poniedziałek, 26 kwietnia 2010
zdenerwowany

W zasadzie wyjście z wieloma dziećmi w miejsce publiczne nie podwyższa mi ciśnienia, co nie oznacza, że nie oddycham z ulgą, gdy w zdrowiu i komplecie dotrzemy z powrotem do domu.

W piątek pognaliśmy...

- Tseba biegnąć - tłumaczy Monsterino - bo jest taki piękny wiatr i słońce i...

no tak, rozpiera ich wiosna, energia i młode życie...

Zatem pognaliśmy do fryzjera, zabierając przy okazji koleżankę Monsterówny, więc gdy całą drużyną wpadli do zakładu, to chcąc nie chcąc wzięli poczekalnię w posiadanie.
Ja wyłuskałam pognieciony Bluszcz z plecaka (spomiędzy otwartej butelki wody  a mokrych chusteczek do rąk, więc strzepnęłam nadmiar cieczy na podłogę salonu, a krople roztarłam butem), a młodzież, tak się przynajmniej wydawało, katalogi fryzur zalegające blacik.
Jakież było moje zdziwienie, gdy zorientowałam po paru minutach CISZY, że coś za bardzo intensywnie wpatrują się w propozycje kolorystyczne wiosna-lato 2010.

Cała czwórka intensywnie sfokusowała się na jednej ze stron magazynu CKM.
Nie była to strona o najnowszych gadżetach prawdziwych mężczyzn.

Monster zaczerwienił się. Miny dziewcząt wyrażały mieszane uczucia - grozy, niedowierzania, ale i zaciekawienia. Monsterino zachichotał:
- A ta jakie ma ogromne cycuski!

- Yhym, yhym - chrząknęłam, gorączkowo zastanawiając się, co robić

- Mamo! - Monsterówna z obrzydzeniem odsunęła gazetę od siebie - czy ty byś tak pokazała SWOJE CIAŁO? W gazecie? Ta pani w ogóle nie ma majtek!


- Nie, oczywiście, że nie - zapewniłam ochoczo, szukając w stosiku gazet jakieś bardziej neutralnej

W końcu znaleźli jakiś Film, potem zajęli się komentowaniem fryzur na manekinach i jakoś temat się rozpłynął, aczkolwiek, nakryłam Monstera na szukaniu tamtej strony, gdy zajęta omawianiem długości cięcia u Monsterina, odwróciłam na chwilę wzrok.

No cóż. Byłabym naiwna sądząc, że się jeszcze dłuuugo z tym nie zetknie.

I w sumie mimo wszystko byłam szczęśliwa, że nadarzył się inny temat dyskusji, bowiem Monster zdenerwował się na mnie okrutnie, gdyż fryzura, z którą wyszedł od fryzjerki była krótszą deczko od tej, którą miał na wejściu.


- Przecież ci tłumaczyłam - syczę szeptem tylko do jego ucha przeznaczonym - robimy DELIKATNY retusz przedkomunijny, a potem możesz zapuszczać, ok?

- Już nigdy w życiu nie przyjdę do fryzjera - oświadczył wszem i wobec i nie zrobił tego szeptem- widziałaś, że gitarzyści ZAWSZE mają długie włosy!!!!

Gdyż Monster nauczył się grać 3 akordy.
Och, nie upieram się. Skoro czeka mnie kupno nowej gitary, to przynajmniej zaoszczędzę na fryzjerze.


piątek, 23 kwietnia 2010
mówią, że praca nie hańbi

Oprócz tego, że przyznaję się do pracowciągnięcia, wobec czego nadal nie dysponuję czasem (może maj będzie lżejszy, marzę...) i kolejny pracowity tydzień nam mija, kiedy to prawie nie wychodziłam ze zleceń, to jeszcze Monstertata miał bonusowego asystenta w postaci syna swego najmłodszego. Bo na poniedziałku tegotygodniowa bytność Monsterina w przedszkolu się skończyła. Ale zanim Monsterino się rozkaszlał i zanim pani doktor pocieszyła nas, że to tylko (!) typowo astmatyczne (pyłki! chmura znad Islandii!), a nie znowu choroba, zaliczył angielski. 
Na angielskim pani przedstawia historyjkę o caterpillar (gąsienicy), która jest "sad", bo nie może "fly" i o butterfly, który jest "happy", bo i owszem, latać potrafi.
Chodzi głównie o ćwiczenie przymiotników, pani pięknie obrazuje odpowiednie do słówek miny, dzieci powtarzają, aż w końcu Monsterino delikatnie rozpoczyna uświadamianie:
- Ale wies, (co za niewychowane dziecko, tykanie nauczycielki), ze z gąsienicy powstanie motyl?!

Taaa. Generalnie Monsterino nie ma trudności z komunikowaniem się. I z obrzuceniem inwektywami, gdy mu się coś w czymś lub w kimś nie podoba.

Z racji przymusowego garowania w domu, Monsterino przyjął większą dawkę ruchomych obrazków, ale udało się i nie był to Garfield na zmianę z Autami, ale wreszcie coś nowego: Monsterino odkrył serial Było sobie życie.  Serial to może za mocno powiedziane, bo zafiksował się głównie na odcinku Wojna z toksynami. Zatem rano oprócz "miłego dnia" żegna mnie słowami: " i uwazaj na toksyny!"

Monsterówna zbiera punkty za aktywność w kolejnych konkursach i występach, Monster przyszedł ze szkoły z podbitym limem (cytuję: uderzył się w szafkę - oryginalny wypis z dzienniczka), a poza tym kolejny stresujący moment zaliczony - próbna spowiedź! Monster drżał z nerwów i koniecznie chciał wiedzieć, czy ksiądz mu podpowie, Monsterówna zupełnie wyluzowana tłumaczyła mu, że przecież zna formułkę i to dopiero PRÓBA. Okazało się, że na klęcząco nie dosięga do kratki w konfesjonale i musi stać. Ale był z siebie zadowolony po wszystkim!

Po Smoczym Jeźdźcu przyszedł czas na kolejną cegłę - Monster usłyszał w szkole o Opowieściach z Narni i natychmiast wyłuskał ją z półki.

- O, to chyba będzie tak ekscytujące jak Harry Potter! - sapnął ukontentowany po pierwszym rozdziale

Jak ja go rozumiem! I cieszę się, że tak szybko znalazł odtrutkę. Bo ja, od kiedy 2 tygodnie temu skończyłam ostatni tom Twilight (i na swoją obronę, że po co w ogóle marnowałam czas na to kiepsko przetłumaczone nędzne pisarstwo powiem, że na wszelki wypadek czytałam w oryginale i pochłonęło mnie całą - to nie miał był traktat filozoficzny, tylko powieść dla młodzieży - i jako taka się absolutnie broni) nie mogę znaleźć niczego, co by mnie tak porwało. Zaczęłam i nie dokończyłam już kilka różnych powieści i mam czytelniczego doła... ja chcę wrócić do Forks!

Więc jeśli macie jakieś antidotum, to rzucajcie, a nuż któreś zadziała. Z góry dziękuję.



sobota, 17 kwietnia 2010
sobota robocza

Monstery zostały włączone w celebrowanie żałoby narodowej. Najpierw, zaraz parę godzin po tragedii, liczyli wywieszane flagi. Potem poszło lawinowo: w szkołach były apele i palenie zniczy, w przedszkolu odwołano przedstawienie i obchody urodzin, na angielskim w tygodniu żałoby... nie śpiewało się piosenek.
Chociaż uświadomienie, co się wydarzyło, uważam za oczywiste i zasadne, to mimo wszystko, w wypadku przedszkolaków to chyba lekka przesada. No nic, życie płynie dalej i choć wiadomość poraziła kraj, to tragedie wydarzają się bezustannie wokół nas i tkwić w miejscu nie sposób. I jak zwykle najbardziej żal osieroconych dzieci...

Dumałam właśnie nad żałobą wczoraj jadąc do pracy i nagle sobie uświadomiłam, że Monster dzień wcześniej podsuwał mi dzienniczek pod nos, a w nim koślawo napisaną informację o galowym stroju na dziś! A na zegarku 10 po ósmej i pomarańczowa koszulka, w której widziałam Monstera rano, na pewno nie była galową. Na szczęście Monstertata dał się ubłagać i zawiózł strój Monsterowi (w ostatniej chwili, bo WSZYSCY już byli uroczyście ubrani i pewnikiem dostałby jakiś minus). Mam kilka przemyśleń odnośnie nagradzania i karania dzieci w klasach 1-3 za terminowe przynoszenie różnych rzeczy do szkoły, których bez rodziców nie są w stanie zdobyć - typu: jeśli ktoś nie przyniesie na następny dzień BIAŁYCH skarpetek, to nie będzie skakać na trampolinie. Ja AKURAT miałam białe skarpetki w domu w odpowiednim rozmiarze, ale gdybym dostała taką wiadomość przed północą dnia poprzedniego, a nie miała takowych na składzie, to co? Dziecko byłoby pokrzywdzone. Już nie mówię o prośbie o włóczkę/krepę/kolorowe ścinki czy inne gadżety, bo już się nauczyłam, że lepiej mieć podręczny magazyn pod ręką. Ale akurat beznapisowej papierowej torby na zakupy nie mam (Monsterówna, na wtorek)....


To się wyżaliłam, jak zwykle.
A co poza tym u Monsterów: życie gna jak szalone, już tylko miesiąc został do Wielkiej Uroczystości, więc Monstery powypisywały zaproszenia.



 Poza tym odbyłam bardzo miłe spotkanie z panią, która weźmie na siebie ciężar kucharzenia w komunijną niedzielę i bardzo się cieszę, że bywają osoby, które lubią gotować, a oprawiania martwego zwierza potrafią wynieść do rangi sztuki.
 
Nadal podaż czasu nie wyrównuje się z popytem, więc oto, kto się ze mną do pracy dzisiaj dokulał.





Polatały po pustych korytarzach, pozwały zakamarki, śledziły nawzajem i stwierdziły, że pracuję w bardzo fajnym miejscu (jednym z wielu, oj, tak) i jeszcze będą mnie odwiedzać.

Potem zabrał ich Monstertata i zrobili ciasto marchewkowe. Radzą sobie beze mnie, to chyba dobrze, choć czasem, chlip, smutno.






I jeszcze jeden tekst Monstera, który mnie setnie rozbawił po ciężkim dniu:

- Słuchaj, - mówię w niego w porze kąpieli - skocz do swojego pokoju i przynieś piżamkę!
- Nie mów do mnie jak do dziecka! - oburzył się Monster

piątek, 09 kwietnia 2010
waln(i)e


- Nie ubieraj się tak! Dzisiaj nie ma urocystości! - skrytykował moją białą bluzkę Monsterino

- Mam uroczystość taką specjalną w pracy, zebranie, walne -bąknęłam cierpiąc chyba przejściowo na pomroczność jasną, skoro użyłam wobec Monsterina takiego słowa

- Walne? - zainteresował się Monsterino - Ja tes walnąłem jutro Huberta w psedskolu i on płakał - wyjaśnił

(Teraz już wiadomo, po kim to ma. O zdarzeniu zostałam poinformowana. Także o tłumaczeniu się Monsterina: "walnąłem go, bo brzydko śpiewał i mnie to zdenerwowało".)

Monsterino generalnie jest w stanie znaleźć wytłumaczenie dla każdej swojej, najbardziej nawet absurdalnej akcji.

Butów nie ubierze, bo jest psem, a te nie noszą obuwia, kurtki nie włoży, choć wieje, bo jest bardzo spocony, ale jak mu pasuje czapka, to ją trzymać na łbie będzie, choćby pot mu się lał na czoło, gdyż mu... kapie na głowę.

Zje grzankę, bardzo chętnie, ale od pomidora "pęknie mu bzuch". Zresztą ostatnio warzywa zawierają według Monsterina  bakterie i są trujące, więc tylko sprzedażą wiązaną ("jak zjesz warzywo dostaniesz ulubione ziemniaczki") i ostatecznie groźbą odcięcia od codziennej porcji dvd mogę go do nich zmusić.

Monster niby teorię właściwego odżywiania się sportowców ma opanowaną, ale praktycznie też się miga. Monsterówna też w ostateczności, gdy przypilnuję. Orka z nimi wszystkimi.

Powoli Monstery starsze wpadają w depresję, bo z każdym wieczorem bardziej kończymy piąty tom Harrego i już zapowiedziałam, że MOCNO waham się nad szóstym, już nie mówiąc o siódmym. A z drugiej strony, skoro chcą słuchać, to chyba coś wyłowią, co zrozumieją... W każdym razie nadal są mocno zakręceni, teraz dodatkowo jeszcze tłukąc w Quidditch na komputerze.

- Gdy będę mieć 11 lat, to polecę do Londynu - deklaruje Monsterówna

- Na miotle? - silę się na złośliwość

Monsterówna obraża się wydymając usta.

Oj, oj, muszę uważać, bo nic mi więcej nie powie. Ale na szczęście jeszcze mi się udało.

- I wiesz, gdy będę mieć swój sklep (czy coś mi umknęło? Jaki sklep? Nigdy nie rozmawiałyśmy o żadnym sklepie) to będę musiała zamykać go o 16, żeby zdążyć po dzieci, bo przedszkole przecież zamykają o piątej...

Grunt to mieć plan, zawsze to mówię.

- Za tydzień będę się uczyć stroić gitarę, a za dwa tygodnie akordy, a potem to nawet nauczę się Piratów z Karaibów! - chwali się Monster

Jak to się ma do moich dat kolejnych walnych...


czwartek, 01 kwietnia 2010
jajecznie



- Czy zauważyłaś, że w weekend przeważnie pada deszcz? - zapytała Monsterówna wyciągając kalosze

- Yhy - mruknęłam, wciągając swoje

- Mogę jechać na rolkach? - Monster wychynął ze swojego pokoju

- Deszcz - mruknęłam - pamiętasz jak woda działa na rolki? Poza tym myślę, że wyrzuciliby cię z muzeum z tymi rolkami.

- Ale tam są takie wielkie przestrzenie! Tam to można by się było rozpędzić! - rozmarzył się Monster

- Tym razem idziemy do innego muzeum. Jeszcze tam nie byliście - wyjaśniłam

- Ja byłem już wszędzie - podsumował Monster - a wiesz, że żołądek krokodyla jest wielkości czaszki człowieka?

-
Shoulders up, shoulders down, shoulders all around - wciął się Monsterino ze swoją piosenką

Tak było w ostatnią sobotę i ostatecznie okazało się, że w Etnograficznym Muzeum rzeczywiście Monster już był. Jeszcze w przedszkolu.
Ale wtedy nie tkał, a tym razem i owszem. I pani strażniczka wystawy okazała się bardzo prodzieciowa, pokazywała, pozwalała dotykać. Pamiętacie odcinek "Krecika" o tym, jak chciał mieć spodenki? To te wszystkie maszyny obrabiające len są w muzeum. I zanim takie spodenki się wreszcie uszyło, to zajmowało dobrych parę miesięcy roboty. A ja narzekam na brak czasu...







Potem było jajek malowanie, (Monsterówna gorącym woskiem, chłopaki pisakami) krótka lekcja o wielkopolskich kraszankach ("bo my, Wielkopolanie, jesteśmy oszczędni, dlatego malujemy tylko jednokolorowo, by oszczędzać farbę")
No i Monsterówna przybiegła ze szkoły w poniedziałek z wiadomością, że sprzedała ten tekst w szkole i dostała ocenę za aktywność.

- Dobrze, że byliśmy w tym muzeum! - podsumowała

Wycieczki jednak się przydają...;)

Dzięki Monsterom dom wygląda świątecznie i wiosennie, bo każde coś w ramach placówek edukacyjnych przygotowało.
A w domu wyhodowali fasolę z ziarenka. Najlepiej rosła na oknie w łazience. Nie wiem, dlaczego akurat tam, ale może ma to związek z wysokością okna ponad poziomem podłogi, bo żeby zajrzeć do rosnących roślinek trzeba było wspiąć się na parapet. Ot, umiłowanie Monsterów do sportów ekstremalnych.



Teraz fasolki przesadzili do doniczek i mają plan założenia uprawy w Leśnej Głuszy.
W sumie popieram: najważniejsze to mieć biznesplan, a rolnictwo ekologiczne daje przecież nadal szanse na duże dotacje unijne. (zamiast kieszonkowego...)

Poza tym nadal pędzimy, choć dzieci już przedświątecznie w domu i w trybie pilnym ubłagałam Monsterdziadków, by zawitali do nas wcześniej.
Triduum Paschalne przed nami, Monstery wraz z Monstertatą najwłaściwiej i najpilniej w tym roku uczestniczyli w przygotowaniach wielkanocnych, bo w piątki bywali na Drodze Krzyżowej, ja się czuję mentalnie nieprzygotowana. Ale mam nadzieję, że jakoś do jutra zwolnię pracowniczy pociąg i uda się trochę wypocząć, poświętować, na nowo ustawić priorytety i pobyć w spokoju razem.

Czego i Wam wszystkim życzę.

A w prezencie - wiosenna piosenka od Monsterówny (pamiętacie ze szkoły? "bo zima, bo zima, każdemu obrzydła, niech słońce jej da prztyczka w nos")



Archiwum
do Monsterowa tędy