poniedziałek, 25 czerwca 2012
zanim wynudzą się śmiertelnie na wakacjach


Nawet nie myślałam, że życie Monsterów może jeszcze bardziej przyśpieszyć, ale tak jest.  Gdy otwieramy rano oczy każdy z nas zastanawia się, jaki mamy dzień tygodnia i kto dokąd akurat pędzi.

W sumie najbardziej zajęty jest Monsterino, czego okropnie zazdrości mu Monster.

Troszeczkę mylą mi się weekendy i kiedy co robiliśmy, więc ja też potrzebuję wakacji. Ale muszę przysiąść na chwilkę, by choć napomknąć o niektórych wydarzeniach.

Był mianowicie Monsterino rozrywany w zeszły weekend na zawodach. Rano na judo przyduszał przeciwników

i raz nie oparł się przyduszeniu, ale dzielnie powstrzymał rozpacz,

natomiast popołudniu miał zamiar do swojej kolekcji zdobył złoto lub srebro w pływaniu, a tu niestety ZNOWU brąz.

Ale ma przynajmniej do czego dążyć w przyszłym roku.

Już nawet mu nie mówiłam, że jeszcze w tym samym dniu odbywały się zawody taekwondo, bo też by pewnie chciał podjechać.

Nic to - ledwie zeskoczył z podium, już gnaliśmy, nawet w mokrych spodenkach, bo i tak lunęło, gdyż właśnie się była rozpoczęła nocowankowa impreza u kolegi. Wyrzuciłam Monsterina na jednym krańcu Poznania, by pojechać po Monsterównę do koleżanki na drugi.

A Monster troszeczkę pomstował, że nikt go nie zaprasza...(akurat biedaczek ma takich najbliższych kolegów bez możliwości nocowankowych, chętnie natomiast nocujących u nas).

Ale główny zawód i kryzys Monstera związany był z rywalizacją szkolną.

Nie wiem, czy pisałam, najwyżej powtórzę: Monster ostatecznie trenuje skoki na ścieżce. Nie martwcie się, też nie wiedziałam, że jest taka dyscyplina, choć nie olimpijska. To jest takie fikanie salt jedno po drugim na specjalnie sprężynowanej długiej macie. Dwóch chłopców z klasy się na tę ścieżkę zakwalifikowało, mają codziennie treningi (oprócz tych 13h szkolnych, już nawet nie liczę, ile to dziecko ćwiczy), Monster musiał zrezygnować z taekwondo, bo treningi się zazębiały. 

Bardzo dumny był z wyróżnienia. Ja mniej, bo nie lubię jego trenera (to ten, co robił mu uwagi, że przytył). No, ale ja nie muszę go lubić, ważne, że Monster go toleruje. W każdym razie parę miesięcy minęło, oczywiście nie chodziłam obserwować treningów, bo te są w czasie mojej pracy, ale co jakiś czas pytałam trenera dyrektora, jak Monsterowi idzie. Ocena była taka, że idzie mu dobrze, ale wszystko w jego rękach. Bo czegoś tam jeszcze do układu nie opanował.

Kolejne miesiące mijają, a Monster cały czas tego elementu nie może opanować. Troszkę zaczął się wymigiwać z treningów, raz po raz narzekał na brzuch, nogę czy inne naciągnięte mięśnie, raz się tłumaczył, że trening był odwołany. Nic nam to nie dało do myślenia, aż w końcu trener dorwał mnie na festynie pytając, czy chcemy, żeby Monster trenował, czy nie.

Well. Na początku chciałam go poczęstować tyradą, ale dodawszy dwa do dwóch, z wolna, z każdym kolejnym słowem trenera opisującym treningi i umiejętności kolegów Monstera, zaczął mi w głowie układać się jakiś schemacik uników Monstera. To nie brzuch go bolał, ale AMBICJA! Ha! Okazało się, że ten drugi wybrany z klasy i koledzy z klasy równoległej zrobili większe postępy od niego, więc Monster się załamał.

Schowałam zatem swoją przygotowaną mówkę do kieszeni i zaczęliśmy się z trenerem zastanawiać, co zrobić, by Monstera z powrotem na właściwy tor ustawić i podbudować i odszukać zagubioną wolę walki. Zaczęło się uświadomienia mnie i jemu, że jeszcze długo treningi będą mu się wydawać trudne i monotonne. I że tak ma być. Żeby to zrozumiał, przyjął, odżałował i wziął się do pracy. A na zawody w tym roku niestety się nie zakwalifikował.

W domu, gdy tak sobie porozmawialiśmy szczerze z Monsterem, to powietrze z niego zeszło i znowu zaczął z przyjemnością zostawać na treningach. Może czuł się jakoś zobligowany do robienia postępów i głupio mu było przed nami, a gdy się okazało, że spokojnie, nie o to nam chodzi, to przestał się spinać.

Monstertata żałuje, że odpuścił taekwondo, ale przecież nikt nie zamyka mu tej drogi. Zresztą ja po cichu uważam, że niech sobie w podstawówce trenuje, a przed gimnazjum pomyślimy drugi raz, co robić i w jakim kierunku.

środa, 13 czerwca 2012
Sześciolatek


Ha!

Zaskoczyłam Was!

Nie spodziewaliście się takiego wpisu o tej porze roku, prawda?

Z powodu EURO, a więc goszczenia u nas Irlandczyków, impreza odbyła się przecież już wcześniej, mam zatem wrażenie, że od dwóch tygodni nieustannie świętuję szóste urodziny Monsterina (zwłaszcza, że balony wtedy nadmuchane nadal wiszą).


Ale przecież poszedł dzisiaj do przedszkola z paką ciasteczek. I był jeszcze niejeden prezencik na tę okazję.


Sześciolatek jest bardzo dorosłym i myślącym człowiekiem. (Zdecydowanie czas do szkoły, naprawdę widzę, że jest gotowy - powyżej z własnoręcznie wykonaną kukiełką wampira). Sześciolatek pamięta, co należy spakować na dzień następny, że jutro butelkę po frugo i makaron o różnym kształcie, a na wycieczkę plecak, czapkę z daszkiem i kurtkę przeciwdeszczową. Dokładnie jest tak, jak prawi pan Marcin z Dziecięcej Akademii Przygody -- Wzorzec Doskonałego Wychowawcy Kolonijnego - sześciolatki są częściej bardziej rozgarnięte i skupione od starszych kolegów.

Nasz świeżo upieczony sześciolatek jest sprawny nie tylko intelektualnie. Ostatnio mimochodem w trakcie zajęć na basenie zdobył kartę pływacką. A że na swoim szesnastocalowcu spokojnie przejeżdża długie kilometry, mimo, że przy takich małych kółeczkach trzeba się nieźle namachać, gdy się chce nie ustąpić tempa starszemu bratu, jest powszechnie znaną prawdą.

Oprócz samych zalet bywają kłopotliwe, delikatnie mówiąc, przywary - nieumiejętność przegrywania i rozpaczanie, gdy nie wszystko idzie po myśli. Ale czy tak naprawdę z tego kiedykolwiek się wyrasta?



 

 

wtorek, 12 czerwca 2012
czerwcówka


Co roku w Leśnej Głuszy podejmujemy , wiecznie nierówną, walkę z komarami. I tak jak wnętrze od lat udaje nam się odczyniać elektrycznie, tak zewnętrznie dotychczas, mimo corocznemu przeglądowi rynku, marek i rozwiązań (woniejące opaski na kończyny ostatnio), polegamy, a raczej ulegamy pokąsaniom, na tym polu. 

Chociaż nie - w zasadzie Monstery znalazły sposób, ale nie każdy jest w stanie go zastosować - należy po prostu nie wychodzić z wody.

 

Tylko Monstery są na tyle twarde, by po trzech godzinnych sesjach pływania (które nie polegają na leżeniu brzuchem do góry) wskoczyć jeszcze na rowery, popedałować, ścigając się oczywiście, na pobliski plac zabaw (jakieś 2 km), szaleć tam jak pijane zające, wrócić i nadal pożądać kąpieli.

Monsterino miał wprawdzie kryzys w drodze powrotnej, ale na szczęście zauważyłam na pobliskim krzaku dwie, czerwoniutkie Tabletki Mocy. Nawet sobie nie wyobrażacie, jakiego speeda dają takie małe, aromatyczne wspomagacze!

W tym roku, dzięki dziadkowi śledzącemu na bieżąco możliwe atrakcje dla wnuków, udaliśmy się z wizytą do teatru lalek, ale nie na spektakl, tylko za kulisy!


To był fantastyczny pomysł i impreza! Monstery poznawały aktorów grających w przedstawieniach (- To pan grał węża! - zaskoczył jednego z prowadzących Monster), uczyły się poruszać marionetkami, co okazało się nie takie łatwe i lekkie,


a przede wszystkich wyczarowali genialne kukiełki z materiałów, które dostarczyła pracownia lalkarska.


Nic dziwnego, że gdy droga powrotna trochę im się dłużyła, to dzięki lalkom jakoś wytrzymali. (oraz dzięki konkursowi na najdłuższe przytrzymywanie ogryzka w ustach - nie pytajcie o szczegóły).

wtorek, 05 czerwca 2012
i kolejny koniec


- Widzisz, jaki jestem dzielny? - zadaje retoryczne pytanie Monsterino po rowerowym przejeździe do przedszkola, podczas którego cały czas trzymał kierownicę tylko jedną ręką - Sam jestem z siebie dumny! - dodaje.

My też, pewnie, że my też.
Nasz tegoroczny abiturient.

Noc dziecka Monsterino spędził w placówce. Indiańską wioskę zbudowali, a panie spały ze dwie godziny może, bo tyle czasu miały pomiędzy ostatnim utulonym, a pierwszym, który wstał i gotów był do kolejnych szaleństw. Podziwiam, że po całym tygodniu pracy jeszcze im się chciało zostać na noc.

Absolutnie doceniam poświęcenie i chylę czoła, zwłaszcza, że miałam też maleńki przedsmak takiej ekstremalnej zabawy, gdyż część bandy rano przeszła do nas...

Dziesięcioro sześciolatków po krótkiej nocce na czterogodzinną balangę (wydawało się, że dziewięciolatek  naturalnie włączy się do akcji, ale prawda jest taka, że go niektórzy zbyt namolni monsterinowi kumple szczerze wyprowadzali z równowagi. W życiu nie przypuszczałam, że do tego stopnia zdenerwuje się bałaganem, iż ostatniego gościa, po którego rzeczywiście spóźnili się rodzice (a miał ochotę zdecydowanie zostać do wieczora) ostentacyjnie wypędzał włączając odkurzacz).

Mam też smakowite anegdotki do przeżywania w większym lub mniejszym gronie matek. Jak to maszerując dwójkami na trasie przedszkole-nasz dom, co na piechotę zabiera nam w porywach dziesięć minut i to tylko wtedy, gdy po drodze obserwujemy ślimaki oraz eksterminujemy dmuchawce, musieliśmy ze dwa razy stawać, bo frakcja Dwóch-Zawsze-Wszędzie-Podwożonych-Samochodem musiała mieć przerwę. I jak jeden Mały Dociekliwiec zapytał:

- Ciociu, a wasz dom to jest bogaty czy taki zwykły?

Potem skutecznie eksplorowali ogród (a ja asekurowałam tych, którzy nienawykli do chodzenia po drzewach, więc weszli i nie potrafili zejść) i rozbijali piniatę. Taki lokalny zwyczaj;)


Po tym, jak drużyna sześciolatków zrobiła popcornowy tor hot wheels, Monster stwierdził, że już nie jest w stanie więcej znosić takich imprez i on się wypisuje. Dopiero moje zapewnienie, że nie będzie musiał ruszyć nawet palcem przy sprzątaniu go uspokoiło. Ale i tak pomógł. Złoty starszy brat.

Archiwum
do Monsterowa tędy