poniedziałek, 27 sierpnia 2007


Monstery wróciły do domu.


po kilkunastu godzinach przebywania w domu, wypicowanego na ich przyjazd, po picowaniu nie ma śladu.

A pranie wyciągnięte z pralki rano, nadal nie wywieszone.
Powinnam się właśnie przepakowywać, skoro mamy plan, by wyjechać o 4 rano, a ja najpierw muszę zneutralizować szkody wyrządzone przez ostatnie godziny.

gdyż

Monsterino nadal nie chodzi, natomiast doskonale się wspina.
na krzesło, z krzesła na stół

albo na kibelek, tam sięgnąć na półeczkę, na której lakier do paznokci kolor krwawa mary, chwycić lakier i rzucić nim o przeciwległą ścianę, a potem patrzeć z radością na krwiste smugi na kaflach. Stałam obok - szorowałam ręce Monstera, który miał kakao za paznokciami

gdyż

parę chwil wcześniej

Samodzielny Monster zamierzał zamieszać sobie kakao ( a bardzo precyzyjnie potrafi odmierzyć dwie, płaskie łyżeczki i bez straty ziarenka przenieść je do własnego kubka, ale żeby otworzyć puszkę, trzeba ją przenieść na stół), a puszka może się wyśliznąć z rąk i połowa zawartości przyozdabia podłogę. Potem na butach resztę roznieść po domu, zrobić plamy na świeżo wypranej wykładzinie, zanim ryknę wystarczająco straszliwie, by zdjął wreszcie te brudne kapcie.

A na sam krawędź wytrzymałości nerwowej może zaprowadzić to, że od samego rana parę centymetrów ode mnie tkwiła Monsterówna trzymając w wyciągniętych rękach Nianię Matyldę w Szpitalu i powtarzała bezustannie: poczytasz...poczytasz.. (a przeczytała już tytuł, pierwsze zdanie i już naprawdę nie mogłam jej odpędzić)

a z drugiej strony

Monster, który odkrył nową grę i chodził z nią i jęczał : pogramy... pogramy...

Już nie mówiąc o Monsterinie, który od rana był wczepiony we mnie.
Niech to będzie z powodu wykluwającej się czwórki, a nie z powodu rozbestwienia, o.

Więc jeśli Justek pyta, jak ja daję z trójką radę, to właściwa
jedyna
i prawdziwa
odpowiedź
brzmi:
nie daję.

A jeszcze jedziemy nad morze.
I to się nazywa masochizm.


sobota, 25 sierpnia 2007

Nie można wielu rzeczy przy Monsterinie.

Zrobić.

Powiedzieć.

Na przykład na hasło, wydawałoby się, rzucone cicho i bezpośrednio do adresata, pt. :

- Możesz go zagadać?

Monsterino rusza z rykiem w moim kierunku, a potem tarasuje swoją skromną osobą drzwi. Dobrze, że się (jeszcze?) do nich nie przykuwa.

Kolejny destruktor rośnie. Żadna zabawka nie równa się skrzynce z narzędziami, aparatowi foto lub telefonowi. Już nie mówiąc o przenośnym radyjku. Kolejnym. W poprzednim skutecznie rozwalił klapkę i czytacz cd-ków.

Monsterino łazi po domu z głową uniesioną wysoko, niczym Król Lew, i woła:

- Tatu! Tatu!

Mnie nie woła. Do mnie dopada i nurkuje pod bluzkę.

I szczypać się nauczył, skubany.

I zmiękczać słowa zaczął. Wysuszywszy wszelkie pluszaki przypomniałam sobie, że jest jeszcze przecież pluszowy koń na biegunach. Więc wraz z Monsterinem przyciągnęliśmy go do łazienki w celu ablucji. Monsterino wydaje końskie odgłosy paszczą "klok-klok-klok". I nagle, w łazience, jakby pierwszy raz skojarzył:

- Konik! - poklepał klacz po łbie.

A potem zidentyfikował jeden z tysięcy pojazdów czterokołowych w naszym domu:

- Autko! Jedzie!

Można się było spodziewać, że takie będzie jego pierwsze zdanie...

Ale najbardziej zaskakujący jest wołacz, którego używa w stosunku do obu monsterdziadków (w sumie zaskakujące jest też to, że prawidłowo ich identyfikuje):

- Dziadu!

Mały Wielki Bliźniak wskazał mu drogę.

piątek, 24 sierpnia 2007

Monsterdziadkowie dzwonią ze szczytu Szczelińca, że Monstery zdobywają Góry Stołowe biegiem.  To ja już nie wiem, co trzeba Monsterom zrobić, by je zmęczyć. Czyżby Tatry?

Tymczasem Monsterino został przetestowany i okazało się, że uczulają go roztocza. Delikatnie wyszły jeszcze jakieś pyłki, ale generalnie nic więcej.

Część zaleceń pani alergolog jest jak najbardziej do spełnienia, zwłaszcza, że i tak dywany, pokrowce kanap czy wykładzina mają dopiero rok, a dodatkowo zostały wyprane. (już nie mówiąc o wypraniu wszystkich pluszaków, co zajęło trzy ładunki pralki). Ale żeby nasze wszystkie półki z książkami zaopatrzyć w drzwiczki, to już będzie większy (w sensie kasy) problem. Alternatywą jest wyniesienie księgozbioru do piwnicy, ale nie po to robiłam bibliotekę, żeby się jej pozbywać.

Nie podoba mi się idea drzwiczek- biblioteka kojarzy mi się z otwartymi półkami, żeby sobie pobuszować, poprzekładać, a nie otwierać, zamykać, trzaskać drzwiami.

Choć, odpukać, Monsterino, oprócz gorączki poszczepiennej, zupełnie zdrowiutki ostatnimi czasy jest. Kończy kolejną serię uodparniacza (choć czasem zapominam o jego nocnej dawce, czym doprowadzam do wściekłości Monstertatę) i drżę, czym nas w tym roku zima zaskoczy.

Oby tylko śniegiem:)

czwartek, 23 sierpnia 2007
środa, 22 sierpnia 2007
sobota, 18 sierpnia 2007

Monsterino już zamykał oczy, już równo oddychał, aż nagle cmoknął i odleił się od mlecznej końcówki jednocześnie przygniatając książkę, którą sobie wygodnie ułożyłam w celu połączenia przyjemności z przyjemnością.

- Czita. Mama! - stwierdził głosem wcale nie zaspanym

- No, czyta, czyta. - potwierdziałam - bo kiedy ma czytać? - zaczęłam się tłumaczyć, bo po prawdzie, kiedy jeżdzę do pracy rowerem, to już nie mam kiedy czytać. Oprócz może kolejki w Zusie, ale to incydentalne jest (no, dobra - cztery wizyty w Zusie w ciągu dwóch dni to już paranoja, a nie incydent).

- Tata? - zaczął przepytywanie Monsterino

- Tata też czyta.

- Kot?

- Koty zasadniczo nie czytają. Chyba, że koty dziwaki - dodałam głosem Pana Gąsienicy, a Monsterino zaczął zwijać się ze śmiechu. Zamiast spać.

- Auto? - spoważniał

- Chyba, że Zygzak McQueen! - wykrzyknęłam głosem Zygzaka McQueena. Nie mogę się powstrzymać - tak łatwo jest wprowadzić Monsterina w rechot.

A tak naprawdę najważniejszą wiadomością tygodnia jest to, że czyta Monsterówna.

Wzięła i zaczęła. Nagle.

Mamy tonę książeczek z cyklu "pierwsze czytanki". Takie z dużymi, drukowanymi literami, jedno zdanie na stronie podpisujące obrazek.

I Monsterówna przerabia teraz je wszystkie po kolei, jeszcze mnie dopingując: "ja już przeczytałam dzisiaj trzy książeczki, a ty mi tylko dwie".

Monster, zazdrosny o moje zainteresowanie, natychmiast zaczął też "czytać".

A ponieważ sam o sobie mówi, że jest "szczwany lis czyli sprytny człowiek", to widząc obrazek sam domyśla się, jak jest podpisany.

- Sz.....c...z... - męczy się Monsterówna

- Szczoteczka! - wykrzykuje Monster

- Kotek! - dopowiada Monsterino

Taaak. Czytamy.

sobota, 11 sierpnia 2007
piątek, 10 sierpnia 2007

Wreszcie znalazłam 3 (słownie: trzy) sekundy, więc sięgnęłam po książkę o rozwoju psychicznym dzieci i w rozdziale o czterolatkach odnalazłam toczka w toczkę opis zachowania Monstera pod znamiennym tytułem "nie-do-okiełznania". Biorę książkę, żeby pokazać monsterPRAbabci, co by już nie znakowała Monstera nalepką "niegrzeczności". Mówiłam jej wcześniej, ale słowo pisane pewnie lepiej dotrze.

To się pocieszyłam. Wszystko w normie. I krzyki i wyzwiska i bicie, gryzienie, nadruchliwość. Wsio.

Rada to: przeczekać.

Toż to samo mówiłam.

Bo przecież Monster, gdy w wieku Monsterina był, to mu się też buzia śmiała na okrągło i przytulaśny był ogromnie.

A teraz szaleje. Musi. Taki wiek, a nie choroba.


Chociaż, trzeba przyznać, że autorzy książki nie podali w zestawie TYPOWYCH zachowań czterolatka:

- wskakiwania na otwartą tubkę pasty do zębów i patrzenie, jak daleko strzela

- trzymania różyczki brokuła pomiędzy palcami U NÓG, podczas stania na głowie i wrzeszczenie w międzyczasie JESTEM DIPLODOKIEM! (potem sprawnie zjadł te brokuły wkładają stopy bezpośrednio w otwór gębowy)

- urządzania wyścigów samochodowych wzdłuż leśnogłuskiego domku (wprost pomiędzy nogami monsterPRAbabci, potem brudzenie aut w piasku - odcinek specjalny, mycie mydłem oraz duuuużą ilością wody, a ostatecznie polerowanie na błysk i da capo al fine...)


to dziecko bardzo cieżko pracuje!





poza tym

Monsterówna łazi po drzewach


Monsterino generalnie odchodzi w siną dal mamrocząc coś pod nosem





albo coś przeżuwa (coś mi przypełzło..)





i mam bardzo dużo przemyśleń odnośnie dzieci, czasu i innych życiowych atrakcji, więc może

gdy znowu znajdę trzy sekundy czasu...

bo na przykład, gdy monstertata zaczął zabłękitniać pokój Monsterówny (o, tak - jednak błękit - też się zdzwiłam), to w paru miejscach farba odpadła wraz z podkładem.

he.

więc z jednego dnia malowania zrobiły się trzy.

jakbyśmy mieli za mało atrakcji.

czwartek, 09 sierpnia 2007
sobota, 04 sierpnia 2007

- Am! - rzecze Monsterino wkraczając do kuchni (wkracza, gdyż w drzwiach dźwiga się na koszu na śmieci, a potem jednym przechyłem łapie za uchwyt piekarnika i już cały ciąg kuchenny może obejśc od szafki do szafki).

Hasło: "am" jest sztandarem rzucanym na progu każdej kuchni. Byc może w monsterinowym języku znaczy ono kuchnia. Albo prababcia. Bo prababcia też mu się widocznie kojarzy z jedzeniem. (Babcie są generalnie "baba")

- Am, am! - skanduje rytmicznie Monsterino, goniąc małego robaczka przez całą długośc pokoju, a potem przedpokoju, a potem hallu, aż do łazienki...

Unicestwiłam robaczka w ostatniej chwili przed urzeczywistnieniem jego konsumpcji.

Chociaż Monsterówna byłaby niezadowolona, widząc moje poczynania. Pewnie zacytowałaby mi, i słusznie, "Króla Lwa" (ohyda, ale pożywne).

W końcu w niektórych rejonach świata to podstawa diety...

Rano, gdy usiłuję dospac, a Monsterino w tym czasie eksploruje dom, polecam mu znaleźc tatę (oto coranna zagadka: w którym łóżeczku zakończył noc monstertata, gdy go wraz z Monsterinem wykolegowaliśmy z sypialnianego łóżka)

- Nie ma! - wraca po dłuższej chwili z informacją.

I nie daje się wysłac na kolejną misję, tylko, gdy na sekundę zamykam oczy, sięga po krem do stóp (no nie odłożyłam, kurczę, raz w życiu, może) i wciąga go z lubością w usta, a potem prycha nim na wszystkie strony, mnie włączając, czym budzi mnie na dobre.

A ja się cieszyłam, gdy tak szybko załapał, jak to fajnie wysysac frutapurę z tubki...

piątek, 03 sierpnia 2007
środa, 01 sierpnia 2007
Archiwum
do Monsterowa tędy