czwartek, 27 września 2007



Monsterino biega.... trzymając mnie mocno za palec.

Sam chodzi rozważnie, najpierw przez dłuższą chwilę łapiąc pion i cel na horyzoncie. Ale najczęściej łazi na czworakach i jest absolutnie najszybciej brudzącym się dzieckiem na świecie. W ciągu godziny od wstania jest w stanie obsmarować dwie pary świeżo uprasowanych spodni. I ma rację monstertata, że dla niego nie warto prasować, ale nie mogę się przemóc. Ale to mój problem i moja zmarnowana praca (choć już czwartą serię 24 h oglądam przy tym prasowaniu).

Monsterino kontynuuje okres kamikadze w swoim życiu, więc wspina się, gdzie tylko może i nie może. Bo najlepiej szczoteczką do zębów jeździ się przecież na oparciu krzesła.


I niech by sobie wchodził, skoro ma taką potrzebę, tylko on mało sprawny jest i spada. A to już gorzej. Przecież w ataku szału, jest w stanie walnąć głową o ścianę i wtedy jęczy: "ała ała", a co dopiero jak z wysokości na płytki by spadł.

Bo nie patrzy, jak lezie i że wysoko. Czy to dopiero później przychodzi, bo mnie się wydaje, że starsze Monstery nie były takie urazowe. Albo przy nich byłam młodsza i sprawniejsza i nie miałam problemu z ciągłą asekuracją.

Oby z tego wyrósł, bo będę musiała go na łańcuch wziąć...

****

Monster po kolejnej katechezie nie może spać w nocy, gdyż cały czas szatan przemienia mu się w węża i należy odrąbać wężowi głowę, żeby go zabić.

Skąd katechetka wzięła taką wersję zakończenia historii kuszenia pierwszych ludzi, to nie wiem, ale Monstera poruszyła i nas też, bo nad ranem ląduje nam dygoczący w łóżku.

No i o piątej nad ranem musiałam odpowiadać na gorączkowe pytanie, czy człowieka też trzeba zabijać odcinając mu głowę? Ale sam sobie odpowiedział, że jak sie obetnie człowiekowi nogę (bo ogona przecież nie ma), to mu nie odrośnie. Astrahując od zagadnienia, dlaczego właściwie rozważał zabijanie człowieka. Przez analogię, mam nadzieję.

Poza tym Monster ma wybiórczą pamięć i gdy przyznaje, że dostał w danym dniu smutną buźkę w przedszkolu, to nie pamięta, co takiego przeskrobał. Za to opowieść o wężu przekazał z wielką troską o szczegóły (... i od tego czasu kobiety muszą w bólach rodzić.. - kurczę, mogła sobie katechetka zmodyfikować wersję dla uszu dziecięcych - wydaje mi się za wcześnie uświadamiać czterolatki o bólach porodowych).

A dzisiaj zebranie rady rodziców w przedszkolu i ruszam na nie z odezwą odnośnie katechetki.

wtorek, 25 września 2007


Och, jak lubię podglądać Monsterównę w jej obsesyjnych czynnościach - układania butów milimetr w milimetr i przy okazji własnych, wszystkich innych (A Monsterino zaraz BAM! i jednym szerokim zamachem wszystkim butom dezorganizuje szyk. I Monsterówna na to ANI JĘKNIE).
Albo gdy z uśmiechniętym liczkiem odgarnia włosy za uszy, odchyla głowę i spogląda w lustro sprawdzając, czy od wczoraj może włosy urosły i czy są już tak długie jak u Roszpunki.
Albo układa te wszystkie swoje puzderka, pudła i pudełeczka równiutko na półce, na biurku, jedno za drugim, a przy tym kurze wyciera i nic to, że pronto schodzi nam w ilościach godnych Sheratonu.
Albo jak aranżuje wszystkie swoje lalki w układzie - z tyłu lalki stoją, a z przodu siedzą, by nie zasłaniały tych z tyłu. "Jak do zdjęcia" - twierdzi.

No nie mogę, skąd mi się taka córka wzięła.
Bo nie po matce, nie. No może trochę z tym porządkiem, dobra. Oraz z organizacją i planowaniem. Ale róż i perfumy?
Torebki skorelowane z odzieżą wierzchnią?
Barbie?

Co do barbie i kolejnych lalek dzidziusiowatych, to Monsterówna napisała świeżutką wersję listu do Świętego M. oczekując lalki.

Marzenia marzeniami, ale według moich obserwacji, to kolejna lalka jest zwyczajnym odhaczaniem punktu w kolekcji (zwłaszcza, że nie z każdej udało mi się przechwycić katalog z innymi produktami, więc dostępna kolekcja jest jak na dłoni, wystarczy wskazać).
No i mam zgryz.
Bo zaraz przestanie się tymi lalkami bawić i po co mają stać dla samej ozdoby pokoju. Bo tymi co ma, ledwo znajduje czas, by się bawić. A jak czas wolny, to woli coś wspólnie porobić - w grę zagrać, albo pobudować z klocków albo poczytać.

Tak mnie ostatnio olśniło, że Święty mógłby przecież napisać do Monsterówny list, że rozumie, że ona chciałaby, ale tyle dziewczynek nie ma żadnej lalki, że on musiał komu innemu ją dać (i Monsterówna to kupi, bo bardzo jej zależy i modli się o to codziennie, by biedne dzieci były szczęśliwe i miały zabawki).

Może i tak samo załatwić Monstera, który prosi o karabin z efektami dźwiękowymi.
A ja mam ambiwalentne odczucia. Bo z jednej strony - nie popieram, a z drugiej strony - owoc zakazany wiadomo, jak smakuje. I tak robią pistolety z klocków, a i z kijka można strzelać, więc raczej chodzi o to, żeby wytłumaczyć, że sama czynność jest zła, nie przedmiot.

No i masz ci los, dziwić się, że koniec września, a niedługo stoiska z bombkami się pojawią, skoro sama o gwiazdkowych prezentach myślę.

I coś, co rozczuliło mnie bardzo:

Monsterówna modli się i spontanicznie na koniec dodaje:
- I spraw, Panie Boże, żeby wszystkie mamy kochały swoje dzieci!

Takie motto na dziś.

poniedziałek, 24 września 2007
piątek, 21 września 2007

Monstery takie mi się porodziły, że dosyć wcześnie postanawiały komunikować się z otoczeniem w języku powszechnie zrozumiałym. Mało przekręcały i nie doczekałam się osławionych dziecięcych neologizmów, które mogłyby przejść do legend rodziny.

Oczywiście obecny słownik Monsterina, mimo szeregu prostych, żołnierskich słów, dzięki którym jest w stanie osiągnąć wszystko, jest ograniczony. Ale od czego jest empatyczne rodzeństwo.

- Bam! - komenderuje Monsterino, wskazując władczą rączką w kierunku kubka

- Mamuś, Teo chciałby zrzucić kubek, dać mu? - zapytuje Monster (dobrze, że się pyta)

A potem robi mu "gdzie jest bobas... tu jest" z Epoki Lodowcowej. No i zagarnia go mówiąc z dumą:

- Chodź do NASZEGO pokoju!

Zazdrosna Monsterówna przechwytuje brata w holu.

Ti ti ti ti -  przytula Monsterina, mimo, że ten często okazuje jej miłość godną końskich zalotów.

I tak jak w furię wpada, gdy jej rzeczy rusza Monster, to Monsterino może sobie spokojnie baby born karmić vigantolem. I nic. I do pokoju Monsterówny ma otwarte zaproszenie.

A ja?

Nie lepsza. Ciągle "mój ty misiaczku" i "jesteś słoneczkiem mamusi" i cmok cmok, mimo, że w tym czasie Monsterino grzebie mi w oku.

- Oko! - deklaruje Monsterino i skubie mi ucho

- Powiedz ucho! - mówię

- Nie! - zdecydowania odpowiada Monsterino i odprawia mnie gestem

- Tatu! - woła - Dziadu! - maszeruje na czworakach z głową uniesioną jak Król Lew.

I zastanawia się, kogo by tu zaszczycić swoją obecnością.

Księciunio nasz. Ewentualnie rozpuszczony bachor. Sami sobie zgotowaliśmy taki los;)

wtorek, 18 września 2007
poniedziałek, 17 września 2007

Monsterówna szczerze jęczy pod koniec niedzieli, że w przedszkolu nowa pani to tylko chce się bawić, a ona by już więcej zadań porobiła... I kiedy przyjdą te nowe książki.

I że ona chce już do szkoły i mieć białą bluzkę oraz granatową spódniczkę.

A może ja jej jednak krzywdę zrobiłam nie posyłając wcześniej do szkoły?

Czytamy Amelkę, kolejne Zużki, Kingę, no i następnego Karolka, a Monsterównę elektryzuje każda wzmianka o jakimś szkolnym zwyczaju, typu strój galowy.

- Mamuś, czy do naszej szkoły też nie będzie wolno przynosić słodyczy?

- Mamuś, czy będę mieć pudełko na drugie śniadanie? A co zrobisz mi na drugie śniadanie?

- Mamuś, czy będziemy nosić MUNDURY?

Monsterówna musiała mocno zachorować na szkołę, bo nawet wizja granatowej spódniczki jej nie przeraża. Oraz brak bluzki z cekinami. Ani brak zabawek w klasie.  A z braku zadania domowego z przedszkola, odrabia zadanie domowe z baletu.

I jeszcze to pytanie:

- Mamuś, czy w niedzielę będę mogła sama zrobić rosół z makaronem? Bo ja wszystko wiem, co trzeba, ty mi tylko przygotujesz i pomożesz, a ja sama zrobię, mogę, mogę mogę??? Proszeeeeeeę!

Moja córka taka:) Moja. Córka!!! Przerasta najśmielsze wyobrażenia.

piątek, 14 września 2007
czwartek, 13 września 2007

O, tak. Dwugodzinne zebranie w przedszkolu dostarcza obserwacji socjologicznych, o tak.

Do białości atmosferę rozgrzała sprawa....

... czyżby lekcji religii z siostrą straszącą piekłem?

nieeeee. nic z tego.

... nadmierne spożycie słodyczy z okazji wszelakich?

nieee - mama poruszająca temat (szczupła, ze wszystkimi zębami) została zakrzyczana przez tylną ławkę pań..hmmm.hmmm puszystych, że chce dzieciom dzieciństwo zabrać.

terefere

tadam tadam

tematem rzeką okazała się sprawa piasku w przedszkolnym ogródku.

Nie tego w piaskownicy.

Tego roznoszonego po terenie.

Że dziecko się brudzi (jednej mamy) i nie może z nim pokazać sie po przedszkolu NIGDZIE.

Fakt. Brudzą się. Monster po przedszkolu wygląda jak dziecko ulicy (bo Monsterówna przecież się nigdy nie brudzi, mimo nieoszczędzania się w zabawie).

Ale nie o to poszło.

Grupa krzykaczy po prostu zmieszała tamtą matkę z, nie przymierzając, ziemią.

Rzeczywiście, matka z tych upierdliwych, ale pewien poziom dyskusji mógłby być zachowany.

Z nowości, to okazuje się, że Giertych ostatnim rzutem na taśmę nakazał, by wybór rady rodziców odbywał się w głosowaniu tajnym. He, he.

A ja nie przygotowałam plakatu wyborczego!

****

Monsterówna wieczorem:

- Mamusiu, czy mogę dzisiaj wymyć podłogę?

- Ale u siebie, dobrze? Bo resztę wymyję, gdy będziecie spali i nikt jej wtedy nie zadepcze.

- Ale ja BARDZO chcę umyć podłogę wszędzie wszędzie, prooooszęeee mamusiuuuuu!

- No, dobrze. Skoro tak nalegasz....

Gdybym była mamą li jedynie Monsterówny, to w ogóle nie rozumiałabym matek NIEKTÓRYCH chłopców. Że pewnie im zdolności wychowawczych nie starcza, albo leniwe i nieskuteczne są, bo jak można wychować potwora, który zaczepia moją słodką niunię?! no jak???

Życie uczy pokory, jak mówi ciocia B.

I ma całkowitą rację.

środa, 12 września 2007
wtorek, 11 września 2007

- Bam! - wykrzyknął Monsterino, gdy porcelanowa miska rozstrzaskała się o płytki, a resztki zupy pomidorowej pomarańczowym szlaczkiem spłynęły po szafkach.

Starsze Monstery skuliły się w sobie i objęły swoje miski oraz zlokalizowały swoje kubki z sokiem, by przesunąć je na środek stołu. W Monsterowie nastała era pilnowania tyłów, przodów i boków, a zapowiedziałam Monsterom starszym, że każdy pilnuje swego.

Gdyż

Monsterino sięga głową ponad stół, a rąk ma wiele i są one długie i lepkie jak ramiona ośmiornicy. I nie robi mu różnicy, co strąca i czy się przy tym uszkodzi (on, a tym bardziej rzucany przedmiot).

Miałam chwilową refleksję, że nie na darmo miski dla małych dzieci nie są porcelanowe, ale chciałam wszystkim dać jednakowo, co by tak obiadorodzinnie było.

Druga refleksja, jaka mnie naszła, była bardziej pocieszająca: mam wytłumaczenie, dlaczego moja porcelana NIE jest z rosenthala.

****

Monsterówna układa sztućce w szufladzie w jedną, tę samą, stronę i narzeka, że brakuje nam jeszcze KILKU książek z serii o Martynce ("nakład wyczerpany" nie jest dla niej wytłumaczeniem). Ja wiem, że to jest kolejna umiejętność z cyklu - sprawdź, policz i pokaż różnice, ale gdy dzień zaczyna się i kończy od:

- układania butów parami (oczywiście) oraz wielkościowo od monsterinowych do monstertatowych;

- liczenia bluzek z długim rękawem i porównywania, czy ma ich tyle samo, co Monster, czy więcej (więcej)

- prania piórnika ze śladów po kredkach;

to już zaczyna zajeżdżać jakimś syndromem...

Jeśli chodzi zaś o Monstera, który zaczął literować, bo przecież nie może być gorszy od siostry i teraz się kłócą, jak się pisze "chusteczka" (nieszczęsne "CH"), to już się nacieszyłam jego dorosłością, i wczoraj przyjęłam na dzień dobry dwie skargi od matek i jedną od nauczycielki.

Że się bił.

Przepychał.

Walczył.

- Byłem groźnym mięsożernym! - tłumaczy Monster - ale wiem,że mam krzyczeć, jak mnie ktoś bije, a nie oddawać!

Taaa. To sobie porozmawialiśmy poważnie, zobaczymy co z tego wyniknie.

****

Zastanawiamy się, co jest lepsze rano: dźwięk budzika typu: atak Hunów czy budzenie przez Monsterina.

Monsterówna mówi, że budzi się w momencie, kiedy słyszy nadchodzącego Monsterina, bo musi się przed nim chować.

Monster nie ma zdania, śpi twardo. Ja wolę budzik.

Monsterino podchodzi do śpiącego Monstera:

- Oko! - wbija mu palec pod powiekę

- Nos! - naciąga kichol

- Mniam-mniam! - wpycha palce do buzi

Monster budzi się dopiero, gdy Monsterino odgryza mu ucho.

Rozkoszne stworzenie.

poniedziałek, 10 września 2007



Niewiele trzeba, żeby zostać podprowadzonym do ostateczności. Przy chronicznym niewyspaniu, kiedy cenne dwie godziny między trzecią a piątą nad ranem są bezpardonowo zajęte przez nieziemskie wycie, wizja rozpłaszczenia Monsterina o ścianę lub wyrzucenia go przez okno albo udeszenia go poduszką staje się realna. Jak nigdy dotąd.

Ponadto Monsterino przejął palmę pierwszeństwa jako Największy Destruktor Monsterowa i nikt go już nie chce - Monsterówna zamknęła się ze Stasią w swoim pokoju i krzyczą zza zamkniętych dzwi, że Monsterino pożera garderobę barbiów ze szczególnym uwzględnieniem plastikowego obuwia, więc absolutnie nie może być z nimi.
Monster właśnie rozłożył tory - biegną nad tunelem, wielką pętlą pod tunelem, fajnie wymyślił rozjazdy i przejazd. A Monsterino demontuje mu trasę. Jak tu takiemu nie spuścić łomotu?

A trzeba przyznać, że od kiedy Monster jest starszakiem przemienił się nie do poznania. Na każdym kroku powtarza, jaki to on jest duży, opiekuńczy i odpowiedzialny i rzeczywiście taki jest!

Jakby jakaś wróżka go różdzką trzepnęła! Dalej rozpiera go oczywiście energia, ale taka pozytywna. I rozczula mnie cierpliwość z jaką pokazuje Monsterinowi Afrykę na globusie, wyłuskuje z jego rączek za małe klocki i tłumaczy, którymi autkami może się bawić a na które jest za mały.

Za to Monsterino...
aż cierpnę na myśl o kolejnej TAKIEJ nocce.

Poranki przez to są jeszcze cięższe. Monsterówna w ogóle ma fazę porządkowania i sprzątania (po mamusi...), zatem gdy znika w łazience, by umyć zęby, to jednocześnie myje półeczki w szafce i układa wszystkie kremy, pasty i szczoteczki, a to trwa i trwa i trwa... a rano przecież czas na wagę złota!

Największa radość życiowa to dopuścić ją do mojej szafy ("tak ci pięknie tutaj poukładam, że będziesz zadowolona").

I ten tekst wieczorem, gdy wołam ją i wołam do spania, a ona układa filmy w szafce, a potem:

- I jeszcze ułożyłam piloty w kolejności od najmniejszego do największego!

****

Rano przepraszam ich, ale muszę trochę popędzić, bo oczywiście jesteśmy spóźnieni, na to Monsterówna:

- Ale my możemy się spóźniać, bo przecież mamy małe dziecko!

To na pewno NIE jest argument, którego ja używam.

piątek, 07 września 2007

Monsterino znowu chce wygrać w konkursie na najbardziej jęczące dziecko roku.

Ja wiem, że to kolejna czwórka, ale jak widzę ten plakat z pracującą kobietą, gdzie CIERPLIWOŚĆ jest wytłuszczona wielkimi bukwami, to się nie utożsamiam z nią. O, nie. Seans jogi by się przydał, może. A może i to by nie pomogło.

Jedziemy! - mówię do Monsterina, gdyż zamierzamy pójść po starsze Monstery do przedszkola

- Autem? - zapytuje Monsterino

- Nie, wózkiem - prostuję

- Nie, nie, nie! - Monsterino wije się jak piskorz i wyślizguje się mi na podłogę i mimo, że go asekuruję, wali łbem o parkiet

- Bam bam! Ałaaaa!- rozdziera sie na dobre i nie przestaje, gdy unieruchamiam go pasami.

Być może trochę lepiej byłoby wsadzić go do nosidła, ale pozostaje jeszcze CAŁA KUPA NAJPOTRZEBNIEJSZYCH GADŻETÓW, które do wózka po prostu wrzucam, a tak to bym musiała na plac zabaw latać z dodatkowym plecakiem na stelażu.

Na placu zabaw Monster przyprowadza po kolei swoich przedszkolnych kumpli i NAKAZUJE im pogłaskać Monsterina przypominając, że to jego brat.

Koledzy wykręcają się od tego przykrego obowiązku. Monster nie ustępuje.

- Ałaaaa! - drze się Monsterino

Zerkam zza gazety, ale Monsterino stoi spokojnie po drugiej stronie piaskownicy i nawet nikt w go piachem zdalnie nie rzuca, więc o co chodzi.

Monsterino mnie nie widzi, gdy podchodzę, więc przestaje jęczeć i bawi się ciężarówką mamrocząc pod nosem coś o kółkach, autach i kotach.

Gdy tylko mnie zauważa, zaczyna się teatr jednego aktora. Monsterino obszernie gestykuluje i monologuje:

- Koń, tam, bam bam ałaaa!

- Koń upadł i się uderzył? - pytam pro forma, bo przecież wiadomo, że nie, ale co mam powiedzieć...

- NIEEEEE! - rozdziera się biedny, niezrozumiany Monsterino i klasycznie kładzie się krzyżem nosem w piach

Monsterówna i Monster nadbiegają w te pędy patrząc na mnie z wyrzutem.

- Jak się ma dziecko, to trzeba się nim opiekować! - strofuje mnie Monsterówna

- No, właśnie! - dopowiada Monster

Adwokaci z piaskownicy.

czwartek, 06 września 2007
środa, 05 września 2007
poniedziałek, 03 września 2007

Od kiedy chłopaki mają wspólny pokój, Monster bardzo się przejął swoją funkcją starszego brata.

W końcu awansował - z młodszego na starszego.

Gdy w Kościele może dwuletnia dziewczynka spoliczkowała raczkującego Monsterina, musiałam pędzić, by powstrzymać Monstera, który ruszył na odsiecz bratu. Bardzo był rozżalony, że nie mógł brata pomścić.

Wieczorem przypominam Monsterom, że wracamy do szykowania ubrań dzień wcześniej, bo rano będzie zamieszanie.

- Ach, tak... - mruczy pod nosem Monster - zasady...

Monsterino ma zasady w pompie i nie zamierza ułatwiać nam zmiany pieluchy. Wręczam mu książeczkę usiłując przytrzymać go przez parę sekund bez ruchu.

- Co tam jest w książeczce? - zagaduję

- Kotek! - odpowiada zgodnie z prawdą Monsterino (jak możne się domyślić, ulubionymi książeczkami Monsterina są te o autach oraz o kotach - w tym o tygrysie)

- A co ten kotek robi? - siłuję się z rzepami

- Kupę! - odpowiada Monsterino bez zbędnej zwłoki

***

Monsterówna płacze, bo dzieci z Bullerbyn i Pippi już nie żyją.

I dzieci Państwa Brown z nianią Matyldą też nie.

I kluczowe pytanie pasjonata serii książkowych: dlaczego ta pani nie napisała więcej odcinków?

Ja też się o to pytam. Dlaczego?! I też mam, jak Monsterówna, kryzys po przeczytaniu serii - że już nic nigdy nie spodoba mi się tak, jak ta seria.

A tymczasem wróciliśmy w stare koleiny i Monstery nawet nie obejrzały się za mną w przedszkolnej szatni.

A jeszcze chciałam im przeczytać, co będzie na obiad.

I jeszcze jednego buziaka chciałam.

Teraz mogę sobie popaść w jesienną depresję.

niedziela, 02 września 2007

Miał rację Monstertata, że musimy się na nowo do naszych najdroższych dzieciątek przyzwyczaić.

No, ba! Łatwo nie było, ale jaki luz psychiczny, że to nie depresja, tylko odzwyczajenie się od licznego potomstwa na raz.

I teraz już niestraszne mi symultaniczne rozwiązywanie trzech, różnych oczywiście, problemów. Ryczę co jakiś czas porządkując kolejkę interpelacji i gites miód malina.

No, nie. Miód malina to nie jest, ale przeżyliśmy wakacje z monsterami.

Pamiętacie jak w przeddzień wyjazdu podłoga w kuchni się lepiła?

Zatem o drugiej nad ranem usiłowałam jakoś ją odkleić, o trzeciej nad ranem wstał Monstertata, a o 4:01 ruszaliśmy na północ.

- Everywhere you go... - zamruczało radio

- .... take the weather with you! - zawyła tylna kanapa

Świeżynki! O czwartej nad ranem było jeszcze ciemno, gdy Monsterówna cichutko zapytała:

- To teraz nam już poczytasz?

****

W końcu przysnęli, ale już o 9 odwiedzaliśmy akwarium.
Monsterino generalnie postanowił wszelkie muzea i ekspozycje zwiedzać pod prąd kierunku zwiedzania i był bardzo niezadowolony, gdy się mu jego zamiary usiłowano udaremnić.



Potem od razu plaża.

- Czy to już jest koniec Polski? - zapytał Monster, a uzyskawszy twierdzącą odpowiedź, zaczął budować autostradę.



Monsterino zaczął systematycznie wylizywać plażę.



A gdy już rozłożyliśmy: koc, parawany, plecaki, sprzęty piachowe + tysiące gadżetów, i gdy sobie siadałam, Monsterówna rzekła:

- H-C-Ę S-I-U-S-I-U, mamuś, potrzymasz mnie?

Bo Monsterówna literuje swoje wypowiedzi ostatnio.
Dopiero po dłuższym czasie robi się to denerwujące.

*****

A twardziele tak oceniają morze:





A my to wolimy coś off shore zdobyć. Latarnię, na przykład.



na koniec wielodzietny ojciec



Odfajkowane.
Teraz będzie można zająć się spokojnie codziennym pędem.

Archiwum
do Monsterowa tędy