czwartek, 28 grudnia 2006
sobota, 23 grudnia 2006
wtorek, 19 grudnia 2006
Monsterinowy pierwszy ząb wszedł w fazę ostateczną, jak mniemam, a dodatkowo ma zaropiałe oko 
oraz katar.
I rzęzi. Monsterino, nie ząb.
Zatem po nocy czuję się jakbym właśnie wysiadła po nocce w pociągu dalekobieżnym, 
poddawana ciągłej kontroli biletów. A raczej kontroli osobistej.
Konieczne było przepychanie i przecieranie otworów wszelkich o godzinie 23, 1, 3 i 5. 
Gdy ostatecznie wstawałam o szóstej, bardzo delikatnie, żeby nie zbudzić Monsterina, Monster, który 
w międzyczasie nadciągnął, podniósł raban, że nie ma się do kogo przytulić. 
Myślałam, że go zamorduję gołymi rękami.
Swoją drogą, braterska miłość Monstera do Monsterina objawia się na różne sposoby, najczęściej fizyczne. 
Bo Monster generalnie jest bardzo kontaktowy. W stylu full contact, zresztą.
I bardzo muszę się starać, żeby delikatnie stonować jego ruchy nie nadużywając słówka "nie".
A ciężko sformułować zalecenie bez użycia "nie", gdy zaciska palce na szyi Monsterina, a na tłumaczenia, 
że nie może dusić, bo to Monsterina boli, nie reaguje.
No bo jak? Może byś zacisnął dłonie na poręczy krzesła w zamian???
Ze skakaniem po łóżku wokół Monsterina daje się sformułować pozytywne polecenie, by skakał na innym
 łóżku. Ale wtedy Monster argumentuje, że przecież tak się bawi i Monsterinowi to się podoba.
Fakt. Śmieje się wtedy bardzo szeroko.
*****************
Trzy najważniejsze ustawy potrzebne mi w pracy diametralnie zmieniają się od stycznia, a ja, 
choć tego świadoma, co już jest dobrym znakiem, znam tylko ogólnikowe kierunki zmian.
********************
Gdyby nie moi rodzice i babcia, to przypuszczam, że na święta jedlibyśmy makaron z sosem pomidorowym.
I choć osobiście uważam, że samo jedzenie świąt nie czyni, to jestem rozłożona na łopatki faktem, 
że w tym roku po raz pierwszy w życiu nie wyrabiam się ze wszystkim i tracę kontrolę.
Czego nie lubię, niestety.
Petycję mam, by święta przesunąć o jeden dzień, na wyspanie.
Bo zasnęłam dzisiaj w tramwaju.
Co bardzo śmieszne jest.
poniedziałek, 18 grudnia 2006

Właściwie nie wiem, co mnie wcześniej obudziło: jednostajnie powtarzany dźwięk na ucho lewe, czy kuksańce z prawej.

A może to było jednocześnie. W każdym razie w sobotę, bladym świtem, czyli przed siódmą, otworzyłam oczy i odnotowałam jednocześnie:

- Daj, daj, daj - mantrę Monsterina oraz

- No, nie słyszysz, mamuś, daj mu już tego cycusia, bo woła i hałasuje - gorączkowy szept Monstera wraz ze ściągnięciem kołdry ze mnie i zawinięcie się w nią wraz z głową

A Monsterino dawał głos kontraaltem albo tenorem raczej. Bo on, taki mały a taki wielki, ma bardzo niski głos. I dźwięczny. I wydaje go w nadprogramowej ilości, co daje się zauważyć w czasie dni wolnych od pracy, gdy ma się go cały czas na stanie, bo Monsterino śpi średnio dwa razy po 15 minut w ciągu dnia.

I zbił jedną z dwóch szklanych bombek, podczas ubierania choinki. Reszta bombek jest plastikowa, dlaczego dorwał się akurat do szklanej i w dodatku z napisem "Gaja", o to jest pytanie. Monsterówna, o dziwo, nie wybuchnęła niepohamowanym płaczem. Monsterówna ma pokłady cierpliwości w stosunku do Monsterina i wybacza mu wiele, a poza tym nadal utwierdza się w przekonaniu, że Monsterino ZNA angielski.

Bo jak nie być, skoro Monsterino rzecze:

- Bluuuu - oglądając zabawkę, która ma coś tam niebieskiego w sobie...

oraz w słowotoku raz po raz nadaje:

- Dedi dedi dedi dedi...

- Woła cię, tatuś! - krzyczy Monsterówna oniemiała

I jak tłumaczyć prawie sześciolatce i prawie czterolatkowi, że Monsterino tak bez zrozumienia klepie, skoro na pytanie w co się wpatruje na suficie i czy to jest lampa, odpowiada:

- Taaaa .. - na wydechu

A potem na pytanie, czy chce jeszcze zupy, mówi jednosylabowo:

- Nieeee....

- On ma bardzo dużo do powiedzenia - podsumowuje Monsterówna - tak jak ja.

To prawda. W dni wolne, gdy wszyscy jesteśmy na kupie i chcemy porozmawiać, ja jako ta marszałka, muszę udzielać i rozdzielać głos.

A i tak Monstery się kłócą, kto komu przerwał.

Tylko Monsterino sam sobie udziela głosu i tokuje:

- adadada... atatata .....mmmammmaammma

I takie przedświąteczne tło mamy w domu.

Zamiast kolęd w tym roku.

środa, 13 grudnia 2006
wtorek, 12 grudnia 2006
poniedziałek, 11 grudnia 2006
piątek, 08 grudnia 2006

Byliśmy bliscy dekonspiracji, gdy aranżowaliśmy obraz skutków nocnej wizyty Świętego.

No bo wieczorem Monstery komisyjnie wyłożyły na parapet pierniczki i marchewki, a my przed pójściem spać mieliśmy je usunąć,a zostawić prezenty.

Wydawało się, że nic prostszego: o pierwszej w nocy Monstery zazwyczaj głęboko śpią. Ale przecież nie w noc przyjścia św. Mikołaja!

Najpierw długo nie mogły zasnąć, wzajemnie się uciszały i kajały. A gdy zbieraliśmy się do podkładania prezentów, to najpierw Monster mamrotał na śpiąco jakieś zaklęcia (ale nie przyszedł tej nocy do nas uprzedzony, że gdy go św. Mikołaj we własnym łóżku nie zobaczy, to może nie zostawić mu prezentu), potem ledwo Monstertata otworzył okno, Monsterówna zaczęła pytać (na szczęście nie otwierając oczu), czy to już Mikołaj przychodzi.

Przyskoczyłam do jej łóżka, zatarasowałam sobą widok na okno i zaczęłam ją głaskać jednocześnie zatykając uszy, w tym czasie Monstertata kruszył pierniki, a resztę chował. Gdy zamknął okno okazało się, że zapomniał jeszcze rysunku, który Monsterówna spreparowała specjalnie dla Świętego, więc operację trzeba było powtórzyć.

Uff... I wiecie, co było największym hitem poranka? Nie te pakunki, które w cudowny sposób zmaterializowały się przy łóżkach, tylko okruchy, które zostawił Święty, namacalne dowody jego bytności.

- Smakowało mu! - stwierdziła Monsterówna.

- A reniferom marchewka, nawet okruszków nie zostawiły! - zauważył Monster

Efektem ubocznym monsterowego prezentu - latarki jest pogrążenie naszego domu w ciemnościach. Monster bawi się w naszego przewodnika w kazamatach. Jedynie dla Monsterina wywalczyłam oświetlenie pokoju, ale wystarczyło moje wyjście do toalety, by już Monster stanął w drzwiach sypialni z latarką w ręku i zapowiedział do Monsterina:

- No, koleś! Teraz to się zabawimy! - i zgasił światło.

Złowróżbnie to zabrzmiało, więc biegłam z kibelka ratować Monsterina podciągając spodnie po drodze.

środa, 06 grudnia 2006
wtorek, 05 grudnia 2006
poniedziałek, 04 grudnia 2006


W sobotnie przedpołudnia mamy tylko dwoje dzieci, gdyż Monsterówna nocuje u koleżanki.
Myliłby się ten, kto sądzi, że roboty jest o 1/3 mniej. Wręcz przeciwnie: gdy nie ma Monsterówny, to dopiero widzę, jak wiele daje jej obecność. Na ile pytań Monsterowi nie muszę odpowiadać, ilu zadań i zabaw wymyślać, bo robi to za mnie starsza siostra.
Gdy są razem, to pytają symultanicznie i wtedy nieźle trzeba się nagimnastykować, bo odpowiadać również symultanicznie, ale gdy są razem, to potrafią godzinami bawić się nie naprzykrzając się nadmiernie starym.
I o to chodzi.

W każdym razie, w soboty jemy sobie śniadanie z samymi facetami. Monster nachyla się na miską cornflaków i nagle zagaja:
- A czy one się mnie boją?
- Kto? - pytam zaintrygowana
- No, te płatki?
- Dlaczego płatki mają się ciebie bać????
- Bo wiesz, one sobie tam SPOKOJNIE leżą, AŻ TU NAGLE zbliża się do nich taka wielka głowa i "haps" zjada je....











Najpierw Monster godzinę budował całe miasto, tory, domy, a potem z okrzykiem: "jestem T-Rex" zaczął je miażdżyć. Nogami. Nie rozumiał, czego od niego chcę, gdy zapytałam się, czy mógłby w inny sposób sprzątać... No, bo jakżeby inaczej miała wyglądać inwazja groźnego T-Rexa?

A Monsterówna oprócz ćwiczenia szpagatów, gwiazdy i stania na czubkach palców, wykonuje syrenki:



O 5:30 budzi mnie przemoczony Monster z głośnym szeptem:

- Się zagapiłem! - na ustach.

Przebieramy piżamę, szept budzi Monsterina, który szczerzy się w uśmiechu. Co wyczuwam raczej, niż widzę, bo staramy się przebierać po ciemku.

Zresztą i tak koniec spania, bo Monster widząc, że Monsterino też już nie śpi, już bez krępacji pyta:

- A T-Rex szybko biega?

Jestem absolutnie niedouczona w kwestii dinozaurów, więc taszczę tomiszcza do sypialni - masz dziecko, doucz się, a ja się muszę wykąpać.

- Tylko nie duś Teosia książkami! - rzucam z łazienki słysząc jakieś przytłumione Monsterinowe dźwięki

- Słucham? - Monster stoi już w drzwiach i korzystając z okazji pyta:

- A czy lawa żyje? Skąd lawa wie, że ma wylecieć w wulkanie? Dlaczego jest gorąca?

Odpowiadam pomiędzy nakładaniem szamponu na włosy a ich spłukaniem. Po głowie kołaczą mi się jakieś wiadomości jeszcze chyba z podstawówki.

- Czy lawa zaleje ludzi?

Nie wspominam o Pompejach, ale Monster i tak konstatuje:

- Dobrze, że nie mieszkamy w górach.

Zarządzam śniadanie, więc koniec pytań.

Monster nie siada do płatków, tylko stoi jak posąg.

- Roberciku, może być tak z nami usiadł i zjadł? - proponuję starając się nie denerwować i nie pośpieszać.

- Nie mogę, to nie ja! To stoi sam szkielet T-rexa! - objaśnia nie ruszając się rzeczywiście.

- Mamo, czemu ludzie zabijają lisy? - rzuca, gdy szczęśliwie przebrnęliśmy przez śniadanie i się ubieramy. Pytanie jest pokłosiem prezentacji rodzin w przedszkolu, gdyż jedna dziewczynka przyniosła futro z lisa, którego zabił jej tato.

- Dla futra - tłumaczę - nie powinni tego robić, ale niektóre zwierzęta zabija się, by mieć do zjedzenia mięso, np.: krowę albo świnię

- To nie może ten pan kupić mięsa w sklepie, tylko zabija krowę? - głowi się Monster

A Monsterówna chce zostać diplodokiem, bo jest "ładny i nie je zwierzątek".

*****

Co do wyboru szkoły, to publiczna kusi klasą o profilu muzycznym z lekcjami gry na keybordzie i flecie, koncertami Pro Symfoniki i tańcami w klubie Hajdasz.

Jest też duże ale: 25 dzieci w klasie i kiepski angielski raz w tygodniu, więc i tak trzeba chodzić dodatkowo. No i lekcje raz rano, raz na 11. Przy trójce dzieci któreś z nas musiałoby przestać pracować, by zostać doprowadzaczem i odprowadzaczem do szkoły i na różne zajęcia. Za społecznymi przemawia zatem kwestia dodatkowych zajęć na miejscu, zapewnienie opieki dziecku od 8 do 17 oraz małe klasy (około 16 osób), no i język obcy trzy razy w tygodniu, co pozwala zrezygnować z dodatkowego wożenia na lekcje.

Po analizie głosów o najbliższej społecznej (dzięki, Pionowa), będę rozważać społeczne położone dalej, czyli:

szkołę, do której musiałabym dojeżdżać na odległe osiedle

szkołę, do której musiałabym dojechać przez zakorkowany most

Jeśli ktoś ma jakiekolwiek informację o tych szkołach, to bardzo proszę o kontakt.

piątek, 01 grudnia 2006

Monsterówna postanowiła wystawić sztukę podczas kąpieli w wannie. Nie mogłam się oprzeć i podsłuchiwałam pod drzwiami. Kursywą wpisałam to, co przedstawiała. Z konieczności jedynym widzem był Monster.

Najpierw będzie wstęp. Piosenka:

Biedne dzieci nie mają nic, a chcą wszystkiego! (na melodię bardzo zaangażowaną, konotacje kościelne, jak mniemam)

Była raz sobie biedna dziewczynka, która nie miała w ogóle ubrań, więc nazywano ją "Goła".

Pewnego dnia dziewczynka musiała iść do szkoły, więc mama uszyła jej sukienkę ze starego fartucha, ale nie miała majteczek, bo mama zapomniała.

W szkole pani powiedziała: "jak się będziesz ładnie zachowywać, to dostaniesz pierniczki".

Dzieci właśnie rozmawiały o biednych dzieciach i zastanawiały się, co robić i pani powiedziała, żeby przyniosły swoje rzeczy i dały biednym dzieciom.

I dzieci tak zrobiły. I biedna dziewczynka wróciła ze szkoły z pełnym plecakiem.

Babcia postanowiła, że pojadą samolotem do mamy i taty do Angilii. Bo ona, ta dziewczynka była biedna, bo mama i tata pracowali w Angilii, a ona mieszkała z babcią.

Był tłok w samolocie, ale babcia miała takie okulary, które podnoszą...

W tym momencie stwierdziłam, że już za długo siedzą w tej wannie i woda pewnie wystygła, więc wkroczyłam:

- Okulary, które podnoszą? - zapytałam

- No, tak, takie specjalne! Nie wiesz? Przecież to jest bajka!

Archiwum
do Monsterowa tędy