piątek, 28 marca 2008
środa, 26 marca 2008

Nie, jeszcze nie jestem zajęta pakowaniem się.

Nawet nie wiem, tak do końca, co mam spakować i czy to, co chcę spakować jest (w miarę) czyste.

Muszę jeszcze na zapas popracować.

Tak, słyszałam o karambolu na TEJ autostradzie w Austrii. Już trzecia osoba mnie poinformowała (słusznie uznając, że nie mam czasu, by oglądać/słuchać/czytać wiadomości o autostradach w Austrii.)

Opowiadanie o lawinach strącających ostrożnych i nieostrożnych narciarzy oraz snowboardzistów, ba, całe rodziny zamknięte w samochodzie, ziuuu wprost z autostrady, też mam już za sobą.

To będziemy dobrze się bawić, tak? 


w każdym razie, na ten czas opanowujemy wszechogarniajace Monsterowo infekcje.

Jeszcze przed świętami, gdy z monstertatą udawaliśmy , że NADAL śpimy mocno zaciskając oczy, usłyszeliśmy Monstera kaszlącego do spółki z Monsterinem.

- Może biorą udział w eliminacjach do nowego programu "Jak oni kaszlą" - rzucił lekko monstertata


oooo, od tego czasu to się dużo zmieniło: Monster już nie wypluwa płuc, a Monsterinowi już nie wycieka zielony glut, ale lekką drżączkę mamy.

choć ubezpieczenie też, więc właściwie, jakby, co, możemy zwiedzać austriacką służbę zdrowia, tfu tfu, odpukać.

Tam, dokąd jedziemy, kamerki internetowe pokazują Wielką Biel, minus 10 stopni i  jakby lekki zamęt wietrzny, czy coś...


w takim kontekście opowieści o lawinach, karambolach i innych tragediach spotykających w zimie turystów, którzy ośmielili się wyściubić nos za drzwi i walczyć z żywiołem, są naprawdę zabawne.

Ktoś ma jakąś nową?

piątek, 21 marca 2008
czwartek, 20 marca 2008
wtorek, 18 marca 2008
poniedziałek, 17 marca 2008

- Mamuś, zapisz mnie na takie zajęcia, na których uczą chodzić na rękach! - zaświergotała Monsterówna, co było stanem tak odmiennym od ostatnio obnoszonych dąsów, że aż przystanęłam

- I jeszcze chcę chodzić na tych wysokich... no... patykach...

- Szczudłach? - podpowiedziałam

- Tak! Ale tylko w domu, bo nie chcę żeby się na mnie patrzyli, jak będę chodzić! - Monsterówna ma ostatnio dużą niechęć do publicznych występów, co stanowi duży kontrast z pchaniem się na świecznik przez Monstera. A im bardziej Monster pcha się w światła rampy, tym bardziej Monsterówna wycofuje się w kulisy.

Jestem tym bardziej zadowolona, że Monsterówna wyartykułowała jakąś edukacyjną potrzebę, gdyż przez ostatnie tygodnie twierdzi, że nic jej nie interesuje i gdy opowiada o wycieczce do Firmy Dostarczającej Prąd, że pan opowiadał o tablicy, na której były pokazane druty, którymi płynie prąd do domów, a ona w tym czasie położyła się na kurtce i wyszorowała tą kurtką całą podłogę, bo opowieść o prądzie jej nie interesowała, to nadal mnie to rusza. Choć już powinnam się przyzwyczaić, że Monsterówna nie jest moim klonem i że, na przykład, może mieć trudności z matmą, choć jak to możliwe, skoro ja nie miałam...

Zatem pokornie przyjmuję opinię pana Trenera, że powinniśmy Monsterównę pchnąć w stronę sportu, bo jest szybka, gibka i świetnie współpracuje w drużynie.

No to siedliśmy z Monstertatą i niezależnie od siebie zaczęliśmy snuć wizje Monsterówny w stroju polskich Złotek...

rodzicielska próżność.

piątek, 14 marca 2008
czwartek, 13 marca 2008

- Ce picie! - Monsterino wskazał na mój kubek z kawą

- To kawa! - wyjaśniłam - To jest mamy picie. Chcesz sok?

- Nie, nie, nie! - wykrzywił twarz - ce MAMY picie! - wrzasnął

Odmówiłam dziecku kawy.

Po paru minutach wycia i wicia się na podłodze zaczął zapowietrzać się od płaczu.

Jestem ciekawa, ile takich napadów będę musiała przeczekać, zanim z nich wyrośnie. Albo do nich wróci. Monsterówna może już się nie zapowietrza (a potrafiła), ale długie sesje płaczu uskutecznia. PONOWNIE.

Ekipa myjąca okna okazała się być dwoja dziewczynami, które najpierw kurtuazyjnie pochwaliły ilość okien w związku ze zwiększoną jasnością mieszkania, a po prawie trzech godzinach mycia, gdy okazało się, że muszą już jechać do następnego laureata, a u mnie jeszcze nie skończyły, musiały przeklinać te wielkie okna pod nosem.

W każdym razie ledwo wyszły, lunął deszcz.

.

.

W nocy pierwszy nadplanowy pasażer naszego łóżka nadciągnął już o 23 z minutami. Wszystko pewnie przez to, że postanowiłam się tym razem wyspać.

Raz-dwa -trzy - wy-li-cza-my! -  Monsterówna pierwsza!

Monsterino chyba pojawił się później, na koniec, kulturalnie z własną kołdrą i poduszką przybył Monster.

O 2:41 Monsterino zaczął sie rzucać i przytulając go poczułam, że przeciekł. Przebiórka otrzeźwiła na tyle, że planował zacząć się bawić.

Nie mam pojęcia, jak długo go przekonywałam, żeby zasnął.

Z jednej strony kościste kolana wbijała we mnie Monsterówna, z drugiej strony, kościstymi girami poszukiwał mnie Monster. Wokół głowy zawinął się niekościsty Monsterino, którego usiłowałam ściągnąć niżej, ale tamto miejsce było zajęte już przez Monstera, więc tylko usiłowałam się okryć Monsterina tak, by jednocześnie nie udusić Monstera.

Nawet jeśli Wharton wymyślił wielkie łoża dla wszystkich członków rodziny, to czy wpadł na to, by legowiska dzieci promieniście otaczały matkę? By chyba to byłoby jedyne rozwiązanie satysfakcjonujące Monstery.

Bo Monstertata już u progu nocy musiał wycofać się w poszukiwaniu lepszej alternatywy do spania. Może chociaż on się wyspał.

wtorek, 11 marca 2008
poniedziałek, 10 marca 2008
piątek, 07 marca 2008

Podziwiałam w przedszkolu wyniki eksperymentów z żarówkami, bateriami i przewodzeniem prądu do momentu, gdy Monsterówna bez żenady opisała, jak to przepisała odpowiedzi z arkusza koleżanki.

Nie mogłam się oprzeć i wysyczałam:

- A samodzielnie nie mogłaś pomyśleć?

Może na szczęście, Monsterówna nie usłyszała mojego syku, bo już z koleżankami RAZEM galopowały do sali. Robię sobie teraz szybką psychoanalizę, dlaczego taka współpraca i brak własnego zdania tak mną tąpnęło. Bo może miała swoje zdanie, które skonsultowała z grupą. Bo pewnie robili doświadczenie grupami, a nie indywidualnie. I może to dobrze, że potrafi współpracować. Tylko gdzie leży granica pomiędzy myśleniem na własny rachunek a poddawaniem się zdaniu grupy?!

Bo to tak jak w "Mikołajku", który wkurza mnie okropnie, a którego Monsterówna uwielbia. Być może zasłuchała się i zapatrzyła się w niego, bo płacze tak chętnie i często, jak ten mazgaj  (nie przyklejać etykietki, nie przyklejać etykietki!)

Monsterówna w tej chwili jest książkowym przykładem niepewności i rozkojarzenia siedmiolatka. I tak jak miesiąc temu nie mogła się doczekać pójścia do szkoły, to teraz, gdy już nawet ma pióro do pisania w zeszycie stwierdziła, że ona to uczyć się nie lubi i nie będzie. I zapomina, co ma przynieść, co ma zrobić.

I jedno mnie tylko pociesza zdanie w książce, że etap ten może trwać pół roku i że przechodzi.

Jest szansa, że przed wrześniem się znowu odmieni.

A ja pilnie potrzebuję seansu psychoterapeutycznego na temat "odpuść dziecku, daj na luz , wszystko będzie dobrze i nie zmarnujesz potencjału intelektualnego swojego dziecka".

I wiem, że to jest chore, ale takiego właśnie stresa mam.

czwartek, 06 marca 2008
niedziela, 02 marca 2008
Archiwum
do Monsterowa tędy