sobota, 23 kwietnia 2011
wszystkie te rzeczy, które się zrobi, gdy ma się wreszcie czas



Monsterchłopcy różnią się podejściem do wzrastania naszej domowej rośliny, własnymi rękami wyhodowanej.
Monsterino, jako etatowy Podlewacz Roślin Domowych jest pierwszy, jeśli chodzi o zalewanie życiodajnym płynem, tudzież zraszanie, więc była duża szansa, że nasza fasola zgnije sobie zwyczajnie w nadmiarze i nic z niej nie wykiełkuje.
Ale, że waporyzacja na parapecie działa, fasola przetrwała i daje nadzieje na przyszłość.
Monster natomiast odbył ostatnio w szkole lekcję na temat hodowli roślin i teraz się mądrzy. Że to niby ważne, czy roślina lubi często podlewanie i czy sprawdziłam, co na to fasola oraz pietruszka czy bazylia, trudno dociec, bo nie za bardzo się te malutki listki różnią, a pomieszały nam się nasiona w doniczce.
Monsterówna przyjmuje wzrastanie ze stoickim spokojem. Ona jest już na wyższym stopniu rozwoju. Już wie, że czasami i tak urośnie. A czasami, chociażby się bardzo chciało, to będzie klapa.

Ale mamy nadzieję na zmartwychwstanie. Być może nawet tego bloga...

(dodaję też Monsterównę, którą ukradkiem musiałam nagrać - mój ulubiony kanon jeszcze nie dopracowany, ale i tak mnie strasznie wzrusza)






wtorek, 12 kwietnia 2011
orto (na szczęście nie - pedia)




Monster opuścił się w ortografii. A może raczej żadnych postępów nie zrobił. I gdy wreszcie raczył przynieść zeszyt z dyktandami pierwszy raz od ferii (aż się dziwiłam, że częstotliwość dyktand w tym półroczu spadła), to prawie zemdlałam z przerażenia widząc CZTERY, słownie: cztery, niepoprawione dyktanda, przy czym w trzech z nich powtarzało się imię Józef oraz ogródek. Błędnie za każdym razem.
Pani bardzo przywiązała się do ogródka Józefa, Monster też był konsekwentny.

Miotałam się ze wściekłości, ale i bezsilności, że znowu nas zrobił w bambuko, ten nasz syn.
No i od dwóch tygodni ma regularne ćwiczenia z ortografii w domu. A zamiast filmów czy komputera program ortografiti.
Sam sobie winien.

Codziennie też pytam:

- Jak się pisze Józef?

- Przez "j" - wtrąca się Monsterino, zanim Monster otworzy buzię

- Hałas przez samo h - to pierwsze słowa obudzonego dzisiaj Monstera. Więc ćwiczenie działa, jak widać.

A co do osiągnięciowej strony Monstera: otrzymał wreszcie profesjonalny strój do ćwiczenia taekwondo: dobok. Zostałam najukochańszą mamą świata z tego powodu (w zeszłym tygodniu, gdy zapodałam świeżo sprowadzone z Włoch czy Hiszpanii truskawki na deser, zostałam najlepszą mamą na świecie, więc naprawdę, dzień matki przyszedł w tym roku ponad miesiąc przed czasem)

Monster, jako dumny posiadacz doboka oraz pasa z żółtą belką (stwierdziłam, że skoro zdał na tę belkę, to bez doboka, aż głupio) jest teraz jeszcze większym fanem taekwondo oraz Korei.

Monster wącha wyprane stroje:
- Te rzeczy pachną jak by były dzidziusia! - mówi
- W tym samym płynie płukałam wasze rzeczy jak byliście dzidziusiami - objaśniam - może dlatego tak ci pachnie.
- A nie ma jakiegoś innego płynu? - pyta
- A jaki byś chciał?
- Taki dla sportowców! - wyjaśnia

Dalej, dawajcie! Pierwsze skojarzenie zapachu płynu dla sportowców!
obalmy stereotypy;)




sobota, 09 kwietnia 2011
Plannung in Ordnung


Szkoła bardzo dba o wypoczynek rodziców dzieci do niej uczęszczających. Dzięki szkole rodzice mają zapewniony w nieregularnych interwałach odpoczynek od pracy na czas przedłużonych świąt i wakacji. Wiadomo już we wrześniu, kiedy trzeba wyjechać na ferie i wakacje. Nie mogę więc powiedzieć, że zostałam zaskoczona wolnym od szkoły piątym kwietnia.

Od dawna miałam na ten dzień zaplanowany z rozmachem harmonogram wiosennych porządków. Monsterom starszym nakazałam, pod groźbą surowej kary, niewspominanie Monsterinowi o wolnym dniu (trochę rozumiem rodziców, którzy nie chcą posyłać sześciolatków do szkoły - gdzie znajdą taką instytucję opiekuńczą w świątek czy wtorek, 5 kwietnia?).

Ale w poniedziałek Monster wykręcił sobie nogę (skacząc - wg niego, szalejąc jak pijany zając - wg trenera), więc uważając, że jest kontuzjowany myślał, że mu podaruję porządkowanie szuflady ze sztućcami.

- Siadaj przy stole, oprzyj nogę wygodnie, a tu jest szuflada - mówię - przećwicz tę wygodną pozycję, żebyś potem mógł tak siedzieć przy komputerze

(zwróćcie uwagę na tę zmyślną konstrukcję - to nie groźba, wręcz odwrotnie - pozytywna afirmacja)

W każdym razie szuflady (dwie!) zostały wymyte i uporządkowane, Monsterówna w tym czasie machnęła cztery szafki (nie ma to jak lata praktyki) i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jeszcze nigdy nie miałam tak posegregowanych przypraw czy produktów sypkich. Nigdy. (przy okazji wyszło na jaw, że kaszy jaglanej mamy zapas na dwa lata przy obecnym tempie spożycie, chyba, że podkręcimy śrubę).

Chociaż nie, zostałam zaskoczona w tamtym tygodniu odszkolnie. Aż nie chce się wierzyć, że tak dałam się podejść! Otóż Monsterówna w zeszły piątek podetknęła mi pod nos dzienniczek (a ona nie z tych, co to,  jak jej brat, przypominają sobie o dzienniczku raz na dwa miesiące) z zapisem, że na poniedziałek (przypominam: był piątek, a weekendy nie spędzam na poszukiwaniu pasmanterii) "sztywne płótno oraz mulinę lub kordonek (kilka kolorów)".

Mulinę wyrwałam z zakamarków pudła z napisem "materiały do szkoły", płótno usztywniłam krochmalem zadowolona, że przy krochmaleniu bluzki na koncert zostawiłam trochę. I bardzo ukontentowana własną zaradnością życiową zapomniałam o sprawie.

W poniedziałek Monsterówna delikatnie wypomniała, że na KANWIE haftuje się lepiej. Szczególnie krzyżykami...

Ba!  Gdybym to ja miała skrzydełka jak gąska!

No nic, do pudła z przyporami dorzucę rolkę kanwy i zagnijcie mnie teraz!

Na przykład na koncert trzeba było natychmiast sporządzić rozetkę (wiecie, rodzice - złączycie dwie wstążki, białą i czerwoną, jakby ktoś jeszcze nie wiedział, jakie są barwy Polski). Żaden problem - w tych kolorach wstążki mam w rolkach. Flagę Polski do machania - mamy w kilku rozmiarach, także banderę, gdyby bawiono się w okręt.

Szczęśliwie po kolejnej kilkugodzinnej próbie w środku tygodnia oraz dzisiejszej rannej, Monsterówna ma koncert Ku Chwale Ojczyzny za sobą (razy dwa, bo półtoragodzinny program dawali o 11 i 15.)

Ale to nic - teraz właśnie pojechali całą trójką na nocowankę do szkoły angielskiego! Na wszelki wypadek nie zamierzam konsumować napojów wyskokowych, gdybym musiała jechać na sygnale po Monsterina (który tak co drugi dzień: raz był chętny, raz nie bardzo), ale party,spanie i śniadanie brzmiało w opowieści starszych, którzy na imprezce byli już raz, tak zachęcająco, że nie mógłby sobie darować, gdyby się nie zdecydował.

Wychodzi na to, że dzisiaj będę sobie sama czytać na dobranoc (po tym, jak uwinę się z szerokim frontem robót, jaki rozwinął był się niepostrzeżenie, gdy postanowiłam zająć się czymś, by nie myśleć, jak ten mój najmłodszy, ten maminsynek-przytulasek, misiaczek-pysiaczek, sobie beze mnie radzi).


piątek, 08 kwietnia 2011
s-f


- Ale nowoczesny! - woła Monsterino zobaczywszy na torach najnowszy nabytek poznańskiego MPK

Takim tramwajem jechaliście z przedszkolem? - przypomniałam sobie, że jakiś czas temu mieli sightseeing po trakcie cesarskim

- NIE! - śmieje się - Nasz to był taki.... - Monsterino zamyśla się szukając słowa - taki STAROŻYTECZNY!

- A dzisiaj w przedszkolu były psy! - obwieszcza

Monsterino wszedł właśnie w słodki okres ostrego fantazjowania i jego historie o tym, co dzieje się w przedszkolu ocierają się niekiedy o science-fiction. To akurat rodzinne - będąc w tym wieku oświadczyłam w przedszkolu, że urodziła mi się druga siostra, przy czym musiałam dosyć przekonująco wciskać paniom kit, bo dopiero po jakimś czasie, gdy widocznie niezgodnie z wiekiem rozwojowym palnęłam, że siostra zaczyna już mówić, panie się zorientowały, że zmyślam.

W każdym razie opowieści przedszkolne weryfikuję czasem z nauczycielkami. Tak na wszelki wypadek.

Ale akurat psy rzeczywiście były w przedszkolu, przy okazji lekcji właściwego postępowania ze zwierzętami.

- I pani rzuciła na dach przedszkola klucze i pies je znalazł! - informuje Monsterino

- Na dach przedszkola? - nie dowierzam. Przedszkole jest parterowe, owszem, ale jakby tam miał wejść pies... Monsterino sam przyznaje się po dłuższej chwili, że to był wprawdzie dach, ale domku zabawowego...

Monsterówna ostatnio miała problem z opanowieniem Kanonu Pachelbela. Utwór piękny, ale jedna z linijek jest zabójczym ciągiem ósemek, które Perfekcjonistka chciałaby od razu zagrać we właściwym tempie.

Radzę jej zajmować się każdym taktem z osobna, po kolei.

- Nic nie rozumiesz, nic nie umiesz! - oskarża Monsterówna rzucając nutami

Dzień później Monsterino stwierdza, że w przedszkolu grał na pianinie "ten utwór, co Gaja nie umiała".

Staramy się kryć z rechotem.

- I tylko jedna nutka mi się poplątała! - przekonuje nas Monsterino

Monsterówna zaciska szczęki, żeby nic nie powiedzieć, jest bardzo dzielna. Monster w sytuacji, gdy Monsterino opowiada, jakie to on salta robi na podwórku przedszkolnym, zabiera się do rękoczynów.


Archiwum
do Monsterowa tędy