poniedziałek, 31 grudnia 2012
bunt maszyn i odczynianie

 

Zaczęło się oczywiście, gdy Monstertata wybył w delegację.

- Musisz iść do wróżki - poradziła pracowa koleżanka i dalej palcować swojego smartfona w poszukiwaniu numeru tejże. Gdyż jej w zeszłym roku też się wszystko buntowało i okazało się, że ktoś jej źle życzy, więc wróżka odczyniła. A nawet wypadek samochodowy przewidziała.

Prośbę bym miała, żeby źle życzący po prostu tu wypisał się obficie, oszczędziłoby mi to wyprawy na Winogrady.

A wracając do naszych plag egipskich -pierwsza odmówiła posłuszeństwa suszarka. Niby nie tragedia, bo opcja prania nadal działa, ale niedogodność jednak. Nie mówię już o piecu, który co rok robi,co może, żeby nie grzać - ostatnio stwierdził, że działa tylko, gdy jest bez obudowy - ani chybi gorąco mu w blaszanym ubranku (nie ma tego złego - obudowę stosujemy, jako dodatkowy wieszak do ręczników). Potem, a do świąt było coraz bliżej,  zaczęła piszczeć zmywarka. To jej sygnał błędu, już go znamy, więc Monstertata rozmontował urządzenie. Niestety nic w odpływie, ani w zwyczajowych miejscach zatkania nie przyczaiło się zdradliwie. Po dwudniowej lekturze forów tematycznych (są takowe!) nawet Monstertata się poddał. Fachowiec zdążył dotrzeć przed świętami, stwierdzić, że to być może czujnik, ale nie da się tego stwierdzić, gdy się nie zamontuje nowego. Jeśli zadziała, to znaczy, że to była jego wina. Ale przed świętami tego się nie da zrobić.

Dwa kolejne osobodni w sieci i Monstertata zlokalizował firmę, która czujniki ma i kurierem natychmiast przyśle i rzeczywiście po zamontowaniu zaczęła posłusznie zmywać. Ale ubrania nadal muszą się rozwieszać. Trudno, pomyślałam, przecież kaloryfery grzeją, to ciuchy jakoś wyschną. W złą godzinę to powiedziałam, bo w tym samym dniu Monstertata musiał podłożyć miski pod cieknące kaloryfery, a ostatecznie zdjąć jeden grzejnik, zdemontować kawałek pękniętej rury, założyć nową, zagipsować i teraz to schnie. A wszystko na parę godzin przed sylwestrem. Organizowanym u nas. Z nocowanką dla dwudziestu osób...

Nie poddajemy się, ale Monstertata zauważył, że czajnik zaczął popuszczać.

 

Życzymy Was wszystkim, Drogie Wierne Czytaczki/cze, Zaglądaczki/cze,  Odwiedzaczki/cze

nie banalnie - żeby Wam się w Nowym Roku nie psuło. To przecież raczej nierealne. Niech Wam, moi drodzy, jak się zepsuje, to szybko się naprawi.

 Uściski od Całego Monsterowa

 

 

czwartek, 27 grudnia 2012
tradyszyn, czyli jak mus to mus

 

Tradycyjnie Monstery mogłyby były skończyć wigilijne obżarstwo na barszczu z uszkami. No, dobrze, tak najzupełniej szczerze to jeszcze z dokładką pierogów plus dopchnięte ciastem. Ja w sumie też.

No to tradycyjnie monsterdziadek opowiedział o tradycji próbowania każdej z dwunastu potraw (łe tam, więcej ich było na stole, jak nic) i tradycyjnie jego poglądy nie znalazły zrozumienia.

Reszta tradycji także bez zmian. Tradycyjnie miało być symbolicznie prezentowo i tradycyjnie znowu Gwiazdor się podźwigał. A kryzys przecież.

Do szpiku kości tradycyjnie poszliśmy zobaczyć szopkę u Franciszkanów i daliśmy się umartwić absolutnie hitowo nieatrakcyjnym wykonaniem kolęd tamże. Okropność! Na odtrutkę i jak najszybsze zapomnienie tamtej masakry Monstery w domu wykonały wszystkie najszybsze kolędy i pastorałki z góralskim zaśpiewem i przytupem. Jakoś się otrząsnęliśmy, ale mimo wszystko zalecam wizytę na placu Bernardyńskim poza Mszą. No i jeśli ktoś lubi przaśny i zamaszysty styl plus ruszające się manekiny. Potem wpadliśmy dosłownie na chwilę do Karmelitów na wzgórzu Wojciecha i Monster wypowiedział to, co nam wszystkim na sercu leżało - że taka ascetyczna stajenka to bardziej nam pasuje. Ale sezon szopkowy przed nami, może coś jeszcze ciekawego wytropimy. Aczkolwiek pewnie nigdzie nie ma żywych zwierząt? Bo taką żywą szopkę, u naszych Pallotynów zresztą, wspominamy z rozrzewnieniem.
(W podopolskich Szczepanowicach też ze dwa razy byliśmy, ale tam to zagrody jak w zoo, a u Pallotynów to centralnie przy ołtarzu kury chodziły). Monsterówna miała roczek  i jak nie ona stała przykuta do drewnianego ogrodzenia, gdzie urzędował "cany kulik". Oj, jak spokojnie wtedy było na Mszy - żadnego biegania za dzieckiem. 

Na przekór tradycji wystąpiła pogoda. Więc gdy przygrzało słońce wygnałam Monstery na boisko. Niestety - skutkiem naszej rewolty (zamiast sportowego wpatrywania się w płaski ekran, bo na wyścigi i kto dłużej) musieliśmy w celu skorzystania z najbliższego ogólNIEdostępnego orlika przeskakiwać przez płot (a Monstery już z daleka się cieszyły, że nikt go nie zajmuje). Nie ma jak właściwa kampania prozdrowotna Miasta!

Byliśmy bardzo zdeterminowani, żeby skorzystać z urządzeń sportowych, bo dzień później pojechaliśmy do centrum- ogródek jordanowski przy Solnej także zatrzaśnięty na cztery spusty. No bo przecież świąteczny tradycyjny ruch to tylko palca wskazującego na pilocie. Całe szczęście, że nie zamknęli cmentarza.

Poza tym nadal nie możemy uwierzyć, że babcia ograła nas w Osadników z Catanu, Monsterchłopcy dostosowują harmonogram grania w Indiana Jones do wolnego tygodnia zajęć, Monsterówna łyknęła już swój książkowy prezent i teraz w ferie będzie zmuszona zabrać się za lekturę (Tomek Sawyer - fuj). I trzeba wybrać balony na sylwestrowe pląsy.

A jak tam Wasze plany na międzyświąteczne lenistwo? Bo ja na przykład obrzucam się fakturkami...

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
W końcu się dostalim
 
 
środa, 19 grudnia 2012
daj palec, a wyszarpią ci go z dłoni

 

- Dlaczego nie przyniosłaś mi tego zeszytu? - zabrzmiało oskarżycielsko z drugiej strony słuchawki

Zamurowało mnie i wcisnęło mnie w fotel. Ani "cześć", ani "dzień dobry" tylko tak z grubej rury. Brzydko. Monster zadzwonił pierwszy raz, jak jeszcze byłam w domu - wyjątkowo Monsterówna miała na później niż on i mogłam mu ten zeszyt przez Monsterównę podać, ale nie znalazłam go na stole. Ani w pobliskim sąsiedztwie. Temat się skończył, bo stwierdziłam, że musiał ten zeszyt gdzieś wcisnąć.

A potem taki pełen pretensji ton, gdy wychodził ze szkoły! To już są szczyty!

Jesteśmy naprawdę bardzo uczynnymi rodzicami - jak tylko możemy, zawozimy - a to worek na wf, a to flet. Mimo, że nie oczekuję czapkowania - podziękowania by się przydały.

Co wieczór przypominam o spakowaniu się na dzień następny i rejestruję, czy coś tam przy plecaku dłubie (a swoją drogą przez napakowywanie nadmiarowych przydasi rzeczywiście w starym zrobiła mu się dziura - musiał w trybie awaryjnym zaakceptować nowy - w dodatku z zasobów Monsterina - co za afront). Zdarza się, może się zdarzyć, że czegoś nie dopatrzy, ale ton zarzutu na (bo niezależnie do Monstertaty też dzwonił) nas zdenerwował.

Monsterino też nabuzowany - wstać rano nie chce, ale do świetlicy musi. Sprzeczności nie widzi. Wieczorem nie chce się położyć, lata jak kot z pęcherzem, choć ziewa. A potem wszyscy rano warczą.

Oj, odliczamy do piątku. Wszystkim zdecydowanie przyda się trochę luzu.

 

 

 
 
 
wtorek, 18 grudnia 2012
rozrywani zwycięzcy

 

Na szkolnych zawodach Monstery zajęły drugie miejsca w swoich kategoriach! To duży sukces szczególnie dla Monstera, który tyle miał przejść najpierw ze ścieżką, a teraz z trenerem K. i tarciem pomiędzy swoją a trenerską wizją treningu.

Najbardziej podobało mi się, gdy Monster cały drżący z przejęcia, poradził się starszej siostry co zrobić, by się nie denerwować. Albowiem Monsterówna wygląda na zawodach na całkowicie chłodną i opanowaną.

A Monsterówna powiedziała prosto: masz myśleć tylko, jaki następny element skaczesz i skacz go najlepiej, jak potrafisz. To wystarczy.

Widocznie posłuchał.

Mimo, że to "tylko" śródszkolna rywalizacja, pomyślana raczej jako lekcja pokazowa dla rodziców, to starsi uczniowie pokazali, jak łatwo można rozskupić się i kompletnie położyć pokaz. Starsi stwierdzili, że takie pokazówki to tylko zabawa, żartowali, pajacowali. A potem weszli na trampoliny i jeden po drugim spalili swoje skoki. Jeden nawet autentycznie spadł (to znaczy zeskoczył, ale jednak nie był to zamierzony manewr). Monstery patrzyły na to z politowaniem: "Tacy starzy, a  tacy głupi".

 

Ostatni przedświąteczny szkolny maraton sprawdzianowo-kartkówkowy w toku. Nauczyciele eksploatują młodzież na wszystkie fronty i tak Monsterówna ledwie ochłonęła po zawodach już grzebała w naszych zasobach plastycznych, by na konkurs plastyczny sporządzić ilustrację do dowolnego wiersza.

Monster w tym samym czasie przekopywał biblioteczkę w celu znalezienia "Rozwesołków" Papuzińskiej, bo na konkurs recytatorski wymyślił wiersz stamtąd.

Ponadto pani od niemieckiego daje dodatkowo zadania, bo Monsterówna nie może chodzić na kółko, a pani od matmy dorzuca swoje, bo też konkurs. Ale jak pani od polskiego powiedziała, że ortografia jest najważniejsza i skoro Monsterówna jest dobra, to może być jeszcze lepsza na kółku, to Monsterówna powiedziała basta!. Bo przecież nie cierpi polskiego z panią na czele. I kolejnej godziny z panią O. nie zniosła by nawet, gdyby dostawała za to medali na pęczki.

Olimpijki z języka polskiego więc z niej nie będzie (tym bardziej z Monstera, ale to temat na inny wątek)

A wokół tego wszystkiego biegał Monsterino, niby rozkaszlany i przeziębiony, ale po nurofenie, więc z turbodopalaniem. Czyli zwyczajnie, jak to w normalnym domu wariatów.

Tak w ogóle i z innej beczki, to Monstery już tak dawno nie chorowały, że nam się lekarstwa przeterminowały!

 

 

 

 
 
 
 
czwartek, 13 grudnia 2012
a kiedy w kasie forsa, to sukces pierwsza klasa

 

 

 

- Mamo, a ile ty zarabiasz? - zagaił Monster pomiędzy jajkiem na twardo a sokiem jabłkowym

Trzy pary oczu zawiesiły na mnie wzrok. Cztery, włączając Monstertatę, który też by się chętnie dowiedział.

- Wystarczająco, żebyśmy mieli co do garnka włożyć - odpowiedziałam wymijająco wkładając, a w zasadzie wsypując kaszkę do garnka

- Ale ile? - dociekał Monster, ostatnio ciekawy spraw życia powszedniego w związku z ciągłą psychozą kryzysu.

Nie chciałam mu powiedzieć, bo nic mu to nie da. Musiałabym zestawić od razu przychody z wydatkami, stąd taka ucieczka. Poza tym przypomniała mi się akurat historyjka krążąca gdzieś po sieci, jak to malec wyciągnął z matki, że zarabia 10 zł za godzinę, po czym pobiegł do skarbonki i dał jej 10 zł kupując w ten sposób godzinę jej czasu.

I nie o to chodzi, że u Monsterów nie funkcjonują skarbonki.

- A dlaczego ty teraz siedzisz tak długo w pracy? - niestrudzenie kontynuował przesłuchanie Monster. Że też mu nic nie wleciało do złej dziurki, skoro jednocześnie młócił kolację.

- No przecież już o tym rozmawialiśmy - zirytowałam się - mam dodatkową pracę do zrobienia, to siedzę!

- Ale zapłacą ci za to? - zainteresował się Monster, a reszta Monsterów przyklasnęła mu milczaco

- Tak - westchnęłam

- A ile? - zapytali unisono

 

*****

 

Monsterinowy kumpel - Hubert dostaje 10 zł kieszonkowego tygodniowo! Potwierdziłam u źródła tę szkolną rewelację.

Chłopcy aż zapowietrzyli się z wrażenia. Liczby fruwały w powietrzu, gdy liczyli, ile to w takim razie miesięcznie, a ile rocznie! No i jaki zestaw lego można sobie za to kupić. Potem spuścili nosy na kwintę. Monster dostaje złotówkę tygodniowo i to w zasadzie, jak sobie przypomnę. Skapnie mu czasem coś ekstra od dziadków czy w ramach wyjazdu na obóz.  W zeszłym roku wydał wszystko na osprzęt do roweru, oddał tacie za zbite lustro i jeszcze miał debet, który dopiero co odrobił. Monsterina ostatnimi czasy często odwiedzała wróżka zębuszka, więc jest bogaczem. Ma 20 zł i jeden grosz, który znalazł w szkole. Monsterównej skarbiec jest taką tajemnicą, jak moje zarobki, jednak nie narzeka (ma to po mamusi).

Ale jak to ma się do Huberta?!

- Chcecie też dostawać kieszonkowe? - pytam. Wychowawczo byłoby takowe wprowadzić.  Raczej nie sądzę, że aż takie wysokie, bo może się okazać, że na stałe będę musiała dodatkową pracę dziergać.

 

Jakie nominały u was chodzą? I na to ma Waszym dzieciom starczyć? (bo może się mylę, że 10 zł tygodniowo to zgroza. Aczkolwiek zakładając, że na ciuchy oraz jedzenie(!) dostają osobno)

 

 

 
 
 
 
 
 
wtorek, 11 grudnia 2012
na językach

 

Jeden z kolegów w klasie Monsterina ma francuskiego tatę. Monsterino szalenie zaintrygowany tym faktem czekał na okazję, by podsłuchać jak konwersują tata z synem. W końcu któregoś dnia przy odbieraniu ze szkoły się doczekał, ale jakież było jego rozczarowanie, gdy na ojcowskie zapytania  Antek odpowiadał po polsku! A najgorsze, że indagował kolegę na tę okoliczność, a ten najwyraźniej nie za bardzo rozumie, o co Monsterinowi chodzi.

- Myślę - tłumaczę Monsterinowi, - że oba języki są dla Antka na równi znane i nie widzi różnicy, w którym odpowiedzieć, więc wybiera polski, bo akurat jesteśmy w Polsce, pewnie w szkole francuskiej mówiłby po francusku.

Monsterino zafascynowany jest tą możliwością.

Dzieci szybko uświadamiają sobie, że znajomość języka obcego jest bardzo przydatna, choć Monster odkrył to w miarę niedawno, na wakacjach, gdy dogadywali się po angielsku z synem greckiego właściciela pensjonatu. Był zdziwiony, że ten, choć młodszy od niego, zna o wiele więcej przydatnych do zabawy wyrażeń.

Lata praktyki z zagranicznymi gośćmi.

Monsterówna z kolei ma w tym roku lekcje angielskiego z Jodie z Manchesteru (uroczy akcent!). Na początku nie była zdecydowana, czy będzie w stanie wykrztusić z siebie choćby słowo, teraz w miarę okrzepła i już nie przeżywa aż tak bardzo kolejnych lekcji. A że Jody nie zna polskiego, to tym bardziej trzeba kombinować, obejść, gdy nie zna się jakiegoś słówka. Jakoś pomału daje radę. (tak przynajmniej mówi - zostałam delikatnie wyproszona ze świadkowania na lekcjach - mamy innych koleżanek jeżdżą w tym czasie na zakupy - ja też ewentualnie mogę...)

Ostatnio wyciągnęłam ze skandalicznie przeciążonego monsterowego plecaka podręczny słownik wielojęzykowy.

- Po co? - pytam - Po co dokładasz sobie kolejny ciężar, przecież twój plecak waży tonę, niedługo się porwie - ględzę

- Zważyłaś go? - dopytuje Monster, że niby taki precyzyjny - Noszę słownik, bo pani od angielskiego, jak się zdenerwuje, to mówi do nas tylko po angielsku, więc od razu sprawdzam i mówię kolegom, co powiedziała!

- Aha, oczywiście! - powątpiewa Monsterówna. Ja tylko rozciągam usta w uśmiechu.

- Wczoraj powiedziała "stupid" , a ja mogłem sprawdzić, że to znaczy "głupi" - pogrąża się w swojej bajeczce.

Bo to najzupełniejsza nieprawda. Akurat stupid zna od dawna.

 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
piątek, 07 grudnia 2012
w tak młodym wieku

 

O tym, że Monstery już prawie dorosłymi są, niech świadczy fakt mojego solowego udziału w dorocznej akcji "Dokarm Świętego oraz Renifery Jego".

No tego jeszcze nie było, by tylko matka marchew oraz pierniki na mróz wystawiała, podczas gdy dziatki śpieszyły się, by zasnąć i wstać (chłopcy o 4 zakomunikowali, że już. Są gotowi,już ułożyli klocki, które dostali). I nawet nie bili się w piersi, gdy im ten fakt wypomniałam!

A przed mikołajkami odbyły się szkolne zebrania. Tym razem oprócz dobrych ocen wypsnęło się trenerze narzekanie na bezczelną lekkość w pięty idących tekstów Monsterów naszych słodkich (na razie tych starszych). Że nie przyjmują poleceń bez dyskusji oraz że w utarczkach słownych są coraz sprawniejsi. Nic nowego,  mam to na co dzień, ale oczywiście trenerom się nie dziwię. Niestety padło stwierdzenie, że Monstery szacunku wystarczająco nie okazują (przewracanie oczami, mamrotanie pod nosem - znamy to?)

Pohamowałam pierwszy impuls i nie rzekłam, że na szacunek to trzeba sobie zasłużyć, bo pewnie i tak już twierdzą, że pyskówki u nas są rodzinnym sportem. Ale kazanie w domu strzeliłam. Ideą przewodnią było nawoływanie do opamiętania (wołanie na puszczy) oraz do wyniesienia się na szczyty dyplomacji. Że uważać sobie mogą, co chcą, byle tego nie artykułowali.  Że skoro chcą trenować i być w tym coraz lepsi, to niech przyjmą, że trenerzy wiedzą, co robią. Dajemy sobie i im czas do końca podstawówki.

Zobaczymy na ile ta mowa starczy.

Tymczasem Monster po raz kolejny złożył interpelację o zarejestrowanie się na naszej klasie. "Bo wszyscy są i grają". Zastosował argument o "wszystkich", mimo, że wie, iż działa on na nas, jak płachta na byka. Mędził i argumentował, że to będzie zamiast innego grania na komputerze, więc w końcu ulegliśmy, ale mógł założyć konto bez podawania pełnych danych osobowych.  Wiem jednak i już się boję, że następnym etapem będzie odrabianie lekcji przy włączonym facebook'u (jak słyszałam o gimnazjalistach). O tempora, o mores!

Z kolei Monsterino w środę rano oznajmił uroczyście, że wreszcie jest uczniem.  Sporo sekund zajęło mi skojarzenie jego wypowiedzi z  pasowaniem na ucznia, które galowo odbył dzień wcześniej.

I jakoś zupełnie naturalnie splotły się te okoliczności z zakończeniem pierwszego, wielkiego zeszytu z kaligrafii. I serio trzyma się Monsterino linijek, doprawdy nie spodziewałam się tego!

 

****

 

 I coś mi się zdaje, że ze skrupulatnie wynotowanych przeze mnie  weekendowych propozycji bywania (muzeum, palmiarnia, warsztaty) widząc śnieg z oknem wybiorą Monstery najbliższą górkę. Mnie w mojej rowerowej odysei do pracy ratowały jedynie opony zimowe;) Ale jest bajkowo!

*******

 Dopisane po weekendzie: no i takoż było:

 
 
 Wyczesywanie śniegu kultowymi sankami Monstertaty - biją rekordy długości zjazdu, choć są bardzo ciężkie (może zresztą właśnie dzięki temu)
 
 I na kultowej górce przy Arenie, która dla Monstertaty w swoim czasie była przerażająco wysoka.
 
 Choć Monsterówna, jak to ona zaliczyła wszystko, zatem i warsztaty: zrobiła cudny kartonowy mebel - pufa:) Przy okazji poparzyła się gorącym klejem, ale na szczęście tylko na czubku paluszka - teraz może grać w scenie: "E.T. go home!"
wtorek, 04 grudnia 2012
24

 

Adwent zastał mnie szukającą roratniego lampiona. Przerzuciłam pudła z ozdobami gwiazdkowymi, ba! nawet wielkanocnymi, na wszelki wypadek, i nic. No to musieliśmy siąść i wykombinować nowy.

Monstery postarały się ekstraordynaryjnie. Ozdobiły hojną ręką, skleiły mozolnie, a tu rozczarowanie, bo nie było konkursu lampionów, choć zapowiadano. I żadnej radości oczekiwania podobno na roratach nie było. Ciężko je będzie jeszcze kiedyś na taką imprezę wyciągnąć.

Że zima zaskoczyła, to normalne, ale żeby już był grudzień, to niemożliwe!

Tymczasem tydzień w szkole bardzo pracowity. W poniedziałek starsi w ramach festiwalu filmów dla młodzieży byli w kinie. Monster stwierdził, że mieli ekstra lekcję angielskiego, bo gościem pokazu był aktor dziecięcy grający główną rolę w filmie. Mówiący po angielsku. Podobało się, choć z rezerwą podchodzili do kinowych propozycji, które nie wyszły ze stajni Disney/Pixar. Nie jest to pokolenie DKF-u.

Wtorek to dzień Monsterina - nareszcie, gdy już niemalże wszystkie literki piszą, a  czytają w  miarę płynnie, zostaną pasowani na ucznia. W domu Monsterino bąkał pod nosem swoją rolę i śpiewał piosenki, ale jak się zorientował, że podsłuchuję, to milkł, bo ma być niespodzianka.

Jestem pod dużym wrażeniem zaangażowania rodziców w monsterinowej klasie -jeszcze nigdy w mojej rodzicielskiej karierze nie zdarzyło się tak, że chętnych do aktywnej współpracy z wychowawczynią jest więcej niż okazji. Szok. Pani rzuca hasło, a rodzice prawie biją się, kto pierwszy. Akurat obecnie ciężko by było mi samej się poświęcić, ale zupełnie nieprzyzwyczajona jestem do sytuacji, gdy nie muszę sama.

Środa - kulminacja testów i kartkówek. Monsterówna raz po raz narzeka, że jest niesprawiedliwie, wtedy wiem, że ma zadanie domowe z polskiego. Poradziłam jej sprawdzić w statucie szkoły, ile sprawdzianów mogą mieć dziennie, ale okazało się, że to nie sprawdziany tylko kartkówki, a tych może być tyle, ile lekcji (wchodzi w to też plastyka, bo zmieniła się pani, a ta uważa, że wiadomości teoretyczne u nich kuleją i też trzeba je wykuć. To już żadnego relaksującego michałka nie ma Monsterówna...)
Monster ma cel - czerwony pasek. Cel szczytny i w zasadzie osiągalny bez większego wysiłku, patrząc na jego dotychczasowy dorobek z jednym, sporym niestety wyjątkiem - ortografią.
Stara się, owszem. Idziemy szerokim frontem - ortograffitti, ortofrajda, przepytywanie, ale idzie topornie. Czyta nawet dodatkowo, bo mu Monstertata poradził czytanie. Pytam go, jak mu łatwiej zapamiętać - mówiąc czy pisząc. Mówi, że zapamiętuje mówiąc. To przepytuję go co jakiś czas. Z drugiej strony - niech widzi, że nie wszystko wychodzi natychmiast. Że czasem trzeba przysiąść.
Czwartek - wiadomo - wszyscy odliczają dni. Trochę niepewności się wkrada, zwłaszcza, że zapytałam Monstery, czy kiedykolwiek spodziewali się rózgi, bo "za moich czasów"...
Nigdy im to przez myśl nie przeszło.
Czwartek to także Dzień Patrona w szkole, więc międzyklasowe konkurs pieśni patriotycznych i okazuje się, że oba Monstery starsze będą wskakiwać w ten sam mundur harcerski, bo oboje sobie taki outfit wymyślili. Na szczęście pomiędzy ich występami jest odstęp dwóch klas.
Może go nie rozerwą.
Nawet nie wiem, czy zawody akrobatyczne też są w czwartek czy w międzyczasie...
Jak dotrzemy do piątku (wszyscy - mnie maglują podatkowcy), to dam znać.
Na razie przygotowaliśmy tradycyjny poczęstunek dla Świętego.
 
 
Do pierników najlepiej pasuje świeżo wyciśnięty sok
wraz ze świeżo nauczoną kolędą
 
 
Archiwum
do Monsterowa tędy