piątek, 27 maja 2011
dzieńmójdzień


- Poczta przyszła! - oznajmił Monster

- Okej - bąknęłam, bo przecież codziennie przychodzi

- Listy do ciebie, zobacz - powtórzył Monster

- Pewnie bank do mnie napisał - mruknęłam

- Nie, no zobacz, tam są - Monster stawał się namolny

Kątem oka zobaczyłam w tle Monstertatę dającego mi znaki dymne: read my lips.

Pismo poznałam od razu, ale głośno stwierdziłam, że jest jakiś z nieznanym nadawcą. Monster uśmiechnął się pod nosem.

Nie opublikuję go, bo zbyt intymny jest, ale wierzcie mi - napisał wzruszająco, prosto z serca. Chyba jeszcze nigdy w swoim życiu Monster nie napisał tyle na raz. I jeszcze podpis: twój SYNEK;) Mój wielki syn!

Monsterówna natomiast wstała skoro świt, by zrobić mi śniadanie (namówiła też do wstania Monstertatę, bo bez kawy byłoby niekompletne - ma dziewczyna dar przekonywania) - no i oczywiście komplet prezentów - cuda!, jak zwykle córka ma zawyża standardy okolicznościowych laurek:)

Tylko Monsterino się obraził, bo go nie wtajemniczyli i musiał naprędce coś wykombinować. Zapomniał, że przyniósł już zaproszenie na uroczyste świętowanie dnia matki i ojca w przedszkolu. Poza tym mają teraz w swojej sali papugę, bo są przy projekcie ptaki i codziennie dowiaduję się ciekawostek z jej życia ze szczególnym uzwględnieniem przekleństw, których się nauczyła (co jest historią wziętą wprost z książki Ja, Klara i zwierzaki, ale już mu tego nie wypominam, bo się złości). W każdym razie rysuje teraz namiętnie kolorowe papugi z gigantycznymi pazurami i dziobem i dla mnie to najpiękniejszy prezent.

A tak podsumowując mamodzień, to oczywiście bardzo mi, naprawdę szalenie mi miło, że świętują, że prezenty wymyślają, ale naprawdę nie musiałyby.

Bo zaszczyt jest po mojej stronie. Że to ja ICH. Mamą. Serio tak myślę.

I jeszcze nie mogę się powtrzymać od przypomnienia sobie tej chwili, gdy Monsterówna miała niecałą dobę i po porannych ablucjach oraz badaniach położna przyniosła mi ją do karmienia odezwawszy się per:

- Niech mama nakarmi...

Wiem, że już o tym nie raz pisałam, ale w każdy dzień matki wraca do mnie to uczucie, że dlaczego ona chce, żeby MOJA MAMA ją nakarmiła...


poniedziałek, 23 maja 2011
comajowo



- MAMO! - krzyczy Monster, chociaż ja mimo, że po drugiej stronie, ale jednak przy tym samym stole z nim siedzę
- W zasięgu twojego wzroku jestem - cedzę - czemu wrzeszczysz? - i za chwilę mityguję się, bo przecież i tak mi na to pytanie nie odpowie - wrzeszczy, bo ma takiego stajla
- Mamo! - z akcentem na ostatnią sylabę. Dlaczego się nie uczy, dlaczego, choć mówię mu to już setny raz to i tak wrzaśnie?
Nie dostaję globusa, nie miewam migren, tylko czasami przepalają mi się styki.

Może jest u nas za głośno. Nie ma tv - elementu dominującego, ale na wszelki wypadek wyłączam też radio.
Bywa u nas głośno, fakt. Ale nie ma nadmiaru źródeł dźwięku w postaci urządzeń na drugim planie. Jest dużo głosów dzieci na raz, ale nie w tle, zdecydowanie nie w tle.

Po przeczytaniu "Co tam u Ciumków" Monstery zaproponowały autorską listę słów zakazanych oraz taryfę za używanie.
Na pierwszym miejscu jest głupek i jego odmiany,  nasze, dorosłe "kurczę" plącze się w dole, ale przez to Monstertata musiał zbiednieć już o złotówkę.
Monster dodał 40 groszy, a Monsterino 10 - na szczęście znalazł tyle na placu zabaw.
- Ale można wyzywać numerkami, tak? - docieka Monster
Tłumaczę, że lista ma nam pomóc wyrugować przezwiska w ogóle, a nie żebyśmy zastępowali cholerę numerem czternaście.
- Dwadzieścia groszy - żąda Monster - o, przepraszam, złotówkę - zarabiający dodają złotówkę!
 

W maju tradycyjnie oglądamy występy, zebraniujemy, podsumowujemy i oceniamy. Seria się rozpoczęła.
Dzisiaj Monsterino pląsał.
To, że oglądałam już tyle razy takie występy nie zmienia skali wzruszenia.

Monsterino już w piątek stwierdził, że poniedziałek będzie najlepszym dniem jego życia. W weekend regularnie przypominał mi o białych skarpetkach, a jego pierwsze słowa gdy otworzył rano oczy brzmiały:
- Spakowałaś już skarpetki?

Nasz MonsterTancerz zaangażowany.



wtorek, 17 maja 2011
wyścig szczurów


Choć Monstery nie wyglądają na zaharowanych przez CAŁY CZAS, jednak ciężko pracują.

Pewnie znajdą się dzieci, które pracuję jeszcze ciężej, są też takie, które robią mniej, ale nie chodzi o porównania, tylko o konkretne decyzje: powoli zbliża się koniec roku, to i czas podsumowań i wyboru tego, co chcą robić w przyszłym.

I co zrobić, jeśli chcą WSZYSTKO.

Weryfikacja akrobatyczna nastąpi w szkole. W tym roku Monsterównę czeka ciężka decyzja, w przyszłym - Monstera. Nie wiem, co im doradzić. Od czwartej klasy robi się już poważnie: podpisanie kontraktu z klubem, treningi na siódmą rano trzy razy w tygodniu (co akurat w przypadku Monsterówny nie jest problemem, jak widać po poprzednim wpisie), wyjazdy na zawody, presja na wyniki.

Monsterówna nadal lubi trenować, czasem się stresuje, że czegoś nie potrafi, ale generalnie lubi to. Czy zostawić ją z takim poczuciem, czy pozwolić jej posmakować zawodowstwa? Trenowania poza klubem nie ma w ofercie. Może powiedzieć jej, żeby robiła to do momentu, gdy będzie to przyjemnością. W końcu zrezygnować można zawsze.

Pojawiła się jednak alternatywa: Monsterówna kilka razy była na treningu taekwondo i jej się spodobało (przynajmniej nauczy się, że jej nogi mają moc, bo na razie, to jej kopnięcie, w przeciwieństwie do kopnięć młodszych braci, wymierzone jest tak, by nie zranić/nie uszkodzić packi...;). Może by ją tak delikatnie w tę stronę obrócić....

Z kolei granie na pianinie, a w domu na keyboardzie podoba jej się do tego stopnia, że pani nauczycielka pyta, czy bardzo ją zmuszamy do ćwiczeń, bo idzie jak burza.

W ogóle jej nie musimy do niczego zmuszać! W sobotę, gdy wyjeżdżaliśmy o dziewiątej, wstała o siódmej, by pograć przed wyjazdem. Po lekcjach najpierw gra, potem relaksuje się jakimś filmem (ostatnio oglądała filmowe wersje przeczytanych książek - polecamy bardzo Pajęczynę Charlotty oraz Tajemnicę Rajskiego Wzgórza).

Więc wydaje się, że przynajmniej keyboard zostanie. Bo to właściwie jak relaks.

Ale co z językami? W czwartej klasie dochodzi niemiecki, angielski szkolny jest... szkolny, właśnie. Monsterówna dzięki dodatkowemu jest już na innym poziomie, ale wiąże się to z jednym popołudniem i mimo wszystko z dodatkowym wysiłkiem. Ale na dodatkowym angielskim jest fajnie. Po prostu. Więc może potraktować go znowu jak relaks, a nie stres? Tylko co do za relaks, jeśli wymuszony jest przez godzinę w kalendarzu.

Monster to insza inszość.
On to by chciał jeszcze na piłkę nożną chodzić, choć po ostatnich stadionowych ekscesach wydaje się, że klasa sponsorowana przez Lecha Poznań nie wchodzi w rachubę.

Facet jest jednak nadal nie wyżyty i zostają mu dwa dni w tygodniu: piątek i sobota, które można zagospodarować, choć wolałabym, żeby miał je wolne.

A może źle robię, skoro to JEMU zależy? W piłkę kopie na przerwie, w piłkę może sobie pokopać w ogrodzie, ale to nie to samo. Nawet jeśli włączy do gry dziadka. Czy nawet brata.

Co do Monsterina to mam jedynie zagwozdkę, czy od przyszłego roku puścić go na duży basen (i to najlepiej na ten, na którym pływali starsi), bo strategia pani trenerki na obecnym basenie zakłada, że takie maluchy, to się tylko trzęsą w zimnej wodzie dużego i że stylów pływania i na małym się nauczą.

Może to i prawda. Tylko wydaje mi się, że jednak starsi na tym dużym basenie łatwiej i prędzej opanowywali delfinie ruchy. Choć może po prostu byli od Monsterina zdolniejsi. Nie pomyślałam.

W zasadzie nie wiem, czemu w ogóle o tym wszystkim myślę. Zainteresowani chcą, nie płaczą, specjalnie nie narzekają.  Nawet na spotkania towarzyskie i rozrywkę mają czas. Więc o co mi chodzi?

Zatrzymuję się po prostu czasem (ostatnio dwa razy w tygodniu w korku - ale to będzie inna historia o tym) i zastanawiam, czy to nie jest wariactwo? Czy to, że Monsterówna wstaje sama z siebie tak wcześnie, to normalne, czy stres ją jednak budzi? To, że Monster MUSI coś robić oznacza, że ta machina robienia ciągle czegoś tak go nakręciła, czy ten typ tak ma.

Gdzie tu geny są, a gdzie wychowanie?

Do długich, spokojnych wieczorów przy lampie naftowej czy kominku można wrócić jedynie na wakacjach. A może nie? 

Że też nie ma gotowej recepty...


czwartek, 12 maja 2011
milczenie jest złotem


Lekarze mają złotą godzinę na uratowanie życia, a ja mam poranne piętnaście minut na uratowanie swojego.

A raczej miałam.

Dotychczas wstawałam pierwsza, ogarniałam siebie wstępnie, a potem siadałam z kawą i przeżuwając musli czytałam ze dwie strony (ze zrozumieniem!). W ZUPEŁNEJ ciszy. I mogłam sobie w kibelku posiedzieć... A potem spokojnie zbierałam się w sobie i ruszałam na pierwszy obchód łóżek. Nie ostatni, zresztą.

A od jakiegoś czasu nawet nie zdążę się z łóżka podnieść (na szczęście teraz o szóstej piętnaście z porywami do trzydzieści jest pięknie!), a już słyszę tup-tup po schodach. Albo gorzej: siedzę sobie w kuchni, zadowolona z siebie, że się udało. Już-już sięgam po pierwszy siorb, a tu zjawia się. Zjawa. Długowłosa. W pełni przytomna, kompletnie odziana. I jeszcze chce wdawać się w konwersację!

Owszem, lubię rozmawiać z moją córką, ale o szóstej trzydzieści rano chcę poczytać MOJĄ książkę. I już. Nie chcę odpowiadać na interpelacje, ani podejmować decyzji. I naprawdę od ostatniej z nią rozmowy minęło tylko te kilka godzin jej snu.

- Wczoraj skakaliśmy układ młodzieżowy, wiesz saltowtyłrozkroczkacałyobrótpadsiadzpółobrotempółobrótkuczkabarankuczny...

- Zgubiłam się - mamroczę

- Barana skaczą oczywiście ci, co potrafią - nie zrażona ciągnie Monsterówna - trener mnie strasznie męczy z tym baranem, przecież chciał, żebym skoczyła saldo w tył, teraz skaczę, to znowu ciągle chce, żeby barana, a ja nie potrafię, rozumiem, co trzeba zrobić, tylko mi się nie udaje... - wkłada łyżkę z płatkami do buzi

- Zawsze tak będzie - wieszczę - jak nauczysz się barana, to cię będzie męczyć z czymś innym, taka rola trenera. Może nie nauczysz się barana, to niczym nowym męczyć cię nie będzie. - proponuję

Monsterówna patrzy na mnie z politowaniem.

- Na pewno! - parska.

Jest jeszcze szansa na czytanie w kibelku. Ale gdzie tam. Nawet w kibelku nie mogę się odizolować, bo jej raźniej ze mną. I nie, na górze nie może. Nie wiadomo, dlaczego.

Monsterino budzi się niezadowolony.

Nie ta koszulka, nie te spodnie. Nie ten dzień tygodnia.

Monster ledwie żyje. Wygląda ja Robert Smith przed koncertem. Poza tym kaszle: pylą drzewa.

- Trzeba coś zrobić z jego fryzurą - mówi Monstertata

Zapowiadają solidne deszcze na dzisiaj wieczorem.


czwartek, 05 maja 2011
ależ


- Mam takie marzenie, które ciągle TKWI w mojej głowie - zaczyna Monsterino i nawija makaron na uszy. Z pewnością wiele ciekawych rzeczy opowiada o nas w przedszkolu, bo chyba mocno wrył się w pamięć wychowawczyń, skoro ostatnio jedna z pań zwierzyła się, że śnił jej się Monsterino zapraszający ją do swojego pokoju i pokazujący jej swoje zabawki.

***

Szósty zmysł Monstertaty nakazał nam wrócić o dzień wcześniej z majówki, dzięki czemu nie musieliśmy używać łańcuchów wracając z gór. Współmajówkowicze przysłali nam zdjęcie pokrytej śniegiem łąki, na której jeszcze kilka godzin wcześniej Monsterówna skutecznie szukała czterolistnych koniczyn.




Monstery latały pod niebem (wielka odpowiedzialność samodzielnego wpinania się do liny asekuracyjnej na nich ciążyła - ja bym się bała)

Zabłąkaliśmy się też pomiędzy wojska hitlerowskie i sowieckie.

A że zaczęło padać, zeszliśmy w podziemia.



Archiwum
do Monsterowa tędy