poniedziałek, 29 kwietnia 2013
majówka na smyczy

 

Samodzielnie Monsterino [bez wysiłku wywijając odnóża w kwiat lotosu] czyta przygody Ninjago, ale wieczorami zanurzony jest od kilku ostatnich tygodni w tematach psich (z małym wyjątkiem Przygód Marka Piegusa, które prezentuje szanownemu monstergronu monstertata). Wintera - pamiętnika grzecznego psa nie lubię i nie polecam - uważam jego przygody za nieśmieszne, lub śmieszne w stylu Benny Hilla - niektórzy lubią, ja nie. Jedyny grymas, który ta książka wywoływała na mojej twarzy, to zgroza.  Nie bawi mnie, w dobie dzieci pogryzionych przez grzeczne psy puszczone luzem, adnotacja, nawet jeśli to z pozycji psa jest, że pan w lesie tak się przestraszył pędzącego zwierza postury wilka, że spadł z konia. Litości. Monstery się dziwiły, jak ludzie mogli na takie wiele psu pozwolić, ale same doszły do wniosku, że to nie pies jest winien, tylko niemądrzy właściciele. Więc jeśli kogoś bawią takie historie, to zapraszam.

Za to naprawdę dużej klasy lekturą jest Sposób na Elfa - Marcina Pałasza. ABSOLUTNY must have! Jest ciepła, dobra, wskazująca dobre wzorce (w przeciwieństwie do Wintera) - bardzo szczęśliwie było nam z nią przez kilka wieczorów, teraz z niecierpliwością czekamy na paczkę z częścią drugą.

Za to jeśli chodzi o Ulyssesa Moore'a, to jesteśmy zabezpieczeni na kolejne miesiące. W międzyczasie Monster ma "Charliego i fabrykę czekolady", a Monsterówna Czarodziejski Ogród, i jakoś to im idzie. Monster też chwali "Czerwoną kartkę dla Sprężyny" Jacka Podsiadło, ale czyta mu się to ciężko, bo małym druczkiem. No, cóż. Nie zawsze mogą to być bukwy jak w elementarzu.

***

A oto praca, która dała Monsterównie pierwszą finansową gratyfikację w życiu - karnet na Termy Maltańskie za 3 stówy! Teraz musimy prosić Monsterównę, żeby nam fundowała wyjście:)

To jest projekt maskotki dla miejscowej drużyny piłki wodnej.

Monster otrzymał wyróżnienie.

Też się ucieszył.

A Monsterino nie miał ochoty wziąć udziału, więc potem żałował.

Efektem ubocznym nagrody jest konieczność wykorzystania karnetu do lipca, więc zapraszamy Cię, drogi Monsterdziadku, do Poznania - bo niestety ja nie jestem kompanem Monsterów na rurach.

Musieli przyznać się ratownikowi, że ich opiekun(ka) pławi się w jakuzzi, zamiast doglądać zjeżdżających. Oraz, że owszem mają ponad 16 lat. Wspólnie.

czwartek, 25 kwietnia 2013
zoologicznie

 

W tym tygodniu klasa Monsterina rozpracowuje wagę szalkową.

To, że akurat nie ugotowałam ostatnich pięciu ziemniaków było łutem szczęścia, bo akurat okazały się potrzebne i nie trzeba było jechać natychmiast do sklepu, czego Monsterino w gruncie rzeczy bardzo żałował, jako że wraz z wiosną nastał był zwyczaj zajadania lodów przy okazji bytności w sklepie.

Wykazał się też Monsterino szaloną przebiegłością, ponieważ, gdy pani zapowiedziała,że w dniu następnym PRZED wejściem do klasy na lekcje odbędzie się ważenie tornistrów, Nasz Szczwany Lis pobrał z szafki dzień wcześniej WSZYSTKIE książki, ćwiczenia oraz pudło plasteliny, po to by skoro świt ustawić się z najcięższym tornistrem w klasie. 5 kg. Rekord. Oto, jakie ma parcie do zwycięstwa...

Tymczasem w szkole finiszuje konkurs na zdjęcie zwierzaków i kółko fotograficzne wraz z Monsterem wybrało się do Zoo. Reszta Monsterów nie mogła być gorsza i zamiast kółka zabrała matkę (za kółkiem).

Jak im wyrwałam aparat (bo w końcu, to oni robili zdjęcia), to mnie jednooki orzeł chciał zaatakować.

- Słonie urosły od naszej ostatniej wizyty - ocenili. (no tak, doliczyliśmy, że to trzy lata temu było!)

Po skomasowaniu konkursów w zeszłym tygodniu, kiedy to i angielski (łatwy) i niemiecki (supertrudny) pisały Monstery w JEDNYM dniu, wydawało się, że to koniec nerwów. Ale nie - jeszcze akademie ku czci, witanie przemówieniem delegacji (? - Monsterówna nie potrafiła wytłumaczyć, kogo dokładnie,ale burczała tak strasznie, że znowu na galowo, że wolałam nie dociekać). Jedynie szczęście uśmiechnęło się do Monsterówny, bo NIE dostała się do kolejnego etapu dyktanda, co uwolni ją od kolejnej wycieczki z Panią Od Polskiego (choć tym razem pani akurat nie pomyliła dnia ani godziny, a nawet poczęstowała swoje uczennice wafelkami, co trochę udobruchało Zbuntowaną Ortomistrzynię).

Majówka będzie treningowa, zatem pozostają nam w tym roku wycieczki w okolice hali sportowej. Ale Monsterówna W OGÓLE się nie buntuje przed tym. Co więcej - jak przychodzę od czasu do czasu pod koniec treningu - widzę, że już prawie wszyscy skończyli, jej koleżanki już poszły, albo się przebierają, Monster odrabia lekcje na krzesełku czekając na siostrę, a ta skacze i skacze i znowu skacze. Już nawet trener ją wygania.

To musi być pasja w takim razie.

 

czwartek, 18 kwietnia 2013
chmury

 

Nie od dzisiaj wiadomo, że Monsterówna rano ZAWSZE wstaje w nastroju nieprzysiadalnym. Bez kija nie podchodź. No chyba, że to jest 11 rano.

W każdym razie skoro świt ma wykrzywioną twarz oraz burczy, ale nauczyłam się nie brać tego do siebie i usuwam się z drogi. No i to działa. Jak w końcu przeżuje śniadanie i ubierze buty (chyba, że się zerwie sznurówka, ale to wypadek losowy) jakoś wychodzi na prostą.

Natomiast w ten piękny poranek osiągnęliśmy szczyty dobrego humoru.

Gdyż zdała sobie sprawę, że to jest ten właśnie dzień, kiedy jedzie z panią polonistką na rejonowy etap konkursu orto i musi z tej okazji wdziać na siebie nie conversy i rurki tylko balerinki i wykrochmaloną bluzkę. I jeszcze górny guziczek od galowego sweterka nie chciał się zapiąć! TRA-GE-DIA!

No i chciała same skarpetki ubrać, bo jak policzyła, że w międzyczasie z cienkich rajstop będzie się 4 razy przebierać (bo akurat i WF dzisiaj przypada i akro), to wpadła w furię.

To, że Monsterówna tak się rzucała, to jakoś było zrozumiałe. Konkurs, a w dodatku sprawdzian z matmy i z przyrody. Ciężki dzień.

Ale jak z pokoju monsterchłopców doleciały do mnie śmignięte w dzikiej furii gacie, bo Monster wrzeszczał, że te już są za małe (jakby nie mógł kroku do komody zrobić i wyciągnąć inne) i jak Monsterino zdał sobie sprawę, że dziś CZWARTEK, a on po pierwsze primo nie może znaleźć skarpetek z napisem Thursday a po drugie primo on nie chce iść do szkoły w czwartek bo rano nie ma świetlicy, a on chce świetlicy (w poniedziałek ryczał, że on nie chce świetlicy w poniedziałek tylko dodatkowe treningi akro, jak starsi), to nie wytrzymałam.

- TO WY SOBIE IDŹCIE SAMI, MAM DOŚĆ - wrzasnęłam - JADĘ DO PRACY.

Tak sobie ta groźba podziałała, bo odwrzasnęli, że też idą i w ogóle, o co mi chodzi.

Ale i tak się wyjątkowo długo wybierali, że się pospóźniali. Bo krótsze spodnie, najlepiej takie jak na wf albo plażę, bo czegoś tam jeszcze nie wzięli. A w połowie drogi Monsterino zreflektował się, bardzo zestrachany, że zapomniał pióra.

Sądny dzień.

A swoją drogą, gdy się w końcu wytarabaniliśmy z domu, Monsterówna z pewną taką nieśmiałością przyznała, że napisała kwalifikacyjny test z ortografii jako jedyna bezbłędnie i dlatego jedzie na ten regionalny etap i ona zupełnie nie wie, jak to zrobiła, z interpunkcją, że CHYBA nie ściągała, bo od kogo.

Boże! Jak ona taka do bólu uczciwa się uchowała? To mi przypomina, gdy się zastanawiała, czy aby nie oszukała, kiedy na teście z angielskiego zapomniała, jak się pisze jesień, ale zorientowała się, że to słowo zostało w innym kontekście użyte, w zdaniu, które miała w kolejnym zadaniu przetłumaczyć na polski, więc "ściągnęła" słówko z tamtego polecenia. Długo jej tłumaczyłam, ale nie wydawała się przekonana, że na tym polega spryt i inteligencja.

Coś, co Monsterowi przychodzi naturalnie, bez zająknięcia.

Tłumaczy to, dlaczego Monster przeważnie nie ma żadnych zadań domowych, bo zdąży albo jeszcze w klasie odrobić, albo gdzieś w międzyczasie, a Monsterówna od pierwszej klasy przeważnie MA zadania domowe, bo przecież zadania DOMOWE robi się W DOMU, a nie w szkole (bardzo powoli jej się to zmienia - gdy odrobiła coś w trakcie kolejnego bezsensownego monologu pani od polskiego to miała poczucie winy, gdy czytała lekturę na lekcji wychowawczej, w czasie gdy mieli się zająć DOWOLNĄ CICHĄ CZYNNOŚCIĄ to czuła się rewolucjonistką, buntowniczką oraz wywrotowcem, czyli nastolatką po prostu.)

środa, 17 kwietnia 2013
nareszcie

 

Tytuł wpisu o dziwo nie odnosi się do tygodniowej delegacji monstertaty (że juhu - chata wolna), tylko do słońca, które wychynęło zza chmur, więc nareszcie mogliśmy pojechać na piknik.

Śmigaliśmy w korku na drodze rowerowej, bo wszyscy rowerzyści z okolicy mieli dokładnie ten sam pomysł.

Po drodze okazało się, że Monsterino w ogóle nie wyobraża sobie innej opcji pikniku jak ta z konsumpcją truskawkowego danio XL. Monster dodał do tego chrupki chlebek, a Monsterówna banany, zatem moje zapasy, czyli butelka wody i jabłka wydały się mało atrakcyjne przy tych potrzebach.

Chyżo, jak już wyprzedziliśmy dziesiątki niedzielnych kierowców, zajechaliśmy (chłopcy z piskiem opon) pod sklep. Reszta peletonu także, bo to najbliższy lasu sklep był.

Strategicznie rozplanowaliśmy inwazję: Monsterino serki, Monster chlebek i banany, a Monsterówna miała zadanie specjalne namierzyć mokre chusteczki do rąk, bo przez zimę odzwyczaiłam się zupełnie od pakowania plecaka na wyjazdy plenerowe i z wielkim zażenowaniem przyznam, że nie zapakowałam.

Ustawiłam się w ogonku do kasy, gotowa w każdej chwili przeskoczyć do tej, która przesuwałaby się szybciej.

Poszło nam zadziwiająco szybko - Monstery okazały się zgraną drużyną shoppingowiczów. No i na miłe zakończenie czekania do płacenia wybieraliśmy tę jedną, najbardziej żujną, odświeżającą i balonową gumę. Udało się, a wtedy Monsterino pokazał na jeszcze jedno przykasowo ustawione opakowanie z truskawką.

- A to też gumy truskawkowe? - zapytał wskazując na prezerwatywy z truskawką

- Prezerwatywy - przeczytała Monsterówna, choć wysyłałam sygnały oczne

- A co to jest? - zainteresował się Monsterino

- Ja wiem - na ochotnika zgłosił się Monster

Wykonałam klasyczny manewr odwracający uwagę, w stylu - "zobaczcie, drogie dzieci, czy nam nie kradną rowerów" oraz "to mu wytłumacz przed sklepem, bo tu DUSZNO".

Monstery z pewnym ociąganiem i z widoczną dezaprobatą dla moich jawnych uników wyszły.

Gdy w końcu wyskoczyłam przed sklep okazało się, że po temacie nie ma śladu, obok zaparkował rower-biedronka, a na parkingu jakaś superfura, więc mogliśmy spokojnie wrócić na ścieżkę ku świeżemu powietrzu.

*

W lesie było pięknie! Ciepło, zielono i głośno od ptaków. Trochę tłoczno - ale Monstery crossowo wykorzystywały nieliczne wzniesienia, a także, wspominały (niech ci, tato - smutno nie będzie - byłeś wspominany!) jak to taką specjalną, krętą dróżkę im tato kiedyś pokazał.

- Taką bardzo wąską, wiesz? - Monsterino ze dwa razy pytał, czy na pewno wiem, o którą chodzi - taką pomiędzy drzewami!

Tak jakby w lesie były jakiekolwiek inne dróżki.

A przecież mnie też kiedyś dokładnie tą wąską dróżką monstertata poprowadził...;) Więc wiedziałam. Monstery zadowolone.

A do rozmowy o prezerwatywach wróciliśmy objazdem.

Napomknęłam tylko, że na prezerwatywy mówi się też gumki. I wtedy Monsterówna zajarzyła.

Gdyż

napisała w piątek do mnie sms'a, gdy miałam dowieźć jej plecak na wyjazd na zawody.

Brzmiał:

"zapakuj mi gumki".

 

A tu Panna-Awansowaczka do finału na chilloucie weekendowym - co drugi paznokieć inny


 

 

piątek, 12 kwietnia 2013
kwiecień miesiącem konkursów

 

Monstery wracają ze szkoły z kolejnymi terminami eliminacji, zawodów i następnych etapów konkursów ze wszystkiego, co się da.W kalendarzu czarno - nie sprawdza się już taki ścienny - za mało miejsca, trzeba by flip-chart albo tablicę wynieść na strategiczne miejsce domu (przy lodówce) i robić kolejne tabele i zestawienia. Na razie zarządzam karteluszkami porozsiewanymi wszędzie.

Zaczynając od pierwszoklasisty - konkurs pięknego czytania ma być (oficjalnie nic nie wiem, nieoficjalnie Monsterino przekazał newsa i sam z siebie ćwiczy czytanie, cokolwiek miałoby zatem się dziać - jest gotowy). Monstera jedynym stresem jest język polski. Stara się jak może, żeby surowe oceny z prac klasowych nadrobić aktywnością. I jak na razie na każdą dwóję przypada piątka, więc jest w tym dobry. Wiadomo, że kuleje z tą swoją ortografią, a tu młodszy brat już mu depcze po piętach, bo posiadł świeżutko właśnie znajomość różnych ż i rz i nie waha się jej użyć w stosunku do czasem (a może częściej niż czasem) dokuczliwego brata.

- Mam dla ciebie zagadkę - woła do Monstera - jak się pisze "żularz"?

- Co? Co to ma być?

Zupełnie niezniechęcony Monsterino brnie dalej:

- "Żonkil żuje żółtą żabę" - możesz tak napisać - sugeruje zdębiałemu Monsterowi

Z ledwością odciągnęłam go od ciemiężyciela.

*

W tym tygodniu Monsterino doprowadził Wróżkę Zębuszkę na skraj bankructwa, jako że wyrwał sobie chwiejące się górne dwójki. Brutal łasy na kasę! Tragedia była, bo pierwszy ząb zagubił się w plecaku i musiał wystosować do Wróżki odezwę:

Dzień później przytargał drugi. Już elegancko opakowany. W śniadaniówce. Zainkasował należne, a jak.

Monster też co nieco przyjął. Na swe ręce otrzymał nagrodę od monsterowej szkoły angielskiego za III miejsce w czytelnictwie książek. Wprawdzie nagroda była na rodzinę, ale rzeczywiście to jego zmuszałam najczęściej do czytania. I to ostatnio na poziomie wyższym niż jest, bo już z past simple, którego jeszcze nie "przerabiał".

Monsterówna wprawdzie zauważa, że w takim konkursie można wygrać nieuczciwie, wypożyczając jedynie, bez czynnej lektury, ale my akurat nie mamy czego się wstydzić. Monster czyta nadspodziewanie sprawnie (przynajmniej po angielsku, po polsku już od dawna nie sprawdzam, ale najważniejsze, że rozumie o czym czyta.)

Monstery mają zatem czarno od testów w kolejnych paru tygodniach, ale podchodzą do tego zupełnie naturalnie - nas chyba rzadziej tak egzaminowano. Na pewno na poziomie szkoły podstawowej sprawdzian był wydarzeniem, a nie codziennością.

My tu gadu-gadu, a Monsterówna w Zielonej Górze na .... oczywiście, zgadliście - na eliminacjach.

Takie tam, ogólnopolskie.

Przygotowała się gruntownie i taktycznie, aż jestem zaskoczona, że nie rozpaczała, że jej przyjaciółka (kontuzjowana) nie jedzie. Wzięła książkę i psp. Wymieniają się grami, a przez telefon brzmiała spokojnie, wręcz radośnie. Oprócz tego, że widziała pokazy konkurencji i łatwo nie będzie.

Wtajemniczała mnie ostatnio, o co biega w takim układzie, bo marudziła, że za krótko skacze.

Gdyż czas też jest brany pod uwagę, poza trudnością elementów i czystością ich wykonania. Bo czas oznacza większą wysokość na jakiej się skacze.

- A co trzeba zrobić, żeby skakać wyżej - pytam - trzeba być cięższym? (bo fakt - starsi są ciężcy i skaczą wyżej, ale Monstery od razu mnie poprawiły, że niekoniecznie)

- Trzeba się mocniej wybić. A jest tak, że mój pierwszy skok jest wysoko, a potem robię kolejne elementy i jest coraz niżej. Bo wiesz, skupiam się na tym, żeby dobrze skończyć, a poza tym pod koniec jest się już zmęczonym i nie daje się rady tak wysoko wybić...

Trener jej powiedział, że gdyby się wyżej wybijała, to pobiłaby rywalki czystością układu.

No tak, z dnia na dzień taka forma jej nie przyjdzie, ale i tak trzymamy za nią kciuki!

 

<edit z soboty> Monsterówna zadzwoniła w sobotę zaraz po startach, że zakwalifikowała się do finału w Toruniu (pierwszy weekend lipca - miałam nosa, że na wszelki wypadek przesunęłam nasz urlop na drugą połowę lipca). Miała też szczęście Monsterówna, bo eliminacje tzn. drugiej szansy, gdy tym razem nie wyszło odbywają się pod koniec maja, a dokładnie w tych samych dniach przypada wycieczka szkolna oraz egzamin Cambridge z angielskiego. Musiałaby wybierać. A tak już ma z głowy...

<edit nr dwa z soboty> Monsterchłopcy już dwa razy od rana szli na piłkę i wracali po półgodziny przemoczeni do suchej nitki... Wiosna:)

 

piątek, 05 kwietnia 2013
wolne elektrony

 

Życie zwolniło wyraźnie przez święta. Monsterówna nawet zdążyła wpaść w ciąg czytelniczy i połknęła dwie powieści Beręsewicza (natchnęło ją po targach książki) oraz dzienniczek nastolatki. Mówi, że poleca i że czyta się tak szybko, że nawet specjalnie czasu nie zabiera, he he.

Monsterino przerabiał jakiś czas temu Plastusiowy Pamiętnik, więc na fali wspomnień czasów kałamarza wygrzebałam Piotrusia Pierwszaka i Piotrusia Zucha (pierwszą pamiętam jeszcze ze swojej pierwszej klasy - początek: Mam już tornister. Nie ze skóry, tylko z dermy, ale pachnie jak skórzany. -  odnosiłam wprost do siebie.)

Podobało się bardzo, nawet Monster podsłuchiwał, choć muszę przyznać, że zmieniałam niektóre słowa, żeby brzmiały obecnieczasowo. Choć przecież Monstery ryczą wraz z Dezerterem, a raczej jego przerobioną przez Arkę Noego wersję: Spytaj milicjanta, on ci prawdę powie, zatem wiedzą, że nazewnictwo transformuje. Ale z papuci i garnuszka się śmiali. Zupełnie nie zdziwiło ich za to, że drugoklasista podróżuje sam tramwajem. Nawet Monsterino żałował, że on nie ma dokąd dojeżdżać tramwajem. Okres gimnazjum jest dla niego jeszcze zbyt odległy.

Monstery potrafią sobie organizować zajęcia, szczególnie Monsterino potrafi się zatracić w fabularyzowanych zabawach, ale próbują też naciągnąć na dłuższe obleganie komputera, to fakt. I tłuką się. Ostatnio ze wszelkich broni największą furorę robią puste butelki 1,5 litra po wodzie mineralnej. Podejrzewam, że dla postronnych świadków odgłos jest bardziej krzywdzący niż dla walczących, bo po paru minutach bombardowania wymiękam, a oni wydają się zdziwieni, że mi cokolwiek przeszkadza. Poza tym Monster wprowadza element rywalizacji nawet do obierania pomarańczy, więc krzyki i jęki naturalnie poległego Monsterina są na porządku dziennym. Choć i on potrafi dać czadu, tak skonstruować zasady walki, że Monster nie ma szans. I wtedy jest jeszcze gorzej.  Zastanawiam się, czy to ich nie męczy, to ciągłe zgrzytanie. I bywa, że nawet wieczorem, przy wspólnej lekturze,muszę pacyfikować - jeden z jednej, drugi z drugiej, Monsterówna pośrodku.I wszyscy niezadowoleni. 

W międzyczasie dwie trzecie Monsterów rośnie. Monsterino wybija ponad zwyczajowe monsterprzyrosty. W zasadzie koszulki i gacie mogliby nosić z Monsterem takie same. Spodnie schodzą z jednego i płynnie wchodzą na drugiego w następnym sezonie. Na razie. Jak dojdzie to rozmiaru równoległego będzie czad. Jestem rozczarowana szybkim przyrostem Monsterówny, choć oczywiście to radość, że wreszcie rośnie. Ale przyzwyczaiłam się do bardzo ekonomicznej w utrzymaniu córki. A tu, na przekór aurze za oknem, wyciągnęłam zeszłoroczne krótkie rękawki i spodenki i zonk, bo większość NIE PASUJE!

Tak, wiem,że dzieci tak mają. Ale u nas dotychczas prędzej koszulki spierały się niż Monsterówna z nich wyrastała. Dwa sezony to był standard. Chociaż nie wybrzydza, jak jej coś kupię. Tylko czekać tej zmiany.

Monster natomiast ma coraz częściej wymysły godne nastolatka. Woda kolońska. Trampki i neonowe koszulki. Nie każde dzinsy przechodzą, oj nie. Nie za wąskie, ale i nie za szerokie.

I robi gruntowne, metodyczne podejście do kupna kota. Samego kota można mieć za darmo. Ale cała otoczka, szczepiania, jedzenie, kuwety i inne tam kosztują. No i siedzi Monster na allegro i porównuje. Plus koszty wysyłki.

Na razie mu wyszło,że jak wszystko kupi, co chce, to go z bieżącego kieszonkowego nie będzie stać na utrzymanie kota. Zatem impas. Musi znaleźć źródło dodatkowego dochodu, by mieć zwierzątko. 

Monsterówna troszkę natrząsając się z brata, opracowała alternatywną ofertę sklepu.

Tablica Gajegro.

 

 

 

Archiwum
do Monsterowa tędy