Sama z siebie zaproponowała Michalinie, że w tym tygodniu z nią usiądzie w ławce.

A w domu przygotowała nam zadanie na tablicy.
Co byśmy też mieli co robić, gdy ona wypełnia kolejne stronice szlaczkami.

Na razie jest nieźle.




poniedziałek, 08 września 2008
zesłanie




- A czy moglibyśmy przeprowadzić się na wieś?
- zagaiła Monsterówna

Właśnie pakowałam Monsterina na kolejne zesłanie do leśnej głuszy. Babcie chcą go jeszcze na tydzień, więc tłumaczymy starszym, że to dla monsterinowego zdrowia będzie najlepsze.
Monsterowi nie zależy, on całym sercem i ciałem jest już tu, w mieście, z kolegami, których chciałby gościć u siebie najlepiej codziennie i jeszcze na noc. A poza tym, ledwo Monsterino znika za drzwiami, Monster wnosi pudła z małymi klockami i nareszcie
z pokoju chłopaków nie słychać pisków, jęków i wrzasków .

- Ja nie chcę się nigdzie wyprowadzać, musiałbym jeździć daleko do przedszkola! - protestuje Monster - a ty, tato, chciałbyś mieszkać W wsi? - szuka wsparcia Monster

- Ale wtedy nasz MŁODSZY CHORY BRAT mógłby być zawsze z nami! - Monsterówna wykrzywia buzię, już drżą jej ramiona i szlocha

Monsterówna też często wyprasza Monsterina ze swojego pokoju, ale nie chce się z nim rozstawać.

- Moglibyśmy mieszkać tak na granicy, trochę w lesie, trochę bliżej innych domów - drąży Monsterówna - bo ja jak będę mieć swój dom, to będzie własnie tak trochę na wsi, żeby było świeże powietrze i będzie taki ładny, ze schodkami i tarasem - wizualizuje

- A ja będę mieć takie urządzenie, co jak byliśmy na badaniu, to było widać moje serce!

- Usg? - podpowiadam

- Tak, tylko z kolorowym filmem! - Monsterowi z całego badania, właśnie bijące serce podobało się najbardziej, no i jeszcze wątroba (Wątróbka - che, che, che - rechotały Monstery)

- To chcesz zostać lekarzem? - indaguję

- Nie, lekarzem nie, takim normalnym tatusiem chcę być! - stwierdza Monster

a usg kupi sobie jako gadżet...





czwartek, 04 września 2008
orientirung
 

- A teraz zapytajcie się, co chcecie o szkole! - zapowiedziała Monsterówna konferencję prasową

- Masz już jakiś kolegów? - zapytał Monster

- Nie znam ich jeszcze - odpowiedziała Monsterówna

- A koleżanki? - docieka Monster

- Wydaje mi się, że Michalina będzie fajna. I ona siedzi w fioletowej ławce, takiej, jaka mi pasuje na mój wzrost, bo nas pani mierzyła i mówiła, w jakim kolorze będziemy siedzieć. I właśnie myślę, że ja usiądę z Michaliną - wyjaśnia Monsterówna

- Czy pani nadal jest miła? - spytałam

- Tak, nasza Pani FAKTYCZNIE jest miła - przyznała Monsterówna - a pan z angielskiego ma długie włosy! Pani z religii krzyczy, bo gadamy...

Zazgrzytałam zębami.
Pani z religii jest omawiana szeroko na forum naszej-klasy. Nie przysparza zwolenników Kościołowi.
Kościół sam sobie winien, przesunięcie religii z salek katechetycznych do szkół było wielkim błędem.
No, ale jest, jak jest. Podręcznik i ćwiczenia do religii są najgrubsze ze wszystkich. I jedyne zdanie domowe, jakie dotąd otrzymała Monsterówna, było z religii.

Organizujemy się powoli.
Pierwszy obiad w szkole zaliczony. Monsterówna, zanim znalazła swoją kartkę z nazwiskiem i zanim odstała w kolejce, to zdążyła przed dzwonkiem zjeść jedynie kotleta i popić.
Dobre i to.
Powiedziałam jej, żeby dzisiaj szukała tylko po imieniu. Jest duża szansa, że drugiej Gai nie ma w całej szkole.

Ubikacja opanowana, Monsterówna znalazła pana Woźnego i zażyczyła sobie papier.
Pewnie to pierwszy taki przypadek w historii szkoły.

No i w końcu przekonała się, że plecak łatwiej nosić niż tornister.
Dzisiaj 6 lekcji, wf na końcu. Odprowadziłam ją dzisiaj na 8 rano i trochę ziewała, więc może to, że ma 3 razy na późno w sumie dobrze jej  będzie służyć?

Jeszcze pomagam jej spakować się na następny dzień, uczę, co oznacza plan lekcji i jak ma spojrzeć, co zapakować. Szkoły, w których dzieci mogą większość rzeczy zostawić w szafkach są na pewno przyjaźniejsze dla dziecka i jego kręgosłupa.

No i zobaczymy, jak będzie z zajęciami dodatkowymi. Na pewno trzeba trochę sportu dołożyć do tego jednego, nieszczęsnego wf. Wieczorem Monsterówna robi tak dla siebie fikołki w przód i w tył na swoim łóżku i pyta, dlaczego nazywam gimnastykę w-fem.
Tłumaczę skrót.
Monsterówna wykrzywia się:
- Eeee, nie podoba mi się to określenie! Czy nie lepiej byłoby mówić "różne-fajne-ćwiczenia-gimnastyczne"?

I oby się takimi okazały.


wtorek, 02 września 2008
na wszystkich frontach



- Pamiętasz, że goryle mają chwytne palce u nóg? - zapytał Monster i zawisł mi na szyi obwijając nogami korpus. Kątem oka sprawdziłam stan palców stóp Monstera, też ma chwytne.

- Zobacz, zobacz, jak tutaj pięknie napisałam - Monsterówna dźgała mnie boleśnie ołówkiem
- Co to jest N - kropka- Z-I-N, zin? zinte, mamooo?

- I samolot wylądował na wodzie, betonialkę duzą widziałem i zdeziły się dwa samochody, bum-bum, ale było - Monsterino opowiadał to już tysiąc razy, ale inteligentnie wyczuł, że należy też coś powiedzieć, żeby zając ograniczoną uwagę matki

Monster mocniej ścisnął mi grdykę, Monsterino wpakował się na kolana, Monsterówna przysunęła się bliżej i dźgała tym razem palcem.

- A jutro Jeremiasz przyniesie Omnitriksa-komputerek, widziałem taki w gazetce, ale fajny! - Monster wrzucał relację z przedszkola wprost do mojego ucha środkowego

- Dzidzia bała się wilka i ciemności - Monsterino podniósł głos

- To co ja mam tu napisać, co trzeba na to wziąć, mamoooo?! - uderzyła w płaczliwy ton Monsterówna - czy mam napisać : książka i piórnik?? Mamo, no powiedz!

Zamknęłam oczy.

A popołudniu, a właściwie pod wieczór byliśmy na basenie. Starsi rutynowo i już zapowiedzieli, że nie chcą, więc trzaskamy wykupione 6 tygodni, a potem odpuszczam. Natomiast Monsterino z rozkoszą i wyraźną radością. I nawet dał się uwieść trenerowi. Sukces w porównaniu z poprzednim sezonem.
Po lekcji wróciliśmy do szatni, Monsterino usiadł i westchnął z ukontentowaniem:
- To było fajne. Podobało się. A telaz poplose kamapeckę!

A teraz raz po raz kaszle. Cholera.
poniedziałek, 01 września 2008
banał


Od razu walnę truizmem: szkoła to nie przedszkole. (Wiem, że matki szkolnych dzieci teraz uśmiechną się pod nosem, che, che, a czego się spodziewałaś. No nie, spodziewałam się, ale wiecie, jak jest. Szok!)
Choć podzielili rozpoczęcie roku na poszczególne roczniki, to i tak był sajgon.
W klasie: tłum dzieci.
Dotarłam wprawdzie do badań, które udowadniały brak pozytywnej korelacji poziomu nauczania z ilością dzieci w klasie, ale, w porównaniu z 18-osobową grupą przedszkolną, wrażenie jest piorunujące.
Dużo wiadomości na raz: pasowanie będzie oddzielnie, znowu nikt się nie zgłaszał, więc odczułam imperatyw moralny, by zostać skarbnikiem klasy, Monsterówna ma 3 razy na później (Niech żyje wyż demograficzny! Niech żyją dwie zmiany!) Są dwie religie, a jeden WF. Takie młodzieży chowanie...
Monsterówna pamiętała z wycieczki z przedszkolem, gdzie jest świetlica i stołówka, więc mnie poprowadziła. Zapytałam, czy ktoś prowadzi maluchy na obiad, czy wszyscy hurtem na tej dużej przerwie rzucają się do okienka.
No niby...może raz podprowadzą, pokażą.
O, rany.
Monsterówna dzielniejsza ode mnie, od razu wybebeszyła zabawki w świetlicy, pokazała mi, gdzie pobiera się obiad, a gdzie oddaje brudne talerze, pokazała, który stolik jej się podoba, aż się dziwię, że zupełnie naturalnie do tego podchodzi. I cieszy się. Powiedziała, że nie może się doczekać, kiedy dostanie pierwsze zadanie domowe!
Tylko w toaletach (znowu o toaletach!) zdziwienie, bo nie ma papieru.
- Może jeszcze będzie - mruczę, choć sama w to nie wierzę
- To może kupisz, a potem powiesz na zebraniu, żeby dawali - Monsterówna już zna mechanizm uczestniczenia w Radzie Rodziców
Szczerze mówiąc, nie pamiętam korzystania z toalety w pierwszej klasie. No, ale ja po lekcjach szłam na obiad do babci na drugą stronę ulicy, a nie zostawałam w świetlicy.
 Pamiętam za to wycieczkę do fabryki krówek- ciągutek.
A Wy, co pamiętacie z Waszej pierwszej klasy?

Tu mamy Monsterównę testująca salę szkolną (oczywiście wieki czekałyśmy, aż wszyscy wyjdą)







Archiwum
do Monsterowa tędy