piątek, 31 marca 2006
czwartek, 30 marca 2006

Zadowolona ze słońca i zapachu wiosny w powietrzu, przybyłam po Monsterównę wcześniej, co byśmy sobie spokojnie, spacerkiem doszły na balet. I pogadały po babsku, jak to zawsze mamy w zwyczaju w środy. 

Już prawie doszłyśmy, a czasu miałyśmy jeszcze w zapasie sporo, bo maszerowało nam się raźno i już-już zastanawiałyśmy się, czy Stasia już jest w szatni, gdy nagle oblał mnie zimny pot - zdałam sobie sprawę, że torba ze strojem na balet została w przedszkolu.

Do przedszkola jest jeden przystanek tramwajem, czasu miałyśmy w sam raz - ale jeden zgryz - przedszkole zamykano za 10 minut, a jeśli dzieci wyszły wcześniej, to może nawet już było zamknięte. Na moją propozycję, by może ćwiczyć dzisiaj bez stroju, Monsterówna zareagowała rzewnymi łzami i zapowietrzeniem. Popędziłyśmy na przystanek.

- No to klops! - wyła Monsterówna, a ja zaklinałam w duchu, żeby pani Agnieszka jeszcze była, bo jak na złość nie miałam numeru telefonu do przedszkola przy sobie.

Gdy wypadłyśmy z tramwaju stało się jasne, że Monsterówna w swoim zapłakaniu i zapowietrzeniu nie jest w stanie tak szybko biec. Zostawiłam więc ją SAMĄ na chodniku - około 50 metrów od przedszkola nakazując nie rozmawiać z obcymi i iść tylko w stronę przedszkola, sama zwinęłam brzuch w kieszeń i pognałam.

Pani Agnieszka jeszcze była, bo szykowała coś na dzień następny - dopadłam torby i bez tchu pocwałowałam z powrotem.

Na skwerku nad Monsterówną nachylały się dwie kobiety.

- Wszystko pod kontrolą, już idę! - wrzeszczałam przytrzymując brzuch i starając złapać dech.

- Bo ona tak płakała i nic nie chciała powiedzieć - tłumaczyły się panie

Podziękowałam paniom i Opatrzności. Przytuliłyśmy się z Monsterówną i jakoś doszłyśmy do siebie. Brzuch ściśnięty w biegu też.

- Już dobrze, Gaju, już dobrze, zdążyłyśmy, wszystko dobrze się skończyło - powtarzałam, bo Monsterówna łkała z nerwów jeszcze dłuższą chwilę

- Dobrze się skończyło, jak w bajce - szepnęła Monsterówna

Pomaszerowałyśmy już dalej spokojnie, aż w końcu Monsterówna rzekła:

- To był twój klops, że zapomniałaś tej torby!

- Tak, moja wina, ale musiałyśmy lecieć z powrotem razem. Niestety, ostatnio zapominam rzeczy, jakbyś mi czasem przypomniała, byłoby miło - westchnęłam

- Dobrze, mamusiu - zgodziła się Monsterówna - bardzo cię kocham! - dodała, a mi łzy podeszły do oczu

- I teraz uważaj na samochody, bo przechodzimy przez ulicę, pamiętasz? - zaordynowała już bardziej dziarskim tonem.

Moja opiekuńcza córka.

środa, 29 marca 2006
poniedziałek, 20 marca 2006

- My już chcemy obiad! - wypowiedziała się Monsterówna w imieniu ogółu około południa w sobotę, gdy Monsterrodzice ramię w ramię chcieli odreagować, nadal w pościeli, trudy tygodnia z chorymi Monsterami.

- Ale niedawno było śniadanie, zjedźcie sobie jabłko albo mandarynki - mruknęłam przerzucawszy brzuch na drugą stronę, co zabiera dłuższą chwilę

- To może MY zrobimy zupę - nie dawała za wygraną Monsterówna

- Świetny pomysł! - stęknęłam, bo byłam już prawie przy końcu procesu przerzucania

Monstery zabrały się do obierania warzyw. Nie otwierałam oczu, bo cicho było, więc nie odczuwałam potrzeby.

Monsterówna zapytała się tylko, ile ziemniaków i co potem zrobić z obranymi warzywami.

- Weź garnek, wlej wodę, warzywa wypłucz i je wrzuć do garnka. Ja już zaraz wstaję - wymamrotałam stwierdzając, że pewnie z pięć minut mogę jeszcze wegetować

Nie minęła chwila,  a Monsterówna już sterczała nade mną.

- Wymyłam warzywa baaardzo dokładnie... - poinformowała

- Tak? To świetnie, już wstaję - przeciągnęłam się

- Mydełkiem wymyłam, żeby czyste były - uściśliła Monsterówna

Wbrew pozorom zupa wyszła nadzwyczajnie. Monstery są bardzo z siebie dumne, że zrobiły rodzicom obiad.

Nawet posprzątały to, co zostawiły na stole (Monstertata wyskoczył z wyra wcześniej i dał radę uchwycić proces).

A z innej beczki - chorobowej. Monster RACZEJ wyzdrowiały poszedł do przedszkola. Monsterównie przydarzyło się zapalenie ucha, żeby był już absolutnie komplet.

piątek, 17 marca 2006

Choroba chorobą, ale jakoś w tym czasie trzeba egzystować, więc zataszczyłam do domu tonę książek z zadaniami, co by Monstery rozerwać. Monster, awansowawszy do książeczek dla trzylatków, z zadowoleniem przyjął pierwsze zadanie: na stronie zaprezentowane były dwa obrazki z misiem - na jednym miś bawił się klockami, a na drugim - spał.

Polecenie brzmiało: namaluj za oknem każdego z obrazków odpowiednią porę dnia.

Monster z rozmachem chwycił, jakże by inaczej, czarną kredkę i zamaszyście zamalował nią okno przy... misiu bawiącym się klockami.

- To miś bawi się klockami w nocy? - zapytałam złośliwie

- Nie, MAMO! Za oknem jest buza! - wyjaśnił Monster, a na potwierdzenie swych słów dorysował jeszcze na czarnym niebie żółciutkie błyskawice...

*************************************************************************

Kiedy Monster skończył trzy lata, umówiliśmy się, że nie będę z nim siedzieć przy zasypianiu, tylko co jakiś czas sprawdzam, jak mu idzie. Wczoraj była już 20:10, więc tylko pięć minut zostało mi do "Gotowych na wszystko", które chciałam obejrzeć w spokoju, więc mityguję Monstera, że już najwyższy czas zasnąć.

Monster łyknął wodę, przewrócił poduszkę, ukokosił się w łóżku, w końcu wyciągnął rękę, pogłaskał mnie po policzku i wymamrotał:

- Hakuna matata....

Po czym w ciągu kilku sekund zasnął.

Oto posłuszny fan Króla Lwa.

czwartek, 16 marca 2006
środa, 15 marca 2006
wtorek, 14 marca 2006

Zaczęło się już właściwie w połowie dnia, a nawet w niedzielę - Monsterowi było cały czas zimno. Gorączki nie miał, ale jakiś taki niewyraźny się wydawał. Rano pomaszerowali obydwoje do przedszkola, ale już o 11 Monstertata odebrał Monstera. Zmierzył mu temperaturę, bo grzał jak piecyk - ponad 39 stopni.

Monsterówna z przedszkola wyszła za to z potężnym kaszlem. I nie dziwota - kaszlały wszystkie dzieci w szatni.

Wieczorem gorączkę mieli już obydwoje, a ponadto Monsterówna wypluwała płuca. Nawet nie przypuszczałam, że można kaszleć non-stop przez dwie godziny. Monsterówna dała radę. Na koniec zwymiotowała, a że w międzyczasie zasnął Monster - pościel przebierałam na wszelki wypadek w ciemnościach.

W końcu po paru dawkach syropów wszelkich Monsterównę zmorzyło i kaszel się jakoś wyłączył. Zdążyłam wziąć prysznic, gdy obudził się Monster majaczący coś o latających samochodach. Nawet mu nie mierzyłam temperatury - i tak można było na nim pranie suszyć. No i spaliśmy razem - Monster zakryty dwoma kocami, bo go telepało, ale z zamkniętymi oczami szukał mnie ręką - jeśli byłam, to spał dalej. Gdy wymnkęłam się nad ranem - natychmiast udał się za mną.

Rano Monsterówna stwierdziła, że chyba nie pójdzie dzisiaj na basen. Podejrzewam, że mogłaby podnieść temperaturę wody w basenie.

No i zanosi się, że Monsterrodzice w tym tygodniu będą pracowali na zmiany - rano ja, popołudniu Monstertata. Dobrze, że tak możemy.

poniedziałek, 13 marca 2006
piątek, 10 marca 2006
czwartek, 09 marca 2006

Nawet nie wiedziałam, że poranne odprowadzanie Monsterów do przedszkola może być tak ekscytujące. Teraz też rozumiem, dlaczego Monstery mają chrypę, skoro przy minus pięciu muszą gadać przez całą drogę i jeszcze się przekrzykiwać.

Rano traumy nie ma - Monstery wstają same z siebie około siódmej (i pomyśleć, że ich własna matka, gdy była w ich wieku, to na myśl o wstawaniu chowała się głębiej pod koc). Oczywiście poranna koordynacja śniadania, ubierania, pakowania się i wychodzenia jest ciężka, ale to kwestia organizacji. Gorzej, gdy na przeszkodzie stają rekiny, które właśnie zalęgły się w przedpokoju i nijak nie można przejść. Karmienie rekinów-ludojadów starą gazetą zajęło nam parę minut, ale było warto - w końcu nas przepuściły...

W końcu jesteśmy na zewnątrz:

- O, nowa kupa! - zauważa Monsterówna

- Tak, wcolaj jej nie było! - potwierdza Monster - chyba WDEPŁAŚ w kupę - rechocze

- He, he i teraz będziesz śmierdzieć !- chichocze Monsterówna i początkowo jest sztama między Monsterami, ale potem zaczynają gadać symultanicznie i jeszcze wymagać mojego udziału w konwersacji na różne tematy, a choć mam podzielną uwagę, chyba, to ciężko w tym samym czasie odpowiedzieć na dwa różne pytania

- Mamuniu, a złodzieje jak kradną to wiedzą, że robią źle i że złapie ich policjant?

Z drugiej strony:

- Widziałaś? Zepsuty melcedes tu stoi i stoi, kiedy pojedzie?

Dochodzimy do przedszkola. Monstery zrzucają z siebie ciuchy w szatni i już ich nie ma. Zostaję sama, wieszam łachy, poprawiam buty w szafkach.

I nawet buziaka nie chciały... Chlip, chlip...

środa, 08 marca 2006
poniedziałek, 06 marca 2006
czwartek, 02 marca 2006

Trzy lata temu, o 12:57, jak notują wiarygodne źródła, na świecie pojawił się Monster.

- I życie stało się prostsze... - podpowiada psiapsiółka

Tak, dziwnym trafem tak. Okazało się, że istnieją dzieci, które najadają się w 15 minut, a potem odłożone ŚPIĄ! I to same. Gdziekolwiek - na kanapie, na dywanie obok rozwalanej wieży z klocków, na kolanach obok szeleszczących książek...

Przeczołgana przez macierzyństwo dzięki Monsterównie nie wierzyłam w takie bajeczki i nastawiałam się na CHAOS. Nie nastąpił.

Monster nadrobił wielki spokój aktywnością w późniejszych latach życia, ale to najważniejsze wejście smoka w życie miał cudowne.

Trzyletni Monster jest wielbicielem pojazdów w wszelkiej postaci, łącznie z puzzlami i książkami.

Każdy kolejny pojazd witany jest z niesłabnącym entuzjazmem. Porównywalnym może do jedzenia... sera:

Oj, znowu przesadziłam z rozmiarem...

W swoje trzecie urodziny biedny Monster obudził się z silnym kaszlem i gorączką, dlatego pierwszy raz od września nie poszedł do przedszkola. Rozpaczał bardzo - w końcu miał pomaszerować z cukierkami dla kolegów i koleżanek, ale rozpacz skończyła się w jednej chwili, gdy dowiedział się, że zostanie w domu z tatą.

Monstertata donosi, że Monster przestał kaszleć, nie ma też gorączki, nie wygląda i nie zachowuje się jak chory, tylko metodycznie demoluje nam mieszkanie.

Sto lat w zdrowiu, Monsterze!

Archiwum
do Monsterowa tędy