wtorek, 29 kwietnia 2008



Niektóre blogowe koleżanki 

narzekają, że w Poznaniu nie ma, gdzie bywać z przychówkiem. Jak też przeczytałam w trendsetterskim magazynie, że tylko w Stolycy (nie tylko naszego kraju), ewentualnie w Krakowie można, ale jakoś tak wyszło, że Monstery ostatnio bywają.

Zatem rekomendacje.

Najwięcej bywa Monsterino.

W klubie bywa (jak ma klubowy nastrój)

Zdecydowanie woli biegać po sali jak motylek niż naklejać kropki biedronce.

Znowu był na  przedstawieniu. I znowu wcisnęło go w poduszkę na dłuższą chwilę. I tylko uśmiechał się pod nosem. Na szczęście na koniec mógł pograć na cymbałkach, więc jakoś się rozładował.



No i w

kawiarni




Słucha czytania, a potem musi być ciastko.

Nie wiem, czy oglądanie Koziołków to bywanie. Raczej nie, to takie banalne.

Ale gdyby tak szlakiem Jeżycjady się udać? To już brzmi lepiej! Trendi-staijlowo może nawet.

Na Teatralce najważniejsze nie były pociągi (Ciuf-ciuf pi! - bo rzeczywiście wyglądały, jakby spały), ale sprzęty drogowców.

A tak naprawdę, to siedziałabym sobie w naszym ogrodzie, pod kwitnącą jabłonią. (pięknie kwitną i wspaniale pachną), no ale cóż, Monstery raczej raczą bywać.

- Mamoooooo, to co dzisiaj robimy?

- Leżymy pod drzewem w ogrodzie..

- Znowuuuuu

- To może może zrobicie sobie piknik w domku

- To może jak już wrócimy

- Ale skąd?

- Nie wiem. A gdzie można pojechać?

Do tego parku nie, bo tam grasuje kombatantka, która gani dzieci za ganianie po pomniku pamięci.

A tam tak fajnie zjeżdżają autka.

No właśnie.

Czy nie lepiej... w domku?

I jeszcze a propos kwitnących kwiatów.

Pokazuję Monsterinowi pięknie kwitnącą magnolię.

- Zobacz, jakie śliczne kwiatki!

- Oooo, ale fajne auto! - odpowiada na to Monsterino.

Rzeczywiście, pod kwitnącą magnolią zaparkował nowy, lśniący, sportowy, wypasiony mercedes.

poniedziałek, 28 kwietnia 2008
czwartek, 24 kwietnia 2008


- UGAWA! - krzyknął Monsterino gromko, odwrócił się na pięcie i całym sobą zablokował chodnik

- Oć, mama, uciekamy! - rzucił, odwrócił się i uciekł. Potem co jakiś czas zerkał w tył, czy za nim biegnę. A że chodnik był nierówny, rozłożył się na wystającej płytce.

- Ałaaa! - jęknął

Zaczęłam podmuchiwać i obcałowywać mu poobijane dłonie.

- Nie ma! - westchnął smutno

- Czego nie ma? Rany nie ma? - dopytywałam się

- Nie ma AJĄC! - popatrzył na mnie wzrokiem, który mówił " no nie wiesz, czego nie ma, kiedy się człowiek przewróci i nie złapie?"

I pobiegł dalej.

W oddali zaczęły bić dzwony, stanął jak wryty.

- CICHO! - wykrzyknął, zupełnie niepotrzebnie, choć może to było do przejeżdżających aut - Bim-bom! - wpadł w ekstazę

Potem minęliśmy marne resztki kałuży, w którą oczywiście chciał wparować, ale delikatnie wyperswadowałam mu pomysł, bo nie miał kaloszy.

- Padało! - stwierdził ze znawstwem

I już pocwałował w kierunku klombu z kwiatami:

- Ko-owe fiatki! - zaczął wąchać roślinki z wielkim zaangażowaniem. I, wbrew moim obawom, nie pozrywał wszystkich na raz.

Minęła nas pani z siatką pełną mandarynek i z ogromnie przekarmionym mikrokundelkiem na smyczy.

- Jaki fajny hau-hau! (pieskowi daleko było do fajności, ale de gustibus...) Kupimy am-am?

- A co byś chciał kupić?

- Ma-ynki! - rozmarzył się fan mandarynek - Idziemy! - zakomenderował

I pobiegliśmy do sklepu.



środa, 23 kwietnia 2008

- Mamo, on mi kremuje włosy!! - Monster zawył mi wprost do ucha

To, że było kilka minut po szóstej odkryłam później. Najpierw potoczyłam nieprzytomnym wzrokiem po najbliższej okolicy, czyli łóżku, w którym w nogach zlokalizowałam Monsterównę, a u wezgłowia, na mojej poduszce - Monsterina po łokcie w słoiczku z kremem, a zaraz obok Monstera z kępką włosów zlepionych kremem.
W pierwszym odruchu jęknęłam coś w stylu, że znowu był wysyp złych snów, skoro oba trzy Monstery znalazły się przy mnie, a w drugim, ciesząc się ze spokojnego tonu, jaki zachowałam, powiedziałam Monsterinowi:
- To jest krem do rąk, a nie do włosów!

Zerwałam poszewkę, i tak już umazaną kremem i wytarłam Monsterinowi ręce, a Monsterowi okremowaną kępkę.
I już-już chciałam się ułożyć wygodnie na poduszce bez poszewki, by w spokoju doczekać budzika, gdy uniósłszy wzrok nieco wyżej, przyglądnęłam się czuprynie Monsterina.

Irokez to nie był, ale spod warstwy kremu nie było widać, jaki ma kolor włosów.
- O, nie! - jęknęłam
- Nie włosów kem! - odpowiedział Monsterino udowadniając, jak bardzo pojętnym jest dzieckiem

Przez chwilę rozważałam, czy zerwać poszewkę z kołdry, ale w końcu poczłapałam po ręcznik.
Nic z tego.
Po wytarciu włosy wcale nie wyschły i wcale nie wyglądały lepiej.
Już zupełnie wkurzona nagłą i wczesną pobudką, zawlokłam Monsterina do łazienki, by wysuszyć włosy (akurat basen miał być po południu, to stwierdziłam, że co, jak co, ale chlor, to chyba taki krem z włosów rozpuści).
Suszę i suszę.
Monsterino się wije, bo suszenie to okropna trauma.
Minuty mijają, wspaniały poranek również, a włosy nie schną.

Tak, to był bardzo dobry NAWILŻAJĄCY krem do rąk.

W końcu skapitulowałam.
Narażając dziecko na wizytę u psychoanalityka, wrzuciłam Monsterina do wanny, uregulowałam strumień wody, dodałam na irokeza podwójną porcję szamponu i przy wtórze pisków zarzynanego wieprzka, modląc się do Boga, by dał mi siłę, wymyłam Monsterinowi fryz.

A potem powiedziałam mu, że dlatego właśnie to nie był krem do włosów.
I tak pewnie nie zrozumiał związku przyczynowo-skutkowego.

(to, że potem wywaliłam Monstery z łóżek z krzykiem, że skoro ja nie mogę spać, to one też nie mogą, to temat na wizytę u psychiatry, ale o tym będzie w kolejnym odcinku)

I żałuję, że w tym zamieszaniu nie zrobiłam Monsterinowi zdjęcia.
Bo konkurs jest w Gaga na katastroficzne zdjęcie. Mogłabym wygrać wielofunkcyjne urządzenie.
A tak nic, tylko wyrzuty sumienia, że zafundowałam Monsterinowi kolejną traumę.
wtorek, 22 kwietnia 2008



Monstery nie są grzecznymi dziećmi.
O, według standardu wychowania, jaki panował "za naszych czasów", są absolutnie niegrzeczne.
To znaczy nie stoją cicho w jednym miejscu i nie reagują natychmiast na wydawane szeptem polecenie, jeśli się nie uzasadni celowości jego wykonania. Ba, nawet po żmudnym i kompletnym wyjaśnieniu potrafią też nie zareagować.

I jeszcze dyskutują. Pytają, nie szeptem. Pyskują. Pokazują palcem.

No i oczywiście najbardziej odbija im w przestrzeni publicznej. Owszem, mamy przerobione wizyty w takich miejscach, jak restauracja, dentysta czy kościół, ale faktem jest, że nie są to miejsca pierwsze z brzegu, tylko przygotowane z myślą o dzieciach.

Bo jak ktoś dzieci nie ma, lub miał dawno, to nie zrozumie.

Na przykład ostatnio u pani dentystki, Monsterówna wlazła jej na kolana, podczas, gdy ta borowała w pierwszej dziurze Monstera (och, jaki dumny jest Monster ze swojej pierwszej plomby! Zupełnie nie może zrozumieć, że akurat z plomby nie powinien). I to sama pani dentystka zachęciła Monsterównę. I od razu Monsterówna zabukowała sobie praktyki w tym gabinecie, bo doszła do wniosku,  że całkiem fajnie byłoby zostać stomatologiem.

Natomiast w poczekalni pana doktora od znamion atmosfera była, delikatnie mówiąc, przyciężkawa.

Najpierw wparowaliśmy do wąziutkiej poczekalni całą rodziną, a że chwilę wcześniej Monstery zdobyły Wielką Górę Świeżo Usypanego Piasku, to mimo otrzepania i wytarcia butów, trochę nanieśliśmy do środka. Potem było całkiem śmiesznie, jak Monsterówna skomentowała wielką brodawkę na ulotce jako "o, to to! Taka sama jak u Niani". 

(Monsterównie chodziło o film i książkę, ale być może rejestratorka nie oglądała, bo popatrzyła spod okularów)

Gdy wreszcie rozdzialiśmy się z wielu kurteczek, bluz i czapek, to przewrócił się wieszak (pewnie z nadmiaru monsterzej odzieży), a Monstery  wykonały w poczekalni taniec i piosenkę z filmu "Herkules", mając plastikowe ochraniacze na butach, więc ślizgały się w nich wesoło i podrygiwały radośnie.

Piosenka zaczyna się od słów: "Ofiarę złóżcie z GŁUPIEJ kozy, co sama sobie winna jest"  i Monstery z dużą przyjemnością wykrzykują słowo, którego w innym kontekście, to znaczy na przezywania siostry/brata, używać im nie wolno.

I nie śpiewały szeptem, to pewne. (choć się starały, bo im nakazałam i wykrzywiałam do nich twarz, że już ja im pokażę, kiedy będziemy w domu)

Jak już doczekaliśmy wejścia do gabinetu, to dotykały tam wszystkich doktorowych sprzętów i pytały po co one i choć lekarz wszystko im objaśniał i nawet pozwolił dotykać, to pani rejestratorka zdecydowanie odmówiła współpracy i nie pozwoliła Monsterom pojeździć na sterowanym fotelu. Miała przerażenie w oczach, widząc inwazję Monsterów na gabinet, choć przecież niczego nie niszczyły.

Ale pewnie mogłyby.

Może ich było za dużo na raz. Może nie należy epatować ilością dzieci w miejscach publicznych, a raczej dawkować po sztuce.

Bezsensowne mrzonki.

poniedziałek, 21 kwietnia 2008
piątek, 18 kwietnia 2008

W przedszkolu trwają coroczne rozmowy rozwojowe.

Na spotkanie dotyczące Monsterówny przygotowałam krótkie notatki zaczynające się od myślników, a na dole kartki wytłuściłam: "czy ona poradzi sobie w szkole????".

Nie dałam wychowawczyni dojść do głosu i od progu zaczęłam narzekać, jak to Monsterówna przestała myśleć, jaki ma stosunek do ćwiczenia szlaczków i że nie interesowała jej wycieczka do elektrowni, o przedstawieniu o Pchle Szachrajce powiadziała, że długie, i to był JEDYNY przymiotnik, którego użyła, a na koncercie w filharmonii się nudziła i jak-to-możliwe i czy to jest normalne?

Pani przez chwilę patrzyła na mnie z uwagą, a potem starannie dobierając słowa, rzekła:

- My tu coś zupełnie innego obserwujemy.

A potem podsunęła mi teczkę z rysunkami, pracami i szlaczkami Monsterówny.

Byłam przyjemnie zaskoczona, muszę przyznać.

- A matma? - jęknęłam, choć wiedziałam, że się pogrążam

- Wszystko w porządku, zbiory, ćwiczenia na liczmanach, wszystko powyżej przeciętnej w grupie- pani zerknęła do swoich notatek - jest bardzo dokładna i dopomina się o uzupełnienie ćwiczeń w wolnym czasie.

- I zawsze docieka, jak czegoś nie rozumie - dodała pani ostatecznie wytrącając mi z ręki argument o braku  myślenia

Wyszłam na najgorszą matkę świata, czepiającą się niewinnego dziewczątka, które może być wzorem dla innych przedszkolaków.

Pani nieśmiało zasugerowała, że może w domu za bardzo stresuję Monsterównę swoim podejściem do nauki. Już nie chciałam jej mówić, że sama też tak o sobie pomyślałam.

Jędzowata, wymagająca matka, której wygórowanych wymagań nigdy nie uda się spełnić.

O, rany. Chyba muszę popracować na swoim wyzerunkiem. Czy jest na sali ekspert od PR?

czwartek, 17 kwietnia 2008


- Boba, boba buty! - Monsterino porwał swoje kalosze z Bobem, dwa auta pod pachę i ustawił się pod drzwiami wyjściowymi.

- Idziemy! Oć, mama, gonimy!

Było parę minut po siódmej, za oknem nieprzyjemna szarość. Monstery starsze jeszcze uśpione, ja nieprzytomna. Ale dzień wcześniej zafundowałam Monsterinowi arcyrozrywkę - ubrałam go nieprzemakalnie od stóp do głów i przez godzinę biegał przez najgłębsze kałuże, jakich po ostatnim urwaniu chmury nie brakowało.

- Kap, kap! Mamo, oć, idziemy! - przekonywał - i capka! - przypomniał sobie o swojej ulubionej czapce z żółtą koparką

Monsterinowi bardzo spodobał się podbój kałuży. Chwilę dopingował też wyjeżdżające z garażu auto: "gazu, gazu". Zatopił jedno ze swoich autek i koniecznie chciał przejść przez przejście dla pieszych samemu "tupu, tupu".

Radosny wieczór był wczoraj, doprawdy. Ile szczęścia może dać takie tupu-tupu po wodzie!

A potem, gdy zapowiedziałam na kolację jajo, Monsterino uśmiechnął się szeroko:

- Cieszy się!

Radość była tym większa, że na talerzu wylądowało mu kilka jajek przepiórczych.

Monsterino aż podskoczył w swoim fotelu:

- Jajo! Mini jajo! Mini!

(to mu się udało - nie mam pojęcia, gdzie usłyszał o mini-czymkolwiek).

W kąpieli opowiadał starszym Monsterom, obszernie gestykulując, o swoim spacerze. Nawet to, że niczego nie zrozumieli, oprócz kap-kap, nie zmieniło jego humoru.

Dopiero ja. Rano.

Rozczarowałam go, że nie może już rano wyjść.

Tego nie robi się dziecku.

poniedziałek, 14 kwietnia 2008
niedziela, 13 kwietnia 2008
czwartek, 10 kwietnia 2008



- Tu bendzie kok! - zapowiedział Monsterino i nie miał na myśli swojej nowej fryzury, tylko sprawny myk przez balustradkę otaczającą plac w sercu miasta, a potem skok z wysokiego murku wprost w matczyne ramiona, które musiały się znaleźć pod murkiem w określonym czasie.

Nie testowałam, co by się zdarzyło, gdyby moich ramion tam nie było, ale podejrzewam, że skok byłby jeszcze bardziej spektakularny.

Monsterino nabiegał się po placu, ja w tym czasie konsultowałam przez telefon najnowsze wymagania co do certyfikatu płatnika, a potem poszliśmy na obiad.

Nie, jeszcze po drodze był zaparkowany tir, którego wygląd skomentował Monsterino pełnym uwielbienia tonem:

- Fajne, wielkie auto, wielkie koła ma!

Ciężko było go od tych usmarowanych błotem i smarem kół oderwać.

Jedynie tłumaczenie, że idziemy do cioci mniam-mniam go przekonało.

W naszej zaprzyjaźnionej jadłodajni Monsterino wędruje do kuchni i lustruje ją niczym inspektor Sanepidu, a potem wybiera zupę. Obowiązkowo z ponadnormatywną wkładką ziemniaczaną. Nawet do pomidorowej.

Dostaliśmy zupę, ławę naprzeciwko zajął jakiś mecenas chyba, bo ciągle rozmawiał przez telefon o spotkaniach, kancelarii, sprawach i sądzie. A Monsterinowi też buzia się nie zamykała:

- Pan je! Pan halo! Pan je am-am! Pan halo, pan je...

W międzyczasie połykał krupnik.

Pan żył swoim życiem nieświadomy, że go obserwują.


Zjedliśmy i mogliśmy wrócić do pracy.



Po zdemolowaniu przez Monsterina większej części biura stwierdziłam, że już czas, by swoją kreatywność wyładowywał na przeznaczonych dla niego materiałach i pod fachową opieką.

I znalazłam dla Monsterina klub na czas, który pozostał, zanim będzie mógł nareszcie pójść do przedszkola.

Ale o tym w kolejnym odcinku.

Teraz jeszcze migawka z gór.



wtorek, 08 kwietnia 2008


- Guten Tag, Guten Tag - ćwiczy Monster po drodze do przedszkola

- To my byliśmy w A...a... no, mamo, powiedz, byliśmy w A... - denerwuje się. Pamięta, że w "A", bo z tablic rejestracyjnych

- W Australii! - popowiada złośliwie Monsterówna i profilaktycznie daje dyla, bo Monster się chyba zorientował, że mu źle podpowiada i już ją goni

- Głupia jesteś! - złości się kochany młodszy braciszek - Głupia!

Jestem spokojna, jestem spokojna i bardzo kocham swoje dzieci -
mantruję, bo to, by nie wrzeszczeć

Monster literuje mijane tablice reklamowe, rejestracyjne i billboardy. No, chyba, że znajdzie się tam litera, na którą nie ma imienia dziecka w jego grupie, bo jak się zorientowałam, w grupie Monstera uczą się czytania zaczynając od rozpoznawania liter w imionach dzieci.
I tak Monster odkrył i wyłożył na magnesowych literkach Monsterinowi, że jego imię i imię Monsterina mają wiele wspólnego.

- Zobacz! - mówi Monster układając rekina z literką R - moja pierwsza litera jest twoją ostatnią
- RRrrrrr jak rekin - powtarza mentorskim tonem

- Rrrbrrr - powtarza Monsterino - ce jipka! - wyciąga władczo paluszek, jak to on

- Nie, nie możesz teraz, teraz szukamy twojej litery, T jak trzmiel! - ciągnie wykład Monster

- Nie TY, nie ty! - Monsterino jest przyzwyczajony, że dostaje to, o co poprosi w trybie natychmiastowym

Monster spokojnie przesuwa literki w górę lodówki, poza zasięg wyciągniętych ramion Monsterina.
Monsterino chwilę podryguje na bezdechu, potem pada na płytki i wywija bączka w spazmach wściekłości.

- Jak tak się zachowujesz, to ci nie powiem, jaka jest druga twoja litera! - wygłasza Monster i odchodzi

***

A co do szkoły, to temat na niejeden wpis.
Już chyba ze dwa lata krążę wokół tematu, czytam, zbieram informację i porównuję. I chyba nadal jestem taka głupia, jak na początku.

Głównie chciałam pójść na łatwiznę i dobrą szkołą rozwiązać sobie problem dowożenia na zajęcia dodatkowe, głównie sport i angielski. Żeby popołudnia, tak po 17 powiedzmy, były tylko domowe, a nie zajęciowe. Bo moim zdanie, zwłaszcza angielski, to lepiej przyswajalny jest raczej rano niż na wieczornym kursie.

Można postawić pytanie - dlaczego w ogóle angielski i sport. Po co w ogóle gdziekolwiek wozić, czy nie lepiej poczekać, aż sama z siebie poprosi o coś poza minimum szkolnym.

Dobre pytanie.

Sport to naturalnie dla wyładowania energii i dla dobrego samopoczucia. Że panuje nad ciałem, że wiele potrafi.
Bo wiem z własneje autopsji, jakiego daje to kopa. Bez używek. Wierzę, że dzieci, które uprawiają sport nie potrzebują sięgać po używki, bo już mają wysoki poziom adrenaliny czy innych endorfin.
A angielski?
Chyba bezdyskusyjna podstawa we współczesnym świecie.

Czy nie wystarczyłby sport i angielski w szkole publicznej?
Sport nie.
Trzeba się zapisywać dodatkowo. Z kółek zainteresowań w naszej najbliższej podstawówce jest karate i hokej na trawie. Już nie raz pisałam, że Monsterównę na piłkę powinnam posyłać, no a pływania uczy się i to lubi.
Myślałam, że szkoła za mnie to załatwi.

Ta, którą wybrałam, może załatwi. Jeśli przetrwa. Koncepcję ma dobrą, tylko, a może aż - problemy lokalowe.
No i nie wiem.

Dać tam Monsterównę i jak się szkoła nie wyklaruje, to ją przenieść?
Dać do publicznej i wozić dodatkowo, jak dotychczas (męczące to jest, jak dojdzie odrabianie lekcji, to możemy nie mieć na dodatkowe zajęcia czasu).

No i tak.

Przeczytałam cały cykl listów matek gimnazjalistów (ten z zeszłego tygodnia w GW).
Tam szło wprawdzie o coś innego. O testy, o poziom.
Ale też się przewijał problem parcia rodziców, a nie dzieci samych z siebie.

Ale tak po prawdzie - to skąd dzieci miałyby wiedzieć, że im się coś podoba czy nie, jeśli my, rodzice, im tego nie pokażemy?

Piszcie, dziewczyny, piszcie chłopaki, co o tym wszystkim sądzicie.

Dobre i złe rady mile widziane. Doświadczenia własne milej widziane, niż te znane ze słyszenia :P

Jeśli nie tu, to na maila.






poniedziałek, 07 kwietnia 2008
niedziela, 06 kwietnia 2008
Archiwum
do Monsterowa tędy