środa, 31 maja 2006

Dzieci w przedszkolu bawią się w rodzenie dzieci. Dziwnym trafem, choć chyba większość matek urodziła w sposób naturalny - dzieci robią sobie operacje cesarskiego cięcia.
Monsterówna w domu upewnia się, czy ona nie będzie cięta.

- Nie będziesz, nie będziesz. Przecież tyle razy Ci mówiłam! - niecierpliwię się

- Ale ja nie wiem, gdzie jest ta dziurka, nie mogę jej znaleźć - po raz kolejny wypróbowuje moje opanowanie córka

- Znajdziesz, jak będziesz na tyle dorosła, by mieć dzieci - udzielam odpowiedzi, nie wiem, czy takiej, jakiej powinnam, ale wizja Monsterówny poszukującej w przedszkolu wraz z innymi dziećmi odpowiedniej do wydania na świat dziecka dziurki nie wydaje mi się zbyt zabawna.

- Kiedy my będziemy mieć wreszcie tego naszego dzidziusia. Wszyscy w przedszkolu już mają! - jęczą Monstery, a mnie szlag trafia, że nawet własne prywatne rodzeństwo nie daje spokoju Monsterinowi

- Dzidziuś wyjdzie, jak będzie gotowy - mówię i wcale nie jestem zdziwiona, gdy pada naturalnie kolejne pytanie: kiedy będzie gotowy...

- To on będzie wielki! - konstatuje Monsterówna - większy niż Weronika!

- Oby nie... - jęczę. Weronika - młodsza siostra koleżanki Monsterówny z przedszkola urodziła się 10 dni po terminie z wagą 4.370g.

Monsterino musi urodzić się mniejszy, bo nie zmieści się w swoją przyszłą najmniejszą koszulę w kratę w rozmiarze 56.

Poza tym Monsterównę nurtuje zagadnienie, czy gdy już Monsterino się urodzi, to czy będę ją odprowadzać na balet z Monsterinem. I czy Monsterino będzie jeździł z nami na basen.

- A jak tam będziesz jeździć wózkiem, bo tam są schody? - pyta Monsterówna całkiem słusznie

- Będę wnosić wózek po schodach - od razu odpowiadam, bo też już o tym myślałam

Takie będziemy mieć rozrywki.

poniedziałek, 29 maja 2006
środa, 24 maja 2006

Bardzo przyjemnie nam się zrobiło, gdy zostaliśmy zaproszeni na zebranie do nowego przedszkola Monsterów. Troszkę dziwne wydało mi się, że dni adaptacyjne odbędą się w maju, a nie w sierpniu, bo nie jestem pewna, czy od maja do września nowe trzylatki będą kojarzyć przedszkole, ale z drugiej strony dzieci pamiętają bardzo dużo.

Na zebraniu dyskutowana była rutyna przedszkolna i  przygotowanie trzylatków do życia w gromadzie, co akurat my już przeszliśmy, ale każde przedszkole ma swoje zwyczaje i oczywiście chciałam je poznać.

Potem był czas na pytania i tu okazało się, że chyba jestem upierdliwym rodzicem. Zadałam bowiem pytanie, czy napoje, które dzieci dostają w przedszkolu są słodzone. Okazało się, że tak, nawet mleko, bo inaczej "nie schodzi". Była kiedyś woda, ale nie schodziła, i <pani rozumie> mamy taką mają stawkę żywieniową, nie można marnować jej na coś, co nie schodzi. A dzieci są przyzwyczajone do słodkich napojów w domu, to nie chcą niczego innego pić.

Tylko krótko powiedziałam, że Monstery nie są przyzwyczajone, stąd moje pytanie i że przecież niczego nie zarzucam, tylko pytam o możliwości. No bo skoro myją zęby tylko po śniadaniu (bo gdyby po każdym posiłku, to cały dzień spędzałyby w łazience - to są słowa pani), to już widzę tę galopującą próchnicę, zwłaszcza, że na podwieczorek też jest zawsze coś słodkiego.

- My też piliśmy słodkie i nic się nie stało - rzuciła jakaś mama z końca sali, której ciało rozlewało się na małym krzesełku (stanu zębów jej nie sprawdziłam, ale skoro badania mówią, że 90% polskich sześciolatków ma próchnicę, to coś w tym jest).

Nie, nie rzuciłam tej pani w odpowiedzi, że to widać, że nic się nie stało...

Nie powiedziałam też, że przedszkole jest po to, by kształtować prawidłowe nawyki i ma swoje zwyczaje, do któych musi przyzwyczaić się dziecko, a picie wody mogłoby być takim zwyczajem.

Nie powiedziałam tego, a może powinnam. I tak czułam, że to jest MÓJ problem, a nie innych rodziców na sali.

To samo było z zajęciami dodatkowymi, których przeciwniczką dla maluchów jest pani dyrektor (przedstawiła podstawy teoretyczne na ten temat, więc była przygotowana). Nie przyznałam się, że Monstery lubią zajęcia dodatkowe i ciągle mają ochotę na nowe.

Poza tym - to bardzo fajne przedszkole, mimo wszystko.

piątek, 19 maja 2006
środa, 17 maja 2006
poniedziałek, 15 maja 2006

Och, nigdy nie miałam złudzeń, że Monster będzie zupełnie niezazdrosny o młodszego brata. Monsterówna już doświadczona w temacie młodszego rodzeństwa jest, poza tym jest w końcu starsza i dojrzalsza. A Monster niby też doświadczony - w końcu nigdy nie był samotnym jedynakiem, no ale wydaje się, że coraz bardziej zdaje sobie sprawę, że w końcu Monsterino zmieni miejsce zamieszkania i chyba coś mu świta, że kolana Monstermamy mogą być czasowo niedostępne.

- Cy Teodol się telaz lusa? - pyta Monster i kłuje brzuch, by wywołać wybrzuszenie, które go intryguje - Lusa się, lusa - cy ten bzuch pęknie w końcu i on wyjdzie? - inwestyguje, ale na szczęście Monsterówna wybawia mnie z opresji

- Oj, Robert, przecież dołem, dziurką taką specjalną wyjdzie, nie pamiętasz - przynosi książeczkę z odpowiednimi ilustracjami.

Monster żąda demonstracji, udaje mi się zmienić temat, ale i tak Monsterino zostaje jeszcze ogłuszony wrzaskami Monstera "do brzucha", który go w ten sposób straszy.

Na moje pytanie, dlaczego, odpowiada, że tak się z nim bawi. Oj, Monsterino - przeczołgany będziesz przez swojego starszego brata, tak czuję.

Ale nadal twierdzę, że trzy lata różnicy pomiędzy kolejnymi dziećmi to całkiem dobry rozrzut - pod warunkiem, że starsze chodzi już do przedszkola, nie choruje i ma swój własny świat, kolegów i zajęcia.

I jeszcze na koniec pytanie Monsterówny:

- Mamusiu, czy jak pójdziesz do szpitala urodzić Teodora, to weźmiesz telefon?

- Tak - odpowiedziałam, wzruszając się w duchu, że córka będzie nawet przez te parę dni kontaktu z matką potrzebowała

- Bo wiesz, wtedy będziesz mogła zadzwonić do mamy Marysi i my się umówimy na tym placu zabaw z drabinkami - pozbawiła mnie złudzeń Monsterówna

piątek, 12 maja 2006

- Mamuś, czy ta pani to jest twoja znajoma czy przyjaciółka? - zapytała Monsterówna, gdy skończyłam rozmowę z sąsiadką

(Boże, córko, czy nie możesz zadawać łatwiejszych pytań, np.: o koszty niebędące kosztami uzyskania przychodu?)

- Hmm, eeee - zacukałam się na dłuższą chwilę - raczej znajoma, chyba...

- Bo wy macie tyle znajomych, a ja nie - zasępiła się Monsterówna

- Och, ty masz tyle samo znajomych, co my - znasz przecież tych wszystkich sąsiadów, a poza tym masz znajomych w przedszkolu - zaczęłam, ale Monsterówna przerwała:

- Nie, w przedszkolu mam koleżanki i kolegów i... jest mój Adam - rozmarzyła się Monsterówna, a ja pominęłam "mojego Adama" milczeniem.

Monsterówna biegała chwilę po placu, ale zaraz wróciła, bo właśnie minął nas sąsiad z mieszkania obok, który nigdy nas nie zauważa, a któremu Monsterówna powiedziała dzień dobry:

- A wiesz.. dlaczego ten sąsiad, ten, co tu przeszedł (tu niedyskretnie wskazała palcem) to nie jest nasz znajomy? Ja go znam i powiedziałam dzień dobry, a on nie mówi dzień dobry? 

I co ja mam mojej córce powiedzieć? Że jak ten sąsiad widzi innych sąsiadów, to odwraca wzrok i stara się, jak tylko może unikać bezpośredniej konfrontacji i że jest albo chorobliwie nieśmiały, albo po prostu gburem niewychowanym jest? Co ja mam Monsterównie powiedzieć?

Bo ja nie wytrzymuję i zawsze pierwsza temu sąsiadowi mówię dzień dobry. A on wtedy albo odburkuje (gdy już wyjścia nie ma), albo odwraca głowę i wymyka się chyłkiem.  

wtorek, 09 maja 2006

Dzieci są różne i to jest truizm. Ale gdy Monster wskakuje mi rano do łóżka, przytula się i mruczy do ucha: "kocham cię baldzo mocno, a  ty mnie?", a później sapie, gdy mu odciskuję moją miłość i nie miną trzy sekundy, gdy wciska mi boleśnie palce w policzki mówiąc: "a telaz lobimy głupie miny" i boksuje, niby tak z miłości, to nie mogę się oprzeć stereotypowi, że facetom to jednak bliższe są końskie zaloty niż babkom.

Bo Monsterówna eterycznie spływa z piętra swojego łóżka, niezauważalnie, prawie niematerialnie materializuje się na 10 cm wolnej jeszcze przestrzeni pomiędzy mną i Monstertatą, przytula się tak delikatnie, że jej prawie nie czuć i... nic nie mówi, bo co tu mówić, gdy wystarczy być.

Co nie przeszkadza jej krzyczeć na podwórku aż do ochrypnięcia i kopać girami w nocy, by skopać jakikolwiek koc lżejszy od mgiełki.

W tym czasie Monster musi być otulony szczelnie, bo tak mu dobrze.

Różne są dzieci, bardzo różne. I niby nie ma to związku z płcią. Ale gdy w mieszanej drużynie Tygrysków grających w piłkę przegra facet, to od razu ryczy, wali głową w mur, a w najlepszym razie stwierdza, że on się już nie bawi. Dziewczętom jakoś łatwiej znieść porażkę akurat w tej dziedzinie. Za to, o czym już pisałam - Monsterówna tak samo przeżywa każdy błąd w balecie.

Czyli każde dziecko reaguje tak samo na porażki w dziedzinach, na których im najbardziej zależy. Przy czym - dziedziny płynnie się zmieniają, a i reakcje także - w zależności od wieku, dojrzałości, możliwości. Nie da się uogólnić, zaklasyfikować raz na zawsze, ustalić zasady i metody postępowania i spokój mieć. Co się jeden problem wychowawczy rozwiąże, to pojawia się następny. I znowu trzeba szukać.

Nic stałego. I to jest największy truizm.  

niedziela, 07 maja 2006
piątek, 05 maja 2006
czwartek, 04 maja 2006

Wiadomość spadła na nas jak grom z jasnego nieba parę godzin przed wyjazdem na majówkę.

Być może byłam zbyt pewna siebie, ale sprawę przedszkola uważałam za odfajkowaną w ściśle zapełnionym terminarzu prac do wykonania przed narodzinami Monsterina.

A tu szok: Monstery na liście rezerwowej, bo nie zwolniło się miejsce w pięciolatkach, więc Monsterówna się nie dostała, a pani dyrektor ze zrozumiałych względów nie chciała dzielić rodzeństwa.

Ponieważ po rekonesansie w nowej dzielnicy (bo stąd całe przenoszenie Monsterów do nowego przedszkola), opiniach szeptanych drogą towarzyską oraz szeroko głoszonych na forum wybrałam przedszkole, które spełniało idealnie wszystko to, czego chciałam dla Monsterów, nie uzwględniłam żadnej rezerwy. Żadnego planu B. Jak nigdy. Pełen optymizm.

A tu klops.

W czasie majówki Monsterrodzice opracowali Plan. Bo przedszkole dla Monsterów, to dla nas być albo nie być od września, a z drugiej strony aż tak zdesperowani nie jesteśmy, żeby wstawić Monstery gdziekolwiek. Ponieważ pani dyrektor nie pozostawiła złudzeń, że miejsce może się zwolnić (to znaczy zwolnić może się zawsze, ale my nie możemy czekać do października czy stycznia), ustaliliśmy Priorytety. Priorytet pierwszy to była wielkość przedszkola (że małe, a nie standardowa w Poznaniu setka lub ponad dzieci), priorytet drugi - brak leżakowania. Z priorytetu trzeciego, czyli angielski codziennie, drużyna piłki nożnej + basen zrezygnowaliśmy mając świadomość, że znowu, kolejny rok, będziemy taksówkarzami dla Monsterów i zajęć dodatkowych nie przerzucimy na przedszkole (a mieliśmy taką chęć).

Odstawiwszy zatem Monstery do obecnego przedszkola ("niech idą, póki mają dokąd" - zażartowaliśmy wisielczo), pojechaliśmy w objazdówkę.

I gdzie wylądowaliśmy?

W dawnym przedszkolu Monstertaty.

Pierwszy priorytet zapewniony z naddatkiem, pięć minut drogi od domu, najmłodsza grupa wycisza się na leżakach, ale nie ma przymusu spania (uff!), tylko czytanie bajek. Nie ma tylu zajęć dodatkowych, ilu w przedszkolu wzorcowym. Ale jest o wiele fajniejsza pani dyrektor, która widać, otwarta jest na sugestie rodziców. No i okazało się, że znajomi też tam posyłają dzieci, więc towarzysko też nie będzie źle.

Oczywiście, czy dobrze zrobiliśmy wyjdzie w praniu. Znowu trzeba będzie zrobić harmonogram codziennych popołudniowych dojazdów Monsterów w odległe miejsca Poznania na zajęcia dodatkowe, uwględniając, być może, obecność przy tym wszystkim Monsterina. Ale czy ktoś obiecał, że w życiu ma być wszystko łatwo i bez wysiłku?

Archiwum
do Monsterowa tędy