sobota, 30 maja 2009
Dzień Monstera



No i stało się.
A pamiętacie, gdy jako dwuipółlatek szedł pierwszy raz do przedszkola? I od razu rozebrał opony w samochodach przedszkolnych tłumacząc, że zmienia na zimowe?

A teraz dostał dyplom ukończenia przedszkola! Kiedy to minęło?




Zerówkowicze inscenizowali tradycyjne, staropolskie wesele. Tu Szczęśliwy ze swoimi dwiema żonami. Choć ta po prawej na zdjęciu bardziej żona, a ta po lewej bardziej przyjaciółka.

Taniec z paskami - trzaskali, jakby chcieli pociąć wykładzinę



A wieczorem wszyscy odprowadziliśmy Monstera na zieloną noc  w przedszkolu.
Przytulankę wybrał sobie malutką... (Monsterówna trzyma...)



I pożegnaliśmy go, gdy taszczył materac do sali (nie muszę dodawać, że nawet się nie obejrzał...)



Gdy dziękowaliśmy nauczycielom i pani Dyrektor, głos mi się łamał. Paniom też. Pani Dyrektor podziękowała, że zachowujemy ciągłość w obsadzie. Bo w tym tygodniu dni adaptacyjne przechodzi Monsterino.
I na szczęście nie musimy opuszczać przedszkola.
Jak niektórzy, co się nie postarali...
Tylko, co będzie za trzy lata, gdy kończyć będzie Monsterino???  Nie pomyśleliśmy strategicznie!


czwartek, 28 maja 2009
muszę, bo jak nie, to pęknę



Bywają w tym tygodniu momenty, że jeszcze jedna informacja, jeszcze jedna sprawa, a misterna konstrukcja logistyczno-czasowa-uwagowa runie i pogrążę się w chaosie. Adrenalina w górnych granicach normy, ciśnienie takie, że jak usiądę, to pójdzie uszami.
Czy mam ochotę opuścić ręce i się rozpłakać?
Mam.
Ale nie mam na to czasu.

Kiedy biegłam na spotkanie w szkole Monstera, Monstertata rzucił za mną, że mam się do niczego nie zgłaszać.
I nie podniecać, bo zawsze się podniecam, a potem,w praniu, wychodzi, jak wychodzi.
Ale przy takim zaangażowaniu jeszcze jedna instytucja więcej, to i tak daje efekt skali...Hurtowo znaczy można załatwiać.

A co do podniecania szkołą, to naprawdę NIE MOGĘ!

Bo jeśli sprawdzi się to wszystko, o czym mówili, się sprawdzi, to czy ja byłam w tym samym mieście? Na tej samej planecie?

Przyszła pani Monstera: miłość od pierwszego wejrzenia! Sala Monstera: dywan na środku i nowe ławeczki wokół. Jak w przedszkolu. Bo w klasie jest 15 sześciolatków, a reszta siedmiolatków z końca roku, więc będą się jeszcze bawić na dywanie.
I zmiana obuwia! I szafki w klasie i drugi komplet książek w szkole, by nie musieli nosić! I obiady GOTOWANE w szkole, żaden catering! I żadnej zmianowości. Codziennie na 8. I świetlica z kanapą, że natychmiast sama chciałam tam zostać, zwinąć się w kłębek i obudzić w przyszłym tygodniu.

Tak się tym podniecam, bo to są wszystko rzeczy, których nie mogę przewalczyć w podstawówce Monsterówny. Bo nie ma kasy.
A tu jest kasa. A podstawówka o 1/3 mniejsza!
Fakt, że mają kasę z Ministerstwa Sportu, ale to na część sportową i dwie godziny wf-u dziennie (wyobrażacie sobie?! Dwie godziny wfu dziennie? W porywach do trzech;) Żeby Państwo mieli spokój w domu:) O rodziców się troszczą?!

I pytanie, jakie zajęcia dodatkowe chciałyby dzieci, bo pod kątem zainteresowania są organizowane. TAKIE wymagania, to ja mogłam mieć w prywatnej podstawówce, nie w państwowej...
- Hip-hop - rzucam nieśmiało - O tak, w tym roku był hip-hop - zatyka mnie pani

Monster będzie zachwycony. W klasie 1 a.

Co do Monsterówny, to właśnie, po 3 miesiącach, zakończyła pierwszy rok edukacji kibordowej z adnotacją, że jest nr 1 w klasie.
Abstrahując od tego, jaki jest poziom klasy, skoro Monsterówna jest na pierwszym miejscu, to bardzo miło.
No nie, nie mogę być aż tak niesprawiedliwa: w odróżnieniu od reguł gramatycznych czy zadań z treścią, nut nie trzeba Monsterównie dwa razy powtarzać.
I po bardzo krótkich próbach koordynuje prawą rękę z lewą. A jak gra na flecie, to sama przyznaje:

- Mamusiu, jak ja gram, to mam wrażenie, że jestem gdzieś indziej, w filmie, albo na scenie!

Czyli klasa muzyczna jak najbardziej jej przypasowała.
Nauczanie zintegrowane średnio.
Podobno nie można mieć wszystkiego.
Ale czy ktoś w to wierzy?



środa, 27 maja 2009
mamciodzień impossible



- Mamciu, mamciu, mamusiuuu, mamuśku!!! - Monsterino szarpie mnie za twarz, czuję że zaraz mi ją zedrze, niczym maskę w Mission Impossible - wstań JUS! Mamusiu, jesteś naplawdę NIEZNOŚNA!


Monstertata odwraca do mnie swoją zmęczoną, wymiętą twarz:
- Dzisiaj ty - i pada

Wiem, że ja. Wczoraj bohatersko kładł spać Monsterina, który przecież nie bywa chcący spać, więc jak weszłam na ostatki krzyku przed padnięciem, to musiałam mocno trzymać się poręczy, by nie ruszyć na ratunek.
Syneczkowi udręczonemu, nie monstertacie.

Czmych, czmych. Słyszę przemykanie się po holu, podczas, gdy rozklejam oczy, by wyciągnąć miski i mleko. Płatki wyciągnął Monsterino i ozdobił szerokim kobiercem podłogę w kuchni. Pewnikiem z okazji...

- Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Matki - zaspana, ale uśmiechnięta Monsterówna wręcza swe dzieła. Chociaż sam uśmiech przed ósmą rano jest najcenniejszym prezentem.

W końcu tarabani się też Monster.

- Miałem nie mówić, bo to niespodzianka, ale mam dla Ciebie korale! - kokosi mi się świątecznie na kolanach - tylko jak pani je psikała, to nie zdążyły wyschnąć i pewnie dopiero jutro ci je dam, ale mam dla ciebie lepszy prezent: KOCHAM CIĘ! - pluje w ucho.

Jest rozbrajający.
Nie dalej, jak tydzień temu Monsterino wygrzebał stos książeczek o Franklinie i teraz przerabiamy je jedna po drugiej, między innymi "Franklin mówi: Kocham Cię". Monster widać słuchał jednym uchem, mimo, że to już nie dla niego lektura...

A ja sama sobie z okazji Dnia Matki zrobiłam Dzień Pazura, więc delikatnie mówiąc, spóźniłam się po pracy 3 godziny. Zatem twarz Monstertaty pozostała zmęczona i pomięta.
Ale w przyszłym miesiącu Dzień Ojca w końcu...



poniedziałek, 25 maja 2009
(o)lśnienie



- Dobra, to jeszcze raz - zakomenderowała Monsterówna, a Monster wciągnął głośno powietrze

- Już mówiłem DWA razy, nie chce mi się więcej - zaoponował

- Ale przecież chcesz dobrze wypaść, więc proszę, wyprostuj się i mów głośno i wyraźnie! - Monsterówna założyła ręce na piersi, a Monster wyprostował się i zaczął recytować

Tak, czytałam w książkach o rodzeństwie, że wpływ rodziców na któreś tam z kolei jest mniejszy od wpływu rodzeństwa, ale żeby już od drugiego się zaczynało...
W toku przeprowadzki kartka z tekstem Monstera do przedstawienia na koniec przedszkola wylądowała w... łazience. Na szczęście Monster nauczył się roli już w przedszkolu, jednak nie chcący zwierzył się, że pani kazała ćwiczyć występ "po aktorsku", z teatralnym zacięciem i gestykulacją.
Pomiędzy wycieraniem tyłka Monsterinowi, a sprawdzaniem zeszytu Monsterówny przesłuchałam Monstera i stwierdziwszy, że pamięta, odfajkowałam kolejną sprawę. Natomiast Monsterówna przejęła się stroną teatralną i wzięła sprawy we własne ręce. Stąd tresura Monstera.

Poprzedni tydzień był ciężki,ale ten tydzień to będzie już zupełny szczyt szczytów, a kulminacją zakończenie przedszkola w piątek (rano impreza oficjalna, popołudniu ognisko, a wieczorem nocowanka)

Wymyśliłam, że jednym z prezentów dla pań wychowawczyń będzie album z rysunkami przedszkolaków.
Monster narysował siebie przed przedszkolem.



Fajnie, bo z pamięci dochował wierności rzeczywistości: w przedszkolny płot naprawdę są wplecione podobizny zwierzątek, a na furtce wisi czerwona skrzynka na listy. I jeszcze pod oknem czerwona tablica z orzełkiem i nazwą przedszkola. I czerwono-czarny rower...

I miałam napisać o rozmowach rozwojowych, które w zeszłym tygodniu były w przedszkolu i o dojrzałości szkolnej Monstera, ale że dzisiaj mam pierwsze zebranie w monsterowej szkole, więc muszę zintensyfikować ruchy pracowe, żeby się ze wszystkim wyrobić.




czwartek, 21 maja 2009
utopia



Jadąc rowerami zahaczyliśmy o świeżo oddany kawałek drogi rowerowej na Bukowskiej. Obniżony krawężnik, sygnalizator świetlny z rowerem, gładziutki asfalt, luksus.

- Ach, gdy tak w całym mieście były takie drogi! - wzdycha Monster

- A wiesz, że są takie kraje, na przykład Holandia, gdzie tak właśnie jest? - i tu roztoczyłam przed Monsterami wizje raju rowerowego

- Niemożliwe!!! - odkrzykuje Monster - Ale mają tam fajnie! Może tam pojedziemy na wakacje, co? Całe wakacje na rowerach! - rozmarzył się Monster, przyszły uczestnik wyprawy Wakacje Na Dwóch Kółkach

Monsterówna nie wypowiedziała się. Monsterówna ogólnie jest jak wiadomo mało entuzjastyczna i niczego, oprócz świętego spokoju, nie pragnąca.
Monsterinowi za to podoba się podskakiwanie na dziurawych chodnikach, bo przecież z Monsterami nie będę jeździć ulicą, póki nie mają karty rowerowej, więc gładka droga rowerowa nie zrobiła na nim wrażenia.

A co do frontu remontowego, to niniejszym dementuję plotki, że zostaliśmy nominowani do księgi rekordów Guinessa w kategorii Najszybciej Przeprowadzona Rodzina Pięcioosobowa.
Nic z tych rzeczy - jeszcze 7 moich kartonów stoi nie rozpakowanych i kłuje w oczy, bo od tygodnia, gdy zabieram się do nich pół godziny po północy, to opadam natychmiast z sił.
Poza tym czeka nas i tak drugi etap. Etap kucia i przenoszenia przyłączy, więc cały syf jeszcze spokojnie przed nami.

Mały promyczek radości w tym tygodniu, to stwierdzenie Monsterówny po kolejnym treningu basenowym, że "ewentualnie może być". Dzisiaj jedziemy na odrabianie treningów, które opuściła, gdy miała gips i testujemy innego, podobno lepszego (czyt. bardziej skupionego na pływających dzieciach, a nie na powabnych paniach trenerkach) trenera.

Poza tym Monsterino ma nowe zagajenie podwórkowe:

- Lubis lobale?

A potem bez względu na odpowiedź interlokutora, Monsterino stwierdza:

- Bo ja NIE CIELPIĘ lobali! Lobale są OBZYDLIWE!

Uprzedzam, co byście mogli polemizować, gdy spotkamy się kiedyś na mieście...



wtorek, 19 maja 2009
pokój z widokiem



Przeniesienie się dwa piętra wyżej nad poziomem morza ukazało Monsterom szersze perspektywy.

Gdy budzę się w pokoju Monstera, czyli obecnie pokoju chłopaków (dlaczego nie budzę się w swojej sypialni, oto jest pytanie?) Monsterino stoi przy oknie i patrzy w dal.

- Zobac, mamusiu, jakie piękne dzewo i piękne listki na wietse tak się klęcą, klęca - komentuje gestykulując szeroko, gdy zauważył, że otworzyłam oczy - Nalpielw tam były takie małe BĄCKI, a potem się lozwinęły i telaz są jus duze listki!

Drzewo widziane koroną face-to-face jest zupełnie inne od takiego widzianego z dołu, to prawda.

Wieczorem wchodzę do Monsterówny (obecnie opracowany przez nią system ochrony własności polega na zakluczaniu pokoju i odwieszaniu klucza na hak powyżej zasięgu Monsterinowej ręki. Problem w tym, że chyba Monsterino jest w stanie dosięgnąć klucza, gdy wejdzie na stołek. Ale może nie przekręci zamka... debaty trwają).

Monsterówna śledzi zachód słońca nad dachami domów. Na horyzoncie widać dźwigi na budowie stadionu Lecha, no i gdzieniegdzie punktowce zaburzające prostą linię widnokręgu.

- Mogłoby tych bloków tam, daleko, nie być! - stwierdza - Psują widok!

Gdy wieszam w nocy pranie na tarasie, zauważam podświetloną wieżę Kościoła. Nie wiem, czy to znak, ale jest zupełnie na wprost naszego domu;)  I, w przeciwieństwie do Monsterówny, lubię bloki na horyzoncie. Kojarzą mi się z dobrym miejscem do wychowania dzieci. Może teraz to się zmieniło, może już nie jest bezpiecznie na osiedlach, ale myślę, że te wszystkie miejsca, gdzie można się spotkać z innymi ludźmi w podobnej sytuacji, liczne place zabaw, instytucje edukacyjne zaraz obok (no chyba, że mieszka się na osiedlu Batorego...) i sklepy, do których można bezkolizyjnie dojść wynagradzają niewygody życia na kupie, że się tak wyrażę...

Monstery starsze już zapomniały, jak było w bloku, ale pamiętam jak tęskniły za podwórkiem. Monsterino nie wie, w czym rzecz. Na razie jest świeżo bezdomny. Nadal chodzi do dziadków, do swojego byłego pokoju i nagle staje jak wryty, że tam jest zupełnie inaczej.

Tymczasem pierwszy etap przeprowadzki i remontu mamy już właściwie za sobą. Nie, żebym wyszła już z wszystkich kartonów! Doba musiałaby mieć 48 h, ale mniej więcej ogarnięte jest (wytyczyliśmy ścieżki między hałdami dóbr wszelakich) i funkcjonować jakoś można.

Bo żyć trzeba i to na wysokich obrotach. Nadszedł intensywny czas wycieczek i imprez w   przybytkach zdobywania wiedzy przez Monstery. Temu bidon i sprej na owady, temu sztormiak i chusteczki...Plus inkasowanie pieniędzy na te imprezy, pożegnanie przedszkola, więc ogranizowanie kwiatów i prezentów, szkoły, więc nagrody książkowe. Plus rozmowy rozwojowe, zebrania, a to w starej, a to już w nowej instytucji.

Pomyśleć, ustalić, skonsultować, wysłać smsy, maile, zebrać kasę, zamówić, kupić, zapakować, dostarczyć...


a halo!!!

ja tu jeszcze muszę popracować, by na nutellę do bułki było, tak?!

Monstertata ma słuszne pretensje, że za dużo się podjęłam i zaangażowałam - dwie Rady Rodziców plus ogólnoszkolna, wszystkie wydarzenia szkolne i przedszkolne. Fakt.
Ale na wycieczki ani ze szkołą, ani z przedszkolem w tym roku w ogóle nie chodziłam.
Ani razu.
To do mnie nie podobne.


No, bo jeśli nie ja, to kto?

I zawsze mówię sobie, że to absolutnie ostatni raz.
A potem nikt nie podnosi ręki i znowu czuję się w obowiązku.
Taki mnie tam w środku trybik drąży...





czwartek, 14 maja 2009
pyku, pyku



Nadszedł szczęśliwy dla Monsterówny dzień, gdyż Monstertata wreszcie nurza się w niezapominajkach. Robi to przy drzwiach zamkniętych, może także dlatego, że gdy malował poprzednie pomieszczenie, Monsterino skrytykował stan podłogi po malowaniu.

- Widzę tu jakieś ślady - orzekł Monsterino gdy wszedł do właśnie malowanego pokoju - te ślady plowadzą do moich nogów!

Ale teraz nasza sypialniogabinetobiblioteka jest oddana do użytku, n
a tę noc zatem kolejne przetasowania: obecnie wszystkie trzy Monstery śpią u Monstera. Wieczór nie chce się ułożyć, więc zarządzam zadania w podgrupach: Monsterówna odrabia lekcje, Monster ma swoją lekturę, ja przerabiam kolejne Frankliny, bo Monsterino wszedł w etap Franklina.

Nagle Monsterino wstaje i zaczyna pląsać po łóżku, a przy okazji po mnie.
- Ała! - krzywię się, gdy wskakuje mi na rękę
- Pseplasam, mamusiu, nie zauwazyłAm, ze tutaj lezys! - tłumaczy się Monsterino

- Terefere. A głos czytający książkę dochodził spod poduszki, tak? - obruszam się

- No dobze, jus dobze, to ja ci opowiem bajeckę! - proponuje Monsterino chcąc mnie udobruchać - tylko połus się na poduseckę, taaak, no dobze, i wskakuj pod cieplutką kołdelkę, ooo taaak, telaz mogę jus opowiadać - Monsterino kokosi się obok mnie

- A ja ci opowiem, jak działa helikopter - odzywa się Monster z pryczy obok

- Chwila - syczę - słyszałeś, że był pierwszy!

- Tak, ale ja ci muszę teraz powiedzieć, że helikopter ma taki mechanizm napędzający śmigło i on się rusza, śmigło się kręci, ramiona odpychają powietrze i tak unosi się helikopter do góry i jeszcze jest małe śmigiełko z tyłu, żeby zachować równowagę i nie kręcić się w kółko - wykrzykuje Monster na jednym oddechu. Niesamowite, jak działa świadomość, że w jakimkolwiek działaniu mógłby być nie-pierwszy.

O dziwo, Monsterino nie rzuca się na Monstera, nie wyzywa go od głupków i nie zakrzykuje jego wypowiedzi. Może dlatego, że też lubi helikoptery.

- A ja opowiem o misiacku - mówi spokojnie, gdy wyczerpany swoją wypowiedzią Monster w końcu milknie - Był sobie mały misiacek. Jego mama mówi: musimy iść na zakupy, a mały misiacek nie chciał iść na zakupy. I... i....i... - Monsterino wyraźnie się zawiesił

- I co było dalej??? - śmieje się Monster

- Nic. Koniec bajki - stanowczo stwierdza Monsterino

- Ojej, szkoda, że już koniec - przyznaję

- Nieeee, noooo jesce mama powiedziała: mój malutki misiacku, tak baldzo cię kocham! - podejmuje decyzję bajkopisarz

(Ostatnie zdanie jest zapożyczeniem z innej bajki o misiu, żeby nie było, że sam je wymyślił.)

- To ty jesteś takim malutkim misiaczkiem! - rozczuliła się na to Monsterówna

- NiE, NIE i jesce laz NIE! - zdenerwował się Monsterino Wielki - ja jestem jus duzym pedskolakiem, plawda mamusiu?


Ani chybi, wdrukowało mu się.





wtorek, 12 maja 2009
pod soczystym mango i złocisty słońcem



Żadne z Monsterów nie używa tak wyszukanego słownika, jak Monsterino:
- Proszę, wrzuć to do kartonu obok drzwi - wskazuję mu ręką
- Z najwięksą psyjemnością, mamciu - odpowiada Monsterino i to nie jest wyjątek, on tak już ma

- To było genialnie wyśmienite! - oblizuje się po zwyczajnej, codziennej, niezmiennej porcji płatków śniadaniowych

- Baldzo miałbym ochotę zlobić kupę - budzi mnie,jak się chwilę później okazuje, o 5:42

- Proszę Cię, bardzo, tam jest nocnik - chrypię, gdyż nagle moje gardło umiera, coś tam jest, co krwawi, gdy wydaję głos, ale nie wypada nie zachować uprzejmości w rozmowie z młodszym synem

Po weekendzie, który na szczęście wszyscy przeszliśmy zdrowo, tym razem Monsterównę zaczęło trzepać i boleć głowa. A Monsterino smarka, więc kaszle, bo to u niego natychmiastowa kolejność.

Monster, po pierwszej nocy przespanej w swoim pokoju wstał zadowolony. Wprawdzie musiałam go trochę naprostować, bo już chciał się zamykać przed Monsterinem, a uzgodniliśmy, że rozkładamy sobie przyjemność na raty i monsterinowy pokój czynimy w wakacje, zatem Monster przez te dwa miesiące musi przytulić Monsterina u siebie.

- Ale jak będę wychodzić do szkoły, to będę zakluczać drzwi i klucz chować do plecaka! - odgraża się Monster

Wiwat długofalowe planowanie!
Pojechaliśmy na rowerach przećwiczyć drogę do monsterowej szkoły - w miarę bezkolizyjnie się jedzie, a pan ochroniarz powiedział, że raczej będzie mógł zostawiać rower w szkole, więc wszystko dobrze się układa.
Monsterówna się boczy. Przed jej szkołą stoi stojak na rowery, ale nie jesteśmy przekonani, czy po 5 godzinach parkowania roweru, nawet zapiętego, przed szkołą będzie jeszcze co odpinać.



Monstertata stanął okoniem na moją propozycję czerwieni flamenco w holu. Że niby burdelowo by było. Pewnie suszone pomidory też nie przejdą, już raczej indiańskie lato.
W każdym razie w naszej sypialnio-gabineto-bibliotece będziemy żyć w soczystym mango z pasem meksykańskiego chilli, Monster pod złocistym słońcem, a Monsterówna w niezapominajkach.
Dla samych nazw farb warto przemalowywać mieszkania.


niedziela, 10 maja 2009
dzień dziecka awansem



Jako, że zwyciężyła koncepcja: "przeniesiemy się, a potem jakoś to będzie", to jesteśmy już na górze.
W sensie: my oraz chaos wokół nas.
Monstery same rwały się do noszenia, zatem hasłem przewodnim było "tylko bez pustych przebiegów" i dawaj, nosiły tobołki dół-góra, góra-dół.
Na pichcenie czasu za bardzo nie było, więc w ten weekend Monstery przyjęły uderzeniową dawkę fastfoodu.



Przy okazji koniecznych odwiedzin w naszym ulubionym sklepie meblowym zostały oddelegowane do ichniego przyzakładowego przedszkola.



Z Monsterinem były pewne kłopoty, bo 98 cm to on ma w butach, więc wszedł na styk i warunkowo, że z rodzeństwem.



Potem jeszcze tylko farby (na traktorach napis: "nie wchodzić, towar do sprzedaży" - przeczytałam Monsterom głośno, stwierdziły, że muszą wejść, by zdecydować, który kupić)



I znowu niezdrowo



I tak to leci.
Jutro, jeśli uda się skompletować każdemu członkowi rodziny czyste ciuchy, to wyjdziemy do instytucji edukacyjnych i pracy.
Wcale bym się za to nie zdziwiła, gdyby Monstery sabotażowały wyjście, bo obecnie stół to statek, liczne kartony to ściany warowne,  a poszukiwania zabawek czy młotka dla taty to dobra rozrywka.

Tylko Monsterówna troszkę co jakiś czas jęczy, że jest bezdomna, bo jej pokój jeszcze nie gotowy. A Monsterino wieczorem płacze, że chce iść spać do domu.
Ale co tam, damy radę.
Mantra rodziny wielodzietnej, nie tylko podczas remontu.



piątek, 08 maja 2009
kimś lub czymś




- Zobac, mamusiu, ja potlafiem fluwać - Monsterino zamachał energicznie obiema rękami jednocześnie podskakując jak piłeczka - a ty tak umies? umies tak, mamusiu, umies????

- Nie, ja nie potrafię tak długo skakać - powiedziałam zgodnie z prawdą myśląc, jak miliony rodziców przede mną, ileż to energii elektrycznej oszczędzilibyśmy podłączając Monstery do dynama

- Ja nie skakam, ja latam, jestem ptaskiem! - doprecyzował Monsterino - pats jak ja latam mamusiu, jak ptasek, ćwil, ćwil, latam chcem zialenka!

Kiedy zabroniłam Monsterinowi wydziobywać z podłogi to, co rozsypał jeszcze przy śniadaniu, trochę się zdenerwował, ale potem przyszedł do kuchni znowu. Tym razem na czworakach.

- Hau, hau, jestem pieskiem, das mi coś do misecki? Moze płatki?

- Jeśli jesteś pieskiem, to nie możesz mówić, tylko szczekać - wyjaśniłam - chcesz się napić? - zapytałam podchwytliwie

Monsterino pokiwał głową, pardon, łbem w odpowiedzi. Zębami wysunął szufladę i pochwycił miseczkę. Ręką, tfu, łapą wskazał, żeby mu w nią właśnie nalać wody, po czym ją rozchłeptał.

Do kuchni dowlókł się Monster z cierpiętniczym wyrazem twarzy. Monster od dwóch dni skarży się na ból głowy, a wieczorem gorączkuje. Coś go toczy, to pewne, a jak się jest po pięciu seriach dr. House'a, to taki zestaw symptomów może postawić włosy na głowie.

W każdym razie zmorzony bólem głowy Monster leży i przegląda książki. Monsterino dołącza, choć w zasadzie powinien chorego zostawić w spokoju.
- Pocytas mi! - proponuje Monsterino, a Monster... czyta. Natychmiast materializuję się w tle, żeby sprawdzić, czy nie zmyśla, ale nie, wolno, bo wolno, czasami literując i zatrzymując się na dwuznakach, czyta prostą książeczkę.
To, że czyta wyrazy wiedziałam od dawna, ale że całe zdania? Ale się kamuflował!

W międzyczasie Monsterówna odkryła przede mną jeden z powodów swojego permanentnie złego nastroju. Otóż, uważa, że jedna z jej najlepszych koleżanek w szkole się zmieniła, że na przerwie nie chce z nią bawić się i biegać po boisku, tylko biega...za chłopakami (co siostrze dwóch braci rzeczywiście może być trudno zrozumieć). W każdym razie poczuła się zmuszona do przyłączenia na przerwie do koleżanek, jak sama nazwała, "cichych, pilnych uczennic", które nie biegają i nie wspinają się na murki, gdyż, z sobie tylko znanych powodów, mamy im tego zakazały. No i męczy się Monsterówna.
Na pewno nie pocieszyły jej moje zapewnienia, że koleżankowa sytuacja ma to do siebie, że zmienia się jak w kalejdoskopie, ale nic innego, oprócz przytulenia, nie mogę zrobić. Ciężko, wszyscy wiemy, jak ważne są przyjaźnie.

A dzisiaj Monsterówna postanowiła sama pójść do szkoły.
Wprawdzie to blisko i tylko jedno skrzyżowanie ze światłami, ale i tak byliśmy w strachu.
(- A czarna wołga? - zapytał monstertata, gdy mu powiedziałam, co planuje Monsterówna)

- Wiem, wiem, wszystko wiem - zniecierpliwiła się Monsterówna, gdy przypomniałam jej, żeby nie rozmawiała z nieznajomymi, uważała, nawet na zielonym świetle, bo tam auta z czerwonym mają zieloną strzałkę (mamo, one ZWALNIAJĄ przed pasami!) - wariaci mogą się zdarzyć, żeby pod żadnym pozorem nie wsiadała do żadnych samochodów.

Teraz dopiero poczułam, do czego może być potrzebna Monsterównie komórka. Doszłaby (Monsterówna, nie komórka) do szkoły i zadzwoniła, że już jest. A tak do popołudnia
 (I  chcę wrócić też sama!) nie będziemy wiedzieć, czy wszystko poszło dobrze.

Przy tych wszystkich macierzyńskich stresach, nawet wezwanie do Urzędu Skarbowego w celu złożenia wyjaśnień nie podwyższa mi ciśnienia.



czwartek, 07 maja 2009
i co by tu jeszcze wyremontować



Zaprzyjaźniona matka szóstki dzieci między wierszami kiedyś przyznała, że przy takiej skali nie jest się uzależnionym od humorów jednostek, bo zawsze któreś z gromady ma akurat dobry okres rozwoju oraz nastrój i jest się czym pocieszyć.
Nie chciałam w to wątpić, ale sami powiedzcie, jest mimo wszystko statystyczna możliwość, że akurat cała szóstka będzie po ciemnej stronie, prawda?

Bo nawet przy trójce generalnie nastroje się rozkładają i średnia wychodzi w miarę, ale ...





są takie dni w tygodniu, kiedy, no nie osiągamy, łagodnie mówiąc, zachwytów i szczytów formy.

Monsterino dodał do zwyczaju wieczornego nowy, irytujący element.
Nadal jest mycie, czytanie, wybór "ale już ostatniej książeczki" i "absolutnie najbardziej ostatniej książeczki", a potem gaszenie światła. I tu włącza wyjca, pt.: JA NIE CHCĘ SPAĆ! I im bardziej ziewa i zamyka oczy głosząc powyższe hasło, tym ono głośniejsze jest. Niby ok, wszystko byle by przy którymś głębszym oddechu na "nieee chceee" w końcu zachrapał.
Doprawdy nie ma czym się denerwować. Dlaczego zatem, żeby znieść ten zwyczaj muszę przenosić się do mojego happy place i mruczeć om'y?

Monster pierwszej nocy z powrotem w domu pytał, ile dni do wakacji, ale potem z przedszkolem byli na kortach tenisowych i teraz pyta, kiedy pojedzie na lekcję tenisa.

Po spotkaniu z bramkarzem Lecha pyta, kiedy WRESZCIE pójdzie na mecz (nie wystarczy, że słychać z ogrodu, gdy ten mecz rzeczywiście się odbywa?)

W piątek jadą na trening piłki nożnej, to pewnie mu się zmieni pytanie. (czy czuję ból, że po wczorajszej wizycie w teatrze nie ma pytań, kiedy zacznie grać w kółku teatralnym, no nie, nie czuję).


Monsterówna definitywnie żegna się z różem w swoim pokoju i widać, że dojrzewa, bo coraz głębiej do pudeł pakuje swoje lalki.
Aczkolwiek nie mówi jeszcze, żebym je wzięła dla biednych dzieci, ewentualnie dla swojej ewentualnej młodszej siostry.
Choć w sumie stwierdziła, że na następny wyjazd zabierze tylko zeszyt, piórnik, książki i... lakiery do paznokci.
I że potrzebna jej większa walizka.
Acha. Doszłam do wniosku, że jednak przeczekiwanie wybuchów Monsterówny dobrze jej nie czyni. Bo może z nich wyrosnąć, bądź nie. I jednak moim, naszym obowiązkiem (bo niezależnie doszliśmy z monstertatą do tego samego wniosku) jest wskazanie jej sposobu na radzenie sobie z przeciwnościami losu, pokazanie jej, że problemy można wartościować i relatywizować. Że to jak z alergią jest, organizm mobilizuje się do walki wyciągając armatę na komara.

Bo niby też co nam szkodzi, gdy Monsterówna budzi się z krzywą miną i kładzie się spać z takową? Jej mina, jej sprawa. No, ale ona epatuje swoim humorem w domu i zagrodzie, trzaska drzwiami, prycha, parska i odpowiada półsłówkami. I z drugiej strony cała reszta rodziny też ma prawo do życia w miłym otoczeniu, a nie do ciągłego zastanawiania się, jakiż to groch urazi tym razem księżniczkę...


Moja recepta na obecny czas chaosu i życia między piętrami to zen, złapanie big picture i wizualizacja poremontowego i poprzeprowadzkowego stanu zamieszkania.
Jako, że jak zwykle, co nas nie zabije, to nas wzmocni.





środa, 06 maja 2009
ile dni




W moim rankingu najmniej lubianych elementów wyjazdów wszelakich, rozpakowywanie toreb po wyjeździe zajmuje czołowe miejsce. Bo to zawsze depresyjnie wygląda - cały hol zawalony brudnymi ciuchami, chaotyczne wypychanie kolejnych tur do pralki, jęk Jej Wysokości Automatycznej, wyciąganie, suszenie, prasowanie, upychanie do szaf i da capo al fine.

No i jeszcze pakowanie się przeprowadzkowo jest radosne wielce. Niby czemu nie zrobić tego jednocześnie? Zatem w tym tygodniu mamy i to i tamto w menu. Nie, żebyśmy jakieś robactwo mieli w tyłku, że nie możemy w jednym miejscu usiedzieć (albo mamy ADHD, jak to sugeruje Zimna Ciotka), ale tak musi być, że tym razem w pionie się przeprowadzamy. Co nie zmienia zakresu do ogarnięcia w kartony.

Po zapakowaniu jedenastu kartonów po Piotrze i Pawle (się gromadziło zawczasu, to się ma) książkami, spoglądając na nadal pełne regały można się załamać.
Zresztą o samym pakowaniu książek można historię (z histeriami) napisać. Szczególnie z górnych, rzadko używanych półek wyciągam zakurzone skarby. Normalnie slajdy, krótkie i długie metraże mi się przed oczami wyświetlają. I jak tu się pośpieszyć!
Monstery też przysiadły przy swoich i odłożyły całą górę tych do przeczytania, bo się im przypomina. A z półek nie ubywa.
Monstery dokonują też segregacji zabawek na te bez których dadzą radę wytrzymać jakiś czas (zależy, ile czasu nam zajmie dokopanie się do nich po przeniesieniu) i na te, które muszą być pod ręką.
Wychodzi na to, że mają ogromne ręce...

Pakowanie nie jest najgorsze, najgorsze jest podjęcie decyzji, czy coś jest w ogóle WARTE pakowania. Przeprowadzka to świetna okazja do naturalnej selekcji, a z tym jest ciężko, bo a nuż kolorowy sznurek lub błyszcząca wstążeczka dadzą się wykorzystać do prac ręcznych. Nie mówiąc już o innych przydasiach.

Lekką ręką otworzyłam sobie  front robót na najbliższe pół roku....
a majówka?

a dziękuję. bardzo dobrze. Było, szybko minęło i do roboty.

tymczasem las zieleniał



a piasek grzał


Tylko o tej porze roku tak pachnie w lesie i w ogrodzie. A zieleń jest taka soczysta i świeża.


Monster obiecał, że mi policzy, ile dni do wakacji. Tyle, że nie uzgodniliśmy, czy do jego, czy moich....




Archiwum
do Monsterowa tędy