piątek, 31 sierpnia 2012
stałość zwyczajów spalniczych - studium przypadku(ów trzech)

 

Codzienne w przerwie poobiedniej dzwoni nasza Monsterówna nadwrażliwa  i płacze, że już chce do domu. Jest fajnie, byli na kajakach i na basenie, ale tęskni. Nie wysypia się, bo nie może zasnąć.

Ponadto niektórzy starsi (a są tam zawodnicy akademiccy czy licealni, więc rozpiętość wiekowa ogromna) PALĄ! Nie, absolutnie nie przy niej - ale ZAUWAŻYŁA! I pety w drodze nad jezioro! ZGROZA. A Sandra (licealistka) zdenerwowała się podczas treningu i zaklęła. Oraz środkowy palec pokazała. Nie jej, oczywiście, że nie na nią, ale zawsze! I teraz obrazu tego nie może z głowy wyrzucić. O RA-NY!

Poza tym znowu przyszła w nocy do niej koleżanka, a Monsterówny sen płytki jest niczym zajączka pod miedzą, więc gdy nawet, wydawałoby się, śpi, to gdy ktoś wejdzie do jej pokoju siada na łóżku rozbudzona (chyba, że jest to szkolny dzionek szósta rano, ale to inna sprawa). Zatem jak przyszła, tak już były dwie nieśpiące i znowu odwiedziły nocną porą trenera. Trener też się nie wysypia.

Poradzić przez telefon niewiele się da. Mówić można do zdarcia gardła, co czynię, ale nie przeżyję rozłąki za nią. Musi swój sposób znaleźć, bo racjonalnie krzywda jej się nie dzieje. Nie jest w żłobku tygodniowym, ani na zesłaniu w obozie pracy. I nie jest maluszkiem, wie, że kiedyś w końcu do domu wróci. A mimo tego ciężko jej ten kłąb wiadomości w jedną całość złożyć, przetworzyć i przyswoić.

Monster też tęskni. Ze współspaczami miał problemy, ale jakoś się dogadali. Kolejny koszmar matki - chciałoby się samemu ustawić ich wszystkich, do porządku przywołać (znowu brzydkie słowa, jako myśl wiodąca się pojawiły - zaczynamy się z monstertatą zastanawiać, czy aby źle nie postępujemy tępiąc przekleństwa w codziennym użytku, skoro teraz nasze latorośle doznają wstrząsu w kontakcie z powszechną polską mową...) i wygrać za dziecko wszystkie jego bitwy, a to nie nasza rola.

Naszą jest wspieranie, pocieszanie, nastroju poprawianie i to wszystko podczas parominutowej rozmowy. Najlepiej na dwie ręce, bo zdarzało się, że jednocześnie dzwonili.

A wracając do tytułowych sposobów zasypiania, to moja poparta trzema przypadkami hipoteza dowodzi, że każde dziecko przychodzi na świat z kompletem cech osobniczych, także tych związanych ze spaniem. A najlepsze, a może najgorsze jest to, że te zwyczaje ewoluują być może w stronę bardziej cywilizowanych, ale znacząco nie zmieniają się wraz z wiekiem.

Czyli jak Monsterówna darła się nie mogąc i nie chcą zasnąć (i nie nadużywam tutaj mocy słowa "darła" - nikt z rodziny nigdy wcześniej ani później nie słyszał dźwięku o takim natężeniu), to teraz zachowuje się dokładnie tak samo - przejście z jawy w sen i z powrotem jest dla niej trudne i bolesne. Stąd potrzeba zatyczek do uszu, całkowitej ciszy (to nie szkodzi, że nie możemy się głośno kłócić, gdy Monsterówna zaśnie, nie możemy nawet głośniej ROZMAWIAĆ, a co dopiero oglądać cokolwiek w TV - z wieczornych rozrywek zostaje nam tylko głęboka medytacja - dzięki temu jesteśmy takimi zrelaksowanymi i wyspanymi rodzicami he, he)

Monsterchłopcy natomiast nie mieli z zasypianiem aż takich problemów. Monstera trzeba było w pewnym momencie życia usypiać (i to mu zostało do dziś - nadal lubi przytulić się wieczorem, ale nie reagował na konieczność odpłynięcia tak gwałtownie jak Monsterówna, raczej padał w pół słowa, a jak już zaśnie to śpi snem sprawiedliwego. Najdoskonalszy w tym temacie jest Monsterino (choć tutaj wchodzi dodatkowo teoria trzeciego dziecka, które od narodzin musi sobie poradzić, bo nikt nad nim się nie roztkliwia) - Monsterina-niemowlaka życzę każdemu - to dziecko jako jedyne z trójki po wieczornym nakarmieniu odkładało się do łóżeczka, puszczało relaksującą muzykę i zostawiało SAMEMU w pokoju. A on zasypiał. Sam.

Potem jak starszy nastawały okresy ponadgodzinnych sesji czytelniczych przed spaniem oraz śpiewania pełnego repertuaru pieśni rewolucyjnych, ale generalnie spokój ze spaniem mu pozostał. Nie histeryzuje. Komunikuje stan wyczerpania i sugeruje konieczność odpoczynku.

Brawurową swą koncepcję na prywatny użytek rozciągam na wszystkie aspekty osobowości człowieka. Jestem zdecydowaną przeciwniczką teorii dziecka jako czystej karty. Toż niemowlę jest w pełni ukształtowaną indywidualnością. Jedyne, co nam tak naprawdę zostało do manewru to odkrycie jaką i znalezienie na nią sposobu. Nie ma uniwersalnego algorytmu.

czwartek, 23 sierpnia 2012
gdy nie ma dzieci w domu, to wiszą na telefonie

 

Codziennie otrzymuję wyczerpujące komunikaty pogodowe z trzech stron Polski.

Rano przechodziła nawałnica na północy, Monsterówna donosi, że lało mocno i się oziębiło. Wieczorem podczas rozmowy z Monsterem symultanicznie podziwiamy błyskawice za oknem. Na południu u Monsterina nie pada.

Wieczorne całuski są trudne dla Monsterówny i nadal z koleżanką są trudnousypialne oraz łatwowybudzalne (to się ciągnie od narodzin- popełnię kiedyś wpis o niezmienialnych zwyczajach spalniczych z jakimi dziecko przychodzi na świat). W noc burzową obudziła nas po północy chlipiąc tradycyjnie, a że dodatkowo zasięg się rwał, rozmowa szarpała się dramatycznie. Potem okazało się, że do trenera poszły razem po pierwszej i jak się można domyślić, nie był on zadowolony. Dwa dni później podjął słuszną, przeze mnie już rok temu sugerowaną, decyzję o zabieraniu telefonów na noc. (To samo odbyło się u Monstera, bo jeden z młodzieńców także rozklejał się nocnie).

Monsterino odlicza dni wygnania, choć mu źle w leśnej głuszy być nie może. Jednak już jest na etapie potrzeby koleżeństwa.

To, że Monsterówna zdaje szczegółowy raport to standard (- Dostaliśmy wodę mineralną, zaraz ci powiem, jak się nazywa... albo - Byliśmy na spacerze nad jeziorem - idzie się taką wąską dróżką z korzeniami, potem przechodzi koło bramy z kołami olimpijskimi i potem w lewo...). O dziwo, regularnie dzwoni Monster.

Troszkę tęskni, mówi i lepiej mu się ćwiczy na trampolinie - dwa salta łamane w przód wywinął (gratuluję, choć prawdę mówiąc z elementów skoków rozpoznaję wyraźnie tylko kierunki przód i tył)

W weekend roztroimy się z Monstertatą, by każdy miał na chwilę choć jednego z rodziców.
I tak mieliśmy zamiar ich poodwiedzać, ale entuzjastyczne zapewnienia, że czekają oraz  potwierdzanie gorących uczuć, jakie nadal żywią do nas nasze liczne dziatki, to jakże miły efekt uboczny rozstania!

niedziela, 19 sierpnia 2012
hości

 

Jak już zjechały Monstery do domu z głuszy, to tak się zadekowały na górze budując kolejne odsłony lego-miasta, że absolutnie nie były chętne na żadne wyjścia z domu. Na szczęście, dzięki odwiedzinom bliskich, dalekich i bardzo dalekich odnóg rodzinnych troszeczkę poczuli się zobowiązani, by nie tylko własne pokoje pokazać. A przy okazji przypomnieć sobie dawniejsze wycieczki.

 

Monsterówna straszy warany, które zastraszyć się nie dały.

Nowe zastosowanie Santy Marii z ogrodu Fiedlera - Piraci z Karaibów jako żywi!

Tradycyjna poznańska atrakcja: Koziołków podglądanie

 

Jeśli ktoś jeszcze w te wakacje nie był w Archeologicznym, to niech pędzi, bo krzyżówka z nagrodami czeka - świetna sprawa - tylko biegać po muzeum i głośno literować haseł (dla Monsterina) nadal nie wolno, choć nie było tłumów, którym by to mogło przeszkadzać (ale pani pilnującej przeszkadzało).

Hitem była przestroga:

- Sypcie do lasu! - przy "odkopywaniu" szkieletu.

Chwilę odcyfrowywałam polecenie, dopiero po zrobieniu kroku w tył zauważyłam fototapetę.

- A teraz zaprowadzę Was do pani zaklętej w kamień - zaordynował Monsterino po czym zaczął ciągnąć legendę o Bamberce. Straciliśmy wprawdzie wątek, jako i on, ale i tak byliśmy pod wrażeniem, że z przedszkolnej wycieczki tyle pamięta.

Mieliśmy wojskowego w swoim gronie, więc z muzeum wojskowego było chłopakom wyjść trudno. A Monsterówna nadal chciałaby strzelać z łuku lub kuszy.

 

I powrót do przeszłości:)

2009

2012

Jeśliby zatem, drodzy blogoczytacze, los Was zagnał do Poznania (można też losowi ewentualnie pomóc), to mamy pewne pomysła. A dopiero się rozkręcamy.

 

poniedziałek, 13 sierpnia 2012
w rzeczy samej

 

Monsterino stał się szczerbatkiem już dwa tygodnie temu, takie mam przeterminowane wiadomości. Bardzo dumny z jamy szerokości kciuka ziejącej po górnej jedynce zainkasował piątaka od Wróżki Zębuszki, co czyni go drugim w kolejności najbogatszym dzieckiem w Monsterowie (Monster jest na debecie w związku z wydatkami, które poczynił na osprzęt rowerowy, a Monsterówny stan skarbca jest wielką niewiadomą, ale na pewno to więcej niż 14 zł i parę złotych groszy, których doliczył się w swoim portfelu Monsterino, gdyż nawet po wydatkach okołohomikowych Monsterówna jest oszczędną i skrupulatną dusigroszką, tfu, poznanianką no przecież).

 

Spieszę donieść, iż znalazłam sposób na pilne ogarnięcie Monsterów, gdy zaczynają się snuć po kuchni szukając czegoś do przegryzienia (i to pomiędzy główny, pełnorozmiarowymi posiłkami - sport czyni hodowlę dzieci bardzo nieopłacalną) - otóż zarządzam manufakturę sałatki owocowej. I nie przyjmuję prób wymiksowania się z działania. Horror, nie wakacje!

Nie byłabym też sobą, gdybym nie zestresowała Monsterów odpowiednio wcześnie przed rozpoczęciem roku szkolnego. Z drugiej strony to wszystko wina Monsterówny, która chciała zobaczyć już swoje podręczniki.

To się rozłożyli. Raz dwa wybrali naklejki i zeszyty (no dobrze - Monsterównie zajęło to owszem dwa, ale dni!), Monster podłamał się ilością nowych przedmiotów, przygotowali piórniki oraz plecaki i są gotowi. I dobrze, bo na początek roku wpadną z marszu wprost z obozu.

 

wtorek, 07 sierpnia 2012
nie pytaj, dlaczego tak mało mamy polskich olimpijczyków, tylko ilu Ty stworzyłeś

 

Pani Trenerka Od Koni pyta się, kiedy na olimpiadę Monstery pojadą, bo anglezują coraz piękniej, szczególnie Monsterino wskoczył na rumaka, jakby dzień minął od ostatniego treningu, a nie rok.

- Dyscypliny jeszcze nie wybrały - mówię, bo ujeżdżani koni, owszem, podoba się, ale jest jeszcze kilka innych sportów, które mają u Monsterów pierwszeństwo

Monsterino na przykład powiększa pojemność swoich płuc przepływając 20 metrów pod wodą (Gdy dziadek go pochwalił, Monster natychmiast wskoczył do wody i pokazał to samo, żeby dziadek czasem sobie nie myślał, że to stricte monsterinowy wyczyn).

Monster, który generalnie w szkole ma trenować ścieżkę, teraz ćwiczy skoki na trampolinie.

- Nie wiem, dlaczego tak mam, ale jestem we wszystkim dobry - tłumaczy, choć to dalekie od prawdy. Ma predyspozycje, owszem, ale również słomiany zapał, co przekreśla uprawianie nawet ogródka.

Bo gdyby tak naprawdę było się zdeterminowanym do ukształtowania sportowca (A są takie osoby - trener taekwondo mówi wprost o Monsterównie - dajcie mi ją, a zrobię z niej co najmniej mistrzynię Polski) to rety, jaka to jest dopiero przygrywka!. Zajawka. Początek drogi. Trener ścieżkowy chciałby ćwiczyć ich srogo,  niczym w Korei Północnej i krótko ich trzyma, szalenie oszczędnie dawkując pochwały. A i tak wiadomo, że mistrzami świata są i będą Chińczycy. Póki ich tam starczy.

Każdy z olimpijczyków ma swoją historię, ale częścią wspólną życiorysów stanowi na pewno wyjątkowa mieszanka szczęścia znalezienia kompatybilnej ze swoimi możliwościami fizycznymi i psychicznymi dyscypliny sportowej oraz katorżniczej pracy.

Talent to to fuks przypadkowego w zasadzie odkrycia w czym jesteś dobry. Jakże to unikatowe!

Nie sądzę, by Monstery tak naprawdę zostały olimpijczykami (jako, że ich rodzice nie charakteryzują się zbytną zawziętością w tym temacie), ale na razie zakończyły rekreacyjną część wakacji i wróciły do roboty.

Starsze skaczą. Do trzech salt mistrzów brakuje im jeszcze dwóch. Najpierw jednak po miesięcznej przerwie w treningach zaczęli od porządnej siłówki, więc Monster narzeka na kwas mlekowy.

Monsterino zaś miał do wyboru: lego-roboty, eksperymenty lub tenis. Nie przypuszczałam, że wybierze półkolonie tenisowe. Zawiozłam go w pierwszy dzień rano i zostawiłam na pastwę backhandu oraz forehandu, pomiędzy kortami, takiego małego, dzielnego misiaczka bez żadnej znajomej duszy w tłumie młodych Federerów i to ja ociągałam się z wyjściem, a Monsterino poganiał mnie, żebym już poszła.

Tacy wszyscy są już dorośli.

 

Archiwum
do Monsterowa tędy