piątek, 27 kwietnia 2012
Graki i inne takie mini playbacki


Chomik odwiedził przedszkole, bo mają w grupie Monsterina projekt o zwierzętach domowych, więc jakże by mogło zabraknąć naszego, całkiem świeżego. Ponieważ rano akurat lało, więc wtarabaniłam klatkę do auta otulając szczelnie kocykiem, żeby Łobuziaka nie zawiało. Koledzy Monsterina się zdziwili, że posiadamy samochód, he he (na palcach jednej ręki można policzyć dni, w które Monsterino NIE przyjechał do przedszkola rowerem).

Chomik przeżył, Monsterówna, podchodząca z rezerwą do pomysłu, odetchnęła z ulgą.

W ostatni weekend trapiłam się, że Monstery bezrobotne będą się snuć po domu, bo ze względu na atak alergicznego kaszlu u Monstera (pylą brzozy), nigdzie nie mogli się ruszyć. Ale oni się sami doskonale zorganizowali!
Tu grają w najbardziej zaawansowaną technologicznie (zapadnia, więzienie oraz katapulta) grę Monsterówny

Może nie powinnam publikować, bo to planszówki bez patentu. Na razie.

Monsterowa gra z mostami:

I Monsterina (z czarną dziurą jako pułapką)

- Jeszcze tylko dwa zjazdy, egzamin i obrona do końca - tłumaczę Monsterównie, bo ona bardzo przeciwna mojemu znikaniu w weekend. I gdyby te studia miały trwać dłużej pewnie bym się nie zdecydowała, bo zbyt częste oglądanie obrażonej buzi Monsterówny jest nie na moje nerwy.

Choć czasem, niestety, nie możemy z Monstertatą powstrzymać śmiechu, gdy tak się ostentacyjnie obraża.

Popołudnie. Ruch przy drzwiach. Ja wychodzę z Monsterem, Monstertata wchodzi, słyszymy tupiącą po schodach Monsterównę. Witamy się, Monsterówna bąka pod nosem, widzimy, że coś nie tegos.

- Jak minął dzień? - pytam

- Musicie tak tu ZAWSZE stać i się patrzeć?! - wybucha Monsterówna, a my rzucamy sobie porozumiewawcze spojrzenie

- I ZAWSZE pytać się, jak mi minął dzień?! - śmiga plecakiem i szturmuje schody do siebie

Wieczorem jej przeszło, ale co się naburczała, to nasze (choć ukrywaliśmy nasze rozweselone oblicza po kątach).

Z innej beczki.

W szkole ma być konkurs mini playback show - repertuar polski. Monsterówna nie zamierza uczestniczyć, natomiast Monster zapalił się do idei. Wahał się między piosenką Gaz na ulicach  a W labiryncie ludzkich spraw, ostatecznie wybrał jednak Ostatnią nockę (w mojej celi) Maleńczuka.  Ja tam typka nie lubię, ale co robić - chce, niech śpiewa. Wydrukował sobie wszystkie zwrotki, na pamięć się nauczył i katuje nas teraz swoją aranżacją. (I trzeba przyznać, że trzyma tonację, skubany).

Okazało się nawet, że były klasowe przesłuchania chętnych do konkursu. Startowały trzy osoby: kolega zaśpiewał piosenkę z Mini Mini, koleżanka z Akademii Pana Kleksa, no a Monster - Maleńczuka.

Chciałabym widzieć minę pani, gdy Monster sugestywnie wczuwał się w więzienne życie.


poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Imieniny Matki Ziemi


Każde dziecko chciałoby mieć swoje domowe zwierzątko. Monster chce kota, Monsterino zadowala się patyczakami, chociaż chciałby coś większego i bardzie interaktywnego, a Monsterówna od bez mała dwóch lat robi podchody do swojego gryzonia.
Nie mam nic przeciwko domowemu zwierzyńcowi, ale chciałabym, żeby to nie oznaczało dodatkowej pracy dla mnie. Opracowałam zatem Procedurę Ubiegania Się O Peta, w skrócie PUSOP, po to by zasady były jasne i równe dla wszystkich.
I w końcu doczekała się nasza Matka Ziemia (jako, że imienia Monsterówny nie znajdzie się w kalendarzach, przyjęliśmy, że ma swoje imieniny w Dniu Ziemi, tj. 22 kwietnia) swojego zwierzątka, choć w sumie w trakcie opracowania PUSOP tak bardzo spiętrzyłam trudności i wymagania, że mniej zdeterminowany osobnik dawno by zrezygnował.
Albowiem miała w skrócie: po pierwsze zapoznać się ze zwyczajami i obsługą zwierzątka, które pragnie mieć (przy tym punkcie dwa lata temu odpadł królik), po drugie zrobić wypis podstawowych zasad z obsługi dla osób opiekujących się zwierzątkiem podczas naszej nieobecności, po trzecie, otrzymać od osoby spoza rodziny 
przyrzeczenie zaopiekowania się zwierzątkiem podczas naszej nieobecności oraz sfinansować zakupu samego zwierzątka i wyposażenia plus opracować budżet finansowania utrzymania zwierzątka w przyszłości. (aczkolwiek przyznaję, że nie wymagałam dyskontowania przepływów pieniężnych).
Monsterówna, jak to ona, wypracowała tak wysoki standard procedury, że chłopcy mają teraz kosmicznie trudno, by do tego benchmarku, niedoścignionego wzoru, podstawić swoje dane.
Jak dla mnie lepiej, chociaż, zachowując oczywiście proporcje i puszczając oko, przyłożyć do PUSOP pojawianie się na świecie kolejnych Monsterów, to żadne z nich nie spełniłoby norm. (Jaki budżet wydatków na dziecko - wiadomo, że ile by się nie miało, na dzieci wyda się wszystko...) Na szczęście nikt ode mnie tego nie wymagał...

Ciężko zrobić Łobuziakowi (za wcześnie na określenie płci) zdjęcie, bo za szybko się rusza







Szczęśliwa chomicza mama:)
Po tygodniu pobytu Łobuziaka w Monsterowie, gdy zmuszona była wystawiać go na noc do łazienki, bo nie mogła spać, gdy ten biegał jak szalony w kołowrotku (a chłopcy też się budzili), łamiącym się głosem spytała, czy myślę, że chomik jest z nami szczęśliwy.

Po czym zorganizowała braci, by zrobić mu wybieg, bo wyczytała, że chomiki powinny dodatkowo bawić się na zewnątrz klatki.
Kto by nie chciał być takim chomikiem?!


środa, 11 kwietnia 2012
powrót do przyszłości



Monsterdziadkowy fotoaparat ustawił zegar na rok 2030, więc przeglądaliśmy ostatnio zdjęcia z takim datownikiem, to się nam zebrało na rozmowy o przewidywaniu przyszłości i oczekiwaniach, planach w stosunku do dzieci i reszty świata.

- Nie chciałabyś, żebyśmy się doczekali wnuków? - indaguje Monstertata

Pewnie tak, chociaż statystycznie rzecz biorąc jakiś nam w udziale pewnie przypadnie, więc nie martwię się specjalnie o to. Ale czy mam jakieś  długoterminowe projekcje funkcjonowania Monsterów?

Nieprecyzyjne raczej. Nie, że jedno lekarzem, jedno księdzem, a jedno gospodarkę przejmie po ojcu. Może dlatego, że gospodarstwa nie mamy...

Kiedyś myślałam, że to jasne, że studia pokończą i choćby tylko magistrami zostaną. No bo to takie naturalne, skoro wszyscy w rodzinie. Ale teraz przy obecnej gospodarce, kryzysie światowym i bezrobociu absolwentów nie będę, a może raczej nie powinnam się upierać.
Na pewno nie chciałabym, żeby jakieś talenty i zdolności marnowali. Z drugiej strony zależałoby mi, by żyli z pasją i szczęśliwie, a nie na siłę starali się dopasować do jakiegoś wyimaginowanego czy rozreklamowanego obowiązującego obrazu sukcesu.
Tylko jak tego dokonać za bardzo jeszcze nie wiem.

Choć może, skoro otrzaskają się z życiem pod presją, którą wytwarzam i w warunkach stresowych (znowu puściły mi nerwy, gdy Monster za kwadrans ósma latał góra-dół w poszukiwaniu piórnika, który niby wieczorem spakował), to dadzą radę z każdym kryzysem globalnym.

A Wy, drodzy czytelnicy, jaką i czy w ogóle antycypujecie przyszłość dla swoich latorośli?



poniedziałek, 09 kwietnia 2012
okołoświątecznie



W niedzielę palmową odsypiam.
Monstery muszą jednak z pytaniami, jakby nie mogły do ojca.

- Czy możemy lepić z plasteliny?


No, pewnie.

Ale nie mogą się powstrzymać, by nie oznajmić, co wyprawiają.

- Robimy plastelinowe dekoracje świąteczne!!!!

No, świetnie, nie mogą poinformować za dwie godziny?!

Monsterino pilnie potrzebuje odpowiedzi na pytanie:

- Czy mogę zrobić świątecznego węża, bo mi zając nie wychodzi?

Dosłownie chwilę później:

- Zrobiłem dwa świąteczne węże!

Najwyżej minuta minęła:

- Połączyłem dwa świąteczne węże w jednego, dużego!


Ostatecznie Monsterówna stworzyła królika zmartwychwstałego i baranka Shauna, a chłopcy koszyki. I odpokutowali wszystkie winy ponaddwugodzinnym nabożeństwem w Wielki Piątek. Szczególnie odciski na kolanach dały im się we znaki - zdecydowanie przeżycia duchowe czy religijne w tym roku nie są nam obce - trzygodzinna rezurekcja z procesją w padającym śniegu - co to dla mnie (choć Monsterino przez chwilę drżał, że przez padający śnieg Zajączek nie przyjdzie, a św. Mikołaj stwierdzi, że drugi raz to nie za bardzo  może)



***
Świąteczne wyspacerowanie... nie łudźmy się, że Monstery w ogóle odczuły to w nogach

może dzięki regularnemu uzupełnianiu pustych kalorii.



z drzewa jeszcze nie zeszli



dębokrążcy


poniedziałek, 02 kwietnia 2012
zwis męski, metalowy, błyszczący



To niesamowite, jak bardzo można się zmęczyć fizycznie jedynie obserwując ruch przez osiem godzin.
Zawody. Jedna konkurencja, druga, trzecia, pić, jeść, pocieszać, gratulować - wykańczające! I ten ciągły szum oraz ryk zapowiedzi kolejnych grup startowych!

Chłopcy w swoim żywiole - wspierali swoich z klubu, ale i nowego kumpla zapoznali,  uskuteczniali gonito po sali i zastanawialiśmy się, skąd biorą cały czas siły.  Mam podejrzenia, że to z nas wyciągnęli ostatki poweru, bo ja po powrocie miałam ochotę zwinąć się w kłębek na kanapie, a oni polecieli jeszcze 
mały meczyk w nogę wraz z sąsiadami przeprowadzić...)

A może to jeszcze adrenalina z zawodów, bo dzisiaj Monster zdobył wisiadło naszyjne złożone z trzech medali w różnych kolorach, w kształcie jaj, bo to turniej wielkanocny, z każdej konkurencji!
Monsterino ascetycznie - jeden, za to złoty.
Chłopaki zadowolone - ręce w górę, we are the champions!

A ja sama nie wiem. Mam mieszane uczucia, czy dowieszanie do kolekcji kolejnych blaszek na szarfach ma sens.
Może to jednak zmęczenie.

Złote dotknięcie Monsterina - po prostu podbiegł, doskoczył i już. Nikt inny w jego roczniku nie doskoczył na wysokość swojego wzrostu.
 


U Monstera już trzeba była latać w powietrzu, by cokolwiek zdobyć - tam dogrywka trwała i trwała...



***
Od dobrych paru lat nabierałam Monstery primaaprilisowo w ten sam sposób. Wołałam ich, by coś tam zobaczyli za oknem. I zawsze dawali się nabrać, ale w tym roku już od paru dni obiecywali, że 1 kwietnia od okien będą trzymać się z daleka.
W związku z tym ja też nie dałam się wyciągnąć rano z łóżka, by zobaczyć, jaki ogromny grad spadł za oknem (a to akurat była prawda). I w tym roku Monsterino został niekwestionowanym Królem Nabieraczy.
Otóż gdy pobiegli do sąsiadów pograć w nogę, zapowiedziałam, że o szóstej, jak dzwony usłyszą (przecież żaden zegarka nie nosi), mają przybiec do domu, bo szykuję kolację.
Dotarli dziesięć po, bo dzwonów nie słyszeli, ale to szczegół. Wbiegają, kieruję ich do łazienki, by ręce myli, a tu Monsterino wypala:
- A myśmy już jedliśmy kanapki u sąsiadów!

- COOOOOO? Przecież mówiłam...! - unoszę się

- PRIMA APRILIS! - odkrzykuje uchachany Monsterino

Skutecznie nabrał matkę. On jedyny z rodzeństwa. Zdobył punkty, szczególnie u brata.





Archiwum
do Monsterowa tędy