wtorek, 29 czerwca 2010
wywiezione




Zgrabny pakiecik zachorowanych Monsterów wywieźliśmy do leśnej głuszy.
Zaziębiona Monsterówna, Zawirusowany Monsterino (jak 2/3 grupy przedszkolnej) plus Pochrząkujący na Pylące Trawy Monster na okrasę.

Niech ich sosnowe olejki eteryczne wykurują.

Dziadkowie znacząco przearanżowali działkę. Wnuki adaptują ją do swoich potrzeb.


Poszliśmy w las na rekonesans, a tam jagody jak korale! Tudzież komary. Równie wielkie i liczne.



Dzień później Monstery już nie chciały zbierać. Oficjalna odpowiedź Monsterina brzmiała:
- Jus zbierałem w inny dzień. I jak się zbiera jagody, to ręce są potem BRUDNE.

Nieodzowne połączenie zabawy z brudem rozumie doskonale Monster, który, gdy szykowaliśmy się na końcowoprzedszkolny festyn, zbojkotował przebranie i stwierdził, że jego naturalny kamuflaż wystarczy. A był tego dnia rzeczywiście intensywnie unurany.

Reszta weszła w konwencję - choć do kadry było nam daleko - tu pani Dyrektor.

A tu Monsterino zaplątał się między Jaskiniowców Prowadzących.


A Monsterrodzice?

Susanne Vega  nam zaśpiewała.
- Tęsknisz już za dziećmi? - zapytał Monstertata podczas koncertu
- Jeszcze nie - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, bo na razie było: tu tu tu ru...

Ale w pustym domu tak.
Na szczęście natychmiast poleciałam do pracy, a po robocie - drugi etat - Manager Domowego Ogniska - bardzo zaniedbana przez cały rok funkcja.
Nawet nie chce mi się myśleć o tych wszystkich spychanych do poświadomości i w ciemne kąty domu spraw, których rozwiązania/posprzątania/ogarnięcia czas właśnie nadszedł. 


środa, 23 czerwca 2010
wcale nie pachnie latem



- Ha! - weschnął głęboko Monsterino po wyjściu z przedszkola i rozejrzał się po nieboskłonie (i nie będzie przesady w tym, gdy powiem, że choć z jednej strony ostro dawało słońce, to z drugiej kłębiły się czarne chmury)

 - To idealna pogoda na lodziki, chodźmy!

Zaczęłam polemikę. Szalenie był rozczarowany i dał temu wyraz w postaci szerokiego wachlarza epitetów do mnie skierowanych. A przy tych skokach temperatury, już nie wiem, czy jego kaszel to alergia, czy coś więcej. Monsterówna chrypi, Monster odkaszluje, szczególnie rano, w regularnych interwałach. Ile można tego słuchać? (Monstertata, dobry z niego człowiek, znowu na ochotnika pojedzie ich sprawdzić w przychodni, chwała mu za to.) 

Poza tym chętnie bym się na chwilę gdzieś schowała.
Nie mam ochoty na żegnanie się w klasie Monsterówny, na tłumaczenie, dlaczego zgadzam się na takie fanaberie, jak nagła szkolna wolta i czy mam świadomość.

Jeśli w przypadku zmiany podstawówki, na etapie na tyle początkowym, że wszystko jest możliwe, stawiane są takie pytania, to się nie dziwię, że generalnie ludzie chcieliby widzieć swoją ścieżkę życiową pt.: szkoła-studia-praca-aż-do-emerytury i to najlepiej w obrębie tego samego domu/miasta, nie mówiąc już o państwie.

A ja się cieszę, że Monsterówna jest odważna. Że nie boi się zaryzykować ciepłego miejsca i opinii, którą sobie w starej szkole wyrobiła, by realizować to, czego pragnie.
Mnie też często świerzbi i czasem dźgam Monstertatę mówiąc - a nie wyjechałbyś, hmm, hmm, na przykład  do Nowej Zelandii?
- Źle ci tu? - pyta wtedy Monstertata
- A czy to musi być źle, żeby zmieniać coś w swoim życiu?

Ale rozumiem, że są różne typy.

Choć wydaje się, że Monstery raczej z tych, co zmiana jest konieczna.

Monster na przykład służy do Mszy, tak jak chciał.
Bardzo elegancko wygląda, uczy się, więc zalicza potknięcia (-"Gdy pierwszy raz walnąłem (w gong), to w ogóle nie było słychać, musiałem poprawić").

Monsterino też zaliczy zmianę - budynku przedszkola. No ładnie pobudowali, trzeba przyznać. Przystosowane, świeżutkie, pachnące, kolorowe, videofon, już nie mówiąc o tych wszystkich szmerach-bajerach w wyposażeniu. Ale kołchoz. Więc cieszę się, że chociaż rok Monsterino przeżył w kameralnym gronie. Tu samych trzylatków będzie setka! Na szczęście Monsterinowi kumple są z nim w grupie (czterolatki podzielili na dwie grupy wg dat urodzin), więc chyba jakoś się odnajdzie. A do domu trafić będzie mu prościej, bo bez przekraczania dwupasmówki;) Aczkolwiek założone zabezpieczenia terenu imponują.

Finisz roku zbliża się w podskokach, zajęcia dodatkowe się pokończyły, nakazałam zatem w ramach zagospodarowania wolnego popołudnia pakowanie waliz. Szczerze mówiąc, liczyłam na większy odzew.

Może to przez tę pogodę. Gdy w weekend pletliśmy sobótkowe wianki nic nie wskazywało, by jakoś szybko temperatura pozwoliła na kąpiele w akwenach.

Ale przecież nie samą ładną pogodą człowiek w wakacje żyje. I nie tylko o to w wakacje chodzi.

To jak? Odliczamy godziny do piątku?


piątek, 18 czerwca 2010
do grobu wpędzą


Poszłam z Monsterówną do szkoły Monstera.

- A niech ma, żeby nie było, że podcinam skrzydła. Chce, niech się sprawdzi, skoro tak jej na tym zależy - pomyślałam bez żadnego przeczucia

- Przyprowadziłam taką jedną, która chce - mówię trenerowi, a trener powiedział, że takie właśnie lubi najbardziej

A potem polecił Monsterównie wykonać parę ćwiczeń, a na koniec zapytał, czy aby na pewno ona nigdy wcześniej nie miała nic wspólnego z akrobatyką.

Na przekład w poprzednim życiu.

Koniec końców Monsterówna zmienia szkołę.

Razem z Monstertatą załamujemy nad nią ręce (gdy tego nie widzi), bo to byłby dla nas największy stres w życiu, a jej się oczy śmieją.

- Doszłam do wniosku, że muszę to zrobić - stwierdziła Monsterówna - że tego potrzebuję, że muszę ćwiczyć, że chcę.

Trener nie ukrywa, że będzie mieć więcej pracy od innych, zaczynając od wakacji. Monsterówna pyta, kiedy JUŻ może się włączyć do ćwiczeń.

To, że już nabyłam nie ten zestaw książek do trzeciej klasy to mały pikuś z tym, że o rany, DLACZEGO ja myślę tylko o tym, że będzie z tyłu, że się rozczaruje, że nowa klasa, nowa pani, nowy zestaw rodziców... Dlaczego nie podchodzę do jej decyzji z takim samym entuzjazmem?

- Sport nie jest najważniejszy - powiedziała Monsterównie jej najlepsza dotychczasowa szkolna koleżanka

- I co jej na to odpowiedziałaś? - pytamy

- Nie pamiętam, ale chyba, że może nie jest, ale ważne jest, że ja to lubię - mówi

Nadal jestem w szoku.


niedziela, 13 czerwca 2010
Czterolatek


- Co rysujesz? - stanęłam nad Monsterinem hojnie obdarzającym kolejne kartki kompletem różnokolorowych kółek (magazyny opon? wypadki samochodowe? korki na ulicach?)

- Błony komórkowe zwalcające toksyny - rzecze nasz Czterolatek nie odrywając wzroku, ani kredki od kartki

Wesołe są konwersacje z Monsterinem.

- Bakterie zaatakowały mi gardło - informuje o przyczynach kaszlu

- Chyba mój ząb opanowała próchnica - mówi przyglądając się plamce na górnej jedynce.

Wypisujemy zaproszenia na imprezę urodzinową. Skład gości zmienia się z dnia na dzień, w końcu trzeba ostatecznie zdecydować.

- A Krzyś? - pytam, bo w poprzedniej wersji był

- Wyklucone! - podnosi palec do góry Monsterino i kiwa nim karcąco - on by bił dzieci!

Doprawdy? Dotychczas myślałam, że jest tylko jeden zbój w przedszkolu.

Monstertata znowu zabłysnął intuicją i brawurowo przedstawił pani alergolog na jednej wizycie zamiast jednego syna, dwóch. Dopełniają się przecież - jeden uczulony na kurz, drugi na wszelkie to, co obecnie pyli. Co by tłumaczyło codzienne poranne odkaszliwanie Monstera.

Monstertata się denerwuje, ja mam mantrę, że wyrosną. (poza tym każde spotkanie Monstertaty ze Służbą Zdrowia, upewnia mnie, że samotny ojciec z dziećmi jest w stanie więcej wskórać, niż matka. Widocznie bardzo współczują mu wyrodnej żony, która w tym czasie na pewno siedzi w SPA. Bo gdzie indziej może być, gdy dzieci chorują.)

No dobrze, my tu gadu-gadu, a Monsterino szykuje się do zdmuchnięcia czterech świeczek.

Jaki jest nasz Czterolatek - każdy widzi. Krnąbrny, pyskaty, uparty, nie do zdarcia i wiedzący, czego chce, choć to najbardziej zmienna zmienna.

- Kiedyś był taki słodki - wzdycha Monsterówna nad zdjęciami z monsterinowego niemowlęctwa

No cóż. To już zdecydowanie nie jest niemowlę.

Co Ci trzeba do szczęścia, mój Czterolatku (mamusiny misiaczku)?

Dobrze się czujesz, gdy znasz ustalone zasady (co nie znaczy, że ich nie testujesz). Nie wahasz się użyć brzydkich określeń, gdy coś nie idzie po Twojej myśli. Ale potrafisz też cudownie altruistycznie się przymilać, w przypływie dobrego humoru.

Łatwo z Tobą nie jest, ale to nasz problem. Ty dobrze wiesz, że kochamy Cię bez względu na wszystko.

Wulkanie Energii, sto lat!



wtorek, 08 czerwca 2010
kto się opiekuje tymi dziećmi...


- Na kogo zagłosujesz? - Monsterówna napadła mnie pod prysznicem i nie miałam wyjścia, ani znikąd ratunku

- Nie wiem... - westchnęłam - nie ma żadnej kandydatki...

- Jak możesz nie wiedzieć? Nie interesujesz się swoim Krajem? - rzuciła oskarżenie

Och, co ja jej będę klarować, że interesowanie się Krajem jest na dalekim miejscu wśród moich priorytetów obecnie. Gdzieś za własnymi badaniami okresowymi, jak przypuszczam.

Tymczasem wcale nie musiałam zabierać dzieci do pracy. Monstery zostały przejęte przez dziadków. Nie ukrywałam przecież, że bez obu par monsterdziadków byśmy zginęli. Jedni na co dzień, drudzy w wakacje karmią i rozrywkują liczne wnuczęta z wielkim zaangażowaniem i miłością. Chwała im za to! - Odpracuję na ich prawnukach...;)

Monstertacie też oczywiście należą się hymny pochwalne - odbębnił szczepienie Monsterówny i bilans czterolatka (duże osiągnięcie, bilansu dwulatka nie udało nam się zaliczyć). I tu pierwsze pozytywne zaskoczenie - Monsterino mieści się w 50 centylu! (Przez zafiksowanie Monstera na temat kształtu monsterinowej figury już też zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy nie ograniczać mu węglowodanów). I pewnie, nie należy rodzeństwa porównywać. Ale to chyba raczej dotyczy głośnego i punktującego porównywania, bo nie da się nie sięgać pamięcią, jak to, czy tamto osiągali starsi.

I tu dochodzimy do bomby ostatnich dni, mianowicie Monsterino zaczął jeździć bez bocznych kółek!
Monstertata stwierdził, że już czas i rzeczywiście - po pierwszym puszczeniu załapał.
Zaczęliśmy bić brawo i cieszyć się, wiadomo. Na co Monster strzelił focha, że gdy on sam nauczył się jeździć na dwóch kółkach, to nie entuzjazmowaliśmy się aż tak bardzo!
Troszeczkę się zdziwiliśmy i już nie wiedzieliśmy, czy śmiać się z takiego zarzutu, czy raczej zadumać. Wezwaliśmy dziadków na świadków, ale chyba nadal do końca nie jest przekonany. Może musimy po prostu zgotować mu owację na stojąco, gdy po raz kolejny przemknie koło nas z piskiem opon i zahamuje wzniecając tuman kurzu...





****

Dawno nie było tu dokumentacji fotograficznej. Oj, dawno.
Tu jeszcze z monsterinowych tańców.
Smerf.




Kujawiaczek:



I z warsztatów Rowerem Po Drzewach na Placu Wolności

(bardzo uspokajające Monstera zajęcie - jak tylko na jakiejś imprezie widzi koło garncarskie, od razu do niego zasiada)



Monsterino zdawał na prawo jazdy, starsi wcielali się w Stróżów Prawa.





A to już Monsterówna z koleżanką na pokazie ich zwycięskiego tańca w czasie szkolnego Dnia Sportu:


Z procesją też szliśmy.
Niektórzy nie mogli rozstać się z pachnącymi płatkami...




Niektórzy z dużym zaangażowaniem i aż do omdlenia ręki, dzwonili



świrusy - wreszcie można chodzić w krótkich gaciach!


czwartek, 03 czerwca 2010
żeby to jeden dzień, ale to całe życie


Kiedyś, na fali hurraoptymizmu i chwilowego zamroczenia zgodziłam się na uczestnictwo w wycieczce Monstera. To było dawno, wydawało się, że obowiązki rodzicielskie w jego klasie odfajkowałam, ale nie - pani przypomniała sobie o mnie, a ja owładnięta falą wyrzutów sumienia, że przez ostatnie miesiące za mało angażowałam się w życie szkolno-przedszkolne zgodziłam się na kolejną wycieczkę. Całodniową.
Czyli będę musiała znowu odpracować ten czas w sobotę.
Na szczęście na swojej równowagi psychicznej przypomniała mi się rodzinna legenda o tym, jak to
urodziłam się w jedyną wolną sobotę miesiąca! Wracam zatem do starych, dobrych standardów etosu pracy.(Monstery na szczęście nie pytają, czy żyły wtedy dinozaury, ale oglądaliśmy ostatnio dwa czarno-białe seriale - Podróż za jeden uśmiech i Samochodzik i Templariusze i oprócz pytań, dlaczego nie w kolorze, całą tamtejszą rzeczywistość, Milicję zamiast Policji, dziwne samochody. I hasło Poldka: "A co, może masz w kieszeni telefon bez drutu, marzycielu!", wszystko łyknęli jak reportaż z innej cywilizacji.


Przewlekły kryzys czasowy, który mnie ostatnio dopadł zaowocował smutną konkluzją, że to jest wyłącznie problem w mojej głowie. Bo gdy nagle, z okazji zawodów, a potem z okazji dnia dziecka, wzięłam
wolne, to oprócz akceptacji faktu, że byłam, widziałam i kibicowałam (przyjętej jako coś oczywistego - jakbym mogła nie przyjść!), nikt specjalnie nie zauważył mojej przedłużonej obecności w domu.
Co potwierdza brawurową teorię wyłożoną mi ostatnio przez jedną taką mądrą Siostrę W Wielodzietności, iż,  poza okresem wczesnoniemowlęcym, nie jesteśmy potrzebni dzieciom przez cały czas. Niedługo stwierdzę, że wręcz odwrotnie - nasza dyskretna, zdalna opieka, a nie wyręczanie i bycie z nimi non-stop wychowują.
Bo jak nie mam czasu i rozdaję szybko obiadowe role - ty obierasz ziemniaki, ty marchewki, a ty opróżniasz zmywarkę, to uczą się więcej, niż gdybym podała im po prostu dwudaniowy obiad pod nos i pilnowała tylko, by nie mlaskali podczas jedzenia.
Poza tym zasada pierwsza i najważniejsza brzmi - dzieci NIE DOCENIAJĄ.
Nie muszą, biorą to, co się im daje traktując jako należny standard. I wymaganie, że docenią jest niedorzeczne. Bo sami nad sobą kręcimy ten bicz.
Prosta droga do zgorzknienia to zatem oczekiwanie, że gdy się poświęcamy, dzieci obcałują nas po rękach i przyklękną z dziękczynieniem.
Nie poświęcajmy się zatem, żyjmy. Włączając dzieci w naszą rzeczywistość (to jest tekst do mnie - jutro zabieram Monstery do jednej ze swoich prac, gdzie obok trawnik i lasek - one zrobią sobie piknik, ja obrobię papiery - co za symbioza).


Co jakiś czas rozmawiam z cudowną kobietą - dyrektorem Domu Dziecka. Uwielbiam ją od czasu, gdy powiedziała wprost do pani wychowawczyni Monsterówny, że jeżeli nie potrafi sobie poradzić z dyscyplinowaniem drugoklasistów, to zaprasza do siebie, gdzie ma dzieci, dla których nawet groźba kuratora nie stanowi żadnej kary,  a dyscyplinować je jakoś trzeba.
I że gdy jakieś dziecko z pełnej rodziny narzeka na obowiązki domowe i zasady panujące w rodzinie, to chętnie zorganizuje krótki turnus w domu dziecka. W celu poszerzenia ciasnych horyzontów.


Gdy słyszałam dzieci licytujące się na ilość gadżecików otrzymanych z okazji dnia dziecka, takich bzdetów, co natychmiast zostaną rzucone w kąt i nigdy więcej nie zauważone, zrobiło mi się słabo. A wieczorem wyniosłam z pokoju Monsterina dwa wory zabawek, których braku nawet nie zauważył.
- Nam było w sumie łatwiej - powiedział Monstertata nawiązując do zgrzebnych czasów naszego dzieciństwa

Na czasy nadmiaru nic nie poradzimy. Musimy znaleźć swoją drogę. Nie dla naszych dzieci, co byśmy nie zrobili, i tak nam wypomną i ocenią jako toksycznych. Dla nas samych.
I nikt nie obiecywał, że będzie łatwo.



Archiwum
do Monsterowa tędy