wtorek, 29 marca 2011
twardzioszkiem trzeba być, nie mięcioszkiem


Kiedyś chichrałam się w duchu, podsłuchawszy w basenowej szatni konwersację matki z córką, pt: "susz szybciej te włosy, bo nie zdążymy na aikido", a teraz co? Monsterino wymógł, by po basenie jechać (rowerem, więc po godzinnym pławieniu się, nadal ruch) jeszcze na taekwondo!

I tam też biega i skacze! (oraz kopie, no przecież) Gdy w końcu dojeżdża do domu muszę na nim wymóc natychmiastową kąpiel, bo potem zasypia na kanapie przy bajce.

Z kolei Monster, po przyjściu z dodatkowej lekcji taekwondo, na którą zaprosił go trener (wyróżnienie, bo trening ze starszymi, bardzo doświadczonymi, utytułowanymi, nobilituje), czyli w sumie po dwóch i pół godzinach treningu, przyszedł, zjadł kolację i poszedł się myć.

Po dobrych piętnastu minutach stwierdziłam, że coś za cicho w łazience, więc zainteresowałam się, czy czasem nie przemknął już do łóżka bez buziaczka na dobranoc.

Zastałam go pod prysznicem, siedzącego w brodziku, w misce z ledwie ciepłą wodą, w kucki. Spał... Gdy podniósł głowę, miał odciśniętą czerwoną szramę na czole...

Ale twardo chce w tym tygodniu powtórzyć ten maraton. No nie wiem, czy powinien. Chociaż nie narzeka, wręcz przeciwnie. Akurat na to nie...

Natomiast Monsterówna konsekwentnie chodzi do dwóch szkół i znowu będzie uczestniczyć w występie Prosinfoniki ze swojej starej szkoły w Auli Uniwersyteckiej. Zdała już większość utworów na flet, teraz uczy się śpiewu, a jest tego całkiem sporo, bo to koncert pieśni patriotycznych będzie. Mamy zatem obecnie Czterech Pancernych na zmianę z Pierwszą Kadrową jako podkład muzyczny do posiłków.

I tak sobie pracowicie mijają dni, a tymczasem Monsterino wrócił z przedszkola z informacją, że pani pogratulowała mu osiągnięcia 18 dni bez szczypania kolegów i koleżanek z grupy!
Postanowił sam siebie nagrodzić w tak okrągły jubileusz, zajął się więc przeglądem szafki ze słodyczami. Wybrał coś, zjadł. Jakiś czas później zlokalizowałam go znowu przy słodyczach. Zażądałam wyjaśnień, bo ustaliliśmy limit.

- Ja nie chciałem - wyraźnie stropiony tłumaczy Monsterino - ale te ręce! One takie HASŁA mówią: "weź sobie jeszcze słodycze, jedz", no i one idą i zabierają...

Żeby nie było nudno, mamy problem z rękami... (oprócz ortodonty Monstera za dwa miesiące, badań krwi Monsterówny, bo pani doktor uważa, że trzeci centyl wzrostu przy dziesiątym centylu wagi, to za mało jest, badań w przychodni sportowej, o których to winnam popełnić osobny wpis i już zupełnie poza zwyczajnymi przeglądami czy bilansami.)

Ha! ale dokopałam się (od czego internet!) do rozkładu zajęć rodziny z siedemnaściorgiem dzieci! Tam czas mamy i taty był wydzielany dzieciom kwadransami, więc przy tym trójka do objęcia to naprawdę - nóżka na nóżkę i kawusia z mleczkiem...



wtorek, 22 marca 2011
wiosna

Pierwszy dzień wiosny, a tu nieoczekiwanie zyskałam godzinę dla siebie. GODZINĘ!

Monstertata zabrał Monstera do dentystki, Monsterino miał swoją godzinę uzależnienia telewizyjnego, Monsterówna bębniła w klawisze, a ja pogłaskałam okładkę czytanej właśnie książki.

- A może by tak jedno okno? - odezwało się sumienie

- Eee, do świąt jeszcze daleko... - zgasiłam pomysł w zarodku.

Wstawiłam pranie, włączyłam zmywarkę. Nadal miałam całe pięćdziesiąt minut.

Usiadłam i zaczęłam pisać listę zakupów: "dżem", to na pewno...

Do kuchni wpłynęła Monsterówna, w rękach niosła stos gazetek - ostatnio jest fanką "Kumpla"

- Dobrze, że nie jestem blondynką - wymamrotała kartkując czasopismo  (he, he - zaśmiałam się w duchu pamiętając jej wczesnoprzedszkolny plan ufarbowania się na Piasta Kołodzieja) - te wszystkie kawały o blondynkach są okropne...

- Przeczytam ci jeden, chcesz?

Oczywiście. Czterdzieści pięć minut. Popatrzyłam tęsknym wzrokiem na książkę.

"Musli "- dopisałam na kartce z zakupami.

Otworzyłam szafkę z płatkami: dwie, nietknięte paczki musli patrzyły na mnie z wyrzutem. Skreśliłam musli z kartki.

- Czy w tym miesiącu spóźniliśmy się na Mszę?

- Raczej nie... - zaczęłam wspominać poszczególne niedziele wstecz

- No to tym razem będę miała tylko dwa grzechy - zwierzyła się Monstrówna - muszę zapisywać, bo ja potem tego nie KONTROLUJĘ - wyjaśniła przyszła kontrolerka

- Do pierwszego piątku kwietnia możesz jeszcze nagrzeszyć - zauważyłam

- DOBRA! - wyraźnie ucieszyła się Monsterówna

Monsterino oderwał się od telewizora i zaordynował partyjkę monster4. Pomachałam książce z oddali.

Monster wrócił przedwcześnie od dentysty (był bardzo dzielny) i zażądał udziału w grze, ale czerwonymi, zajętymi wcześniej przed Monsterina. Monsterino nie chciał oddać pionków. Monster zagroził skonfiskowaniem gry (bo to on dostał ją dostał). Nie spodobała mi się ta argumentacja, więc spakowałam mu zawartość w kartonik i wysłałam go do pokoju.

Z Monsterinem zagraliśmy w wilki i owce. On wygrał.

Wieczorem Monster przypomniał, że już przestał śnić mu się ten okropny sen z goniącym go T-rexem i chciałby, żeby znowu przyśnił mu się sen o tym, jak rozwiązuje tajemnicę Trójkąta Bermudzkiego. Zauważył też, że czyta coraz bardziej płynnie, a także, że jego zachowanie przy grze było niezbyt właściwe.

Na kartce zakupowej pozostał dżem.

Widocznie tylko tego potrzebujemy.


wtorek, 15 marca 2011
huncwoty




Monstery nie są karnymi dziećmi.

Wydaje się, że są do ogarnięcia w miejscach publicznych, w miarę zorganizowany sposób są w stanie przemieścić się tabunem, czerwienić się z ich powodu nie muszę namiętnie, choć bywa i tak.

Ale są krnąbrne, czupurne, polecenia wykonują ze zwłoką potrzebną na dyskusję, nie wahają się przed odpyskowaniem. Czasem trzeba się wiele natłumaczyć, żeby wdrożyli w życie pożądane zachowanie.
Czasem robią coś tylko dlatego, żeby zrobić przyjemność mnie lub monstertacie, bo na danym zachowaniu im w ogóle nie zależy. Ale bywają takie razy, gdy się im po prostu nie chce.
Nie mają oporu, by starszemu, obcemu, czy swojemu, powiedzieć NIE.
Bo nie.
Jeśli akurat w danej sytuacji nie widzą bezpośrednich dla siebie korzyści.

Prababcia chce pocałować na przywitanie.
- Tylko bez całowania! - z daleka zapowiada Monster

Prababcia rozżalona, chłopaki, bo i Monsterino poszedł za przykładem starszego brata, tkwią w okopach. Rozumiem babcię, ale i chłopaków też.
Monsterównie widzę, że głupio odmówić, chociaż też by chciała. Mści się dobre serce (bo na szczęście nie jest tak, że Monsterówna spolegliwie nadstawia policzek)
Może powinnam stać bardziej po jej stronie, choć przecież całus, nie jeden, bo wiadomo, starsza pani pragnie bliskości, to nie kryminał.
No, ale.
Naruszalność. Osobista przestrzeń.

Skończyły się czasy autorytetu nadanego z racji wieku.
Może w naszym przypadku, to jeszcze nie pajdokracja, ale dyskutanctwo kwitnie.
Kwestionowanie komend nie powinno być wytłumaczeniem dla agresji, nawet słownej, więc jeśli Monster rzuca "jesteś głupia" do mnie, szarpię go za ramię, patrzę prosto w oczy i wysapuję z wściekłością, że sobie nie życzę.
Pani Wychowawczyni ma inną strategię, bo rozumiała jego frustrację w danej chwili (czegoś nie rozumiał, a że on nienawykły do porażki, dał czadu), ale pisze do mnie, że jej przykro.
Bo Jej też Monster wykrzyczał.

Zrobiło się straszno. Przykro i okropnie. Co za bezczelny typek! Co za cham na mem łonie wyhodowany!
Odczytuję meila w pracy, po wspaniałym weekendzie, co za strzał prosto w rodzicielskie serca! (skądinąd, jeśli Monster nie przyznał się w piątek do karygodnego zachowania, to albo jest mistrzem dyplomacji, albo po prostu uaktywnił mu się instynkt przetrwania).

 Razem z monstertatą obmyślamy okrutną karę dla syna.
W sumie dobrze, że nie odczytaliśmy tego maila w nocy, bo byśmy Monstera chyba roznieśli...
Po jakiś dwóch godzinach oceniamy na zimno. Niezależnie od siebie mamy doła rodzicielskiego. Że człowiek stara się, kindersztubę wdraża, nakazuje i swoim przykładem okazuje podstawowych norm społecznych przestrzeganie, a tu taka porażka!

Wymyślam, że ma na forum klasowym panią przeprosić. Wygłosić przed klasą oświadczenie, tak głośno i wyraźnie, jak mu łatwo przyszło używanie inwektywy.
Z własnych pieniędzy kupić czekoladki. I zrobić laurkę z tekstem przeprosin.

Nie, to nie był jego pomysł. Wyjątkowo nie czekałam, aż sam wyjdzie z inicjatywą. Postanowiłam wyznaczyć mu standard, a niech następnym razem sam wymyśla.

Tfu! Jakim następnym razem??? Nie ma być, nie będzie żadnego następnego razu!

Czuję się jak matka syna kryminalisty.

A w weekend było tak milusio...










Monsterównie tak podobają się zadania z Kangura, że stwierdziła, że nawet po konkursie będzie je robić dla przyjemności:) Rozrywka ekstremalna.

piątek, 11 marca 2011
ser żółty i ogórek


Monster znowu stwiedził, że się odchudza. Śmiech na sali, kto go zna, wie, że składa się z samych kości i mięśni.

- Nie załamuj mnie - mówię - pewnie znowu nie zjadłeś kanapki - oskarżam

- Tym razem zjadłem, bo była dobra - stwiedza

Trele-morele - od dwóch tygodni kanapka jest codziennie TAKA SAMA, bo innej nie zje - ser żółty i ogórek zielony, z jednej strony masło, z drugiej majonez. Raz nie przekroiłam dużej na dwie połówki, to nie zjadł.

Odchylenia mogą być w stronę jednej, jedynej wędliny (która jest tylko w jednym sklepie, do którego rzadko wstępuję). Od wielkiego dzwonu może być korniszonek zamiast ogórka zielonego.

Monsterówna potrzebuje natomiast ogórka kiszonego, ewentualnie akceptuje paprykę - ale tylko czerwoną i tylko świeżą.

Monsterino je kanapkę z samym ogórkiem (jego śniadaniówkę szykuję w te trzy dni w tygodniu, gdy zaraz po przedszkolu udajemy się w dal, zamiast do domu).

Pieczywo też nie jest obojętne: bułka nie ma być zbyt miękka, ale też nie za sucha. Najlepiej, żeby to był chleb, ale nie z ziarnami (to wymóg Monsterówny).

Monster też ma swoje preferencje, raz rogal jest ok, raz nie, ale mam wrażenie, że jedyną koherencją w tym przypadku są fazy księżyca.

Monstertata wymownie wskazuje na parę niezjedzonych kanapek w lodówce

- Na kolację będą grzanki - informuję

Monstery nawet się pytały, dlaczego czasem grzankowy ser ma posmak warzywny (bo te z kanapki usuwam, dodaję im obok, świeże).

- Taki rodzaj - tłumaczę - specjalny!

Żują bez entuzjazmu.

- Nie męcz mnie tym ogórkiem - denerwuje się Monsterino

- Możesz wziąć pomidorka - podsuwam takie słodkie, truskawkowe, pycha

- Blee - wykrzywia się Monsterino

- A mogę sadzone? - nagle ożywia się Monster

- Ja chcę takie łyżeczką na miękko - proponuje Monsterino

- Ja wolę jajecznicę, ale taką niezbyt ściętą, bo ty nie pilnujesz, babcia robi lepszą - wygarnia mi Monsterówna

Oczywiście. Dwie patelnie i garnek.

wtorek, 08 marca 2011
wielodzietność na co dzień


Od świąt Bożego Narodzenia jesteśmy zanurzeni w świecie dużych rodzin. Zaczęliśmy od Jaśków, Rodzeństwo Baudelaire było w międzyczasie, teraz kończymy kolejny tom Pięciorga dzieci i coś.

- Ale oni się dobrze zachowują! - wzdycha Monsterówna przy kolejnym opisie, jak to bracia, choć są na siebie źli, w sprzeczce traktują się z szacunkiem. Siostra jest rozjemczynią, bracia się godzą.

W Monsterowie bywa do krwi. Bywają trzaśnięcia drzwiami i szczypasy z zakrętasem oraz kopnięcia.

Dwuletnia Monsterówna śpiewała: "oskalzam cię, testostelon". Ale i ona nauczyła się używać pazurów, więc nie można zwalać na płeć. Aczkolwiek gdyby nie miała braci...


Tymczasem przeszedł u nas kinderbal-huragan, tym razem połączyliśmy znowu uroczystości, więc i mix płciowy był i dużo śmiechu oraz hałasu. Jak to na imprezie...

Szaleni Naukowcy wpadli trochę poczarować.

Dziesiątka adeptów sztuk tajemnych była ciężko-okiełznawalna

Dziewczęta starsze, więc bardziej skupione


Faceci musieli być lepsi: skoro polecenie brzmiało wsypać 6 łyżeczek cukru, oprócz Monsterina żaden nie wrzucił mniej niż osiem.

Na wszelki wypadek.

Rozczuliło mnie też pytanie:

-Proszę pani, możemy iść pograć w piłkę? (a za oknem, na tarasie, nie mówiąc już o ogrodzie leżała puchata kołderka śniegu...)

Przy planszówkach wytrzymali pół godziny, całkiem długo jak na nich, aż w końcu jeden wyciągnął komórkę.

Nie mogą wytrzymać bez elektroniki, po prostu nie da się.


Huczne urodziny wpisały się w karnawał, sleepover w szkole angielskiego też (o tym jeszcze napiszę), a i na targi książki musowo musieliśmy wstąpić. Niestety, coraz mniej z książką mają wspólnego. Tak jakby trzeba było dodać lizaka, albo

co najmniej rzucik w czub, żeby zaciekawić KSIĄŻKĄ dziecko? W naszych czasach dziełem sztuki!? Tworem tak pięknym, tak wyuzdanym artystycznie, tak pociągającym, że nie boję się przyznać do uzależnienia! (mam jeszcze na półkach, wstydliwie pochowane, te z makulaturowego papieru, rozlatujące się wydania z szaro-burymi ilustracjami, pamiętam!)

Tymczasem na targach coraz mniej książki w książce, coraz więcej happeningu, choć tyle się teraz pięknych książek dla dzieci wydaje.

Nie mam nic przeciwko warsztatom, skąd, to moje drugie imię. Ani przeciwko super-hiper wyposażonemu placowi przyszkolnemu. Tym bardziej.

Nie protestuję przeciw fryzjerom.


Ale jak się to wszystko połączy w tym samym dniu (a nawet tym razem nie dotarliśmy do stoisk szkół, bo byśmy zginęli - Monsterino i tak zdążył się zgubić, co mu się opłaciło - dostał od kierownika hali ciastko oraz cuksy, posiedział sobie za kierowniczym biurkiem i specjalnie się nie przejął).


Ale czuję wielki niedosyt.

Po stoiskach przebiegłam, Gapiszona ledwie omiotłam wzrokiem.


- Trzeba podróżować, gdy nie ma się rodziny - mówi Monsterówna po rozmowie na temat cen wycieczek samolotowych

- Dlaczego? Przecież z dziećmi też można. - oponuję

- Tak, ale to bardzo dużo wtedy kosztuje!

Takie motto dla (jeszcze) bezdzietnych czytających:)



środa, 02 marca 2011
ośmiolatek


Ośmioletni Monster jest jak piorun, grom, błyskawica: szybki, silny i jak strzeli (okiem spod przydługiej grzywki), to ziemia drży... 

Ośmiolatek jest czasem małym chłopcem, gdy prosi, żebym położyła się obok niego i poczekała, aż zaśnie. Albo gdy płacze, wścieka się i lecą mu łzy jak grochy, gdy coś pójdzie nie po jego myśli.

A z drugiej strony chce jechać na obóz taekwondo na 2 tygodnie, a potem najlepiej na akrobatyczny na 2 tygodnie i mamo, jesteś taka kochana, ja będę oszczędzał spodenki i ubierał te same codziennie, żebyś nie musiała tyle prać.

Za swoje pieniądze chce kupić największy zestaw lego Star Wars. I grę Indiana Jones.

Nadal nie lubi sam czytać, choć dużo lepiej mu idzie dzięki codziennej praktyce. Jako, że wykona każdą czynność, jeśli tylko jest przekuta w rywalizację, to opróżnianie zmywarki jest zrobione wtedy, gdy konkuruje z bratem lub siostrą. Jest sprytny - tabliczki mnożenia nie zna na pamięć, ale mnożyć potrafi - on to po prostu widzi - rozkłada na dziesiątki i jedności. 

Z prac plastycznych najbardziej lubi lepić z gliny. 

Jedno z jego marzeń, marzenie do rychłego spełnienia, to pójść z tatą na mecz Kolejorza. Drugie marzenie jest trochę odleglejsze: wyścig formuły 1. Może być jako kibic, na razie.






Nasz ośmioletni sportowiec z zamiłowania.

Życzę Ci, synku, czystych zasad!


wtorek, 01 marca 2011
przemytnik, czyli monstermama detektywem


W monsterinowej grupie przedszkolnej mają zasadę, że zabawki własne mogą przynosić tylko w piątki. Monsterino na początku jawnie, a potem pokątnie kontestował ten porządek. Najpierw przemycał samochodziki w plecaczku. Pani zauważyła. Potem w skarpetkach. Wyczułam zgrubienie przypadkowo, przy podciąganiu podkolanówek. Ostatnio zdzwiłam się, że zamiast ulubionego misiaczka namiętnie targa do przedszkola pacynki (dla przytulanek - jednej na dzień - zrobiono wyjątek). Bardzo mnie to męczyło, aż raz, znowu przypadkiem, wzięłam w rękę porzuconego bociana... wypełnionego hotwheelsami!

A rano znowu była awantura.

Archiwum
do Monsterowa tędy