niedziela, 30 grudnia 2007
sobota, 29 grudnia 2007

Są chwile, nad którymi powinnam zatrzymywać się częściej.
Gdy Monstery bawią się razem, we trójkę, albo chociaż we dwójkę. Gdy współpracują i tak im dobrze idzie, że o świecie zapominają. I tylko śmichy-chichy się rozlegają i głupawka totalna.
Albo jak gram ze starszymi, a Monsterino zajmie się akurat parkowanie floty i nie musimy pilnować pionków, kostki i planszy.

O!. Tak. Fajne momenty.

I gdy się sami z siebie obejmują i całują.
A nie bum-bum z wielkiej miłości w łeb.

Niestety.
Monsterino zdecydowanie wszedł w fazę buntu, bicia i rozwałki i zazwyczaj odmawia współpracy.

- Wychodzimy z wanny! - oznajmiam

- Nie! - odmawia i odsuwa się od brzegu, żebym go czasem nie wyciągnęła. I już nie działa moje "no to sobie idę, pa-pa", już wie, że ja tak na niby, więc wskazuje paluszkiem, żeby nie było żadnych wątpliwości i mówi:
- Ty pa-pa!

Ostatecznie wyszarpuję go z wody, wije się, wiesza. Pieluchę odrzuca,ale na nocnik nawet nie usiądzie, zębów nie chce myć, pizga szczoteczką (zatyka mi buzię, żebym nie śpiewała wrzeszcząc: "o-o-o - nie!").
Naciągnięcie piżamy to mordęga.
Potem wybiega z łazienki jak szalony, w dzikim pędzie młóci rękoma. Powinnam uprzedzać jego wyjście komendą "Kryć się!", bo jak któryś Monster podleci mu pod ręce, Monsterino bezwzględnie szarpie za włosy, albo bije na odlew.

Ale zmęczony jest, ziewa jak smok, więc go nokautuję na jego pryczy. Obowiązkowa lektura przed snem trochę go uspokaja, chyba, że jest to jedna z tych kilku książeczek, które metodycznie odziera z elementów ruchomych.
Zadumałam się nad tymi książeczkami, które dwoje starszych Monsterów przetrwały, a trzeci je wykończył.

Czytamy, Monsterino wstaje i musi jeszcze po drodze coś zdemolować, kopnąć rozszarpać. Każdy zakaz witany jest piękną pokazówką złości.

W końcu pada, oddycham z ulgą, wychodzę na palcach.... a zza winkla wyskakuję Monster z gromkim: łaaaaa!

...mimo, że chwilę wcześniej przypominałam mu, że idę uśpić Monsterina i że ma zachowywać się cicho, bo dopiero gdy z Monsterinem będzie spokój, to będę mogła im poczytać....

Odruchem Pawłowa (pierwotnym? A jeśli nie, to kiedy nabytym?) zdzielam Monstera po plecach i doprawiam po tyłku.

Monster kuli się, ja puszczam parę nosem i uszami i jest mi okropnie głupio.

Przepraszam go oczywiście, tłumaczę, co poszło nie tak, ale uraz pozostaje.

Nie ma wytłumaczenia dla tego, co zrobiłam i wychodzi na to, że jedynym wyjściem jakie pozostaje, to przyznać, że cierpliwość nie jest obecnie moją mocną stroną, a mimo to będzie przez bliżej nieokreślony czas nastawiona nadal na ciężką próbę.

Ogłoszenie: nabędę żelazne nerwy. W rozliczeniu mogę oddać zszargane.




piątek, 28 grudnia 2007

Odetchnęłam z ulgą, gdy odprowadziłam Monstery do instytucji, mimo, iż opierały się dzielnie, jako że przedszkole w okresie międzyświątecznym działa na pół gwizdka i tylko najbardziej zdesperowani rodzice z niego korzystają. Czyli ja i jeszcze jedna ciągle-pracująca matka. Znaczy: Monstery stanowią 2/3 składu.

Nadmiar babć i dziadków w święta oraz inne liczne atrakcje poważnie rozchwiały strukturę psychiczną licznego potomstwa i nawet wymuszone długie spacery nie pomagały wyładować napięcia. Drugi tydzień bez zajęć dodatkowych też nie sprzyja rozładowaniu energii. Reakcje są różne: Monsterówna zalewa się łzami z naprawdę byle powodu, Monster wrzeszczy, a Monsterino dostaje napadu szału i rzuca wszystkim, czego dosięgnie w okolicy. A jest w stanie wiele dosięgnąć i jego techniki sięgania są coraz bardziej wyrafinowane (przystawianie taboretu tam, gdzie chce wejść to jedna z nich).  I złości się też często, w zasadzie za każdym razem, gdy usłyszy, że czegoś nie może albo nie powinien.

Wczoraj przy kolacji, gdy upomniałam go, że używanie łyżeczki jako procy nie jest wskazane (a chwilę wcześniej pochwaliłam go, że skutecznie zjadł serek łyżeczką! A to wielki jak na niego wyczyn). Zatem, gdy zaoponowałam i odebrałam Monsterinowi resztkę jogurtu oraz łyżeczkę, ten wygiął się niebezpiecznie na krześle, potem jednym ruchem rzucił się całą swą długością przez stół, dosięgnął kubka Monstera i rzucił nim o ścianę. Kubek był wprawdzie plastikowy, ale pełen soku.

Kuchnia nadal się klei, mimo, że hektolitry wody zużyłam, by ją spłukać.

Dzisiaj Monsterino zbił talerz z nietłukącej się melaminy.

Zanim to dziecko przejdzie okres buntu dwulatka i jako tako zmądrzeje, to będziemy musieli remont generalny w chacie przeprowadzić. Oczywiście, jeśli dożyjemy tego dnia.

poniedziałek, 24 grudnia 2007
sobota, 22 grudnia 2007


Nie rozumiem sensu wigilii firmowych. Ani firmowych kartek świątecznych, choinek w miejscu pracy i gadżetów z okazji świąt.
Boże Narodzenie to rodzinne święta. A jeśli nie rodzinne, to domowe. W firmie to można dobry wynik świętować, owocne negocjacje lub jakiś inny sukces, ale święta?

I jeszcze ten przymus bycia, bo przecież nie kąsa się ręki, która jeść daje.

Uprzedziłam Monstertatę, że firmowa wigilia przedłuży na pewno się tak, że będzie musiał odebrać Monstery z przedszkola, ale że na usypianie to już zdecydowanie zdążę. W najśmielszych szacunkach nie uwzględniłam, że w porze usypiania, to wigilia dopiero się zacznie, a gdy o 22 Monstertata w końcu zadzwonił, bo trochę się martwił (-5 stopni na dworze, a ja pojechałam rowerem), to właśnie zwijałam się po angielsku z imprezy, która nie miała zamiaru się skończyć.

Czy będę szowinistyczną świnią, gdy dodam, że zostali członkowie zarządu - mężczyźni, którzy co do jednego mają małe dzieci?

I nie o to chodzi, że było nudno i patrzyłam na zegarek - nie, to przy okazji było zebranie robocze odnośnie budżetu, wykonania i planów na następny rok, ale jaki sens miało nazywanie tego wigilią i organizowanie tego na siłę parę dni przed świętami?

A przy okazji wydało się, że Monsterino chodzi jak w zegarku, gdy mnie nie ma - zasnął bez problemu i Monstertata mógł spokojnie oporządzić starsze Monstery.

Natomiast okazało się, że wszystkie Monstery mają czujnik rozpoznawania obecności matki, gdyż Monsterino zbudził się może po 10 minutach po moim przyjściu, w porze, o której nigdy się nie budzi, Monsterówna, która już nie budzi się w nocy od dawna, około pierwszej wparowała nam do łóżka i przygniotła mnie ręką, a niedługo później wparował Monster, czym skutecznie wyprowadził Monstertatę z sypialni.
Nadejścia Monsterina nie skojarzyłam, w każdym razie rano zbudziłam się z Monsterami z każdej strony.

A tak naprawdę, to ten wpis miał być o tym, że gdy w końcu Monsterówna jęczeniem zmusiła mnie dzisiaj do porządkowania książek, to jak przysiedliśmy przy regałach i zaczęliśmy segregować serie, tomy i kolekcje, to oczywiście okazało się, jak wielu od dawna nie czytaliśmy.
Zatem pół soboty, zamiast sprzątać, przekładaliśmy z jednej sterty na drugą, te do przeczytania natychmiast na kanapę i porządku w książkach nadal nie ma, za to na kanapie mur z literatury dziecięcej.
Czego można się było spodziewać.

piątek, 21 grudnia 2007

Najważniejsze, żeby prezenty miały tę samą wielkość, no i sztuka jest sztuka - musi być tyle samo sztuk. Przynajmniej dla starszych Monsterów. Cały wieczór komponowałam kartony, by wszystko się zgadzało, żeby potem nie było: "a on dostał trzy prezenty, a ja tylko dwa" .

Monsterównie coś kiełkuje pod czachą, bo dwa razy wzięła mnie na spytki, jak to z tym Gwiazdorem i Aniołkami jest (Monstery mają szeroki wybór donosicieli prezentów, jak widać). Czy to czasem nie rodzice przynoszą? Mocno zastanawiałam się, co jej odpowiedzieć. No bo jak to? Pozbawić ją złudzeń? Delikatnie wybadałam, czy chce znać prawdę (pytania naprowadzające: a jak myślisz?), no i w końcu wybrnęłam, że prezenty przynoszę tym, którzy wierzą.

No to pobiegła się pomodlić... Chyba opacznie zrozumiała.

Poza tym Monsterówna molestuje mnie każdego popołudnia o porządki. Że trzeba, że książki krzywo leżą, półki zakurzone, a moja (MOJA!) szafa się nie domyka i trzeba coś z tym zrobić. A jak mówię: "no to rób", to się obraża, bo chodzi o to, żeby RAZEM sprzątać. Coś w stylu: "u prząśniczki siedzą". Spędzamy sobie razem czas i gadamy. A jeśli powiem,że za chwilę lub za godzinę, to strzela wielkiego focha i w zasadzie jest do wieczora, albo i dłużej po ptokach.

Taka jest. Albo potrafi rozpłakać się rzewnymi łzami, z miejsca, bo coś powiedziałam nie tak, nie tymi słowy, za głośno, złośliwie, czy inaczej. I wtedy: "wyjdź stąd" do mnie syczy, a nawet raz usłyszałam: "zamknij się".

Bardzo miłe. Od razu skłania do myślenia, gdzie się popełniło błąd wychowawczy.

Gdy powiem, że mi smutno, gdy tak mówi i że mi się to nie podoba, to ryczy. No cyrk lepszy.

Żeby życie było w równowadze, Monster przeżywa teraz wyż emocjonalny, intelektualny i w ogóle biometr musi mieć korzystny, bo zero uwag w przedszkolu, w domu też w miarę, miarę (zeszłotygodniowy incydent z buntem na basenie miłościwie pomińmy). Poza tym ostatnie dni w przedszkolu były bardzo uroczyste (jasełka, gwiazdor, wigilia), więc codziennie odziewał się w koszulę i krawat, przez co duma rozpierała go, jakiż to elegancki jest. Może codziennie tak chodzić.

Monsterino, jak już wczoraj napisałam, rozwala, bije, psuje, przenosi z miejsca na miejsce i wypacza jakikolwiek sens porządków przedswiątecznych, czego nie może przeboleć Monsterówna.

I tak się kulamy coraz bliżej godziny zero.

Życzenia jeszcze będą, a tymczasem, jak tam przygotowania u Was?

czwartek, 20 grudnia 2007

Monsterino ciska drzwiami, następnie puka w nie.

- To tam? - pyta i nic nie odpowiadając otwiera drzwi i mówi "a kuku".

Może tak kilka razy pod rząd, aż któremuś z nas puszczą nerwy z powodu trzaskania.

Oprócz pokazowego rzucania się na podłogę, gdy mu się na coś nie pozwoli, Monsterino potrafi spoliczkować interlokutora czy współbawiącego się, dokładnie z tych samych powodów.

Monster odruchowo oddaje mu policzek, więc Monsterino wpada w bek:

- Ałaaaa! - gromko powrzaskuje

Monster przestraszony broni się, że przecież to Młody zaczął.

Fakt. Jak tu nie oddać, gdy biją.

Monsterino giba się w takt muzyki, mówi "golas" na siebie, gdy rozbiera się przed kąpielą, a gdy poprawiam go, że na obrazku nie ma kota, tylko jest krowa, wrzeszczy:

- Amen!

Ale to mu przez przypadek wyszło. Równie dobrze może w tym momencie zamachnąć się na mnie ręką.

Ubzdurało mu się także, że tylko ja mogę zajmować się lalkami-dzidziusiami Monsterówny i bezczelnie zabiera je od małej mamy i zanosi do mnie. A jeszcze nakazuje lulać je na rękach! Monsterówna płacze, ale wystarczy jedno ciumknięcie Monsterina, żeby jej przeszło i oddała by mu wszystko.

Zatem korzystając z okazji, Monsterino porywa lalczyną elektroniczną niańkę, z której po przyciśnięciu słychać odgłosy chichotu, płaczu oraz słowa: mama i tata. Monsterino wiernie powtarza. Także płacz i śmiech.

Monstery mają ubaw, Monsterówna wzdycha, że Monsterino jest taki słodki, aż do momentu, gdy znudzony zabawą Monsterino ciska zabawką prosto w siostrę.

Okładamy się przedświątecznie w Monsterowie. A wydawało się, że to taka normalna rodzina...

środa, 19 grudnia 2007
poniedziałek, 17 grudnia 2007
niedziela, 16 grudnia 2007
sobota, 15 grudnia 2007
piątek, 14 grudnia 2007
czwartek, 13 grudnia 2007

- Krok po kroku, krok po kroczku, idą święta! - podśpiewuje Monster, a zaraz potem:

- Chodź do mnie, mamo, musisz zobaczyć, co zbudowałem!

- Do mnie, najpierw do mnie, MUSISZ NAJPIERW DO MNIE!! - wrzeszczy od siebie Monsterówna - namalowałam pięknego konika, musisz zobaczyć!!!

- Tylko go zabierz, bo mi przeszkadza! - dodaje świdrującym sopranikiem

Monsterino przechodzi z jednego pokoju do drugiego, tu coś strąci, tam zepsuje, wielce zadowolony z siebie, póki któryś z Monsterów Starszych nie wybuchnie na jego widok.

Nie roztroję się, choć bardzo się staram. (za to rozstrajam się... )

Ale gdy wrzeszczą w trójkę i każdy chce do siebie, zaszywam się cichaczem z gazetą na fotelu i nie, żebym się bardzo relaksowała, ale przynajmniej wyciągam na chwilę nogi, zamykam oczy i w myślach liczę: raaaaz, dwaaa, trzyyyy...

- Mamo, tu jesteś, a ja cię wołam! - wyrzuca z siebie Monsterówna

- Miałaś do mnie przyjść - nadchodzi Monster

- Mamooo! Mamoooo! - nawołuje Monsterino i rozpromieniony na mój widok ładuje mi się na kolana.

Starsze są zazdrosne, więc też się przepychają na kolana i jęczą, że im ciasno, że chcą się przytulić, przytulają się, ale jeszcze kłócą, kto ma większą częśc mnie dla siebie.

Taa.

Od roku nie oglądam wiadomości w tv.

Od tygodnia nie przeczytałam gazety (a stos rośnie).

Moja mantra na dziś, to "dzieci nie zawsze będą mnie tak potrzebować".

wtorek, 11 grudnia 2007

Szczotkowanie zębów przez Monsterina wydawało się zupełnie naturalne od pierwszego zęba, bo prawem rodziny wielodzietnej miał od kogo się uczyć.

Aż nastąpił wiekopomny moment i z gromkim: "NIEEEEE!" szczoteczka wylądowała w najdalszym kącie łazienki.

Po kilku próbach wyszorowania paszczy pogardzoną szczoteczką, stało się wiadomym, że ZWYKŁA szczoteczka jest passe.

Nabyłam szczoteczkę z dzwoneczkiem.

Dzwoneczek owszem, ładnie dzwoni, ale szczoteczka z dzwoneczkiem nie rozwiązała problemu mycia zębów.

Monstery mają szczoteczki elektryczne, zatem Monsterino otrzymał szczoteczkę-wyścigówę na baterie.

Taką szczoteczką bardzo fajnie się jeździ, najlepiej nie w łazience i wcale nie w buzi.

Pacnęłam się w głowę, niczym Pomysłowy Dobromir i zaśpiewaliśmy ze starszymi Monsterami znany przebój Fasolek z Tik-taka: "Szczotko, szczotko hej szczoteczko o, o, o".
Monsterino otworzył buzię, głośno skandował o, o, o i przez dobrych parę tygodni problem mycia zębów uważałam za rozwiązany. Ba, wręcz chełpiłam się tym, że tak prosty, aczkolwiek skuteczny pomysł przyszedł mi na myśl i jak w ogóle ktokolwiek może mieć problemy z domyciem zębów (3 minuty z klepsydrą, czyli dwa razy piosenka z powtórzonym refrenem).

Wczoraj piosenka nie zadziałała.

Buzia na kluczyk, szczękościsk i koniec. Żadnego o, o, o. Zero.

Spróbowałam z inną piosenką. Nic. Choć słuchał z zainteresowaniem.
Zaczęłam desperacko samplować wszelkie przeboje ze swojego dzieciństwa.
I nic.
Ba! Wieczorny niespodziewany koncert zaczął Monsterina nawet bawić.

I wtedy zanuciłam kościelną:
"Święta Maryjo Królowo naszych codziennych spraw.
Prowadź nas jasną drogą, prowadź nas jasną drogą aż do niebieskich bram" (melodia żwawa, marszowa)

I cud nastąpił.



poniedziałek, 10 grudnia 2007




W harmonogramie świątecznych porządków założyłam ambitnie w ten weekend jedno okno, więc gdy Monstery starsze pojechały na narty, ubrałam Monsterina, jak na wyjście na spacer, przygotowałam sobie gadżety myjące i otworzyłam okno.
Przewidująco odsunęłam wcześniej wszelkie krzesła i stoły, co by na nie się nie wdrapał, ale przez to miska z wodą musiała leżeć na podłodze.
- Kąpa! - rzucił Monsterino i nie wlazł w nią tylko dlatego, że w ostatniej chwili pociągnęłam go za kaptur (dobrze, że nie był to ten rodzaj kaptura, co jest przypinany na zatrzaski!)

Wtedy postanowiłam usadzić Monsterina na miejscu, a że pasami w wózku dałoby tylko histerię, pomyślałam, że cel uświęca środki i puściłam Monsterinowi tubisie. Pierwszy raz w życiu.

Ale ledwo słoneczko-dzidziuś wychynęło zza horyzontu, Monsterino, nadal w pełnym rynsztunku spacerowym, robił sobie z dzidziusiem-słoneczkiem noski-eskimoski i nie wyglądało na to, by był stanie obejrzeć film z kanapy.

Wyłączyłam tv, zamknęłam okno i rozebrałam Monsterina.

- Modyfikacja planów, synu! - rzekłam - dzisiaj porządkujemy szuflady!

A jemu nie trzeba dwa razy powtarzać.


***

Wieczorem, gdy jak co dzień, zbierałam po chacie rozwleczone przez Monsterina zabawki, części garderoby, nasze i starszych Monsterów gadżety i co tam mu się jeszcze spodobało, naszła mnie refleksja, że to się kiedyś przecież skończy. Że męczeńsko wzdycham i codziennie od nowa to samo, ale w końcu dorośnie. (przynajmniej do tego, żeby prostym szantażem zmusić go do sprzątania po sobie).

No więc uff! i zen.

Ale rano

gdy w kilka minut po ubraniu (a ubranie Monsterina zabiera ładne kilka minut, bo Monsterino ma inne zdanie na temat odziania się niż ja) wylał na siebie i łóżko półtoralitrową butlę wody, to wcale nie było zen.

Nawet wizualizacja WSZYSTKICH Monsterów jako dorosłych nie pomogła.

sobota, 08 grudnia 2007
piątek, 07 grudnia 2007

- Mamo, obiecałaś! - jęknęła Monsterówna, zawachlowała rzęsami i zaprosiła mnie do pokoju

- Ty, nie - zastawiła drzwi Monsterinowi. A że rozdrażnionemu przez rosnące zęby i katar Monsterinowi niewiele trzeba, by wybuchnąć, zatem wybuchł.

Wzrokiem zgromiłam Monsterównę, która posłała mi zabójcze fluidy i obrażona zasiadła na dywanie.

Ogarnęłam Monsterina, wręczyłam mu zestaw mały mechanik i usiadłam między nim, a Monsterówną.

- Którą chcesz być? - zapytała, ale zanim zdołałam odpowiedzieć, szafę ubranek Polly zauważył Monsterino, pobrał z wieszaka silikonowy płaszcz i oddał się żuciu. Widocznie dobrze mu to robiło na obolałe dziąsła, bo na liczku wykwitł mu ukontentowany uśmiech.

Monsterówna nie zauważyła, albo zbagatelizowała zdarzenie, bo bez żadnej reakcji przydzieliła mi lalkę, a sama zaczęła wciągać na swoją spodnie-rurki. Nie wiem, jak ona to robi, bo ja ledwo jestem w stanie ubrać Polly w suknię bez rękawów, naciągnięcie bluzki kończy się mieleniem przekleństw pod nosem.

Lalki były ubrane, gdy Monsterówna pokazała mi możliwości domku dla Polly, który przyniósł jej Święty. Zainteresowało to Monsterina, więc wśród jęków, spazmów i przepychanek, rzeczony domek został przetransportowany w bezpieczne miejsce, a Monsterino wyprowadzony za drzwi.

Monsterówna wpadła w otchłań rozpaczy, że NIGDY się z nią nie bawię.

Nie zdążyłam ochłonąć, gdy z pokoju chłopaków doleciały krzyki, płacze i zgrzytanie zębów. Monsterino ani chybi dotarł do Monstera, który w skupieniu składał pojazdy lego według załączonej instrukcji, czyli nader skupiony był.

- Zabierz go stąd! - zawył Monster - zabrał MAŁY CZERWONY ELEMENT, PEWNIE MA GO W BUZI! - wrzasnął

A jakże. Podważyłam zęby Monsterina, niczym psu, i wyłuskałam czerwony element. Rzeczywiście był mały.

Pytanie brzmi: gdzie podział się silikonowy płaszcz?

czwartek, 06 grudnia 2007
środa, 05 grudnia 2007

- W tym wyrazie są dwie małe litery "r" - stwierdził Monster, gdy staliśmy na światłach. W rzeczy samej, na neonie wskazanym przez Monstera stało: "Berliner"

Czytanie prostych słów, literowanie i pisanie drukowanymi literami przez Monstera przyszło tak jakoś samo i niezauważalnie, że stanowi to tylko potwierdzenie kolejnej psychologicznej teorii o najbiedniejszym losie środkowego dziecka.

Ale może obecnie środkowe dziecko nie ma się aż tak źle, skoro nie zachowuje się AŻ TAK agresywnie starając się o zwrócenie na siebie uwagi przepracowanej matki rozdartej między idealną najstarszą córką a idealnym najmłodszym synkiem.

Uwaga: żartowałam! Choć pewnie można zinterpretować nasze rodzinne patologie i tak.

Idealny najmłodszy syneczek mamusi snuje się po domu, a ślina cienką strużką z buzi i gluty z nosa do kompletu ciągną się wraz z nim. A ja drżę mając w pamięci zeszłoroczny grudzień na Szpitalnej. Trauma.

Idealna najstarsza córeczka rzuca: "i tak cię nie lubię", okręca się na pięcie, rzuca włosami, albo malowniczo osuwa się wśród spazmów na parkiet. Ryczy, łzami się zalewa, o cokolwiek awantura. Według Mądrej Książki typowa niepewność siebie siedmiolatki. Tylko nie było powiedziane, jak przeżyć ten okres. Zęby zagryzam już z tylu powodów, że prędzej dostanę szczękościsku.

W zasadzie nie wiem, co gorsze - płacze Monsterówny, demolka uskuteczniana przez Monsterina czy napady wrzasku i agresji u Monstera ( chwilowo mniej spektakularne).

W robocie szybko zaczyna się końcoworoczna panika zamykania budżetów, uzgadniania sald, inwentaryzacji i innych szaleństw, co powoduje, że wizja bycia pełnoetatowym menadżerem domowego ogniska (prawa autorskie: Anita.W) jawi się jako sielanka i absolutne wzorcowy system funkcjonowania rodziny.

Pocieszam kolejny raz depresyjną Monsterównę, która przeżywa czarną serię złych dni, a obecnie zafiksowała się w temacie biednych dzieci w domach dziecka, zatem mówię:

- Ale wiesz, są ludzie, którzy nie mogą mieć swoich dzieci i wtedy biorą takie dziecko z domu dziecka i są szczęśliwi, a dziecko też, bo ma rodziców i dom. Pamiętasz "Jeża"?

Monsterówna łka przytulona do mnie.

- A czy można sobie wybrać dziecko, czy się chce chłopca czy dziewczynkę, czy tamta pani wybiera? - zapytała Monsterówna już bez szlochu, odpowiedziałam, że chyba raczej nie i przewidziałam następne pytanie Monsterówny:

- A czy ludzie, którzy mają już swoje dzieci mogą wziąć jeszcze takie z domu dziecka?

- Chyba mogą - odpowiedziałam, choć dobrze wiedziałam, co zaraz będzie.

- To my możemy wziąć? Proszę, proszę! - rozentuzjazmowała się Monsterówna

- Wiesz, to nie jest takie proste... - zaczęłam. Jak ja mam jej wyjaśnić, że wymarzona siostra mogłaby być trudnym dzieckiem po przejściach, które wcale niełatwo byłoby pokochać?

- Wiedziałam, że to będzie mój zły dzień! - jęknęła Monsterówna i zalała się znowu łzami

Szantażystka jedna.

wtorek, 04 grudnia 2007

Monstery w zasadzie nie były jeszcze zagranicą. Monsterówna miała niecałe dwa latka ostatnim razem, więc niczego nie pamiętała, a młodsze Monstery jedynie w swym życiu płodowym. I zupełnie tego nie planując zdążyliśmy przed Schengen, żeby pokazać im, na czym tak naprawdę przekraczanie granicy polega.

- Jedziemy do Europy! - zawołał Monster zauważając europejską flagę

- Jesteśmy w Europie - mruknęłam

- Właśnie! - odezwała się Monsterówna - do Niemieców jedziemy!

Monsterino nic nie powiedział. Bardzo ukontentowany obserwował sznur tirów na pasie obok.

- Daleko jeszcze? - zapytał Monster ledwo przejechaliśmy Odrę i nie było to ostatnie pytanie tego typu w tej podróży.

Ale w końcu dojechaliśmy.

W pierwszą niedzielę adwentu Niemcy gotowe są na gwiazdkę.

Bomby rzucili w Berlinie.






A wejście z Monsterinem do podwodnego świata to była walka o niezgubienie się w tłumie, ale raczej o bycie blisko, gdyby jakimś cudem udało mu się wspiąć na skałki i skoczyć na główkę do ryb. Bo podejmował próby.


- Kąpa! - stwierdził przy pierwszym akwarium...




....a potem przy każdym następnym. A było ich całkiem sporo...
Dawał buzi albo robił noski-eskimoski rybom, mówił "łoł" na płaszczki i gnał, gnał, gnał.
Zrobiłam tylko jedno zdjęcie, bo potem bałam się, że mi zniknie za winklem, wejdzie w zaułek, a my potem tylko będziemy nadawać "achtung, achtung".

W końcu się zmęczył(li).



A co do rozmów z monstercórką, to zagaiła dziś, iż:

- Wiesz, ja mam taką zasadę, że wymieniać błyszczące karteczki tylko na błyszczące, a nie na bylejakie. I tak samo naklejki.
A niektórzy takiej zasady nie mają i później zostają im tylko te najbrzydsze karteczki.

- Ale może ci, którzy nie wymieniają błyszczącej na błyszczącą nie lubią w ogóle błyszczących i dlatego je wydają? - zaczęłam bronić "niektórych"

- Jak to? Czy ktoś może nie lubić błyszczących albo naklejek?! Przecież one są piękne! Wszyscy to wiedzą! - popatrzyła na mnie jak na wariatkę

Jeszcze mamy trochę do przedyskutowania odnośnie gustów i guścików.

Archiwum
do Monsterowa tędy