środa, 30 sierpnia 2006
- Teosiu, powiedz "leeee" - zaćwierkałam do Monsterina na dobry początek dnia. Dzień wcześniej rozmawialiśmy sobie tak dłuższą chwilę.
- Nnnieeee - zaśpiewał Monsterino i rozdziawił bezzębną paszczę w uśmiechu

A potem było tylko gorzej. Można się było tego spodziewać.
I co z tego, że Monstertata przyznał, że miałam rację... Trzeba było wszystko wcześniej zacząć remontować, to by się zdążyło. A nie mówiłam?! Się nie zaczęło.
Za to teraz się dzieje.
Parę godzin wcześniej, głęboką nocą, Monster, wściekły jak diabli, wparował do naszej sypialni z awanturą, że nikt z nim nie śpi. Pobił nas, wyrzucił nam z łóżka poduszki i nie za bardzo dawał się przytulić.

Monsterówna w pełni zaakceptowała swój pełen różu kąt pokoju. Natomiast Monster zgłosił weto, że nie ma jego szlabanu, czyli barierki, którą miał, gdy spał na dole łóżka piętrowego. Bo teraz mają osobne łóżka.

Od rana najlepszym sportem jest zgubić się wśród tych wielu pomieszczeń zastawionych kartonami. A potem nawoływać się. Chyba interkom trzeba założyć.
Monstery całkiem słusznie stwierdziły, że najlepszy sposób przemieszczania się po tych wszystkich metrach to jazda na hulajnodze. I lawirują pomiędzy  kartonami, kubłami z farbą, kubłami z kilogramami przydasiów, narzędziami, sprzętami kuchennymi (bo kuchni nadal nie ma)...

A ja chodzę w kółko, nie wiem, w co ręce włożyć, staram się nie robić pustych przebiegów, co ma taki skutek, że kursuje obwieszona różnymi rzeczami, a w końcu idę do Monsterina, który gdzieś tam kwili... tylko gdzie...

Wkurza mnie to wszystko, jestem złą czarownicą, wyżywam się na Monsterach, a potem mam gigantyczne wyrzuty sumienia... Pluję jadem, głupio mi teraz okropnie, Monster zasnął bez buziaka na dobranoc z powodu nagromadzenia wszystkiego... straszne.....

Jutro musi być lepiej. JA muszę być lepsza. Bez względu na otaczający mnie chaos.
niedziela, 27 sierpnia 2006
Po pierwsze primo: przenieśliśmy wszystkie nasze klunkry. Wszystkie, bez wyjątku. Już przekazaliśmy klucze parze, która będzie wynajmować nasze stare gniazdko. Nostalgicznie się zrobiło, gdy okazało się, że są w takim samym wieku, w jakim my byliśmy, gdy siedem lat temu tam się wprowadzaliśmy. Ech, tyle wspomnień! Nasze pierwsze mieszkanie, dla każdego z naszych Monsterów był to pierwszy dom. I sąsiedzi, wspaniali sąsiedzi, z którymi się zżyliśmy...
No, cóż, życie idzie dalej. Rzeczy przeprowadzone, pokój Monsterów i nasza sypialnia gotowe. Reszta, łącznie z kuchnią, w kartonach. Przez najbliższe dni będziemy wraz z naszym licznym potomstwem żywić się na mieście...

Po drugie primo: nie rozwiedliśmy się jeszcze z powodu tej przeprowadzki... choć były chwile zwątpienia. Przez ostatnie trzy dni przeżywałam huśtawkę nastrojów: od kompletnego załamania zaawansowaniem prac, przez potulną rezygnację do nieuzasadnionej głupawki.
Tylko Monsterino jest przeprowadzkowym zwierzem - ogląda liście, gdy go wywozimy do ogrodu, albo próbuje chwytać zabawki i śmieje się do swojego odbicia w lusterku. Czasem do niego zagadamy, co by nie sądził, że został porzucony, a wtedy obdarza nas szerokim uśmiechem. I gada, gada, mruczy, śpiewa... Jest takim bezproblemowym dzieckiem, że aż nie mogę uwierzyć, że takie mi się urodziło! Nagroda to jakaś, tylko za co?

Po trzecie primo: Monstery w końcu zjeżdżają z wakacji do domu!

Już nie mogę się doczekać, gdy zobaczą swój nowy pokój. Oj, będzie się działo!

czwartek, 24 sierpnia 2006

Jeśli ktoś zamierza połączyć opiekę nad niemowlakiem, pracę zawodową i domową oraz przeprowadzkę, to serdecznie odradzam. Zdecydowanie lepiej rozłożyć to w czasie... Chyba, że się nie da.

Od dwóch miesięcy wieczorami pakuję kolejne kąty w kartony i sukcesywnie wywozimy je do nowego mieszkania. Jak to jest możliwe, że jutro ostatecznie się przenosimy, a ja jeszcze znajduję w każdym kącie coś do upchnięcia? I w dodatku nie wyprowadzamy właściwie żadnych mebli i wyposażenia! Nie mam pojęcia jak długo będziemy żyć w kartonach i jak szybko Monstery zaadaptują się do nowych warunków. I do nowego przedszkola.

Z przedszkola przyszedł, właściwie tylko do Monstera, bo on jako oficjalny trzylatek rozpoczyna edukację przedszkolną, list ze zdjęciem pań wychowawczyń wśród zabawek i z zapewnieniem, że czekają tam na niego. Strasznie się wzruszyłam (to pewnie wina hormonów...), że tak miło, że się starają, wysyłają list, żeby dziecko zobaczyło, że jest oczekiwane - nie spodziewałam się, że mają takie miłe pomysły. Wygląda na to, że nie powinnam się przedszkolem martwić.

Za to Monsterino dorasta chyba (i to już nie chodzi o rozmiar ciuchów - pasują na niego te z przedziału 6-9 i te na 68 cm), od paru dni potrafi zanieść się panicznym płaczem, jak nigdy dotąd w swoim życiu. Początkowo podejrzenie padło na katar. Że nie może oddychać i wtedy panikuje. Dzisiaj leżał sam w pokoju i chyba czuł się opuszczony, bo przez 10 minut darł się maksymalnie, nie mogłam go uspokoić. A uspokaja go w takiej sytuacji ewentualnie przytulenie w pozycji pionowej i gładzenie po plecach. I spokojnie mówienie.

Może Monsterino wyczuwa przeprowadzkę i boi się, że nie zapamięta naszego małego mieszkanka?

Ale tak ogólnie to ataki są naprawdę rzadkie. Generalnie Monsterino jest pogodnym facetem, a najbardziej lubi przemawiać do swoich zabawek, szczególnie czerwonych i rozmawiać z nami.

I zasypia wieczorem sam. Nie wierzyłam, że to możliwe. Kładę go z zabawkami, puszczam jego ulubioną muzyczkę i zostawiam samego. Monsterino chwilę śpiewa i mruczy, a potem odpływa. Czasem trzeba mu podać smoczek, czasem wystarcza sama muzyka.

Zdecydowanie dzieci powinno się mięć zaczynając od trzeciego...

środa, 23 sierpnia 2006
wtorek, 22 sierpnia 2006

Jakoś nagle, podczas któregoś spaceru leśnymi dróżkami zauważyliśmy, oprócz runa leśnego, porzucone, tu i ówdzie, śmieci. Wręcz kupki śmieci, a nawet pełne worki ze śmieciami. Z racji niedalekiego wyrębu lasu zwaliliśmy zaśmiecenie na drwali i pewnie puszki po piwie, pudełka po papierosach i tony papierzysk leżałyby tam do dzisiaj, gdyby nie Monstery. W Monsterach obudziła się świadomość ekologiczna i z hasłem na ustach: "przecież nie wolno śmiecić w lesie" oraz "śmieci wyrzuca się do kosza" po kolejnym spacerze wróciliśmy do domu objuczeni śmierdzącym balastem. To nic - do lasu "po śmieci" udaliśmy się nawet nie przy okazji spaceru nad jezioro, ale celowo, wraz z workami w tym celu wziętymi. Chodzimy, szukamy, co było łatwiejsze od poszukiwania grzybów, co lepsze zjawiska na bieżąco komentujemy. W końcu z wypchanymi worami wracamy do domu.

Po drodze spotkaliśmy dwie panie z pustymi koszami. One widząc nasze wypchane, ale nieprzeźroczyste worki zagadały do Monsterów:

- Oj, gdzie dzieci tyle grzybów znalazły?

- To są śmieciowe grzyby! - zarechotały Monstery

Panie nie zrozumiały nawet, gdy potwierdziłam moim autorytetem dorosłego, w końcu, człowieka. Odeszły lekko obrażone.

Być może wyglądaliśmy troszkę niepoważnie.

A tak w ogóle, to po niektóre śmieci (wory pełne odpadków, kawałki wykładzin czy materiałów budowalanych) trzebaby jechać samochodem. Czyli musiały być też tam zawiezione i to celowo.

Monstery są zbulwersowane, ale nie ustają w wysiłkach, by wyczyścić las. No i pozdrawiają wszystkich.

czwartek, 10 sierpnia 2006

Nie mogę się zdecydować, który moment bardziej mnie rozczula - gdy Monsterino wtula się we mnie i najpierw szuka i obwąchuje cycusia, liże, aż w końcu zasysa, czy gdy po skończonym posiłku rozpromienia się od ucha do ucha...

Niesamowite momenty są też wtedy, gdy Monsterino rozmawia ze mną. Żali się, albo opowiada o swoim bogatym życiu wewnętrznym: "le, le".

A może jeszcze przyjemniej jest przytulić się do jego puchatego policzka, wcisnąć nos za uszko i wdychając niemowlęcą woń tańczyć z nim do jakiegoś sentymentalnego przytulańca...

Ogólnie, trzeba przyznać, chyba jest zadowolony ze swojej niemowlęcej egzystencji. Albo jest niewymagającym sangwinikiem.

Tak, czy owak, prawie dwumiesięczny Monsterino coraz mniej śpi w dzień, za to sam z siebie uznał, że po kąpieli wieczornej jest czas na dłuższą przerwę w obserwowaniu świata. Co za rozsądny facet!

Monsterino nie wygrałby w konkursie piękności niemowlaków - przerzedziły mu się włosy i ugruntował podwójny podbródek, na polikach ma krosty i nabrał rubensowskich kształtów, co widać na zdjęciach. Ale przecież nie ujmuje mu to wdzięku. Taki Monsterino się nam urodził:)

W niedzielę uspokoję swoje sumienie - jadę na ratunek Monsterowi, który tęskni w leśnej głuszy. A Monsterówna chce już wracać do przedszkola. Być może jest to spowodowane ostatnimi deszczami, które ograniczyły możliwość eksploracji głuszy i przymusowo zamknęły Monstery pod dachem. Oby. Przed Monsterami jeszcze dwa tygodnie wygnania.

poniedziałek, 07 sierpnia 2006

Zawsze wydawało mi się, że nie należę do osób, które wymyślają sobie problemy. W końcu jako wychowanka Korporacji, gdzie mottem przewodnim było: "don't bring me problems, bring me solutions",  rozwiązuję problemy zamiast je mnożyć.

A jednak ilość problemów na stanie jakoś się nie zmniejsza.

Ledwo zeszła ciemieniucha, dzięki smarowaniom i wyczesywaniom, i zszedł wykwit skórny, to wykwit znowu wrócił (czyżby jednak dieta?). Dodatkowo teraz zamartwiam się, że Monsterino jest smokozależny, jako jedyny z monstertrzódki. Wprawdzie, jak tylko wyraziłam tę myśl na głos, to Monsterino udowodnił mi, że jest w stanie zasnąć bez silikonu w buzi, ale dzień później nie dało mu się wyciągnąć smoka z zaciśniętych szczęk nawet, gdy zasnął.

Powinnam martwić się tym dopiero później, ale jakoś tak wychodzi...

Albo martwię się też tym, że Monster odreagowuje agresją rozstanie z rodzicami. Że jest niedokochany i nie odnajdzie się w nowym przedszkolu.

I jeszcze martwię się, że Monsterówna literuje wyrazy, a przeczytałam przewodnik metodyczny dla nauczycieli czytania i okazuje się, że to źle, że powinna ślizgać się po wyrazie i tak czytać.

Martwię się też tym, że nie skoordynuję zajęć dodatkowych całej trójki. Na razie mamy ustalony basen i gdy balet i piłka będą w tych samych dniach, co w zeszłym roku, to się uda wszystko pogodzić. Ale dochodzi angielski Monstera, bo trzylatki nie mają w przedszkolu i muszę uzupełnić i nie wiem, czy uda się dobrać dzień.

Bez sensu się martwię, bo głupie te problemy, trywialne są, ale jakoś sobie czas trzeba wypełniać, prawda? Jakby praca i przeprowadzka to było mało.

czwartek, 03 sierpnia 2006

Nie wiem, jak można porzucić swoje dziecko, skoro sam jego zapach uzależnia. Chucham w szyjkę Monsterinka-Okrąglinka i rozpływam się ze szczęścia, mimo, że zamiast woni perfumeryjnej pachnę teraz proszkiem dla niemowląt albo/i zwróconym mlekiem. Szmyrgam nosem w jego włosach albo przytulam go do karmienia i wymiękam, po prostu wymiękam.

A gdy zaczyna płakać, to przeciekam mlekiem mimo grubaśnych wkładek.

Gdy Monsterino puści mnie w trakcie karmienia zostaje obsikany fontanną mleka.

Monsterino powoli przestaje traktować mnie li jedynie konsumpcyjnie i uśmiecha się wreszcie także do mnie. (przyczyną mojej chwilowej depresji były uśmiechy rozsyłane na prawo i lewo, a dla mnie dostępny był tylko skupiony wyraz twarzy. Być może Monsterino uważał, że z dostarczycielki posiłków nie należy dworować...)

Już nie tylko je i śpi nasz Monsterino. Właściwie przysypia pomiędzy czuwaniami. A gdy czuwa to rusza się cały, przeciąga się, wyciąga i macha wszystkimi kończynami. I obserwuje świat i dźwięki wydaje. A świat mu teraz mniej intensywnie odpowiada, bo nie ma Monsterów, które baaardzo intensywnie się młodszym bratem zajmują. I rozmawiają z nim o wszystkim. I pokazują swoje zabawki. I tłumaczą, co właśnie robią. A mama taka gadatliwa nie jest, więc więcej słuchamy niż gadamy.

Uzależniłam się od Monsterina.

I tęsknię za Monsterami Z Leśnej Głuszy.

wtorek, 01 sierpnia 2006

Na każdą wzmiankę w radiu o porzuconych dzieciach podskakuję w fotelu, bo się boję, że w końcu powiedzą o nas.
Wydawało się, że porządna rodzina... wykształceni ludzie... a dzieci dziadkom na przechowanie oddali...

Monstery już miesiąc poza domem, z tego dwa tygodnie tylko z dziadkami i naszymi wizytami w weekendy. Nie da się nadrabiać wychowania w weekend. Zatem weekend polega na wieszaniu się na rodzicach i testowania granic ich cierpliwości (pewnie po to, byśmy z ulgą wyjeżdżali do pracy). Trudno się dziwić - wszyscy tęsknimy. Monsterówna liczy dni i przyjmuje rozstanie naturalnie i spokojniej. Monster ma dopiero 3,5 roku i reaguje na stres agresją. I zamiast miłego pożegnania jest pożegnanie pełne napięcia, łez i spazmów.

Pocieszam się, że Monstery są w dwójkę i przecież nie z obcymi, tylko z ukochanymi dziadkami. Że lepiej im na świeżym powietrzu niż w mieście. Że z racji przeprowadzki i tak nie mielibyśmy w mieście dla nich zbyt dużo czasu. Że nacieszymy się sobą we wrześniu.

Ale tęsknię, jednak. I boję się, że jakiejś traumy Monsterowi dostarczam i potem na kozetce psychoanalityka będzie dukał, że matka go opuściła, a siostra zdominowała. Czy ktoś ma jakieś lekarstwo dla mnie?

Żeby było ciekawiej - Monstertata złamał palec u nogi (pokarało go - chciał opryskać mnie lodowatą wodą, ale mu uciekłam). I pewnie, skoro nie może nosić ciężarów, to nie zdążymy się przeprowadzić i we wrześniu będziemy mieszkać w kartonach. Aaaaaa!

Archiwum
do Monsterowa tędy