sobota, 24 maja 2014
penegiryk

 

Będzie to wpis z cyklu tych, co same cisną się na klawisze bez udziału mózgu, gdyż mózg zajęty jest marynowaniem zabitego ptaka, a sprawozdaniem finansowym na podstawie budżetu. Pomiędzy myciem młodych ziemniaków, a ogórków obieraniem, choć to młodzież powinna robić, ale młodsze pokolenie bezwzględnie prawdomówne oraz asertywne jest, więc oznajmiło, iż absolutnie za gorąco dzisiaj na prace domowe i już raczej wolą rezygnację z przywilejów, jakie daje regularne w obowiązkach domowych uczestnictwo, niż obierać, siekać kroić i przy patelni czuwać.

Zatem co zostaje Monstermamie, która chce mieć wszystko - na przykład dom zadbany, nawet jeśli po kątach czają się pajęczyny (mają nazwę łacińską te pajęczaki, kolega entomolog przyszedł, spojrzał i powiedział, ale matka myślała wtedy, czy jakiegoś kosztu w zamknięciu miesiąca nie pominęła, zatem nazwy zgrabnej, pasującej do snującego sieć stworzenia nie zapamiętała, Wstydź się, wstydź!)

- Społeczeństwo jest niedouczone - wyraził sąd swój kategoryczny entomolog-kolega - naukowiec, a jakże. I matka ma kolejny powód, by nie być dumną z egzystencji swej miałkiem, tylko pomiędzy pracą a domem, domem i pracą rozpiętej, którą i tak z mozołem dzierga i naciąga dobę za krótką, a tu jedna taka opinia gorzka i wszystko do kosza, wszystko przekreślone, a delegacja dwudniowa na drugi kraniec Polski nieuzasadniona moralnie, bo dzieci zadowolone jadły pizzę i nawet nie dzwoniły z problemami.

I po co było się przejmować? Organizować, przekazywać informacje i komendy, gigabajty bardzo ważnych spraw, o której odebrać, z czego przepytać, jak sobie doskonale sami radzą już. Syndrom pustego gniazda, choć gniazdo jak najbardziej pełne, wręcz zagracone.

Będzie to więc wpis niesponsorowany, bez konkursu dla tych nielicznych czytelników, którzy po zamknięciu bloga jeszcze na niego wchodzą, by zobaczyć, czy i jak radzi sobie matka z balansowaniem pomiędzy światami równoległymi oraz żonglowaniem zadaniami.

Nie, nie będzie tu konkursu z rozdawaniem nagród. Unia Europejska nie przyznaje dofinansowania do zamkniętych blogów, trzeba mieć target, trzeba być targetem, trzeba się wstrzelić w czas i miejsce oraz właściwy temat.

Nie będzie to też typowy coming out, raczej przy okazji zwierzenie, takie dyrdymałki, które potem przyjemnie się czyta po latach przy drugiej kawie, pomiędzy korektą bilansu, a planowaniem wakacji, w przerwie na lancz, pomiędzy conference call'em (tak to się mówi w korporacyjnym żargonie, odwykłam, od tej korpomowy, a teraz znowu miewam call'a na dziesiątą) a zebraniem w sprawie budżetu.

I nawet nie będzie to praca na zaliczenie, nie na podwyższenie oceny semestralnej, nic Monstermama nie dostanie za ten wpis, żadnej wierszówki, ani poklasku, ani poklepania po ramieniu. Oraz żadne zwierzęta nie ucierpnią przez Monstermamy to pisanie, gdyż skoro świt Monstermama, ledwie oczy otworzy, to kotu jeść daje, a i żółwia kąpie. Choć to zwierzęta monsterchłopców i ich odpowiedzialność.

Tylko, że Monstermama nie pisze wpisów, by cokolwiek za to mieć, pisze, bo musi inaczej się udusi.

Zlatują litery bez udziału mózgu, bo mózg myśli jak pogodzić przywiezienie Monsterówny ze zbiórki po pielgrzymce...

- Zobaczysz, jeszcze jej się spodoba - grzmi Monstertata w domyśle, że zostanie nam Monsterówna zakonnicą. Mózg Monstermamy jeszcze nie przetworzył tej rewelacji, nie ocenił, nie sklasyfikował, do szufladki nie wrzucił, mózg myśli jak przywiezienie Monsterówny pogodzić z obecnością w domu, bo wtedy po Monsterina przyjedzie transport na nocowankę. Mózg nie pracuje zbyt dobrze, przeciążone łącza ani chybi - przecież dobre pół godziny jest różnicy miedzy tymi momentami w czasoprzestrzeni, zdąży się bez problemu, lepiej zająć się tą zupą- trupą już prawie druga, obiad musi być, obiad to wyraz troski każdej matki o pisklaki, żeby zbilansowana dieta wytworzyła odpowiednie zdrowe-nowe, nieprzeciążone połączenia w mózgu, ich mózgu, żeby to oni dbali o zwierzaki, przyszłość mieli, szczęście, radość, i by całe swe dorosłe życie nie uczęszczali do psychiatry, by na kozetce o swej toksycznej matce wywody snuć. I daj nam Panie, żeby na emeryturze za długo nie żyć, bo nie będzie za co. Amen.

I teraz dochodzimy do sedna, do tematu wpisu, do tego, dlaczego taki mus mózg Monstermamy odczuł, że zamiast warzyć zupę, a Monsterchłopcy już niedługo zakołaczą do drzwi po wycieczce do Bramy Poznania, do której wejściówki Monsterrodzina otrzymała dzięki byciu wielodzietną, Monstermama kaleczy tu język ojczysty. Jakikolwiek inny też by koślawiła, mniej lub bardziej, dlatego wy, nowe pokolenie, bez kartek wychowywane, wy moi drodzy macie wszystko w sklepach, paszporty w szufladzie i MOŻLIWOŚCI. Idźcie i korzystajcie. Macie to robić i już. Dlaczego nie słuchacie moich poleceń???

Zupa jeszcze w surowych częściach składowych, a tymczasem Monstermama siedzi i pisze, a wcześniej czytała! Zbrodnia to niedoskonała, stół się lepi, kot roznosi żwirek z kuwety, a Monstermama siedzi i pisze, a wcześniej czytała!!!

I tu już będzie akcja - kulminacja, dla tych dzielnych śmiałków, którzy do wpisu końca dotrwali. Którzy zamiast inne ważne czynności życiowe dokonywać - litery w wyrazy i zdania składali. I tym samym sekundy i minuty życia swego marnowali.

Gdyż jakiś miesiąc temu Monstermama wyciągnęła Monstertatę do teatru (oklaski!) na pewnej autorki z MŁODEGO POKOLENIA (czytaj: siksy pewnej, co urodziła się, gdy Monsterodzice już dumnie pierwsze litery kreślili, co ona o życiu poważnym może wiedzieć. Ledwie jedno dziecko ma, co ona tam może wiedzieć) sztukę.

Jak taka młoda może TAK pisać. Frazą trafną, bezbłędną, w ucho tak wchodzącą, w sedno trafiającą, bez zbędnego zająknięcia czy potknięcia mknącą.

Masłowska Doroto - kocham Panią!

Dzięki Pani tekstom uśmiecham się od rana  (nie tylko, muszę wspomnieć tu Wszystkich Członków Akademii i Monstertatę, by nie byli urażeni, żeby cichych dni uniknąć). Jak się to pani udaje, tak akuratnie naszą rzeczywistość w słowa ująć, to dla mnie tajemnicą pozostanie, bom niewyedukowaną w tej materii, przez winę własną została. Choć miejsca na półkach brak już od dawna, prędzej Chmielewską do biblioteki oddam (no może oprócz Lesia) niż pani książki miałyby cisnąć się jako podpórka zamiast złamanej nogi naszego łoża małżeńskiego (w tym charakterze akurat świetnie się sprawdzają  tomy Czarodziejskiej Góry, ponieważ są w solidnych twardych okładkach, a i prędzej niż na emeryturze do nich nie wrócę)

W oczekiwaniu na kolejne pani kazania, oddalam się w końcu do marchewki obierania.

Monstermama

wtorek, 20 maja 2014
od razu lepiej

gdy rano nie trzeba pięciu warstw na siebie wdziewać, tylko w krótkich gaciach na rowerze gnać.

Nawet Monsterino, który uważa wtorek za najgorszy dzień tygodnia, dzisiaj wyjątkowo nie jęczał (wprawdzie zbił sześć talerzy podczas opróżniania zmywarki, ale to ZUPEŁNIE inna bajka)

Monster przemyślał sprawę zakręcenia w swym uporze i strachu przed zęby szczerzącą trampoliną i poszedł do trenera, by mu pomógł w powrocie do formy. To, że jednak ręka jest pęknięta, wobec czego skacze jeszcze tydzień z gipsem, okazało się ABSOLUTNIE  nie przeszkadzać. (Choć w zeszłym tygodniu było barierą nie do przejścia).

Być może trochę go przekonałam swoim wywodem na temat marnowania talentu, a ponadto czarno na białym zostało lenistwo ukarane - koszt przebywania na obozie jego skromnej osoby jest prawie dwukrotnie wyższy od kosztu Monsterówny, która nie obija się NIGDY.

Tak jak Monstera można nienawidzić za jego swobodne (choć nie mogę powiedzieć, że lekceważące) do obowiązków podejście, a  jednocześnie łatwość wiedzy przyswajania w tzn. międzyczasie (ileż to razy Monsterówna się burzyła, że jej brat ma podejrzanie dużo wolnego czasu), tak Monsterównę można przeklnąć za jej pracowitość, dokładność oraz perfekcjonizm.

Czy ta dziewczyna nigdy nie powie dość? Wiecznie ganiana po akademiach, bo ładnie czyta, przedstawia i konferansjerkę odstawia, gazetkę klasową ozdabia, w chórze śpiewa, w samorządzie uczniowskim się udziela.

- Naprawdę nikt inny nie może tego zrobić? - pytam, gdy jest już grubo po 22, ona prosi, by ją zbudzić o szóstej, bo jeszcze nie zdążyła pouczyć się na sprawdzian z przyrody, a tymczasem ściboli bibułkowe kwiaty na gazetkę

- Wysłałam smsy, ale na wszelki wypadek muszę przynieść, bo jestem przewodniczącą - tłumaczy jak krowie na rowie.

Jeszcze delegowania obowiązków musi się nauczyć.

- Pomalowałabym sobie, fajnie było w muzeum, kiedyś chodziliśmy częściej - wspomina sobotnią Noc Muzeów - gdzie robili z Monsterinem (Monster wymiksował się na urodziny do kolegi) koty- magnesy na lodówkę

Z Nocą Muzeów jest taki problem, że jest tylko raz w roku. Duży błąd. Udało nam się zahaczyć li jedynie o Muzeum Narodowe i Archeologiczne. A Monsterówna planowała jeszcze IPN o 23, tyle tylko, że nam Monsterino zastrajkował godzinę wcześniej. (Całe szczęście - ja też już byłam zmęczona, tylko Monsterówna siedziałaby kaligrafując przez całą noc - mówiłam już, że to cyborg?)

To teraz mam zadanie informować Monsterównę o możliwościach malowania w muzeum ORAZ kaligrafii. Jest wprawdzie planowany kurs od września, ale dla dzieci powyżej 16 roku życia, bo pani stwierdziła, że młodsze nie wytrzymają trzech godzin ze stalówką. Pani po prostu nie poznała jeszcze Monsterówny.

czwartek, 15 maja 2014
malutko a cieszy

 

Ha! Mimo wszystko na coś się zdały moje nerwy zszarpane i zepsuta atmosfera oraz relacje między dziećmi a rodzicami - Monsterino zdecydowanie poprawił swoje szkolne wyniki.

Pani tylko zapytała, czy bardzo przykręciłam mu śrubę, bo ostatnio każdy sprawdzian oddaje ze łzami w oczach. Czy aby dobrze napisał. No to może jednak przesadziłam z dyscypliną - po niefortunnym sprawdzianie z matematyki, kiedy okazało się, że Monsterino raczej zgaduje niż rozumie sens zadań z treścią, przerażona DALEKOSIĘŻNYMI KONSEKWENCJAMI wdrożyłam program intensywnego poprawiania rozumienia słowa pisanego.

Jedno zadanie dziennie, ale za to codziennie.

I wydaje się, że nareszcie zrozumiał, w czym rzecz. Już rozważa z sensem, a nie wyrywkowo, aczkolwiek kreatywnie, łączy liczby podane w treści.

Trafnym posunięciem było także wprowadzenie złotej zasady do czytania versus grania. Działa! Fakt, że sam zauważył, że teraz więcej stron czyta w tym samym czasie, co jest przecież NIE-SPRA-WIE-DLI-WE! Ale i zdarza się, że nie kontroluje tak bardzo czasu, tylko prawdziwie zatopi się w czytaniu. I o to mi chodziło.

Ostatnio lekturę, o której po prawdzie zapomnieliśmy, więc trzeba było na cito przeczytać: "Czarną Owieczkę" połknął w drodze do i z basenu. Czyli w pół godziny. Pamiętam, że Monsterowi zabrała ona tydzień z życia. Tyle, że on czytał po 5 minut dziennie. Na Monstera usprawiedliwienie dodam, że w tamtych zamierzchłych czasach nie przesiadywali jeszcze przed komputerem, a poza tym nadrabia obecnie - potrafi nawet po 2 godziny ciągiem czytać. Już pisałam, że uwielbia serie, więc jak się chwyci nowej (Percy Jackson jest obecnie przy łóżku), to siedzi, aż przerobi.

Ponadto po raz kolejny okazało się, że Matka ma jednak rację, gdy jojczy, by systematycznie słówka powtarzał, bo pani z Niemca zrobiła sprawdzian, on umiał. Nawet na jednym słówku się nie zająknął. Szybciej od Najlepszej -Z-Niemca koleżanki kartkę oddał. Pani go pochwaliła.

A żeby nie było za różowo, to na WFie Monster dostał piłką w rękę, co skończyło się na Krysiewicza (via Luxmed, który okazał się nieposiadający RTG, więc wyprawa zamiast paru godzin zajęła Monstertacie i ofierze prawie cały dzień). Ręka silnie stłuczona, nie złamana, ale ćwiczyć przez półtora tygodnia nie może.

- O to ci chodziło, co? - pytam złośliwie, jakoż ostatnio to nasz najsłynniejszy migacz antytrampolinowy

- Przecież specjalnie nie dałem sobie walnąć! - burzy się Monster

Niby nie, ale jakiś taki mało zmartwiony całą sytuacją, chociaż to prawa ręka i pisze ledwo co.

wtorek, 13 maja 2014
Dawkowanie po łyczku

 

Przegapiliśmy Monsterową fazę pyłkowego ataku i koniec końców wylądował u pani Alergolog. Innej, bardziej stanowczej. I dobrze, bo do pionu Monstera i jego jęki postawiła - nakazała mu samemu brać się za siebie i odpowiedzialność za swoją alergię wziąć. Że to on ma sam wiedzieć, co pyli i kiedy oraz odpowiedni lek we właściwym czasie zaaplikować. Gdyż jest wystarczająco dorosły na to.

Trochę nam to zdjęło ciężaru z pleców (że nie całkiem to nasza wina),  nowe leki dostał, podobno nowszej generacji, usg brzucha nic nie wykazało (jego często bóle mogą być powiązane też z alergią), a zupełnie bonusowo dowiedzieliśmy się, że ma dwie śledziony!

Cały czas twierdzi, że boi się skakać. Doszło do takiego kuriozum, że Monsterino wyżej od niego skacze (choć bez salt).

Trener odpuścił mu na parę tygodni, ale skoro w świetnym stylu zakwalifikował się do olimpiady, to fajnie by było, gdyby jednak wziął w niej udział. Monsterówna brutalnie wygarnęła mu, że komuś innemu miejsce zajął, to teraz ma obowiązek skakać. Nie rozumie, jak można się bać skakania.

Gdyż Monsterówna się nie boi. To jest żelazna dziewczyna! Wiedziała, że musi zaliczyć eliminacje, obliczyła nawet, że pięć dziewcząt musi przeskoczyć. I to zrobiła. Nawet lepiej, bo nie tylko pięć dziewcząt, ale na piątym miejscu zakończyła!. Trener chciałby oczywiście wyżej (w sensie bezwzględnym i klasyfikacyjnym), ale wiadomo, że trenerowi nigdy dosyć.

Poza tym zebranie szkolne przedostatnie było, a po nim ryknęłam na Monstera, że niezupełnie tak kolorowo jego cenzurka będzie wyglądać, jak to on przedstawia. Owszem, oceny są DOBRE, ale nie BARDZO. Dobre bez wysiłku. I niby powinnam odpuścić, w końcu tylko się cieszyć, że dziecko ma dużo czasu na treningi i spotkania z przyjaciółki (czytaj: gra w minecrafta online), tylko że niech trochę poczuje, że też coś MUSI. A nie tylko - Monsterówna dzień w dzień siedzi i robi, a ten zadania domowe w szkole załatwia, na sprawdzianach pisze to, co zapamięta z lekcji i gotowe. Dobry.

- Wystarczyłoby, żebyś raz przeczytał coś przed sprawdzianem i byłby bardzo dobry, wiesz,że oceny liczą się do gimnazjum - truję

Przewraca oczami.

- Uważam, że lepiej być najgorszym z najlepszych niż najlepszym z najgorszych - wygłasza złotą myśl Monsterówna (vel Doskonały Damianek)

Niby Monster też tak sądzi, bo co z tego, że ma jedyny w klasie DOBRY, a reszta niżej, to klasie równoległej proporcja byłaby odwrotna.

- Nie obchodzi mnie, co mają inni - mówię, bo naprawdę mnie to nie obchodzi. Chcę, by Monster miał bardzo dobre oceny i dostał się do gimnazjum, do którego pójdą dokładnie tacy sami bardzo dobrzy uczniowie. Żeby zobaczył, że można mieć ambicje, żeby wiedzieć coś więcej niż się usłyszy w międzyczasie (tzn. w czasie między przerwami i sesjami minecrafta).

Niby to patologiczne podejście, bo powinnam chcieć, żeby moje dziecko było szczęśliwe nawet, gdy nie będzie ambitne. Tylko, że skąd on może wiedzieć, czy to mu nie przyniesie szczęścia, jeśli nigdy tego nie posmakuje. Tego, czyli wyzwania intelektualnego. Atmosfery, w której pęd do wiedzy nie jest obciachem. A nie musi specjalnie się wysilać. Więc jak dla mnie to marnowanie talentu. Grzech, że tak walnę z grubej rury. Zatem dalej będę go cisnęła, póki jeszcze choć jednym uchem słucha moich kazań. Bo za chwileczkę, już za momencik, może wejść w fazę, której nie dam rady.

środa, 07 maja 2014
Monstery stoliczne

 

Monstery w końcu nawiedziły Warszawę,

która powitała nas deszczem i zimnem.

Monsyrenka

Wszystkie podstawowe punkty programu zostały zaliczone:

 

Przede wszystkim Centrum Nauki "Kopernik". (oficjalnie zazdrościmy Warszawiakom)

Myślałam, że nigdy tego nie powiem, ale jest lepsze od Muzeum Techniki w Berlinie. Co wydawało się niemożliwe.

Monsterowi niewiele trzeba do osiągnięcia takiego odbicia w lustrze w rzeczywistości.

 Tatuś malutki, synek dużutki (niewykluczone, że tak się stanie - Monsterinowi z kolei malutko potrzeba by dogonił wagą i wzrostem starszego brata)

 Za to Monster jest... wyluzowany (choć twierdzi, że niekoniecznie)

W walce na umysły wygrał jednak z Monsterówną - ale trzeba przyznać, że fale mózgowe obojga były na zbliżonym luzie.

 W roku, w którym ostatni już raz na liczniku ma z przodu trójkę - Monstertata MUSIAŁ przed swoim jedynie słusznym radiem zrobić słitfocię. Choć nie na fejsbuka.

 W czasie majówki pogoda się poprawiła.

A Chopin tkwił niewzruszenie.

Obowiązkowy punkt wycieczki rowerowej.

I już nie taki mały wspinaniec.

 

Wspaniale było. Koniecznie musimy jeszcze wrócić.

Archiwum
do Monsterowa tędy