wtorek, 29 maja 2012
przygrywka


Wracając z szychty przytargałam bawołu w postaci dorodnego arbuza. Już od dołu słyszałam świergot wysokotonowy, więc nie byłam zaskoczona, gdy od wejścia zobaczyłam, że taras obsiadły, furkoczące kolorowym papierem niczym skrzydłami, chichotki. Przepraszam - nastolatki. Młodsze. Sztuk dwie (choć robiły wrażenie morza motyli - Monsterówna przerabia metafory obecnie).

Wspaniałe są - takie piękne, zwinne i niewinne, ufne, kolorowe. Jeszcze, na szczęście, ciemna strona mocy nie ukazała im swojego oblicza. Jeszcze nie wpadły w hormonalny wir, jeszcze natura je oszczędza, jeszcze...

Tworzą razem, bo projekt jest grupowy, cacuszko - model domu marzeń. Oczywiście z obowiązkową trampoliną w salonie.

Zgoła inne odgłosy dobiegają z ogrodu. Sąsiedzi dostali zielone światło na przeskoczenie przez płot do monsterchłopców, więc trwa mecz. Cierpi trawnik i  drzewa owocowe. Czasem zduszona sylaba się wymknie (całe przekleństwo jest karalne), ale przede wszystkim słychać nieposkromioną energię i wolę walki. Głośno i wyraźnie.

Dzielę arbuza. Równo, sprawiedliwie.

- Mamo, czy Nikodem może przyjść?

Pewnie, byle szybko, to jeszcze się załapie.

Jedynie Monsterino niepocieszony, że jego koledzy nie przemieszczają się na razie po mieście bez eskorty, zatem wszystkie wizyty muszą być uzgadniane, domawiane i rzadkie, co jest przeciwieństwem tego, czego by pragnął.

Ale i jego święto nadchodzi wielkimi krokami. Doczeka się swojej bandy, choć twierdzi, że już nie może.

A w sobotę zwiedzali po znajomości zamek w strefach "za czerwonym łańcuchem". Przeszli na drugą stronę szafy.

sobota, 26 maja 2012
dzień złości


Lubię urządzać monsterkinderbale i starannie się do nich przygotowuję, natomiast stonowczo staję okoniem przed celebrą dnia dziecka, dnia matki czy (w mniejszym stopniu) ojca. O, walentynki też są beznadziejnie komercyjne. Te wszystkie pseudo uroczystości, przaśne festyny ku czci, tony ulotek sklepowych z sonderangebotami czy udekorowane stoiska sklepów  są dla mnie kompletną porażką idei, która stała u zarania tych świąt.

Nigdy nie przypuszczałam, że do agresji doprowadzi mnie słuchanie "a ja wolę moją mamę" - już dawniej tego nie lubiłam, bo uważam, że jest bez sensu i morału żadnego nie ma, a już na "i płakała rano dziś", rzuciłabym czymś ciężkim w wykonawców (niestety, na monsterowej uroczystości musiałam trzymać fason)
Dlatego czy mimo tego wolę moją mamę, że płakała? Dla kogo niby ma być ta piosenka? Pocieszyć czy zjednoczyć ma to ofiary przemocy domowej?

Wierszyki w stylu: "moja mama najlepsza na świecie" też mnie szalenie denerwują, ale to może z powodu kompleksów, bo wiem, jak to ze mną jest. A my wszystkie matki wiemy, że nasz dzień to są te chwileczki, momenty pod powiekami, krótkie etiudy filmowe, które sobie odtwarzamy w chwilach zwątpienia.
I żadna laurka, choć może z serca, ale na zawołanie robiona, więc odwalona, jak każde zadanie na zawołanie, tego nie przebije.
Każda ma swój własny, wychuchany album dni matki. Niekoniecznie z dniem 26 maja każdego roku w środku.

I na ten mój buńczuczny stosunek do dzisiejszego dnia nałożyło się jeszcze zszarganie mojej magicznej półgodziny, mojej świętości dnia codziennego, mojego rytuału otwierającego oczy: owsianka, kawa plus książka. Wtedy nie chcę nikogo widzieć ani słyszeć. Nawet radia. Ptaki za oknem są dopuszczalne, li jedynie.
Więc solidnie wzdrygnął się był Monster, gdy zobaczył mój wybuch pary, gdy o szóstej trzydzieści miał czelność zjawić się w kuchni! Nie, żeby z laurką czy życzeniami. Nie.
Bo sobota i on chciał jednak wypakować farmera, a wpakować inną grę. Na wycieczkę. (Wyjechali sobie z monstertatą, wcale nie z powodu umożliwienia mi świątecznej relaksacji. Bynajmmniej. Ostatnią sesję odfajkowuję, to na labę jeszcze poczekam).

Jechałam na zajęcia już zdenerwowana, dumając nad tym, jak niewielka rzecz może wytrącić człowieka z równowagi, że przybyłam grubo przed czasem i mogłam zrobić prasówkę. I co widzę?

Artykuł, ściślej - fragment książki - jak dla mnie - o terapii złości. Perfect timing!

Genialne zdania - że same myśli mogą być powodem złości. Tworzymy sobie niezły horror w głowie, a potem wybuchamy, bo się nakręciliśmy.

A zasady wyjścia z zaklętego kręgu są proste:
- daj innym prawo do robienia i mówienia tego, co ci się nie podoba (och, jakie to trudne - wytrzymać bez natychmiastowej krytyki i naprostowania dziecka!)
- nie uważaj, że masz zawsze rację, a zwłaszcza, że twoja racja ma być uniwersalną zasadą (tu nie mam problemu, ale trzeba mnie sensownie przekonać)
- oderwij uwagę od źródła złości i pomyśl o czymś innym (duże pole do popisu i kontroli - piekielnie trudne, gdy się człowiek zakałapućka w negatywnym myśleniu)
- nie obwiniaj innych, raczej uznaj własne błędy i przyczynienie się do frustrującej sytuacji (ja? jakieś błędy? ależ proszzzzz)
- pomyśl, że nic strasznego się nie stało (Ha! niestety to przychodzi dłuuuugo po fakcie. Zbyt późno).

Niebagatelny prezent na Dzień Matki Gdy Się Złości.
Niespodziewanie podarowany przez pana Wiktora Osiatyńskiego via GW.
Taką skuteczną swiąteczną odnowę bardzo cenię.





środa, 23 maja 2012
sknerostwo miejskie


Monster wyskrobał bardzo oszczędne w formie i treści zaproszenie na dzień rodzica. Szurnął ołówkiem oględnie i spłodził jeszcze tym samym ciągiem natchnień dwa wspomnienia ze swych lat młodzieńczych, edukacyjno początkowych.
Bardzo zmęczony stwierdził, że narobił się na najbliższy miesiąc z okładem.
Monsterówna z duża dozą zadowolenia orzekła, że teraz to się mu dopiero zacznie.
Ale co dokładnie, tego nie wie nikt.
Albowiem Monster jest pierwszym zreformowanym rocznikiem, zatem we wrześniu reforma wpada z hukiem do klasy czwartej.


Być może nauczyciele przedmiotowi mieli jakoweś szkolenia, ale rodzice nie, więc wszyscy obgryzają pazury, co tak naprawdę się stanie. Bo fama poszła, że czwartoklasiści będą się uczyć inaczej. Nie wiadomo jeszcze czy z innych podręczników, nie wiadomo jeszcze, jak bardzo inaczej (wiem, że brak czasu jest słabym wytłumaczeniem, ale czytanie minimów programowych do wszystkich przedmiotów przerasta moje możliwości obecnie, może w wakacje, do kawy, może...), ale reforma jest faktem. Zostałam zmuszona nawet do przeczytania nowej ustawy oświatowej, a raczej komentarza do niej, gdyż zmienia się układ godzin w poszczególnych latach nauki i z tego wszystkiego Miasto Poznań, jako organ prowadzący szkołę, wysnuło wniosek, że obowiązkowe jest tylko to, co w programie, a na reszcie można zaoszczędzić (zniknęły tzn. godziny dyrektorskie, które w miarę zasobów ludzkich można było przeznaczyć na zajęcia rozwijające zainteresowania uczniów). Teraz niby też można rozwijać uczniów, ale organ musi za to zapłacić ekstra. A Miasto Poznań hojną rękę ma tylko jeśli chodzi o częstą wymianę murawy na stadionie miejskim. A że trawa jakoś tam nie potrafi się zakorzenić, kasy potrzeba wielkiej i regularnie. Zabranie jej oświacie wydaje się zatem oczywiste.

A piszę to wszystko w kontekście nauczania w naszej szkole języka niemieckiego, jako drugiego języka obcego. Obowiązkowo w szkole podstawowej jest jeden język obcy. Ale my mamy to szczęście, że jest w szkole dostępny nauczyciel. Chętny,  twórczy, wspaniały (to jest ten zasób ludzki do wykorzystania). Wydział Oświaty w popłochu, bo mają dziurę w budżecie, a my jeszcze mamy czelność chcieć jakieś pieniądze.

Pismo poszło, ale przez czystki w wydziale nie wiadomo, na czyje biurko i czekamy. Się okaże pewnie 3 minuty przed końcem roku.

Właściwie to inne szkoły mogą mieć do nas i tak słuszne pretensje - my to przynajmniej mamy sport dodatkowo finansowany przez inne ministerstwo  Co zrobią szkoły z autorskimi programami? Będzie krucho.


piątek, 18 maja 2012
gotowość (na wszystko)


Badanie monsterinowej gotowości do podjęcia obowiązku szkolnego ujawniło pewne braki w edukacji naszego Misiaczka-Pysiaczka, co przyjęliśmy na klatę z maskowanym spokojem starając się patrzeć na te wszystkie aspekty, które zaliczył.

Jednak przyznaliśmy z pewnym zażenowaniem, że nie dało się ukryć w przedszkolu monsterinowego  parcia do zwycięstwa w jakiejkolwiek dziedzinie (może być nawet wyścig do kibelka) oraz jego ekstremalnego wyrażania żalu po ewentualnej porażce (drugie miejsce się nie liczy, generalnie).

Najpierw pomyślałam, że no cóż, przynajmniej w odróżnieniu od Monstera, ten nasz samiec alfa nie przejawia zachowań agresywnych. A potem, przyznaję się ze wstydem, że pomyślałam mściwie, że dobrze, iż Monsterino wykazuje spójność i konsekwencję w zachowaniu, zatem nie tylko w domu rzuca się w konwulsjach na ziemię, gdy nie wygra partii warcabów czy innych osadników.

To jeden minus (duży!) minus na arkuszu oceny, drugi to odrzucanie sztućców jako podstawowych narzędzi spożywania posiłków. Czyżby nic się nie zmieniło od trzech lat? (bo problem pojawiał się w końcoworocznej ocenie w każdym roku monsterinowej edukacji przedszkolnej). Trzeci to problemy z odwzorowaniem kratkowanego wzoru. (już się za to wzięłam, ale idzie nam ciężko - już nawet nie mówię o jakości kolorowania jako takiego - przy Monsterze zrozumiałam, że dokładne kolorowanie nie jest standardem dziecka wczesnoszkolnego)

Innych braków nie ma. Szykuje się do szkoły i nawet nie zamierza się pojawić na wakacyjnym dyżurze przedszkolnym. Jest już jedną nogą pod innym adresem.

A panie ostatecznie przerobiły tekst pożegnania przedszkola na (i tu znowu nie mogę zacytować, bo się jeszcze nie naumiałam) zakończenie jednej przygody a rozpoczęcie nowej, szkolnej. Jakoś tak, ma to sens i melodię, choć rym nieczysty.

środa, 16 maja 2012
zielnik i inne oświatowe kamienie milowe


Monsterino szlifuje rolę na przedszkolne absolutorium.

Tekst średnio się rymuje, ale jest tam takie wyborne zdanie w stylu: w przedszkolu było wesoło, a teraz witaj szkoło!.

Rozumiem, że bardziej częstochowskiego rymu od szkoło/wesoło od wieków nie wymyślono, mnie jednak uderzył sam sens, którą to sformułowanie nam odkrywa i choć wiem, że się czepiam, nie omieszkałam przekazać paniom moich wątpliwości.

Bo dzieci teraz w domach tłuką, że w przedszkolu było super, a lada chwila czeka ich szkolna katorga. Galery. No nic wesołego w każdym razie.

Pewnie, że panie patrzyły na mnie długo i przeciągle, ale zapewniłam je, że nie żartuję. Zobaczymy, co z tym zrobią, ja w każdym razie to zdanie pomijam, gdy ćwiczę z Monsterinem jego kwestie.

Monsterówna zła, bo nadszedł czas oddania zielnika, a niektóre rośliny źle (wg Monsterówny) wyschły i teraz jest ich prawie dwudziestka (przy obowiązkowych 10), a nie 30. A ile jeszcze odrzuciła!

Gdyż, kiedy zapowiedziała wczesną wiosną, że zielnik jeszcze w maju trzeba oddać, myślałam, że pani się pomyliła. Bo żadnego kwiatka na horyzoncie nie było, więc jak tu przygotować zielnik. Na szczęście wiosna wybuchła, to zupełnie spontanicznie zaczęliśmy Monsterównie znosić zielska. Ja przywiozłam żółciutki łubin zerwany w drodze do pracy, Monstertata tulipana prosto z ogrodu, nawet Monsterino jakiś chwaścik. Monsterówna jednak grzecznie odmówiła nam obecności w zielniku.

Dlaczego?

Bo przy każdym okazie należy podać, kto i gdzie go zebrał, a przecież to ona powinna WŁASNORĘCZNIE (nie wiem, czy rzeczywiście takie zalecenie zostało wydane, ale i tak wiadomo, że nie ma takiej opcji, by wpisała kłamstwo).

Chwała jej, oczywiście, za to sumienie czyste, ale przez to przeżywa codziennie wiele rozterek i zdarza się, że ma niezbyt dobry humor, czego nie waha się okazać.

Na przykład na kartkówce z przyrody pomyliły jej się niektóre nazwy nizin z wyżynami w jednym zadaniu, a mimo tego otrzymała piątkę. Teraz zastanawia się, czy poprosić panią o ponowne sprawdzenie, bo przecież niemożliwym jest dostanie piątki, gdy nie zna się nazw wszystkich nizin polskich.

Nadciągnęła po radę, co czynić. Myślę nad odpowiedzią, która byłaby inna niż - ciesz, się dziecko, że albo pani nie zauważyła i ci się udało, albo pani najwidoczniej stwierdziła, że dokładna znajomość nizin nie jest aż tak potrzebna, by błąd mógł pogorszyć ci ocenę. W końcu wymyśliłam, że nauczy się tych nizin i będzie miała czyste sumienie, że je zna, więc piątka się należy.

Sęk w tym, że Monsterówna wolałaby niższą ocenę niż uczyć się tych nazw.

I co Państwo na ten węzeł gordyjski?

(sugestie alternatywy dla wesoło/szkoło też mile widziane)

wtorek, 15 maja 2012
radydawanie - studium przypadków




W drodze na Karkonoską Królewnę widziałam Monstery głównie z tej perspektywy



Weszliśmy od samego dołu (a nie kolejką na Kopę) i nawet Monsterino spokojnie i bez jęków przeszedł, choć pod koniec stosował swoją zwyczajową afirmację: "dasz radę, Teodorku".


Majówkowo otworzyliśmy też sezon w leśnej głuszy. Zrobiło się wakacyjnie, choć przed nami tyle jeszcze pracy do końca roku.

Ten tydzień przebiega pod hasłem kartkówek i sprawdzianów ze wszystkiego oraz kończenia czytania lektur. Monsterówna jeszcze ma egzamin praktyczny na kartę rowerową, więc specjalnie jechała na plac poćwiczyć wjazd na równoważnię.

Troszeczkę nie skoordynowaliśmy wspólnego zdania na ten temat z Monstertatą, więc Monsterówna usłyszała dwa, diametralnie różne, komunikaty. Ale to wszystko dlatego, że zwierzyła się ze swoich planów najpierw mnie, a potem tacie.

- Bo na szóstkę trzeba wjechać na huśtawkę i dodatkowo przejechać przez taką tarkę, a ja nie wiem, czy dam radę...

Odpowiedź moja:

- Oczywiście, że dasz radę - jeździsz rowerem regularnie już sześć lat! A jak się boisz, to pojedź poćwiczyć, żebyś zobaczyła, że spokojnie przejedziesz.

Odpowiedź Monstertaty:

- Ale przecież na karcie rowerowej nie ma ocen?! Zrób to, co trzeba, żeby zdać!

To biedna musiała sama podjąć decyzję. Naturalnie, że przejechała i nie mam wyrzutów sumienia, że ją do czegokolwiek zmusiłam, ale tak się teraz zastanawiam, czy ona może oczekiwała ode mnie innej odpowiedzi?

poniedziałek, 14 maja 2012
już nigdy nie będzie takiej zielonej trawy



Maj.
Miesiąc ewaluacji, prezentacji oraz innych podniosłych uroczystości.

Trochę nam się zebrało zaległości - wyrwać na majówkę też się udało, ale że zdjęcia zwiedzały przez tydzień targi kieleckie wraz z Monstertatą, to na razie, uzupełnię, co się działo na bieżąco.

Gdyż jak zwykle pędziliśmy (ale daliśmy radę i jeśli ktoś potrzebuje, to mogę udostępnić poradnik, "Jak poradzić sobie z obsługą pracy zawodowej, domowej oraz paranaukowej, trójki dzieci wraz z zajęciami dodatkowymi w tydzień". )

Monsterówna miała przygotować instrumenty muzyczne.
4 różne na szóstkę.
Oczywiście przygotowała 5. To nie po mamusi jest nadgorliwa. Wprawdzie do stworzenia tarki z szyszki (karpackiej, ale nie, broń Boże, z Parku Narodowego) zainspirował ją Monsterino i długo wahała się, czy może ten pomysł wdrożyć w czyn, ale wątpliwości rozwiała pani sugerując przeglądnięcie podręcznika, gdzie pomysłów było wiele.

A grajątka Monsterówny autentycznie wydają dźwięki



Chomik dorósł do eksplorowania tuneli w klatce, a w celach rozrywkowych Monstery zbudowały mu labirynt.



Minus - za szybko z niego wychodzi.

Monsterino tańczył. Lubi to (w jednym tańcu miał nawet dodatkową funkcję porządkową - w pewnym momencie przypominał głośnym "kroki w bok", jaki ruch mają następnie robić. Chociaż pani Ania i tak produkowała się podpowiadając...






troszeczkę długawa różowa pantera, ale to w końcu ostatni raz w monsterinowej karierze przedszkolnej


Archiwum
do Monsterowa tędy