środa, 26 maja 2010
jest taki dzień



Nie wiem, jaki Wy macie system robienia kanapek do szkoły, ale ja przeważnie robię je wieczorem. Chociaż czasem już nie mam siły i wtedy wstaję o szóstej.
Jak dziś.
A tu w "Trójce" dedykacja dla robiących kanapki mam. Magia!
Pomidorek (mały, jędrny) w ćwiartki dla Monsterówny, dwa liście lodowej dla Monstera. Moje pudełko z sałatką.
Wyobraziłam sobie te wszystkie matki siekające szczypiorek o świcie. Takie, co siedem kanapek plus ósma dla męża. Tytanki śniadaniówek, dziś nasze święto!

Monsterówna zaskoczyła mnie w drzwiach łazienki, musiała nastawić sobie budzik na wcześniejszą godzinę. Oczy jeszcze zaspane, włosy w nieładzie, ale uśmiech, ten uśmiech, który poranną porą jest taką rzadkością był dzisiaj dla mnie wyłącznie! I laurki! I makaronowy naszyjnik!

- Właśnie zastanawiałam się, który sznur pereł nałożyć dzisiaj i wybieram ten naszyjnik od Ciebie - mówię i naprawdę ozdabiam nim żakiet. I mam go teraz, piękny jest - Od kiedy przeczytaliśmy tę książeczkę Franklina, w której zrobił taki naszyjnik mamie, chciałam taki mieć! - wyjaśniam

- Mogłaś powiedzieć, to bym ci zrobiła już wcześniej . Poza tym, ty w OGÓLE nie masz pereł - wypomina mi Monsterówna

Chłopaki wylądowały w nocy u nas. Bywa tak coraz rzadziej, więc się rozkoszuję. Słodcy są, gdy tak pochrapują zakopani w piernaty.

- Mam w bzuchu wątrobę - wzdycha Monsterino i wcale nie zamierza wstać

- Miałem piękny sen - jeszcze z zamkniętymi oczami mówi Monster - Nikodem położył widelec na głowie pani kucharki!

Rzeczywiście, cudny.

- Mamo, co jest napisane na moje bluzce? - pyta Monsterówna
"How did I get sooo CUTE" - czytam
wyjaśniamy znaczenie słowa "cute", Monsterówna kraśnieje. -
- Mam nadzieję, że Michał jeszcze nie zna tego słowa.

Nawet jeśli zna, to się zgodzi z tym hasłem, córeczko.

- Mamuś, dlaczego muszą być zawody? - drąży Monsterówna. Nie lubi się ścigać indywidualnie. Jest najlepszym team playerem, jakiego znam. A gdy wygra sama, czuje dyskomfort. Czuje się nie fair w stosunku do koleżanek. Zupełnie odwrotnie niż jej brat.

Zawody pływackie są w poniedziałek.

- Przeżyjesz - mówię
- Wiem. Może nawet zdobędę srebrny medal - mówi Monsterówna
- bo srebrnego jeszcze nie mam - wyjaśnia, zanim zdążę zadać pytanie

- W ręce mam mięśnie, dlatego moja ręka dobze boksuje - chwali się Monsterino - i w ręce nie ma serca! - podsumowuje

Było sobie życie...

W jednym z tomów Harrego Pottera był opisany zegar, który wisi w kuchni u Weasley'ów - na którym pokazani są wszyscy członkowie rodziny, a strzałka wskazuje miejsce, w którym każdy z nich się znajduje.

- Och, też bym chciała, żebyśmy mieli taki zegar -
marzy Monsterówna - mogłyby być na nim takie pulsujące serduszka, zamiast naszych postaci.


Ja też tak to sobie wyobraziłam.







poniedziałek, 24 maja 2010
repetycja... że co? możesz powtórzyć?



Wydaje mi się, że już tyle razy omawiałam z Monsterami reguły wyjścia w przestrzeń publiczną, że powinno było im to się wdrukować na stałe pod czachą.

Ale, gdzie tam.
Monsterino gna przed siebie (choć zakomunikowane zasady brzmią: idziemy razem, nie musimy za rękę, ale przynajmniej być w zasięgu mojego głosu - to plan miminum) , za nim bieży Monster, niby w celach asekuracyjnych, ale wygląda to na usiłowanie wysforowania się na czoło (no bo jak tu iść ZA młodszym bratem), na to wszystko przyspiesza Monsterówna, by przypomnieć, że bracia zachowują się KARYGODNIE i właśnie dlatego mamo, chcę mieć siostrę. No i jak ja mam zostać za nimi z tyłu, przecież to NIEODPOWIEDZIALNE.
Zatem pędzę i ja.

I tak oto rozciągniętym szykiem przemieszczamy się w obranym wcześniej kierunku.
Monsterino hamuje przed pasami.
- Dobrze, że się zatrzymałeś - wysapuję, gdy dopadam przejścia i ja - ale źle, że tak biegniesz beze mnie
- Ale ja stanę! - zapewnia - lubiem biegać
- To dobrze - mówi Monster - bo musi się odchudzić - spogląda krytycznie na młodszego brata - Ty zresztą TEŻ - przygląda się przenikliwie mojej sylwetce...-  i ja też już nie mogę chodzić do McDonalda, bo się OTŁUSZCZAM.


Ciemność. Widzę ciemność.

W poprzednim tygodniu logistyka-ekwilibrystyka obejmowała codzienne dotarcie do kościoła, a w piątek mieliśmy być w trzech miejscach na raz. Nie dało się.

Priorytetem był przedszkolny występ Monsterina na Dzień Matki. (aparat strajkował, jak zawsze na wzruszających imprezach, więc głównie łapał ostrość tła)

Monsterino jako bocian....



... i jako komar (bardzo szybko skaczący)



a tu wierszyk mówiący i do wręczania prezentu się przygotowujący



O dziwo, troszkę stremowany był nasz młodzieniec. Ale to początek - dzisiaj będzie nowa porcja wzruszeń, bo tym razem będzie pokaz tańców (i jednocześnie jesteśmy na angielskim i zebraniu rodziców, kolejne spiętrzenie terminów)
Ale to dzisiaj.

Natomiast jeszcze w piątek, zamiast uczestniczyć w spotkaniu w Katedrze, byliśmy na szkolnym festynie Monstera.

Gdyż Monster tańczył krakowiaka.



Tydzień ćwiczyli i świetnie, naprawdę dobrze im poszło. A festyn szkolny był na tyle udany, że Monsterówna stwierdziła, że chce się przenieść!

Ma rzeczywiście ostatnio niemiłe przejścia ze swoją najbliższą koleżanką z klasy, druga, którą lubi odchodzi od klasy czwartej, no i zaczyna się zastanawiać, że gdyby tak kontynuowała naukę muzyki indywidualnie, to nic by jej w swojej szkole już nie trzymało.

Hmm, hmm. Nie wiem. Muszę porozmawiać z trenerem. Podejrzewam, że do klasy akrobatycznej już się nie załapie, bo po dwóch latach ćwiczeń to jest przepaść nie do przeskoczenia. Ale do równoległej... Tylko że jej o akrobatykę najbardziej chodzi.

Natomiast Monster stwierdził, że po pierwsze chce być ministrantem, a po drugie (i o to jęczy już od miesiąca, ale okazuje się, że realnie będzie to możliwe dopiero we wrześniu), on chce na aikido. Dwa razy w tygodniu.
Facet, który ma w szkole dwie do trzech godzin wf-u dziennie!
Już bym wolała, żeby tańczył razem z Monsterówną w Cepelii (Monsterówna też chce, bo miałaby partnera do regularnego ćwiczenia w domu), ale Monster, choć tańczy i śpiewa sprawnie, to chce walczyć.
I w sumie dobrze, że tyle mu się chce. Poza tym aikido teoretycznie wycisza i odagresywnia.
I nawet teoretycznie wszystko da się zgrać w czasie. Tylko czy on nie padnie od tych wszystkich zajęć? (już nie mówiąc o tym, że Monstertata jęknął na myśl o kolejnych punktach na planie miasta do koordynacji logistyki).


środa, 19 maja 2010
święci uśmiechnięci



Wieczorem wchodzę do pokoju Monsterówny. Właśnie wstaje z klęczek.
- Nie miałaś dzisiaj dosyć modlenia się? - pytam, bo oprócz codziennej Mszy św.  w białym tygodniu świeżo upieczeni pełnoprawni uczestnicy Eucharystii, zapełniają także kościół na nabożeństwie majowym

- Modlitwy nigdy dosyć! - odpowiada Monsterówna i widać, że dokładnie tak to czuje


bo na pierwszokomunijną niedzielę wymodlili brak deszczu...












- Dopiero jak im powiedziałem, co DOKŁADNIE robi się podczas komunii, to mi uwierzyli - przyznał Monster, ponieważ koledzy z klasy nie chcieli przyjąć do wiadomości, że Monster jest już wtajemniczony.

A obserwując niektórych typowych drugoklasistów, chyba zmuszonych przez rodziców do przyjęcia Pierwszej Komunii i do uczestnictwa we Mszy Świętej, stwierdzam, że młodsze dziecko lepiej, ładniej i pełniej uczestniczy. Rzeczywiście przyjmuje Prawdy Wiary i Słowo Boże. I rzeczywiście wierzy. No i przykład rodziców działa. Stara prawda, jak zwykle lekceważona.
Jestem przekonana, że niektórych z tych ludzi już nie zobaczymy w kolejne niedziele.
czwartek, 13 maja 2010
wyjątkowo



Zaczynam odczuwać perwersyjną przyjemność w korespondencji dzienniczkowej z nauczycielami Monstera. Pewnie to już rodzaj zaburzenia.
Równie dobre są rozmowy z Monsterem na temat tych uwag. Typu, skoro pani napisała, że musiała mówić do niego:"3, 4 a nawet pięć razy", a on się nie słuchał, to Monster przyznaje, że fakt - zupełnie nie słyszał, że do niego mówi.

Nadal ma jednak bardzo dobre mniemanie o czystości swoich intencji i czynów. Gdy siedliśmy do rachunku sumienia, Monsterówna generalnie odpowiadała z wahaniem, że owszem, któregoś dnia w zeszłym roku, a może to było nawet dwa lata temu, zazdrościła czegoś koleżance, więc czy ma to powiedzieć na spowiedzi? W końcu to PIERWSZA spowiedź, więc obejmuje czas od początku istnienia osoby, czyż nie?
Natomiast Monster czuje się świętym. Wszystkich kocha, modli się, pracuje ciężko i w ogóle nie ma niczego grzesznego do wyrzucenia z siebie.
Dzięki Bogu za zawsze usłużne rodzeństwo! Oboje znajdują mu kilka niechlubnych uczynków do wyznania.
A przy okazji sama się dowiedziałam, co mi najdroższe potomstwo zarzuca. Długość listy jest wprost proporcjonalna do wieku dziecka, choć w przypadku Monsterina wszystko zależne jest od pory dnia czy humoru.
Gdybym miała się tym wszystkim przejmować, to pewnie pogrążyłabym się w depresji. Jakie szczęście, że nie mam na taką fanaberię czasu!

Trochę tłumacząc swoje uniesienia, wcale nie artystyczne, przytoczę jeden z naprawdę wielu obrazków, które podnoszą mi ciśnienie i staram się pracować nad tym, by nie zdzierać przy tym gardła.

Wchodzę do łazienki, w której kąpie się Monsterino. Wyszłam dosłownie na trzy sekundy, jak zwykle zapomniawszy piżamy i jak zwykle, gdy wracam, łazienka pływa.

- CO TO JEST????? - zgrzytam zębami (bardzo się kontrolując)
- Aaaaa - Monsterino patrzy zdziwiony na jezioro łazienkowe - to jest wyjątkiem mojego eksperymentu wodnego - dodaje ZUPEŁNIE spokojnym, wyjaśniającym tonem , niczym z programu edukacyjnego
- Chyba chciałeś powiedzieć: wynikiem - dodaję rozbrojona
- Nie, nie było wyniku... tylko mokro wsędzie.... - dodaje smutno

I co tu zrobić takiemu gadowi...





poniedziałek, 10 maja 2010
... wszyscy artyści, to ...


Monster chciałby sam chodzić do szkoły. Oczywiście nie pozwoliliśmy - zdecydowanie za dużo skrzyżowań po drodze, ale ugięłam się i zostawiłam go dwie ulice od szkoły. Fakt, że większość rodziców podrzuca swoje dzieci samochodami, więc mimo, że okolica jest spokojna, to przed ósmą ruch jak w centrum.

Powtarzam więc zalecenia: prosto do szkoły, nie odpowiadaj nieznajomym, nie wsiadaj do jakichkolwiek samochodów, przed przejściem patrz we wszystkie strony i czekaj, aż wszystkie samochody przejadą. Monster potakuje ze zniecierpliwieniem. Idzie.

Odczekuję pięć sekund i przemykam rowerem chowając się za parkującymi samochodami.

Monster odwraca się, zauważa mnie, bo akurat wychynęłam zza maski, więc wrzeszczy:

- Nie śledź mnie!!! Widzę cię!

No dobrze, czekam aż zniknie za winklem i wtedy cisnę na pedały.

Już dopadł do drzwi.

Kolejny kamień milowy (a i tak długo wytrzymał zważywszy na to, że młodszy brat już chciałby być samodzielny na etapie przedszkola....brrrr)



Piątek był dniem triumfu Monsterówny - od paru miesięcy, pod okiem Cioci Magdy Od Tańca, przygotowywały wraz z koleżanką swój popisowy numer do Thrillera Michaela Jacksona. No i właśnie w piątek, w szkolnych eliminacjach zajęły pierwsze miejsce i będą reprezentować szkołę dalej! Monsterówna w ogóle jest na fali - miała przerobić swoją pracę na temat spożywania owoców i warzyw, z A4 na A3, by mogła iść na wystawę (co w praktyce znaczyło zrobienie jej na nowo), teraz ten występ taneczny. Artystka!

Natomiast w weekend pierwszy raz miałam zagwozdkę, na jakie warsztaty pójść z chłopakami (Monsterówna z koleżanką preferowały zajęcia w podgrupach). Bo i muzeum kusiło i wydawnictwo Zakamarki miało swoje dwie imprezy. W końcu poszliśmy do kina na stare dobre animacje z duchami jako tematem przewodnim. A potem chłopaki konstruowały ducha do świecenia na wieszaku w szafie.

I w końcu, gdy monstermama już nie mogła dalej odkładać zrobienia kolejnego sprawozdanka na przedwczoraj, monstertata zabrał Monstery do zwierzyńca.





Pytam się wieczorem Monsterina, jak tam słoń się sprawował (znany, poznański słoń:)

- Mały był i małe dzewka wyrywał z kozeniami...

No to żadna rewelacja....;)

A na koniec muszę podsumować tydzień prób ceremonii pierwszokomuniowej, bo w końcu zabierają nam dodatkowo czas. Wszystko idzie zgodnie z planem, Monstery naumiały się pieśni, podchodzenie przećwiczone, otwieranie buzi bez nadmiernego wywalania języka też, a w nurt przygotowań świetnie wpisuje się dialog z Monsterinem:


- Gdzie masz drugą skarpetkę - pytam, bo lata na bosaka

- Posła do kościoła! - odkrzykuje Monsterino

- Po co?

- Zeby uscypnąć pana Jezusa!


Dobrego tygodnia!


poniedziałek, 03 maja 2010
w końcu święto PRACY, to co niby mam robić


Były plany majówkowe, owszem, ale w międzyczasie się moje biurka, nie tylko wirtualne,  zostały zarzucone papierami i gdyby pogoda była jak drut, to może bym nadrobiła potem nocami, ale przy prognozach przekropnych, to tak sobie mię się chciało.

Za to pomiędzy kontrolą z Urzędu, a wizytą w Zusie, zaliczyłam fryzjera. Tym razem ja sama. O,  dziwo, w Monsterowie zauważyli zmianę. Jednak kolor 90033 zamiast 80001 robi różnicę.

Monster przyglądał się szczególnie badawczo.

- Wyglądasz jak obca pani - stwierdził w końcu - przypominasz mi.... - i tu się zamyśla na długo, a moje myśli galopują, gdy zastanawiam się, co też miłego mi powie - ... O, już wiem! Panią Kucharkę!

****

Skoro majówka na miejscu, to postanowiliśmy zaliczać atrakcje lokalne pomiędzy jednym moim biurkiem, a drugim.

Na przykład nigdy jeszcze nie byliśmy na Paradzie Parowozów w Wolsztynie - jak się tak długo uchowaliśmy?


Oprócz wdrapywania się na lokomotywy i zatykania uszu przy kolejnych przejazdach sapiących i gwiżdżących gigantów, Monstery musiały się unurać w soli ziemi czarnej. Innej opcji nie było.

- Czytałem, że gdzieś tutaj jest jedyne w Polsce Muzeum Pożarnictwa - powiedział Monstertata, gdy szukaliśmy miejsca do parkowania przy ryneczku miasteczka z widoczną z drogi krajowej lodziarnią.

Po czym wysiedliśmy.... przy bramie muzeum. A tam festyn.


Monstery poszybowały w górę, aż na wysokość wieży muzeum.


A do pracy pobiegły ze mną z ochotą. Najpierw robiły mapy korytarzy (pionowych i poziomych...) i szukały się chowając, czy na odwrót. Potem okazało się, że band, który wieczorami wynajmuje w tym samym biurowcu salę, ma akurat próbę. Monstery zostały dopuszczone do perkusji i gitary elektrycznej, a gdy jeden z muzyków rzucił do Monstera, że wymiata na bębnach, ten chodził napuszony przez następną godzinę...

Aż do dzisiejszego koncertu Arki Noego. Gdy dowiedział się, że dwaj gitarzyści (w tym jeden krótkowłosy) są jego imiennikami, to wpadł w ekstazę. Był tak wpatrzony, że mogłoby się obok palić i walić, a on stał się urzeczywistnieniem wyrażenia " zamienić się w słuch".

Rozgadał się przed zaśnięciem wpominając, że "i tak ułożył palce, jak w d-dur i wiesz, taką belkę zrobił"

Cokolwiek to znaczy. Ale zasnął wyjątkowo bez jęków i naciągania mnie na poleżenie.

- Będę sobie wyobrażać, że jestem na scenie!"


Troszeczkę to za szybko się dzieje, jak dla mnie.




Archiwum
do Monsterowa tędy