piątek, 25 sierpnia 2017
szukamy dojścia, czyli dzień dobrych wiadomości

 

Od środy jestem na haju.

Po ostatnim szpitalnym zastrzyku o 19 oraz wieczornej porcji leków, odklikali mnie w systemie i mogłam dostać wypis na własną prośbę. (od 12 czekałam już na krzesełku, bo moje łóżko zajęła nowa pani). W międzyczasie wyskoczyłam na ostatnie echo serca, które pokazało, że sterydy działają, bo "kołderka" obściskująca osierdzie zwęziła się z 1 cm na 0,4 cm i komorze serca, która nie miała miejsca na rozkurcz, teraz zdecydowanie się poprawiło.

Ale pani doktor mnie nastraszyła, razem z panią prowadzącą. Oni naprawdę chcieli mnie tam mieć na miejscu i obserwować, chyba aż studenci na praktyki powrócą, by mieć ciekawy przypadek do oglądania.

Mam 11 różnych tabletek oraz antybiotyk. Z dnia na dzień coraz lepiej idzie mi ogarnianie dawkowania i życia na zwolnionych obrotach. Rano, Monstertata wraz z Monsteruniem, po drodze do żłobka podrzucają mnie na zastrzyk. Wieczorem idę na pogotowie, wszędzie blisko.

Wreszcie otworzyli nam najbliższy park, który jest EPICKI! Cieszę się, że choć jeden Monster załapał się na niego, chociaż małpi gaj dla starszych dzieci myślę, że dla Monsterina też będzie fajny. Naprawdę gigantyczny jest i solidny. Oprócz tego stół do ping-ponga, siłownia, całe mnóstwo barierek do podciągania do ćwiczeń fizycznych, nawet stoły piknikowe.

A największy cud, to odkrycie, że zabawki w piaskownicy, które pamiętam jeszcze z czerwca - nadal tam są! Przecież to genialne, że nie trzeba tarabanić się z wiaderkami, łopatkami, autami - tylko dzieci bawią się  i wymieniają tym, co jest. A jest coraz więcej, mam wrażenie. Chyba ludzie zobaczyli, że nikt tego nie kradnie, to po co codziennie wozić te zabawki tam i z powrotem.

Monsterunio najbardziej lubi przesypywać piaskowe młynki, albo załadowywać i rozładowywać wózek z piaskiem.

Huśtawek unika. Absolutnie nie lubi. Zjeżdżalnia może być, ale zjeżdżalnię ma w domu, więc piach bardziej atrakcyjny.

No i z daleko widzi parkową pergolę i wyrywa się, biegnie co sił do furtki. Taki duży chłopiec!

O postępach Monsterunia więcej będzie na równoległym blogu, a teraz tylko zdjęcie ze śniadania.

Jajko ze skorupki sam obiera.

A dobre wiadomości są jeszcze takie, że byłam dzisiaj w szpitalu, wskoczyłam na echo serca i jest jeszcze lepiej niż przy wypisie. Więc następna kontrola już po zakończeniu serii leków.

Tutejsza pani ordynator jest większą optymistką niż opolscy lekarze. Oczywiście, jakby mi się pogorszyło, mam przyjechać na izbę przyjęć, ale ona twierdzi, że leki pomogą i nie będę przewlekle chora.

I tej diagnozy się trzymam.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017
back do square one, ale i światełko w tunelu

 

W piątek byłam w totalnym dole, bo po pierwsze okazało się, że leki antyzapaleniowe nie działają i trzeba wytoczyć większe działa: sterydy, a wiadomo, że sterydy to SAMO ZŁO.

Po drugie, po konsultacji z oddziałem zakaźnym, na którym mają większe doświadczenie leczenia boreliozy, stwierdzili, że muszą zmienić antybiotyk na taki podawany tylko dożylnie, stosowany tylko w lecznictwie zamkniętym, czyli proponują kolejne dwa tygodnie w szpitalnym SPA.

Być może trochę zbyt gwałtowną radością na tę propozycję zareagowałam, bo gdy szlochałam Monstertacie do słuchawki, to myślał, że wkrótce opuszczę ten ziemski padół, a on zostanie samotnym ojcem czwórki dzieci...

No jeszcze nie. Chyba, że nie zastosuję się do leczenia, wtedy blaszki jak się ZWAPNIĄ, to może być źle.

Taki terror i ciśnienie autorytetów w białych fartuchach.

Ale 

postanowiłam być twardym negocjatorem.

Argumenty ekonomiczne nie działają - co z tego, że blokuję łóżko, a w ambulatorium byłoby taniej - szpital dostaje widocznie taki sam zwrot za osobołóżko, więc mu nie zależy.

Trochę zadziałała wizja opuszczonego męża z czwórką zasmarkanych dzieci dzieci u boku, no i że jestem jednak z innego województwa i koordynowanie życia rodzinnego i pracy z tak daleka jest utrudnione. Lekarze, to mimo wszystko, też ludzie.

Wstępnie ustaliłam z lekarz prowadzącą, a za godzinę mam audiencję u ordynatora, by omówić moje dalsze leczenie zdalne po wypisie. Ordynator upiera się na wypisie na własne życzenie, nie wiem, czy chodzi o odpowiedzialność czy o sprawy formalne?

Aha - i żeby Wam się nie zdawało, że taka propozycja na leczenie ambulatoryjne to prosta sprawa!

Lek, który jest tylko do leczenia zamkniętego nie można sobie kupić samemu w aptece. Najpierw moja przychodnia lekarza rodzinnego, musi się zgodzić, że przejmie podawanie leku. Na podstawie dawkowania podanego przez szpital, wydają zlecenie do przychodni, a ta do apteki, w której zresztą trzeba ten lek zamówić z wyprzedzeniem, bo przecież nie trzymają takich leków na zapleczu.

To wszystko w Poznaniu koordynował Monstertata, któremu trochę ulżyło, że przynajmniej przez chwilę pomogę mu w podtrzymywaniu ognia w domowym ognisku.

Podsumowując - wstępny plan jest taki: ostatnią dawkę antybiotyku dostaję jutro w szpitalu o 19, a następną o 7 rano w przychodni w Poznaniu. Ale wypis jest ok. 15, więc pewnie resztę czasu spędzę na korytarzu z papierami w ręce. Ale jak te papiery dostanę, to będę przeszczęśliwa.

Nowych zdjęć nie mam, ale w ramach czyszczenia dysku znalazłam zdjęcie chłopców, którzy dzisiaj w Opolu zaczęli zajęcia sportowe na AZS na Politechnice, żeby trochę ich energii przejęli trenerzy, a nie dziadkowie...

 

3 lata temu do leśnej głuszy zabłąkała się piękna, puszysta, choć mocna skołtuniona, ruda kotka.

Brzemienna, jak się okazało.

Ostatecznie 3 rude maleństwa i sama mama znalazły dobre domy, ale przez całe wakacje wychowywały się w leśnej głuszy.

Maluszki

A tu ledwie po 3 latach - młodzież

Plus jeden

(kotki też urosły)

czwartek, 17 sierpnia 2017
między kroplówką (z żelazem) a brzegiem pucharu (z tabletkami)

 

Wynik rezonansu przyniósł dwie wieści: jedną dobrą - że nie ma już płynu w osierdziu, drugą złą i nad nią, niestety, zapłakałam - otóż, z tego, co zrozumiałam, w worku osierdziowym są blaszki, które u mnie, prawdopodobnie w wyniku zapalenia osierdzia, połączyły się. A nie powinny, bo wtedy worek nie jest elastyczny, serce nie rozkurcza się właściwie i stąd zadyszka i spadek wydolności.

No i nie chcą mnie wypuścić, póki lekami tych blaszek nie rozłączą, gdyż może to się skończyć zwapnieniem, a to tylko operacyjnie się leczy. Pewnie, że nie chcę zaraz wrócić do szpitala, wolę wyjść wyleczona.

I tak to, małym szantażykiem mnie podeszli. Dodatkowo żelazo, mimo codziennych kroplówek, się nie podnosi, no i nie wiedzą, czy być może to kuracja antywirusowa działa przeciw żelazu.

W każdym razie w ciemnej d. jestem i mam depresję. Moje szpitalne sąsiadki, osiemdziesięcio- i dziewiędziesięciolatki wychodzą po zawałach, a ja tu zapuszczam korzenie. 

Jedną rzecz ze szpitala muszę wdrożyć w domu: zamiast zamykać łazienkę od środka, bo nam klucz ciągle ginie, albo jest chowany, to tabliczkę : WOLNE-ZAJĘTE - zrobić. Tak to tutaj rozwiązali.

Dzisiaj na moje pocieszenie - Monstery w basenie.

wtorek, 15 sierpnia 2017
różowa tableteczka okazała się najważniejsza

gdyż na zapalenie osierdzia jest, a na to mnie obecnie leczą.

W długi weekend oczywiście nic się nie działo, lekarze dyżurni za bardzo nie mieszali w rozkładzie tabletek, jednak coś tam wyczytali z wyników. Mianowicie oprócz zapalenia osierdzia wyszła mi przy powtórnym badaniu (pierwsze dało wynik na pograniczu) - świeżą boreliozę.

I nie, żaden kleszcz mnie nie użarł.

Zatem antybiotyk doszedł, a jutro sądny dzień, bo przychodzą lekarze po urlopach i wezmą nas w obroty.

A tymczasem do leśnej głuszy zawitał na weekend Monsterunio z Monstertatą i zaraz szast-prast zarządził chłopakom wycieczkę rowerową wokół Dużego Jeziora Turawskiego.

Monstertata troszkę się zdziwił, że po tych 25 km żaden nie ma ochoty na kolejne 28 (14 km tam i z powrotem) do szpitala do matki. Myślę,że to o ten szpital chodzi - odechciewa się po jednej wizycie. Monster stwierdził,że jednak lekarzem to on nie będzie.

 

Ponadto, w tym roku udało się przeprowadzić dłuższy odwyk komputerowy. Wprawdzie dopadają komputer dziadka, ale swoich urządzeń w leśnej głuszy nie mają, więc nie mogą bez limitu korzystać. Cierpią okrutnie i dają odczuć wszystkim naokoło swoje cierpienie, ale co się nie nagrają, to się nie nagrają.

 

Dzisiaj żadnych nowych zdjęć, tylko pozdrowienia spod kroplówki z żelazem (na skrajną niedokrwistość - kolejny dziwny element moich wyników, który nie potrafią pożenić z niczym)

niedziela, 13 sierpnia 2017
Szczeliniec , czyli 665 schodów

 

Na ostatni weekend lipca, ostatni razem z Monsterówną, wymyśliłam, że tym razem nie tylko wejdziemy i zejdziemy labiryntem skałek, ale zanocujemy w klimatycznym schronisku na szczycie Szczelińca. A żeby było bardziej "górsko" i schroniskowo, to zapakowałam nam śpiwory.

Najsilniejsi, czyli Monstertata i Monster, dźwignęli największe plecaki,

Monsterówna i Monsterino mniejsze, a ja miałam mieć na plecach Monsterunia.

Tyle tylko, że już po przejściu strefy Krupówkowej, czyli stoisk z mydłem i powidłem i dotarciu do schodów  ledwo dyszałam. Co akurat dobrze się złożyło, bo Monsterunio i tak wyrywał się z nosidła.

Barierka akurat dla jego wzrostu była, na odcinkach błocka brała go na ręce Monsterówna, albo Monstertata na barana, a ja co parę schodów musiałam stawać i dyszałam ciężko.

Na szczycie weszłam do pokoju i padłam z gorączką, a reszta dzielnych piechurów poszła dalej, na Pasterkę, potem wrócili na zachód słońca,

a mnie tylko Monsterunia podrzucili, bo spałam, spałam i spałam.

Dzień później było już lepiej, choć nie idealnie. Ale przynajmniej schodzenie mniej męczy niż wchodzenie, no chyba, że się utknie.

No a teraz już tydzień nie wychynęłam na jakiekolwiek powietrze, a do zestawu tabletek doszła mała różowa, którą zinwestygowałam jako przeciwko nawrotom incydentom sercowo-krążeniowym.

W weekend w szpitalu nic nowego się nie dzieje, dalsze badania jutro. Na razie wyszło, że mam wodę w jamie brzusznej i otrzewnej, a nie powinno tam jej być.

Z niedzielnym pozdrowieniem, Wasza M.

sobota, 12 sierpnia 2017
śniło mi się, że mieliśmy konia

 

i w tym zamieszaniu ze mną związanym, wszyscy o nim zapomnieli.

Obudziłam się w nocy z łkaniem, nie wiedząc, gdzie jestem, że ten koń biedny, nienakarmiony, gdzieś tam w stajni, w odchodach...

Przez dłuższą chwilę myślałam, jak to się mogło stać, jak mogliśmy zapomnieć!

Niemożliwą ulgą było dojście do rzeczywistości i zdanie sobie sprawy, że nie męczę żadnego zwierzęcia po kątach...

 

A dzisiaj jedno zdjęcie innych tragarzy, niż konie - naszych górskich tragarzy - Monstertata wiózł za sobą Monsterunia, co może nie jest specjalnie trudne na płaskim - ale na górskich odcinkach, gdzie znaki pokazywały 10% nachylenia - ja schodziłam z roweru pchając, a Monstertata ćwiczył mięśnie.

Drugą tragarką - bluz i kurtek w dwóch po brzegi wypełnionych sakwach, była Monsterówna. A trzeba było Monstera obładować, tylko on nie chciał swojego wypasionego roweru takimi brzydkimi gadżetami typu sakwy, ozdabiać.

Za to przy innej okazji niósł plecak, ale to już w kolejnym wpisie....

 

piątek, 11 sierpnia 2017
czerwone tableteczki

 

są przeciwzapalne, jak się dowiedziałam.

Jeszcze jest pomarańczowa - żelazo i mniejsza żółto-pomarańczowa osłonowa na żołądek.

Tylko biała to nie wiem, czy kontynuacja wypędzania wody z organizmu, czy coś nowego.

To tyle mojego śledztwa z oddziału. Nie chcą mnie wypuścić na weekend. Diagnozowanie nadal trwa....

 

Jeszcze trochę zdjęć z Gór

chłopaki z przodu, a nasz domek i organy w tle

 

organy bliżej

 

A taki jest widok z wieży na zamku Wleń.

czwartek, 10 sierpnia 2017
sierotek i mama zastępcza

 

No i nadszedł ten ciężki czas (w lipcu, gdy zamknięty żłobek), gdy pierwszy raz miałam zostawić Monsterunia na świeżym leśnogłuskim powietrzu, z rodzeństwem, drugą mamą (to Monsterówna), kuzynami i drugą Monsterbabcią w odwodzie.

Monsterunio miał zatem opiekę i bardzo dobrze się bawił, a ja mogłam całe dni spędzać w pracy nadrabiając urlop.

Jeszcze przydałoby się wspólne zdjęcie z basenu, to byłby już komplet zajęć w leśnej głuszy:)

Monsterówna zupełnie płynnie przyjęła rolę mamy zastępczej dla Monsterunia. Potrafi zrobić przy nim wszystko, a w drugim tygodniu, jako, że babci bardzo źle się spało z nerwów, że Monsterunio spadnie, Monsterówna przejęła także nocki.

Wspaniała jest! tu jeszcze jedno zdjęcie z panoramą Gór Kaczawskich w tle - cudowną mam córeczkę!

A teraz, jako, że została z Monstertatą i Monsteruniem w Poznaniu, bo już się rozpoczął obóz dochodzeniowy, a i żłobek już wznowił pracę, to Monstertata donosi, że jest non-stop przez córkę opieprzany, bo czegoś nie odstawił, albo porozrzucał.

He, he - teraz już wie, jak to wygląda z mojej strony.

Jeśli chodzi o doniesienia ze szpitala, to wyszedł wynik z tomografii klatki piersiowej i nie mam wady serca, nie ma jeszcze wyników tomografii brzucha (no tam, to się nasiedziałam), ale teraz diagnozują, gdzie mam jakieś zapalenie, bo serce na pewno jest zdrowe (ale z drugiej strony być może jeszcze tomografię serca mi zrobią - już myślałam, że skoro zrobili klatkę, to jestem już pokrojona na plasterki, ale widocznie nie)

A i z nowych pomysłów to będą mnie diagnozować w kierunku boreliozy i gruźlicy. I nie chcą mnie urlopować na weekend. Normalnie, jak wciągnęli, to trzymają.

środa, 09 sierpnia 2017
Góry Kaczawskie i mama pedałująca z tyłu

 

W pierwszym tygodniu lipca udało nam się zapakować autobus rowerami, przyczepką i całą resztą i pojechać wprost pod

Organy Wielisławskie

 (serio - mieliśmy widok na nie wprost z naszego urokliwego zresztą domku)

Wprawdzie na początek poczęstowałam nas wszystkich warsztatami z geologii,

za które niektórzy w trakcie chcieli mnie zabić, ale myślę, że ostatecznie wycieczka była ok, poznaliśmy co nieco skał

i na końcu dobry obiad podbił notowania dnia.

A potem, to już Monstertata musiał się dzień w dzień tłumaczyć, dlaczego, choć niby miało być 30 km i zawsze wychodzi 50 km.

 

W trakcie wyjazdu troszkę w tyle głowy mieliśmy oczekiwanie na dowód Monsterina, ale poza tym, gdy już zmęczeni dojeżdżaliśmy do domku i potem jeszcze czekały Monstery przyjemności, typu tłuczenie w karty oraz opowiadanie o Sherlocku Holmesie, to od razu humory dopisywały (no, chyba że ktoś przegrał...)

A rano było: dokąd znowu???

Tak wyglądała blokada knajpy, gdy się gdzieś zatrzymywaliśmy - 3/4 chodnika.

Tu znaleźliśmy wąwóz

Może już wtedy powinno dać mi do myślenia, że padam wraz z Monsteruniem i że wiecznie jestem ostatnia w peletonie. Ale naprawdę byłam zmęczona, a i kondycję mam najgorszą z rodziny.

Teraz to już żadnej nie mam.

Dlatego raportuję tu dla Was z intensywnego nadzoru kardiologicznego prawie w leśnej głuszy, gdzie od piątku mam przymusowy urlop diagnostyczny i nadal nie wiadomo, co mi jest.

Czuję się już lepiej, więc mam ochotę uciec.

Na razie Monster pożyczył mi komputer, to choć tyle mogę zrobić.

horror wakacyjny

W te wakacje to Monsterino, jako kolejny Monster, miał wyjechać zagranicę. Rodzice kolegi zaproponowali, żeby dołączył do grupy wyjeżdżającej z ich parafii. Wprawdzie my nie lubimy takich kościelnych indoktrynacji, ale wyjazd organizowany był przez biuro podróży, program ciekawy, a Monsterino chciał jechać, więc się zgodziliśmy.

Zapisy były w kwietniu, a przedwyjazdowe spotkanie w czerwcu, które zgodzili się dla nas streścić wpadając po pracy.

Rodzice kolegi, to Państwo Idealni, i piszę to bez złośliwości - naprawdę wraz z dziećmi chyba nie mają złych dni, zawsze są uśmiechnięci, pełni werwy i ...odprasowani.

Siedzimy zatem w ogrodzie, pani Idealna wyciągnęła notes (ja miałam kartkę wyrwaną z zeszytu, choć na pewno mam gdzieś jakiś notes)

i zaczęła opowiadanie.

Jak to bardzo ważne, podkreślali, by dać dziecku dokument - paszport lub dowód, bo na granicy serbskiej sprawdzają i w zeszłym roku kilkoro dzieci musiało zawrócić z opiekunem!

- Rany, kto nie daje dziecku dokumentu na wyjazd! - rzuciłam

Potem już było o wielogodzinnej jeździe, o kasie na wycieczki fakultatywne, żeby zostawili kasę na powrót, bo sami muszą kupić sobie suchy prowiant, itd.

Pogadaliśmy chwilę, uzgodniliśmy jak zrobimy z wyjazdem, który miał być w środku nocy spod domu parafialnego i się rozstaliśmy.

Stwierdziłam, że sprawdzę, czy paszport Monsterina leży tam, gdzie powinien.

Wszystkie paszporty mam w jednym miejscu, natknęłam się w końcu na paszport Monsterina.

I datę ważności maj 2017.

Jeszcze raz - kiedy? Maj 2017. Myślałam, że zemdleję, jak sobie uświadomiłam, co to znaczy.

Była środa, 28 czerwca.

Monsterino wyjeżdżał w nocy 9 lipca.

Nigdy w życiu nie wyrobimy tak szybko paszportu.

No, ale jest jeszcze dowód osobisty i osobista ciocia, która wprawdzie w innym wydziale pracuje, ale na pewno ma koleżanki w sąsiednim wydziale.

A, żeby było jeszcze bardziej skomplikowanie - Monsterino i ciocia byli w leśnej głuszy, a my w Poznaniu.

Ciocia podeszła do sprawy pragmatycznie - tak, wiem, jak przyśpieszyć, co trzeba wypełnić, żeby dowód potraktowali priorytetem, bo przerobiłam to na koleżance, ale każdy dzień się liczy - niech Monsterino będzie u cioci o 10 rano w czwartek.

Aha - rodzic jeden jest potrzebny.

Mieliśmy jechać do dzieci właśnie w czwartek wieczorem, ale jeszcze nie byliśmy zapakowani na wakacje, gdyż jeszcze zanim Monsterino wyjeżdżał, to my mieliśmy nasz tydzień rowerowy w górach Kaczawskich.

Monstertata stwierdził, że szuka pociągu najbardziej porannego i on to załatwi (ja miałam w pracy ostatni dzień przed urlopem oraz zamknięcie miesiąca- wiadomo, co to oznacza).

Zadzwoniłam do Monsterdziadka do leśnej głuszy z prośbą, żeby podrzucił Monsterina do cioci.

- A na którą? - pyta dziadek - bo do teatru na 12 wszyscy idziemy.

Uff. Zdecydowanie zdążą.

Monstertata pojechał, złożyli dokumenty z Monsterinem. Monsterino nie załamał się na szczęście, gdy dowiedział się skąd ten pośpiech.

Dokumenty wystartowały do Warszawy, a nam pozostało czekać.

Dowód przyszedł we wtorek. Akurat tak kurier przyjechał.

Dziadek,który odebrał dowód, natychmiast przekazał go babci, która od razu dała go nam, gdy nas zobaczyła. Monsterino cały czas sprawdzał, czy jest.

A potem przysłał sms'a z granicy serbskiej, że przejechali.

Bardzo zadowolony z wyjazdu - choć z jazdy bardzo wielogodzinnej mniej - wycieczki za to - do klasztorow Meteorów i Aten oraz na plaże Sciatos bardzo na nim zrobiły duże wrażenie.

No i zadowolony był, że choć znał tylko swojego Jakuba, to jakoś przeżył z innymi, starszymi kolegami.

No i codzienne Msze święte... i modlitwy przed posiłkiem....

Archiwum
do Monsterowa tędy