niedziela, 30 sierpnia 2009
sono il pomodoro italiano



Ech, co ja mam napisać....dobrze nam było. I ciepło. Bardzo ciepło.
Odkryliśmy miejsce, nie w monsterodzicowym stylu wprawdzie, ale był to raj zabawowy dla dzieci, Monstery przez pierwszy dzień chodziły jak pokręcone, chciały wszystkiego na raz: basen, morze, plac zabaw. Potem nam się jakoś ułożył rytm dnia i po kolei okiełznaliśmy czas, by był na wszystko. Nawet na sjestę, która oznaczała seans filmowy dla młodszych i drzemkę lub lekturę dla starszych. Przerwa w ciągu dnia to genialny wynalazek przy takim klimacie!









Ze zwiedzaniem przy tej temperaturze (ponad 30 stopni, w nocy opadało do prawie 30 stopni) daliśmy sobie spokój.
Z małym wyjątkiem...



I jeszcze jednym, już na wylocie:
- Mamuś, WODNY GALAZ!




czwartek, 20 sierpnia 2009
gromadą



Niecały dzień wystarczył Monsterom, żeby się z powrotem zadomowić w mieście.
- To dokąd dzisiaj jedziemy? - zapytały unisono drugiego dnia

Sprawdzić ich na obecność owsików, czy po prostu ten typ nomadów tak ma?

Kilka esemesów później okazało się,że owszem, towarzystwo dzieci jest dostępne.
Aczkolwiek na peryferyjnych działkach.
Monstertata wymówił się przedwakacyjną robotą, więc zostałam oddelegowana jako powożąca rodzinnym rydwanem.
Jak już nieraz tu pisałam, zasadniczo korzystam z nietrujących środowiska środków lokomocji, zatem kiedy wreszcie to robię, poziom stresu, szczególnie u Monstertaty, (ciekawe, dlaczego?) rośnie.

Jedziemy. Monstertata wyguglał mi najmniej stresującą, ale za to długą i malowniczą trasę, zatem włączam muzykę i się kulamy, jak znaki pokazują.
Monsterino jest na etapie opowiadania o wszystkim, co zobaczy, a że jest znawcą marek samochodowych (Cytuję: Baldzo dobze znam się na malkach samochodów), to nieustannie woła:
- O, melcedes, citloen, leno, mitsubishi, a to co, mamusiu, co to za znacek, takie gwiazdki?

- Nie mogę się rozglądać, muszę się skupić - stękam, bo zmiana pasu ruchu naszym autobusem jest dla mnie trudnym manewrem - ale z gwiazdkami, to musi być subaru!

- Tak, subaru! Przeczytałem mu! -
wymądrza się Monster - tak wolno, mamo, jedziesz, że zdążyłem przeczytać!

- Tak, tatuś to jedzie sypciej! -
potwierdza diagnozę Monsterino

- Czy na pewno dobrze jedziemy? - powątpiewa Monsterówna - NIGDY nie jechaliśmy do Marysi tak długo...

Nagle na skrzyżowaniu (lewoskręt bez świateł! Jak ON mógł mi znaleźć takie skrzyżowanie z lewoskrętem BEZ świateł!!) pobojowisko powypadkowe - jeden samochód (To BYŁO LENO, bo widać JESCE ZNACEK - wrzeszczy Monsterino) kompletnie zgnieciony, w  drugim widać odpalone poduszki.

- Ale fajne, poduszki, widziałaś, mamuś, wyskoczyły poduszki, ale super! - emocjonują się Monstery

- Czy u nas też wystrzelą? - pyta Monster

- Nie chcemy, żeby wystrzeliły, przecież nie planujemy wypadku - cedzę jednocześnie patrząc w lewo, prawo, głowa musi mi nieźle latać, tiry z jednej i tiry z drugiej, wypadek spowodował korek, jak ja mam się wtrynić pomiędzy te giganty. W końcu policjant z drogówki wyskakuje na drogę, żeby pomóc mi włączyć się do ruchu.

- Czemu dziękujesz panu policjantowi ręką zamiast awaryjnymi? - rzuca Monster

Kiedy dzień później jadę z Monsterami na Cytadelę w ramach uroczego spotkania z Siostrą W Wielodzietności, Monstertata żegna mnie czułym:
- Wiesz, że jak coś się stanie z samochodem, to nie wyjedziemy na wakacje, tak?

Niech żyje mężowskie wsparcie duchowe!

Ostatecznie dowiozłam samochód i liczne potomstwo bez szwanku.
Więc machamy na pożegnanie.






wtorek, 18 sierpnia 2009
nocnie


Zielona noc w leśnej głuszy. Ciemna, leśnogłuska noc sprzyja zwierzeniom.

Monsterino śpi na łóżku obok, ja wcisnęłam się pomiędzy dwoje starszych i już jesteśmy po lekturze plus dwa wymuszone rozdziały więcej, więc ABSOLUTNIE ostatni nerwowy siczek, paciorek i leżymy. Ale, gdzie tam, żadne nie chce spać. Monstery bardzo starają się szeptać, ale jak się przekrzyczeć szeptem, no jak? Przyznaję głos w kolejności alfabetycznej - dyskusja o tym, czy to sprawiedliwe, przyznaję głos w kolejności młodszeństwa, albo starszeństwa - to samo. W końcu jakoś udaje się osiągnąć konsensus, aczkolwiek jest po 22. Co za rozbisurmanione towarzystwo na tych wakacjach!
Rozmawiamy o bieganiu po działce na golasa - prababcia toczy z nimi otwartą walkę o gacie, ja uważam, że w zaciszu prywatności nagość nie przeszkadza, ustalamy, że gdy goście, to mają być majciochy, a gdy jesteśmy w rodzinie, to mogą kąpać się w basenie, jak ich Pan Bóg stworzył.
Monsterówna pyta, dlaczego dorośli nie chodzą nago, oprócz jej własnych rodziców.
- Ale w domu tylko i to w dodatku krótko przed tym, jak się ubierzemy - bronię się
- Tak, bo wy jesteśmy mąż i żona, to możecie - wtrąca Monster
- Ale ty kochasz jeszcze tatę? - pyta Monsterówna z głupia frant
- A nie widać? - odpowiadam pytaniem na pytanie
- Całują się przecież w usta! - wzdryga się Monster i musi mieć skrzywioną minę, gdy to mówi, choć nie widzę tego w ciemnościach
- No i co z tego! - oponuje Monsterówna, córeczka tatusia - gdy się denerwuje na tatę!
- Czasem się denerwuję - przyznaję - na was też się złoszczę, a to nie znaczy, że was nie kocham, bo denerwuje mnie jakieś wasze zachowanie, a nie wy. Mamy zawsze kochają swoje dzieci - deklaruję, choć zdaję sobie sprawę, że bywają wyjątki.
- Nawet jak coś zrobię złego? - pyta Monster - nawet jak kogoś zamorduję? - dramatyzuje
- Myślę, że byłabym bardzo na ciebie zła, ale i tak bym Cię kochała - potwierdzam, choć odczuwam absurd tej rozmowy, nie chcę zostać matką mordercy.
- Mam nadzieję jednak, że nie zamierzasz nikogo zamordować? - pytam
- Na razie nie - uspokaja mnie Monster - Tylko tak pytam. Na WSZELKI WYPADEK.

Tak. Noc sprzyja zwierzeniom.



piątek, 14 sierpnia 2009
o porządkach i powrotach



Kończy się tegoroczny pobyt Monsterów w leśnej głuszy.  Wyszykowaliśmy pokój Monsterina, nie mogę doczekać się jego reakcji (chociaż po załadowaniu do niego wszystkich, rozsianych po całym domu, zabawek, okazał się ... hmm.... niewielki).
Kuchnię jeszcze do połowy, jak nie do końca września będziemy mieć bezblatową. Ale co robić - co nas nie zabije, to nas wzmocni. Taka mantra będzie najwłaściwsza na początek nowego roku szkolnego, kiedy 2/3 Monsterów będzie debiutować w placówkach oświatowych, ale nie myślmy na razie o wrześniu! Jeszcze plażowanie przed nami!

Na pożegnanie boru.... podniebna rusałka (choć woli być nazywana syreną)



stwór bagienny



oraz z piasku powstały



- Fajną mam maseczkę błotną, mamuś?
- Świetną
- Też chcesz taką?
- Z ochotą. Ale tylko na nogi!
Do kolan.

Posłuszne dziecko zapiaszczyło matkę wedle życzenia.

Natomiast Monsterówna wpadła w manię szycia.
Zaczęło się od przyszycia guzika, a teraz prokuruje podobno sukienkę dla lalki.
Sama z siebie. Jakiś zagubiony gen prac ręcznych w niej się wydobył.

- No to wracasz WRESZCIE do rutyny! - wydęła usta, bezdzietna zresztą, koleżanka z pracy (chyba w sensie, że nie będę już siedzieć za biureczkiem dowolnie długo i pić z nią kawy o 18:30)

Rutyny? Serio?

Co ja jej będę tłumaczyć. Nie ma dzieci,  nie zrozumie. Jaka rutyna? Chyba, że rozumieć przez nią porządek dnia. To tak. Określony. Szczególnie, gdy trzeba zdążyć na daną godzinę do licznych instytucji. Zatem terminarz, owszem, ale rutyna?
Nawet z jednym dzieckiem nie ma dwa razy takiego samego dnia, a z trójką?
Co dzień nowe problemy, nowe odkrycia, nowe dramaty, też, ale nigdy w życiu rutyna.

Koniec końców Monstery wracają. Trzeba się będzie zebrać w sobie, skończyć z przeciekającym przez palce czasem i zorganizować po nowemu. A o wrześniu pomyślimy... we wrześniu.



wtorek, 11 sierpnia 2009
zogniskowało się


- Podązajcie za mną! - Monsterino wskazał ścieżkę pokąsaną przez komary ręką i zarzucił dyszlem od wózka



Kochane rodzeństwo oczywiście nie mogło posłuchać młodszego i zaczęli przedzierać się bokiem. Postanowili zadeptać las tyralierą.

- Auuu, tu są pokrzywy! - syknął Monster

- Mnie też poparzyły! - doniosła Monsterówna 

- A halcez taki gapa, ze az w poksywy wlazł - zanucił pod nosem Monsterino

- He, he - zachichotałam wewnętrznie

Monster rzucił się przez chaszcze z pięściami, na szczęście stałam na jego drodze.

Zatem idziemy w bór. Parę kroków w las i całkiem głęboki rów. Podobno stare poniemieckie okopy. Po wichurach padło kilka drzew, więc powstały naturalne mosty. Monstery ćwiczą równowagę na kłodach, ale dzisiaj cel jest inny.
Oganiając się od komarów zbieraliśmy chrust na ognisko.



Zachciało się pieczonego chleba.
A, jak to mówi monsterdziadek, w leśnej głuszy: mówisz - masz.



Ale najważniejszym punktem ostatnich dni w leśnej głuszy są konie. Dzięki nowej koleżance, monsterdziadkowie spotkali panią Kasię, o ktorej Monsterówna mówi, że jest nawet lepsza od jej najlepszej nauczycielki od muzyki. A przecież pani od muzyki jest nauczycielskim wzorcem z S
evres.
"Pani od koni" to anioł pedagogiczny. Do niej na szkolenie z cierpliwości trzeba by się udać.
Prowadzi dzieci od nauki obchodzenia się i oporządzania konia, aż do panowania nad koniem. Z pasją i frajdą.



O wielu elementach trzeba pamiętać na raz. O prostych plecach, kolanach ściskających siodło, o piętach ściągniętych w dół. Ale z lekcji na lekcję widać postęp.





A Monsterino załapał się na jazdy bonusowo.
I oczywiście jest najbardziej dumnym dżokejem ze wszystkich monsterjeźdźców.



Na Monsterach konie i ich właścicielka zrobiły takie wrażenie, że zupełnie same z siebie postanowiły sporządzić końskie laurki. Nawet najmłodszy dosiadacz.
To różowe kółko z okiem, to łeb koński.



A tu już bardziej profesjonalne podejście Monstera:



I mnóstwo szczególików, łącznie z piłką do zabawy dla koni i pani spodniami w kratkę, od Monsterówny.








Oj, tak wróciłam na skrzydłach prosto w leśną głuszę.
Przytulanie się całej trójki podczas wieczornego czytania - bezcenne. Ale zwiedzanie i odpoczywanie bez kul u kończyn wszelakich, tfu, bez dziatek najdroższych u boku - równie niezbędne dla równowagi psychicznej. Dobrze nam było.
Z naciskiem na było.Ale nikt nie obiecywał, że powrócić do rozgrzebanego remontu i rozgrzebanych papierów na pracowym biureczku będzie łatwo.





Archiwum
do Monsterowa tędy