poniedziałek, 27 kwietnia 2009
poprawianie


Nie wiem, czy to z powodu wiatru czy innych biorytmów, ale to, co przeżyłam w nocy nie można nazwać wypoczynkiem. Wszystkie Monstery stały się somnambulikami, czy co? Bo pełni przecież nie było. Od pierwszej do prawie czwartej trwały przetasowania i wędrówki ludów - Monster, bo chce się wtulić, bo mu kołdra spadła, Monsterino, bo zawsze i tradycyjnie, w końcu przylunatykowała Monsterówna! Ja rozumiem, że chcieli się do mnie przytulić, bo ja w nocy grzeję jak piecyk, ale nie da się wszystkich trzech na raz, zakładając, że żadnego nie kładzie się na brzuchu (Monsterino zdecydowanie wyrósł z bycia nabrzusznym kocykiem).
No nic, najpierw wszyscy się układali, kopali, przekładali poduszki, Monsterówna zdecydowała się na powrót do swojej jaskini i tak nas zastał świt... Jakoś wstaliśmy, choć spóźnieni i pchamy życie dalej, ja na przykład starając się nie zasnąć pod biurkiem.

I zupełnie nie o tym chciałam. Po weekendzie jestem skarbnicą tekstów monsterinowych podsłuchanych w różnych okolicznościach i muszę je z siebie wyrzucić, żeby zrobić miejsce na nowe.

Generalnie Monsterino gada także przy samotnej zabawie i właśnie najlepszą rozrywką jest podsłuchać, gdy mówi do klocków:

- Oj, tutaj cię wleście znalazłem! A tak się za tobą stęskniłAm! Dzie byłeś mostecku mój kochany?

Albo gdy opowiada bajkę:

- Za gólami, za lasami, zyli scęsliwie...

Niestety, gdy tylko widzi, że ma publiczność, od razu tekst bajki zbacza na znane tory (prowokator jeden!):

- Był sobie mały misiacek, któly pieldnął i zlobił kupę w majtki...


Kłótnie między rodzeństwem zaliczyliśmy nie jedną, a jakżeby inaczej. Choć muszę przyznać, że ostatnio agresja słowna góruje nad fizyczną (i sama już nie wiem, czy szybki lewy sierpowy nie byłby zdrowszy od wyzywania się od głupków, bo już uszy puchną)

Przezywającego nie słychać, bo dobrze wie, że źle robi, za to roznosi się po chacie wrzask przezwanego:

- Nie jestem gupkiem, jestem cłowiekiem!!!

Monsterino też potrafi przywalić epitetem, ale na swoją biedę od razu się skarży:

- Mamusiu, Lobelt mówi,ze jestem małpecką, a ja Teodolem jestem
!


A na koniec archiwalny dialog z zeszłego tygodnia.

Jedziemy samochodem. Monstertata popędza pyrkające cinquecento przed nami:

- No dalej, dalej, jedź pajacu!

- To nie jes pajac, tatusiu, tu są same auta! - rozlega się z najdalszego rzędu


Teraz popyrkamy na majówkę.
Zapowiadają piękną pogodę, więc Wam wszystkim, drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy, dobrego wypoczynku życzymy!



sobota, 25 kwietnia 2009
rajd



Rodzinny rajd śladami patrona szkoły Monsterówny odbywa się corocznie na zasadzie rywalizacji między klasami. Klasa wybiera sobie hasło, transparent, piosenkę i przebranie i tak przygotowana idzie na szlak, po drodze rozwiązując zadania związane z patronem.
Szczerze mówiąc, choć sama integracyjna idea rajdu jest ok,  zupełnie nie wiem, czemu ma służyć rywalizacja między klasami. Zwłaszcza, że zupełnie inaczej niż w Odysei Umysłu, oczekuje się, że to rodzice pomogą w wymyślaniu i realizacji przebrań i haseł oraz dokształcą się, by podrzucać dzieciom podpowiedzi do kwizów. Na znak protestu nie miałam zatem żadnych pomysłów tym razem. No to zobaczyłam zawiedzioną minę pani wychowawczyni... (jak to?!)
No, ale dzieci w końcu wybrały kolor i całą resztę, więc przybraliśmy się całą rodziną gustownymi, zielonymi chustami oraz poobklejaliśmy się zielonymi jedynkami, a potem pomaszerowaliśmy na start.
Czekał nas spory dystans, więc stwierdziliśmy, że zamiast nieść co jakiś czas Monsterina na plecach, wygodniej będzie go wozić. Wytaskałam z piwnicy nieużywany już od dawna wózek, odgruzowałam go....

....a tu okazało się, że chętnymi do wożenie się są przede wszystkim starsi.



albo trzeba było go przenosić przez leśne ostępy



bo Monsterino mknął!

I pierwsze pytanie Monsterów starszych, zaraz po zbiórce, w zasadzie: "możemy już coś zjeść?"



Następnym w kolejności pytaniem starszych było: "kiedy będzie meta", bo 9 km, to zdecydowanie nie spacer na plac zabaw i z powrotem.

Zatem Monsterówna demonstrowała, że bolą ją nogi (zatem kwalifikowała się do jazdy w wózku na zmianę z Monsterem, który też umierał)



A gdy w końcu dotarliśmy i klasa Monsterówny wystąpiła przed szanownym jury



..okazało się, że nagle towarzystwo odzyskało siły i mogą jeszcze biegać, szaleć na placu zabaw, a chłopaki wsiąkli w maszynach.

Monsterino na widok traktorów po prostu nie mógł przestać podskakiwać....



....a Monster odnalazł urządzenie swojego imienia



Oczywiście żadne z Monsterów (no, może z wyjątkiem Monsterina) nie ma nawet najmniejszego zamiaru, by powtórzyć rajd za rok.
Ale jak tylko wróciliśmy, natychmiast wsiedli na rowery i musiałam poczłapać za nimi na plac. I mieli siły, by bawić się w podchody i grać w piłkę i żadne nogi, stopy, brzuchy, nic nie bolało.
Rajdozagadka taka.



czwartek, 23 kwietnia 2009
się rozeszło po kościach



Wyładowałam się w niedzielę i już mi przeszło. Może musiałam parę popuścić, bo by mnie rozsadziło. I znowu daję radę znieść skrzywione lico pierworodnej mej córki, a nawet podaję jej truskawki z bitą śmietaną i czekam na reakcję.
- Dziękuję - bąka Monsterówna pod nosem. Nie wypada się skrzywić znad truskawek. A z drugiej strony, gdy truskawki się kończą, to zaraz pojawi się powód, by trzepnąć szczotką do włosów przez długość pokoju i holu.

Daleko rzuca, może zostanie lekkoatletką? Rzut oszczepem, pchnięcie kulą?

Monster ma w przedszkolu projekt pt.: Piłki i po spotkaniu z piłkarzem oraz po kilku wizytach na stadionie stwierdził, że piłka nożna to jest najlepszy sport... no może zaraz po tenisie (to po sesji przerzucania się piłkami tenisowymi z kolegą zza płotu, młodym adeptem tenisa)... no i może zaraz po biegach (bo, wiesz, mamusiu, ja po prostu jestem najszybszy i już)... no może zaraz po rowerze, na którym teraz codziennie dociera do przedszkola i już się cieszy, że do szkoły będzie dalej, więc się najeździ.

Tylko basenu Monstery starsze już nie chcą kontynuować. Pan trener wymaga coraz więcej precyzji, bo coraz więcej stylów pływackich poznają, mniejsza dowolność ruchów, to im się mniej podoba. Ale dobrze. I tak od września obydwoje będą chodzić na pływalnię razem ze swoimi szkołami.

Natomiast Monsterino pływalnię kocha. Najchętniej jeździłby tam codziennie. Nurkuje, coraz lepiej macha rękami i nogami, stara się dopłynąć pod wodą do brzegu. Ma naturalną blokadę przed łykaniem wody. Pana Waldka, trenera, nadal unika, ale powiedzmy, że robi mniejszą tragedię, gdy w końcu musi z nim poćwiczyć. Pan Waldek szacuje,że jeszcze z pół roku ze mną, a potem już na samodzielne pływanie go przerzucimy. Czyżby mój, równoległy z monsterinowym moczeniem się w chlorze, aerobik w wodzie był coraz bardziej realną perspektywą? Byłoby miło.

Tymczasem po wieczornej toalecie Monsterino wyszczerza się do swojego odbicia w lustrze.

- Jestem jus CAŁKIEM duzym psedskolakiem! - oznajmia

No, pewnie.




wtorek, 21 kwietnia 2009
gość w dom



I głębokie wdechy nie pomogły w niedzielę. Przelało mi się wierzchem. Monsterówna skrzywiona, bo najchętniej zostałaby u koleżanki przez cały weekend. Wiem, że to nie mój problem, ale wkurza mnie, że nie docenia przyjemności, którą miała, bo w końcu u tej koleżanki była i to na noc.
Powinnam codziennie przyjmować gości, bo wtedy Monstery jakoś rozpływają się po kątach i nie ma wszechobecnych jęków, narzekań i wrzasków.
I tak sobota była gościnna, chociaż zimno...;)

W niedzielę znowu wyjrzało słońce, ale co z tego, skoro Monsterino był konsekwentnie na nie i zaliczył demolkę za demolką i wypadki w majtki, a Monsterówna znów się wykrzywiała, bo miała ćwiczyć nowy utwór, a nie chciała, bo jej nie wychodziło.
To mnie rozdygotało, bo ileż razy można powtarzać, że TAK JEST ZAWSZE, że od razu się nie zagra dobrze, że lepiej codziennie posunąć się o jeden takt do przodu, niż później zaraz przed lekcją wszystko na raz.
Niech już się ten rok szkolny skończy, bo muszę jakąś inną strategię edukacyjną przedsięwziąć. Ta mnie za dużo nerwów kosztuje.
A już nie raz pisałam, że jak już się w końcu nauczy, to jest dobrze. I piłuje ten utwór aż do następnego...

W niedzielę chciałam zabrać liczne potomstwo do teatru, nawet przytomnie zarezerwowałam bilety, ale towarzystwo zgodnie pokręciło nosem nad taką ideą. Najpierw zaczęłam ich przekonywać, że fajne przedstawienie i będzie super, ale potem mnie oświeciło. ALEosochodzi? JA mam ich przekonywać do czegoś, co ma być wyczekaną, wymarzoną przyjemnością? To ja się będę zrywać w niedzielę po to, żeby oni czuli się przymuszeni do wycieczki?
Niedoczekanie!

I tak sobie garowałam w pościeli, aż mnie monstertata na obiad zawołał. Czyli niedziela jak dla mnie zaczęła się całkiem przyjemnie... aż do pierwszej awantury.

W sumie najlepiej z licznego potomstwa zachowywał się Monster i naprawdę zajeżdża Doskonałym Damiankiem, gdy pyta mnie po całym, strutym dniu:
"Miałaś dzisiaj, mamusiu, zły dzień, prawda?"

Oj, tak.
Nawet w najlepszej rodzinie to się zdarza. Nie mówiąc już o wielodzietnej i patologicznej.
Nawet kwitnące czereśnie nie pomogły.



Monstercórka się na mnie obraziła.



A gdy czas kąpieli następuje, to im się na świrowanie zbiera...



Monsterino owszem, czasem się już nawet rozbierze, ale do łazienki go zaciągać trzeba podstępem...



No, to się wyżaliłam, poniedziałkowo poszłam do pracy i dłuższą chwilę rozważałam, czy wracać.

Ale wróciłam, bo zawsze byłam obowiązkowa. Może dlatego, choć bardzo tłumię i nigdy nie uzewnętrzniam tego uczucia przy Monsterach, ale jak Monsterówna NIE robi zadania domowego "dla chętnych", bo nie jest akurat chętna, to mnie aż skręca i muszę mocno trzymać się krzesła, by nie drążyć, czy aby na pewno nie jest chętna. (NAPRAWDĘ, jak można nie być chętnym do zadania domowego o dodawaniu i odejmowaniu, no jak???)



piątek, 17 kwietnia 2009
potencjał



Potencjał tkwi w narodzie, skoro na delikatną sugestię Pań Wychowawczyń w przedszkolu, że rodzice mogliby znowu wystąpić z przedstawieniem dla dzieci, bo poprzednie, dwa lata temu bardzo się podobało, kilka matek i jeden ojciec, siedli z terminarzami na kolanach, z młodszymi dziećmi kwilącymi obok, z wypchanymi torbami matek-polek, zakupami, aktówkami i goniącymi deadline'ami, by zaplanować próby, scenografię i rekwizyty.  I trzeba przyznać, że z tak zajętymi ludźmi pracuje się świetnie. Bez zbędnego roztkliwiania się rozdysponowaliśmy rolę i potrzebne sprzęty. Raz-dwa ustaliłyśmy próby - a czas do przygotowań - 10 dni włączając w to święta-  nie był specjalnie nam przychylny.


I nawet w ramach mojej ulubionej multitaskowości, któregoś popołudnia siadłyśmy sobie z matkami  pod kwitnącą czereśnią na placu zabaw, bo skoro i tak siedziałyśmy pilnując dzieci, to miałyśmy robić próbę czytaną, ale gdzie, tam, dzieci podsłuchiwały, to zaczęłyśmy plotkować...

A próby i tak były, całe dwie, a dziś rano występ. Ach, co za satysfakcja, choć z nerwów obgryzałam pazury. Pani dyrektor popłakała się ze śmiechu, dzieci żywo reagowały na akcję, czego chcieć więcej...


Natomiast co do placozabawowych plotek, to się nasłuchałam od mam mających oprócz przedszkolaków, gimnazjalistów. Te nasze małe, codzienne problemiki, walki o zjadanie surówek, czy nawet odrabianie lekcji w podstawówce, to mały pikuś z nerwami, jakie są przy wychowywaniu gimnazjalistów.

Także natychmiast spełniam życzenie tych matek, cieszę się chwilą, wącham pachnące drzewa i oddycham głęboko.

Miłego weekendu!





środa, 15 kwietnia 2009
ćwiczenia



Każda matka, w szczególności wielodzietna, wie, że niewyspanie jest stanem stopniowalnym.
Mówię matka, a nie lwica korporacyjna, choć i bezdzietne lwice korporacyjne niedosypiają. Natomiast jest różnica pomiędzy późnym pójściem spać, krótkim, ale nieprzerwanym snem, a torturą późnego pójścia spać, nocnego co-nieokreślony-czas wyrywania z błogiego odpoczynku i brutalnego wybudzenia zbyt wczesną porą.

Zatem do wieloletniego, permanentnego niewyspania można się przyzwyczaić, ba! Można myśleć, że kolejnej TAKIEJ nocy nie da się rady znieść, a potem co, przychodzi jeszcze jedna taka i kolejna i oby-dzieci-nie-chorowały, a potem chorują i prawie się nie śpi i co. I nic. Daje się radę, bo nawet nie wiemy, jakie w nas drzemią możliwości, gdy dojdziemy do ekstremum. A coś, co wczoraj wydawało się ścianą, jest ledwie drzwiami dalej. Albo wyżej.

No, to sobie pofilozofowałam, a mnóstwo dobrych tekstów Monsterina ucieka, bo nie pod każdą ręką i nie w każdej torbie mam długopis. Choć z paragonów i starych biletów spisywałam ostatnio takie kwiatki:

Jak to Monsterino, który bardzo lubi zawierać nowe przyjaźnie na placu zabaw, popycha nowego kolegę w moją stronę mówiąc:
- Idź, zobac, tam jes moja mama! Nie bój się, ona jes baldzo fajna!

Tak, Monsterino jeszcze tak uważa. W przeciwieństwie do starszych, którzy już nie tylko pod nosem potrafią wyrazić niezadowolenie ze swojej rodzicielki.
Pracujemy nad ucywilizowaniem buntu Monsterówny, która ostatnio zbyt często wpada w atak furii, a wtedy nic do niej nie dociera. Wyrywa się, wyje i nie może przestać.
Bo hulajnoga źle jedzie.
Bo konik w grze nie robi tej opcji, której ona pragnie, a w instrukcji nic o tym nie ma.
Zresztą temat, jak zwykle, jest nieważny.

A po ataku,gdy już emocje opadną, rozmawia się z Monsterówną najzupełniej normalnie.
Tylko ta niepewność, kiedy znowu nastąpi atak...

Monster ma przetasowanie sił w przedszkolu i znowu trwają walki w wpływy. Ten jest w klubie, ten nie jest. Raz są razem, raz przeciwko. Raz humor dobry i pochwały, raz stracona koniczka (taki system nagród za zachowanie) i dzień do bani oraz rany szarpane na licu.

Monsterino wystąpił w świąteczny poniedziałek w koszulce z napisem "świecę przykładem". Nie zdawał sobie sprawy, co tam ma na przedzie, aż w końcu ktoś mu zwrócił na to uwagę. Chwilę trawił tę informację, aż w końcu z pasją zrzucił i podeptał koszulkę wrzeszcząc:

- Nie chcę jus świecić psykładem!

W sumie to ciężka odpowiedzialność, więc wcale mu się nie dziwię.
Ale zupełnie nieśmigana koszulka jest spalona. Nomen omen.





niedziela, 12 kwietnia 2009
alleluja!


Nie było nas tu, bo mieliśmy pełne ręce roboty.









Tylko Monster wykonał swoją wielkanocną instalację w instytucji edukacyjnej, jedynej otwartej do piątku włącznie. Och, zgadzam się z koleżanką m., gdyby tylko można było zostawić w przedszkolu dzieci do osiemnastego roku życia!


A jaka piękna nam się pogoda wyklarowała na te Święta!

W ciągu dzisiejszego dnia rozwinęły się liście na drzewach, u Was też?

Życzymy Wam
zatrzymania się i podziwiania.



środa, 08 kwietnia 2009
obserwacje




Bardzo dobry pomysł z tymi dniami otwartymi w Obserwatorium Astronomicznym, zwłaszcza, że jedno z nich mamy pod nosem i zawsze mnie zastanawiało, dlaczego taki piękny teren jest za wysokim płotem, zamiast być otwartym parkiem. Może chodzi o wandali, chociaż budowla pod największy teleskop i tak się kruszy:



Monsterinowi bardzo podobały się wąskie i strome schody, więc nam uciekał, by pobiegać jak struś pędziwiatr na górnym balkonie (zdjęcie z cyklu: znajdź Monsterina na obrazku).

Monsterom udało się wcisnąć na wykład o wyprawach kosmicznych, zatem, gdy pan nadzorujący jeden z teleskopów, przez który można było obejrzeć kratery na księżycu zapytał go, czy coś tam zobaczył, Monsterino bez zbędnej zwłoki odrzekł, że:
- Tak, planety jakieś i kosmos!

No, ba!
 
Czyli w obserwatorium na Słonecznej (serio!) dużo klasycznych przyrządów:





a w kosmicznym obserwatorium pod miastem - oprócz hektarów pokrytych krecimi kopcami (monsterinowe hasło: sukamy Klecika!!), teleskopy giganty i błyski lasera.



i na tę obserwacyjną łąkę naukowcy polecają przyjśc w nocy, kiedy widać promień lasera wycelowany w satelitę.

To jak? Romantyczna wyprawa Borówiec by night?
chociaż tak naprawdę to szalenie kształcące są obserwacje, które poczyniam na placu zabaw...

ale one niekoniecznie monsterkształcące są...





poniedziałek, 06 kwietnia 2009
stan


Mamy taką niewinną zabawę w gronie matek nie tylko wielodzietnych: licytujemy ilości zadań wykonywanych jednocześnie przy założeniu pełnego uczestnictwa w każdym z nich...



sobota rano: esemesuję krojenie warzyw na zupę i smażenie naleśników, przy jednoczesnym czytaniu Wysokich Obcasów i słuchaniu, wraz z odpytywaniem z nut, grającej Monsterówny. Grupowo oceniamy, że pobija mnie mama noworodka, która karmi, miesza zupę i bawi się z dwulatką. Z względu na bunt dwulatki;)

W niedzielę nie piszę o rekordzie, gdy gotuję dwudaniowy obiad, a Monsterino przychodzi z płaczem, że go ukłuły krzaki. Patrzę w skarpetkę: pęcherze, jak przy pokrzywie, więc dmucham, smaruję przeciwko swędzeniu i przyklejam leczniczy plasterek.
Dramat nadchodzi kilka minut później, gdy monstertata odkrywa, że jednak to szczypta popiołu musiała wpaść Monsterinowi za skarpetkę, bo bąble urosły i stopa boli coraz bardziej.

No to seans wymrażania w lodowatej wodzie. Monstertata wyczytał, że pół godziny, po 10 minutach noga jest jak lód, Monsterino się wije, bo zimno, a ja dla odwrócenia uwagi czytam mu o małym kaczątku.

Ostatecznie obiad robi się sam, nawet za bardzo się nie przypala, winny niedogaszenia ogniska dokonuje samosądu, monsterinowa noga ma 3 cm kwadratowe zupełnie świeżej, spodpęcherzowej skóry.
A nie dalej jak wczoraj opowiadaliśmy Monsterom, jak to roczny Monster wszedł do wygaszonego ogniska w butach i podeszwy mu się stopiły....


uff, dobrze, że tak się skończyło

a tak zupełnie z innej beczki:
 poproszę o taką pogodę, jak w ten weekend, tak do listopada....

Monstery najchętniej porozbierałyby się do kąpielówek. Monsterówna po wypadzie do Obserwatorium stwierdziła, że to już czas na sandały i krótkie spodnie. W drodze kompromisu zgodziłam się na sandały na skarpetki, choć chciała już na gołe stopy.
Monsterino, tłumacząc się bolącą nogą, chce chodzić już na bosaka.
Monster wreszcie odkurzył rower po zimie i w kasku mógłby nawet spać.




Żadnych kryzysów, depresji i czarnowidztwa. Nawet u Monsterówny. To lubimy i niech tak zostanie.




piątek, 03 kwietnia 2009
rokrocznie



Łe, to było proste! Trzeci rok z rzędu nabrałam
Monstery primaaprilisowo  na ten sam schemat. Że nasz ogród został nawiedzony nocną porą. Tym razem wybiegli z łóżek na hasło, że wskoczyły do nas sarny.
Nawet nie byli bardzo źli, że się dali nabrać...

Czy ja już pisałam, że nie lubię "Mikołajka"?

No, nie mogę znieść tego mazgaja, płaczliwej żony w kuchni i męża czytającego gazetę po pracy.
Tak, wiem, że to ma być satyra. I co z tego. Wkurza mnie.
Natomiast Monsterówna uważa, że przygody Mikołajka są śmieszne i czytamy wszystkie tomy od początku...fuj.

A tak właściwie, to dzisiejszy wpis ma być o inauguracji sezonu trzepakowego.
Że wreszcie po zimie chmara dzieci, NOWYCH dzieci na placu. Jedną świeżo wprowadzoną się w okolicę rodzinę zinwestygowaliśmy, ale jest więcej, bo skąd nagle tyle nowych twarzy!

Zatem Monstery szaleją- umawiają się na placu, nie chcą wracać, choć w brzuchach im burczy, a ja mogę sobie wreszcie pozwolić na grubsze tomy do plecaka, bo Monsterino stał się tak jakoś nagle samodzielny w drabinkowej obsłudze i już nie muszę go łapać na wysokiej zjeżdżalni czy asekurować.

A jaka z niego bije pewność siebie, gdy co jakiś czas przybiega do mnie i zwierza się, że dał radę wdrapać się wysoko.
- Musem tam wysoko chodzić, zeby mnie wiatl nie stlącił! - tłumaczy

Każdy argument jest dobry.

- Bo my się przeprowadziliśmy do domu jednorodzinnego, ale pamiętam jak było fajnie, jak mieliśmy podwórko zaraz pod blokiem... - podsłyszałam rozmowę Monsterówny z nowo zapoznaną koleżanką

Blokersi w duszy...







Archiwum
do Monsterowa tędy