środa, 28 lipca 2010
pozor, vlak!


W zeszły, deszczowy weekend, Monstertata wytoczył najcięższe działa i rzucił:
- Do Czech!

Spodziewałam się wiwatów i ogólnego aplauzu, ewentualnie chociaż tekstu w stylu: "jak tatuś zapoda destynację wycieczkową, to!...."

Nic z tego. Chłopaki mruknęły, że woleliby do Juraparku (gdzie byli już z dziadkami, ale mamo, jakie tam są zjeżdżalnie! Trzy! I plac zabaw z linami! Dinozaury gdzieś znalazły się na peryferiach historii...)

Ostatecznie zapakowaliśmy się wszyscy, dorzucając kalosze do bagażnika, bo lunęło mocniej.

Staraliśmy się, jak zwykle przy przekraczaniu granicy, oddać cześć historii o przejściach, celnikach, sprawdzaniu paszportów... Monstery słuchają tego bez specjalnej atencji.

- To kiedy dojedziemy do tego królestwa? - zapytał Monsterino, bo uprzedziliśmy, że to wycieczka do zamku

Mimo,że po kolei na wyprawie najważniejsze były:
- paróweczki w ramach drugiego śniadania
- obiad w czeskiej restauracji (miały być knedliki, skończyło się na hranulkach i bramborach).
- wizyta w sklepie, gdzie mieli do wydania równo 90 koron na słodycze i zdołali się podzielić tak, by wszyscy byli zadowoleni, a nawet dostali każdy po resztowej monecie na pamiątkę (a zrobili to w tym samym czasie, w którym Monstertata przeżywał rozterki decyzyjne w dziale piwnym, więc że tak powiem, nie spieszyli się)

to jakoś, mimo wszystko, chyba, może jednak warto ciągać progeniturę po świecie, choćby do Czech.
Bo czytali napisy, podsłuchiwali jak ludzie inaczej mówią, tylko zwiedzają troszkę bardziej aktywnie niż dorośli.

Na dziedzińcu okazało się, że można wypisać w wilgotnym piasku swoje inicjały.



Sprawdzić, w jaki sposób ta rzeźba wisi



Czy długo leciałoby się z zamkowych murów na samo dno fosy


Na zamku trwały przygotowania do imprezy (to interesowało najbardziej Monstera, więc przejął aparat)






I udzielił się, niektórym, baśniowy nastrój zamku w Opawie.







Dzień później rozmawiamy, dokąd pojedziemy, a Monsterino od razu:

- Do zamku!

- O, co ci się najbardziej podobało w zamku? - pyta Monstermama, szalenie zadowolona, że wycieczka okazała się być ciekawą i kształcącą

- Musimy zobacyć, cy ślimaki jesce tam są!

Albowiem Monstery wdrapując się na zamkową górę spotkały ślimaki,


a wracając sprawdzały, jak daleko się posunęły. Jeden zniknął, a drugi przeszedł niezły kawałek.
I na końcu języka miałam pytanie, kiedy dojdzie do granicy, ale wcześniej zdałam sobie sprawę, że nie mamy nawet linijki w samochodzie, by obliczyć odległość.
Notatka do terminarza: na następną wycieczkę dorzucić do podręcznej torby miarkę (oprócz lupy, ołówków i bloku a4 do niezbędnych notatek...)


wtorek, 20 lipca 2010
wytęż wzrok i znajdź 20 szczegółów, którymi różnią się te dwie rodziny




- Zostań tutaj - mruczy Monsterino w niedzielny wieczór, kiedy i tak odkładamy wyjazd, by jeszcze poczytać Monsterom przed snem - dlacego musis jus jechać...

- Bardzo bym chciała zostać, przecież wiesz - odmrukuję wciskając nos pod jego szyjkę. Słodki jest. Taki misiaczek-pysiaczek.

- A mama Marysi ma więcej urlopu - wydyma wargi Monsterówna

- Mama Marysi ma inną pracę, ja niestety muszę teraz pracować - mówię. Kiedyś porównywała długość włosów mam koleżanek, mam nadzieję, że nie dojdzie do porównywania stanu konta.

- Nawet w soboty czasem pracujesz - odzywa się wreszcie Monster. On za wiele nie mówi, za to wskakuje na Monstertatę i wyrywa mu włosy z głowy. Ot, takie końskie zaloty.
Sam zadeklarował, że on to rozmawiać nie lubi, tylko się przytulić.
- A czy przynajmniej jakąś kasę zarabiasz? - pyta Monster. Monstery wkraczają w wiek, kiedy potrzebują konkretów - co, ile kosztuje i dlaczego.

- Chociaż tyle, żebyście mogli wyjechać na kolonie - przypominam

- Ok. To jedź! - zmienia momentalnie ton i wypycha mnie z pokoju. Widział cenę na umowie i chociaż dołożyli z Monsterówną jedną trzecią ceny, to i tak zszokowało go, że przyjemności mogą tyle kosztować.A jechać chce bardzo. Najlepiej byłoby na dwa turnusy.

A wracając do lektur, Monstertata dobrnął do końca narniowego cyklu. To znaczy on czytał z przyjemnością, dla mnie byłoby to brnięcie, bo mnie od drugiej części nic nie wciągało. Przez miesiąc czytali zatem równolegle - Narnię z tatą, a inne, z Tomkiem Wilmowskim na czele z mamą. Tomek nie jest łatwy w odbiorze, szczególnie początek musiałam tłumaczyć (zaborca w szkole), ale może się rozkręci. W międzyczasie odkryłam dla nich Białą Żyrafę Lauren St John. Wciąga! Zatem całe szczęście, że następna część już jest, a kolejne w planie...


środa, 14 lipca 2010
karma taka, kismet albo mojra




Jeszcze zapach Monsterów pozostał w mieszkaniu, jeszcze porozrzucane zabawki po kątach,  a ja już przeistaczam się w Praczkę Wszechmogącą. Taki zwyczaj wakacyjny mam. Pralni totalnej, łącznie z materacami, roletami (licznymi), dywanami (symbolicznymi), narzutami i kapami.
Nie dziwota, że po tygodniu pralka znowu podjęła próbę dezercji. Myślała, że trafiła do spokojnej rodziny....
Magik pralkowy naprawił to, co zawsze (nasuwa się nieuchronne pytanie, ile jego interwencje będą nas kosztować po okresie gwarancji).
Aaa i jeszcze piecyk się na nas obraził! Okazało się, że nie lubi zostawać na parę dni sam w domu! (Czujecie to? Wracamy po 4 dniach kempingowej higieny, piąta rano, ciepły prysznic brzmi zachęcająco, a tu strajk! dobrze, że chociaż zimna woda była...)
I żeby zamknąć wyliczankę sprzętów, które nas nie obsługują, muszę pochwalić odkurzaczyk - naprawdę, tylko ty, mój drogi, od 10 lat ten sam.
(brzmi jak odnowienie ślubów, ale dmucham na zimne, bo to odkurzacz piorący, a jestem dopiero w połowie planu).

Monsterówna pojechała na tydzień do koleżanki, a zanim wyjechała poprosiła mnie, żebym pomogła jej się spakować. Wybrałam zestawik, łącznie z ręcznikami, po czym ona wymieniła większość z tego.

Leciutko się uniosłam, zupełnie niepotrzebnie, bo Monsterówna podniosła na mnie zdziwione oczy i odparła, że chciała znać moje zdanie, ale jej jest inne i musi dobrać ręcznik kolorem do stroju kąpielowego.

Słusznie! Słuchać, słuchać i jeszcze raz słuchać i nie odnosić wszystkiego do siebie. Racja, byłam gotowa szaty rozdzierać nad moim wyborem, argumentować do utraty tchu, tylko sens w całym tym galimatiasie uciekł.

Bo zapytała. Chce wiedzieć, co o tym myślę, by podjąć suwerenną decyzję. Nie wiem, skąd mi się takie dziecko urodziło, ale muszę się starać, by jej nie zepsuć, zanim przestanie w ogóle uważać mnie za kompetentną konsultantkę.

W ogóle za dużo mówimy, a za mało obserwujemy i słuchamy.

Więc zmykam.


Tymczasem zdjęcia, które co roku pojawiają się na tym blogu w lipcu.
Czyli ścieżka z dzieckiem na rowerze (rower ten sam, tylko dziecko się zmienia)


Dziecko w basenie (zdjęć mało, bo Monstery są nie do uchwycenia, gdyż przeważnie są POD wodą)



I chociaż jedno dziecko, które chciało się przytulić.... (Monster tylko z tatą, Monsterówna no, ewentualnie, ale później....)



piątek, 09 lipca 2010
ach, jak to było przed wynalezieniem telefonu!




Jeszcze przed wakacjami wyposażyłam Monsterównę w gruby zeszyt o nośnym tytule: wspomnienia z wakacji.
Monsterówna zważyła go w dłoni i nic nie powiedziawszy, spakowała go do plecaka.

Ja wiem, że drugi raz nie da się już nabrać na opisywanie choćby jednego z przeżyć, bo okazało się, że w szkole wcale nie musieli pocić się nad opisem wakacji. A ja pamiętam takie wypracowania rok w rok.

- Na wszelki wypadek - dodałam cicho - gdybyś odczuła potrzebę...

Nie bombarduję Monsterów telefonami od stęsknionej mamusi, w tym celuje tatuś;) Ale bardzo chętnie rozmawiam z Monsterówną, a właściwie słucham jej opowiadań, bo to dziecko potrafi się rozgadać i snuć opowieść właściwie bez końca. O tym, co zrobiła, przeczytała, przeżyła. Ze wszystkim słodkimi szczególikami, jak "opowiem ci teraz zasady nowej gry, której nauczył mnie..."

- Będzie lepiej, jak mi ją pokażesz, za dwa dni się zobaczymy - wtrącam delikatnie

- No dobrze. I wiesz, czyściliśmy dzisiaj Myszkę. Pani Kasia nie pozwala czyścić Bountiego, ale zagadała się z babcią i on stał przy barierkach i my go pogłaskaliśmy, a Myszkę pani specjalnie nie czyściła, bo wiedziała, że my przyjedziemy i wiesz, jak ona urosła?! 

I dalej, o pobrudzonych spodniach Monsterina, o wyprawie rowerowej, lodach... A potem przedstawia konkluzję:

- I widzisz, jakbym miała to wszystko, co ci opowiedziałam opisać?! - tu zawiesza głos, a groza wisi w tle - to bym już cały zeszyt zużyła!!!

Monster nie rozmawia. Nie chce, nie zmuszam.
Monsterino jest o wiele dzielniejszy niż w zeszłym roku.

- Psysłałaś kartkę - mówi
- Fajnie, że doszła! - cieszę się- Specjalnie wybrałam z misiaczkiem!
- Z misiackiem - zgadza się
- Co ciekawego dzisiaj robiłeś? - zagajam
- Kopiemy dziurę - stwierdza krótko (babcia potwierdza, że przekopują się do Australii) - jezdzę na koniu i na roweze, jem lody i.... musę jus końcyć, to pa.

Pa.



Ha!

My z monstertatą też otworzyliśmy sezon. Po drugiej stronie kraju.
Pięknie było.





Zaczęliśmy z hukiem, ale pozostałe festiwalowe plany w tym roku zostaną raczej mocno okrojone. Tłumaczę monstertacie, że na Castle Party, to ja muszę najpierw skompletować odpowiedni outfit. A Jarocin niby jest po drodze, jeszcze zobaczymy.

Archiwum
do Monsterowa tędy