piątek, 30 listopada 2012
nic na siłę, tylko młotkiem

 

- I am mean carrot - woła Monsterino z tylnej kanapy. Wracamy z basenu. Basenu sobie nie odpuściłam, choć to oznacza, że dzień później posiedzę jeszcze dłużej.

- Co? - nieelegancko przekrzykuję piosenkę. Ściszam

- No, no carrot. Tomato! - twierdzi

- Ale co? - domagam się wyjaśnień.

- I am mean tomato. - powtarza Monsterino

- Serio chciałeś powiedzieć, że jesteś złośliwym pomidorem? - indaguję

- Hy, hy - podśmiechuje się Monsterino

Zbyt wysoki poziom abstrakcji jak dla mnie na tę porę dnia, roku, czasoprzestrzeni.

 

W tym samym czasie Monstery starsze szykują się na andrzejkową dyskotekę. To był wielodniowy, a skomplikowany proces, naturalnie. Monsterówna z koleżanką najpierw uzgadniały, czy mają w swoich zapełnionych terminarzach czas na taką frywolną rozrywkę. Potem esemesowały jak cała akcję praktycznie przeprowadzą, to znaczy przyjdą ze szkoły, przebiorą się, zjedzą obiad i wyjdą. Która mama (choć wiadomo było, że nie ja) odwiezie, przywiezie i uczesze. Huśtawka emocji była ogromna, bo do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy projekt na niemiecki nie musi być skończony akurat w ten dzień. A potem czy spódniczka oraz bluzka są wystarczająco andrzejkowe. Zabrakło błyszczących rajstop. Gdyż zupełnie przypadkiem odkryłam, że Monsterówna wyrosła ze wszystkich swoich rzeczy. Nagle. W przeciągu miesiąca. Nareszcie - powinnam rzec, jako że do tej pory słynne było Monsterówny nierośnięcie i noszenie bluzeczek przez cztery sezony, a butów zimowych przez dwa. Nie, żebym narzekała. Gdziesz tam. Ale mimo wszystko do niskiego poziomu wydatków na ciuchy się człowiek łatwo przyzwyczaja.

No, nic, nie ma co się roztkliwiać. Parę kliknięć później szły już kurierami paczki z o rozmiar większymi rzeczami, ale nawet jeśli miała Monsterówna radochę rozpakowując paczki, to widzę, że już powoli większą rozrywką byłoby dla niej przemierzanie przymierzalni w centrum handlowym. Tylko kiedy ja mam na to znaleźć czas? (już nie mówiąc o tym, jak bardzo tego nie lubię) . Klikanie mam w małym paluszku pomiędzy fakturą a excelem,  poza tym widzę od razu obrazki, mam podpowiedziane, co do tego dokupić w danym kolorze, nie muszę szukać, przewalać ton wieszaków, analizować na gorąco czy to razem będzie zgrane i dobrane.)

W każdym razie już powiedziałam babci, żeby może na urodziny ją hajda na bazary zabrała. (wkopałam babcię, bo ona tak do shoppingu, jak i ja.)

Monster też już zwraca uwagę, by jak koszula, to postawić kołnierzyk, a jak spodnie, to bojówki. Jak zwykle konkretny i zdecydowany przyszykował sobie żel do włosów oraz czarną koszulkę, którą wstępnie wdział i stwierdził, że wygląda super.

(Monstertata z łezką w oku wspomniał, jak to parę lat temu na balik szykował Monster strój Lorda Vadera...)

A na samej imprezie było podobno ok, pląsanie odchodziło globalne, a nie w parach. Klasa szósta przygotowała różne konkursy i muzę. Pozytywnie. I nawet Monsterówna nie jęczała, gdy kolejny wieczór musiała spędzić nad niemieckim projektem. Choć może to chodziło o to, że był to niemiecki, a nie polski.

 

 
 
 
 
poniedziałek, 26 listopada 2012
wychowanie przez telefon

 

 

- Jak się czyta to "thought"? - pyta Monsterówna

Mówię. Jeszcze raz. Nie słyszy, połączenie się rwie, nie dziwota - jestem w kibelku - ściany jak w bunkrze.

Nie chcę wrzeszczeć przy biurku, bo koleżanka wisi na drugim, a Monsterówna robi zadanie właśnie teraz. I jestem jej słownikiem mówionym. Oczywiście, że mogłabym ją odesłać do internetu, ale chcę wiedzieć o czym pisze opowiadanie, daje mi to namiastkę siedzenia teraz przy niej przy stole.

- Już wracam - dzwoni Monster

- Jak ci dzisiaj było? - przekrzykuję Pana Prezesa u mnie, a ruch samochodowy u niego, bo gada idąc (bardzo niebezpieczne!)

- A walnąłem się w palec, byłem u pielęgniarki,  jeszcze źle skoczyłem na głowę, poza tym nic - szczerze przyznaje Monster

- A, to się zrelaksuj może, zanim zaczniesz z ortografią - sugeruję

- Nie mogę się dzisiaj zrelaksować, bo strasznie dużo zadane! Cały wieczór będę siedzieć - oznajmia - w dodatku okazało się, że z matmy na konkursie będą zadania innego typu, niż te, które już zrobiłem i mam na jutro CAŁĄ STERTĘ!

Pracusie.

Nie wiem, co to będzie z wieczorną lekturą, bo właśnie babcia dokończyła Kroniki Archeo i mają jak zwykle w takim przypadku słynny Kryzys Końca Powieści. Czyli, że natychmiast musi być kolejna z cyklu, bo ŻADNA inna nie ma szans. To nic, że w kolejce czekają cierpliwie całe tomiki świeżutkie nie śmigane. Nie. Matka dała ciała i nie zamówiła kolejnej na czas, więc foch wielki, że nic innego nie wypełni rozbuchanej potrzeby lektury. Jak był atramentowy świat, bo jeden po drugim.  Doktor Proktor też absolutnie kolejne i teraz kroniki Archeo. (to samo mam z Monsterinem - uparł się na Karolka - całe szczęście, że kolekcję mamy sporą, bo jak chciałam coś ożywczo innego z okazji weekendu, to się obraził).

Widząc moją dzisiejszą biureczkową stertę na wieczorny rytuał nie zdążę, ale mamy rytuał poranny w te dni, gdy jeżdżę do pracy samochodem. A że przez te dodatkowe projekty jeżdżę codziennie, to i codziennie wyjemy o 7:08 (bo znowu utknęliśmy na czerwonym)

- ISN'T IT IRONIC?! DON'T YOU THINK?

Na zmianę z:

I GET KNOCKED DOWN BUT I GET UP AGAIN, YOU'RE NEVER GOING TO KEEP ME DOWN!


Bardzo a propos piosenki przewodnie.

 

niedziela, 18 listopada 2012
Maxifamilieneintriittkarten, bitte!

 

- Będzie niskie ciśnienie - zapowiedział Monster skrupulatnie wypełniający w tym tygodniu arkusze obserwacji pogody

Być może takie bywało, nie zauważyłam, bo ostatni tydzień, a przed nami takich jeszcze parę, to jazda na ciśnieniu zdecydowanie podwyższonym.

Przede wszystkim mam powrót do przeszłości w postaci kończenia codziennej szychty w porze, gdy ulice są puste, a dzieci już uśpione. Monstertata przejął pełnoetatową obsługę licznego potomstwa i naturalnie daje sobie świetnie radę, tylko Monster wypomniał mi, że we wtorek w ogóle się nie widzieliśmy. W każdym razie potwierdza się moje przekonanie, że choć wszystko jest kwestią dobrej organizacji, to jeśli kiedykolwiek miałabym pomysł powrotu do audytowej braci, to jest to koniec fizycznego uczestnictwa w życiu dzieci. Staje się to zwyczajnie niemożliwe. I jeśli ktokolwiek twierdzi inaczej oszukuje siebie oraz wszystkich zaangażowanych. Owszem, można tak żyć - wiele rodzin tak przecież funkcjonuje, bo chce lub musi. Ale wtedy rzeczywiście zdjęcie rodziny na biurku jest konieczne, żeby pamiętać, jak wyglądają. No i nie łudźmy się - KTOŚ INNY ZA NAS te dzieci wtedy obsługuje. Z nimi przebywa. Komu innemu zwierzają się ze swoich powodzeń czy porażek. Albo zostają z tym same. Nawet jeśli Monstery (przynajmniej 2/3 z nich) są wystarczająco duże, by wrócić samodzielnie do domu. Ba! Nawet byłyby pewnie w stanie samemu ogarnąć się w domu, ale nie wyobrażam sobie, jak JA sama miałabym na dłuższą metę funkcjonować bez ich ploteczek ze szkoły, bez uczestnictwa w ich szkolnych przejściach, zadaniach, przeżyciach. Bez serii wieczornych czytanek, bez słuchania, jak Monsterino coraz bardziej płynnie przechodzi przez kolejne strony w elementarzu. Nie chciałabym tego poświęcić. I choć codzienna rutyna jest żmudna, ja wolę przycupnięcie półdupkiem na łóżku Monsterina z wrzynającą się w jeden bok Monsterówną, a Monsterem boleśnie przyciskającym mi pęcherz niż siedzenie na najbardziej ergonomicznym krześle biurowym przed najnowocześniejszym monitorem wszystkomającego urządzenia do kontaktu ze światem i przerzucanie z programu do arkusza kolumn uzgadniających się liczb. Matkoskaza na umyśle, jak przypuszczam.

Tylko, że czasem nie można inaczej (i jak dobrze, że to tylko sytuacja przejściowa).

Monstery, profilaktycznie uprzedzone o deczuchno zmienionej logistyce życia rodzinnego,  bardzo się spięły - nawet, gdy istniała realna możliwość, że nie będzie nikogo, kto mógłby odebrać Monsterina ze świetlicy, to kombinowały, kto i jak przyprowadzi go do hali, gdzie mają akrobatykę, by mógł wrócić razem z nimi. Dzieci przywykną do wszystkiego, Monstertata też, trochę bardziej zmęczony, ale poradził sobie z dodatkowymi obowiązkami. A ja wymiękłam.

 

Ale teraz mamy na szczęście wolny weekend, więc na  przekór uciążliwej obecnie rzeczywistości szybki przegląd tegorocznego MonsterTour de Berlin. Bo jak listopad, to wiadomo, że byliśmy/jesteśmy/będziemy w Berlinie.

 

Tym razem odpuściliśmy legoland (tylko pod warunkiem obietnicy wakacyjnej wizyty w takim outdoorowym). Obskoczyliśmy trochę miejsc, które już znamy (na nasze ulubione muzeum techniki przeznaczyliśmy cały dzień, odkryliśmy miejsca, w których jeszcze nie dotknęła monsterręka, a i tak nie zaliczyliśmy wszystkiego  - a lego też się znalazło - ogromny statek, którego dokumentacja fotograficzna zajęła dzięki monsterchłopcom sporą część pamięci karty aparatu )

 

 Węzłów wiązanie. Jak można się domyślić Monsterówna usiadła i wiązała jeden po drugim. Metodycznie, aż do skutku.

Monstery próbują zdemontować wyposażenie muzeum. Starego browaru, zresztą. Monsterówna skojarzyła, że u nas przerobiono taki na sklep...

 

 

Nasze teogoroczne muzealne odkrycie to MACHmit! Kindermuseum

Muzeum mieści się w budynku po (niżej na zdjęciu jest spojler, więc proponuję, że jeśli ktoś chce odkryć samemu, co zaadaptowano na ten cel, niech się następnemu zdjęciu zanadto nie przygląda)

Miejsce kultowe. W samym sercu bardzo ostatnio modnej berlińskiej hipsterdzielnicy, która odnotowuje jakiś niesamowity babyboom i to widać po liczbie wózków mijanych na ulicach. Miejsce rewelacyjne - krzesła z odzysku genialnie przetworzone i wygodne poduchy do wylegiwania przy przy półkach z książkami. Oraz warsztaty plastyczne o różnorodnej tematyce - plus clue programu - drewniany gigantyczny labirynt.

Nie samą rozrywką tu się żyje - jest i wystawa historii praw dziecka wraz z naświetleniem ich niesprzestrzegania w wielu rejonach globu (można się wczuć w rolę nieletniego pucybuta z Ghany, czy azjatyckiego uchodźcę. (Pytanie obok pokazowego namiotu z obozu dla uciekinierów z rejonów wojennych: A ty, co byś zabrał ze sobą, gdybyś musiał natychmiast opuścić swój dom? - mocno kłuje.)

Można było poćwiczyć noszenie wody w butlach zamiast chodzenia do szkoły i wczuć się w średniowiecznego ucznia szkoły klasztornej, piszącego na woskowej tabliczce.  Jest też mały pokój z zamkniętą w nim, w kufrach i gablotach, wielką ilością cierpienia naszych braci mniejszych. Monstery uciekły z niego, ale dobrze uświadomić sobie i im, jakie czasem powody wynajdują ludzie, żeby zabijać zwierzęta.

Monstery zdecydowały, że chcą tam wrócić.

Natomiast do jednorazowego zaliczenia jest Biosfera w Poczdamie. Jak to określił Monstertata: "taka nasza palmiarnia". Jedynie, co ją broniło, to dodatkowa gra terenowa - quiz dla dzieci odnośnie rekordów zwierząt, które w tych tropikach się chowały. Ale zadaniom przy naszym i Monsterów poziomie niemieckiego  nie dalibyśmy rady, gdyby nie obecność naszych niemieckobiegłych przyjaciół. Tutaj Nür Für Deutsche, zatem.

 

I jeszcze wskoczyliśmy na słodkie odwiedziny do Ritter Sport. Tym razem dzieci brały czynny udział w tworzeniu swoich własnych tabliczek czekolady.

 

****

Tośmy się wybyczyli w Berlinia, a teraz cały miesiąc jeszcze do przerwy świątecznej!

Przez to, że mnie teraz nie ma ciągle popołudniami w domu, muszą mi na szybko zdawać relację, najczęściej w drodze do szkoły, więc gratuluję im osiągnięć hurtem. A kolekcjonują świetne oceny, trzeba przyznać. Natomiast odkrywszy, że skala ocen szkolnych w niemieckiej oświacie jest odwrotna do polskiej, nabierają otępiają z przepracowania matkę rewelacjami w stylu:

- Och, myślę, że poszło mi na klasówce tak na dwóję, może nawet na jedynkę... - zaczyna Monsterówna

- Taka trudna była? - pytam

- Nie! Na niemiecką dwóję:)

Kawalarka.

 

 
 
 
 
niedziela, 11 listopada 2012
Patriotycznie

 

W Poznaniu 11 listopada to licencjonowane rogale z makiem tysiącpięćset kalorii i św.Marcin na białym koniu, a niepodległość Prawdziwi Poznaniacy Z Dziada Pradziada świętują w grudniu. W rocznicę jedynego wygranego powstania.

Tyle, że ja nie rdzenna, a napływowa. I lubię powstańcze piosenki, a rogali zbytnio nie. Monstery też nie lubią tego nadzienia, a  rotę czy wojenko, wojenko śpiewają bez okazji.

Więc upiekli patriotyczne babeczki. (W zasadzie to chłopcy piekli, u nas, to oni bardziej do miksera się garną - Monster miał dodatkowo lekcję matematyki z odmiarzania potrzebnych składników, ale za to potem Monsterówna lakierowała. Zadbała też o biało-czerwony wystrój stołu, okien i drzwi wejściowych)

 

Potem wpadli goście, pośpiewaliśmy Przybyli ułani (rodzice) oraz Pałacyk Michla (dzieci), a dziecięca banda radośnie zrobiła małą inscenizację wojenną (chłopcom dwa razy nie trzeba tego proponować, zaangażowali nawet miecze świetlne). Był grób powstańca i szlochające dziewczęta żegnające ułanów. Brawurowe wykonanie!

Ja sobie osobiście na patriotyczny deser zafundowałam Noce i Dnie. Dochodzę do wniosku, że nic się nie zmieniło. I my takie Barbary i Bogumiłowie, tylko że z niekonną furą i komórą. Tylko tyle.

 

czwartek, 08 listopada 2012
the art of entertainment

 

Co wieczór komponuję.

Choć w zasadzie wieczorem to już jest ostatni akt. Pierwszy zaczyna się rano. Albo nawet dzień wcześniej. W głowie. Lista zakupów - pożywne, małe, zgrabne, różnorodne. Musi się dać razem wszystko upchnąć na małej powierzchni.

Tak, pakowanie monsterśniadaniówek to sztuka.

Trzy różne pudełka, trzy kompletnie różne osobowości uwidaczniające  się w pomysłach na szkolną konsumpcję (oprócz obiadu, oczywiście!).

Monster na przykład lubi konserwowe ogóreczki chilli. Przez pomyłkę wzięłam raz słoiczek tych zbyt ostrych, a jemu posmakowały. No to jemu jednemu słoik.

Monsterówna jako jedyna toleruje paprykę. Na topie jest też pasztet.

Monsterino wyłącznie ogórek zielony, sałata od wielkiego dzwonu. Ewentualnie mini pomidorki, ale w zasadzie tylko truskawkowe albo daktylowe. Koktajlowe nie są tak słodkie.

Drobny owoc do tego, marchewka rzadko. Chleb z ziarnami. Czasem bułka. Coś małego-słodkiego, do podzielenia się z kumplami, żeby było miło (a poza tym wychodzę z założenia, że tyle energii w szkole tracą pomiędzy siódmą a siedemnastą, że zastrzyk pustych kalorii jest im niezbędny).

Z zasady nie dołączam do śniadaniówek liścików, ale zdarza się z okazji święta lasu. Monsterówna twierdzi, że Oliwia dostaje od swojej mamy CODZIENNIE liścik z pozdrowieniami. Otworzyłam nawet usta, żeby powiedzieć, że mama Oliwii nie pracuje, to być może ma czas, ale przecież nie o to chodzi, matki pracujące, prawda? Na liściki do Waszych dzieci znalazłybyście czas pomiędzy pilnym mailem do klienta, odebraniem telefonu od szefa szefów, a oddaniem projektu na przedwczoraj.

Organizacja i ustalenie priorytetów to nasze drugie i trzecie imiona.

Nowe hasło i pretekst do linczu - "pokaż mi śniadaniówkę twojego dziecka, a powiem ci, jaką matką jesteś".

 

 
 
 
 
 
 
Archiwum
do Monsterowa tędy