wtorek, 30 listopada 2010
a potem się rozjaśnia






- Dlaczego urodziłaś nieparzystą liczbę dzieci? - pyta Monster przed zaśnięciem - Wolę parzyste liczby. Do naszego domu jest 40 schodów - dorzuca

Nie sprawdziłam.


Trzeba lubić ten stan, gdy mówi do ciebie więcej niż jedna osoba na raz. Niektórzy wybierają bankowość inwestycyjną, inni rodzinę wielodzietną.
Nie wzdrygam się specjalnie, gdy zadają na raz:
- A wiesz, że po angielsku bęben, to drum?
- Zauważyłaś, jak zagrałam gis?
- Wiesz, że dzisiaj graliśmy w zbijaka pod balonem?

W pierwszym odruchu mam ochotę się roześmiać. Że mimo tylu lat musztrowania i dyrygowania udzielaniem głosu (A wiesz, że po angielsku dyrygent, to conductor?) nadal mówią na raz. Instynkt przetrwania w stadzie.

****

Temat nadzorowania lekcji i sprawdzania tornistrów, wywołany przez Aaanię, to kolejny temat rzeka.

Zasadniczo jestem na tak. Stoję na stanowisku, że póki można cokolwiek wykształcić (systematyczność, pilność, porządek), to tresuję. A nuż coś im zostanie. Z tym, że Monsterówna jest z natury taka, więc u niej pilnowanie polega na dostarczeniu jest rzeczy potrzebnych do szkoły na konkretny dzień,a u Monstera jest to wszystko chaotycznie - bo raz odrobi wszystko już w szkole, raz zapomni książek i zeszytów, bo niby nic nie było i przeważnie zapomina dzienniczka. Na szczęście ma przebłyski pamięci i rzuca czasem, że na jutro trzy kartony i szpulę nici. Pani Monstera ma też dobry zwyczaj podawania rozpiski miesięcznej zajęć plastycznych, więc mogę się jakoś do tych zrywów przygotować.

Co do naturalnego ponoszenia konsekwencji, to jest różnie.

Monster w czasie swojej kariery szkolnej zgubił już dwie bluzy, czapkę, rękawiczki, a ostatnio cały strój na akrobatykę.

- Czyli będziesz trenował w zwykłych spodenkach w takim razie! - wściekam się
- Tak - wyciska z siebie Monster, właściwie chętnie wzruszyłby ramionami, gdybym już na początku rozmowy nie zaznaczyła, że sobie tego nie życzę
- To mogłeś powiedzieć na początku, zaoszczędziłabym sobie kosztów zakupu stroju - zgrzytam

W końcu strój się znalazł. Na dnie kosza rzeczy znalezionych. Czyli jednak trochę mu zależało, by w nim ćwiczyć, skoro przekopał się przez tę stertę śmierdzących skarpetek.

****

Wczoraj porwałam Monsterównę w połowie lekcji wprost do filharmonii, by wraz ze swoją starą klasą i szkołą próbowała przed sobotnim, mikołajkowym koncertem.

Jeśli czterogodzinne próby, polegające na ciągłych powtórkach, a głównie na czekaniu, nie odstraszą jej przed byciem artystką, to już nie wiem, co da radę...;)

W każdym razie, wróciłyśmy do domu przed 18. Parę smsów później Monsterówna dowiedziała się, co było w szkole i załamała ręce.

- Zrób tylko to, co na jutro - radzę - dzisiaj jesteś zmęczona, jutro przychodzisz wcześniej i masz wolne popołudnie, to wtedy zrobisz - proponuję

No to się Monsterówna śmiertelnie obraziła, że jej zakazuję odrabiać lekcję. A ona przecież musi.

Tymczasem Monster ZNOWU nie wziął ze sobą ćwiczeń, których pasjami nie uzupełnia, bo (cytat) - Są nudne! Ile razy można dodawać i odejmować do dwudziestu!

I tak właśnie różni się odrabianie zadań domowych przez Monsterrodzeństwo.

Generalnie - jest wesoło. I tego będziemy się trzymać.



poniedziałek, 29 listopada 2010
reset



To się w tym roku wszystko idealnie skoordynowało: pierwsza niedziela adwentu i pierwszy śnieg. Możemy zacząć od początku. Od-nowa.
Uwielbiam to oczekiwanie i przymusowy odwyk. Coś tam sobie zawsze nakażę.
By docenić na świeżo za te (specjalnie dla eM) z górką 30 dni. Albo przywyknąć na dobre do nowego...
Tak jakoś kiedyś przy takiej okazji wyszedł u mnie wegetarianizm, brak telewizji też się jakoś wpisał w postowo-adwentowy trend.
Polecam. Się człowiek potrafi zdziwić, jak wiele rzeczy robi się z przyzwyczajenia, a nie z rzeczywistej potrzeby.

Monstery odpaliły kolędy (nie licząc tych granych na flecie, keyboardzie i gitarze - te są na tapecie od dobrego miesiąca), pierwsza partia pierników (ale tylko tych dla św. Mikołaja!)



za nami, Monsterówna przetrząsnęła półki z książkami w poszukiwaniu Tajemnic Bożego Narodzenia.
A myślałam, że po paru latach ich czytania, znają je już na pamięć i nie będą chcieli.
- W tym roku będziemy śledzić trasę w atlasie! - proponuje.
Monster nawet nie spodziewa się, że mogłoby być inaczej.

Roratni lampionik nadal mryga.


A śnieg?
Ha! Jest! I nawet się lepi!










niedziela, 21 listopada 2010
mea culpa



Zasadniczo nie wstaję w złym humorze, nawet w poniedziałki, w które za oknem słychać deszcz, a nic nie widać, bo jeszcze ciemno. W nocy wymazują mi się wszystkie złości i rano zaczynam od nowa.

No chyba, że dostanę na dzień dobry od razu fangę w nos od Pewnego Czterolatka, który regularnie panoszy się pod MOJĄ kołdrą, albo Pewna Prawie Dziesięciolatka nawet nie burknie cześć i czołem, tylko snuje się z masową miną nawet nie nałożywszy bluzy, a potem dodatkowo jęczy, że jej zimno. Już nie mówiąc o Pewnym Siedmiolatku i 3/4, który wprawdzie nie jęczy i nie smęci, ale ledwie kontaktuje i jeśli mamy wyjść, to na pewno będzie się wracał ze cztery razy:
1) po plecak (bo to, że idziemy do szkoły przecież nie jest wystarczającym powodem, by wziąć plecak z książkami)
2) czapkę (nikt mu przecież nie powiedział, że ma wziąć, mogła, akurat przez noc, zmienić się pora roku na cieplejszą)
3) po książkę, którą miał wziąć i nawet przygotował - ale nie włożył do plecaka, tylko pod swoje łóżko, by oczywiście łatwiej zapamiętać, że ma ją zabrać
4) po strój na akrobatykę, bo po co sobie ułatwić i włożyć go do plecaka wieczorem, tak jak tysiąc razy powtarzała mama.

UCH! Jak ja sobie często powtarzam, że nie będę powtarzać. W KAŻDEJ MĄDREJ książce stoi jak wół, że to nie ma sensu.

A potem mówię raz i to też nie ma sensu, bo połowa nie usłyszy, a połowa wprawdzie usłyszy, ale nie zareaguje. (Wniosek narzuca się sam: nie mówić w ogóle, czekać na wpisy do dzienniczka z konsekwencjami i rozmowę z panią, że jak to - dziecko NIEDOPILNOWANE, NIEPRZYGOTOWANE I NIEPRZYSTOSOWANE. Prawdziwa patologia, a to wszystko pewnie przez wielodzietność).

CZASEM potrafię zażartować i rozruszać towarzystwo. A czasem mi się po prostu nie chce. Co nie jest dobre. Bo po porannej chmurze gradowej ma CALUTKI dzień do tyłu. CALUTKI.

I muszę sobie wieczorem potem tłumaczyć, że każdy ma prawo do złego humoru. Że jestem starsza i teoretycznie mądrzejsza. Że muszę się przemóc, bo jestem im wzorem. Bo tak, jak wyrażam się ja (czyli burczę i warczę), będą DOKŁADNIE zachowywać się oni. A nawet gorzej i wtedy zobaczę.

Och tak, mam taką bolesną świadomość, co wcale a wcale nie poprawia nastroju.
Wręcz odwrotnie: przytłacza cholernym ciężarem.
I gdyby tak można było wymazać, wykasować, cofnąć i na nowo ładnie przepisać, to bardzo bym poprosiła.
Dlatego gdy tak analizuję kolejny donos Pani Monstera (pani, którą podziwiam i generalnie bardzo chwalę za to jak prowadzi klasę), to myślę, że Monsterowi znowu nie wyszło, tak jak i jego mamie bywa, że nie wychodzi.
Że pewnie chciał, ale rach-ciach i poszło. Znowu oddał za mocno.
Spirala nienawiści - jak dobrze wiem, co to oznacza.

Więc obydwoje wymyślamy sobie, co moglibyśmy zrobić, gdy sytuacja się powtórzy.
Kopnąć krzesło?
Tupnąć?
Zazgrzytać zębami?

A tymczasem śpijcie, zbuntowani synkowie i córeczko, niech nam jutrzejszy poranek pójdzie jak po maśle.


Miłych snów!
Może podwodnych?






czwartek, 18 listopada 2010
Freundschaft und Gesundheit



Nie od dziś wiadomo, że do dzieci należy zwracać się precyzyjnie, krótko i zwięźle, bo inaczej nasza przemowa do nich będzie informacyjnym szumem tła. Jest to zatem moja wyłączna wina, że gry wołam do Monsterina (bo pędzi przodem na rowerze, a na horyzoncie majaczą mi zajmujące cały chodnik dwie osoby)

- Zwróć uwagę na te panie!

Monsterino hamuje dwa milimetry od pań.

- Zwróciłem uwagę na te panie - informuje - palą papierosy!
Ocieram pot z czoła wymazując z wyobraźni straszliwą kraksę.


Teraz bez zbytnich ceregieli wołam odpowiednio wcześniej:

- Zjeżdżaj na prawo!

Odpowiednio wcześniej, by móc dodać: "W to drugie prawo", gdy pomyli kierunki, ewentualnie dodać "PROSZĘ", gdy odkrzykuje niebezpiecznie odchylając się na siodełku do tyłu:

- A MAGICZNE SŁOWO???

***


Wydawało się, że Monstery obyte są z wycieczkami w szeroko rozumiane Miasto. Ze zwiedzaniem, ruchem ulicznym, schodami ruchomymi i komunikacją miejską. Wiele razy jeździłam przecież z całą trójką po Poznaniu sama. Ale tym razem w Berlinie przeszły same siebie. Popełniliśmy z  Monstertatą wiele cennych uwag odnośnie monsterzachowania, słuchania się rodziców, spaceru przy nodze i tych wszystkich elementów kindersztuby, które są konieczne podczas korzystania z U-bahnu, czy spacerze po ulicy (czyt. biegu) w obcym mieście i państwie. Na próżno.
Po pierwszym dniu byliśmy ciutkę od natychmiastowej ewakuacji i ciutkę od wydania klątwy, pt.: nigdy więcej.
Ale przeżyliśmy.
I nawet nikt nie zachorował tym razem. (Naszym przyjaciołom za zniesienie nas: Vielen Dank!)

Generalnie Monstery wykazywały tendencję do rozpierzchania się, gdziekolwiek się znaleźliśmy i podbijania przestrzeni.
No chyba, że ich coś przyciągnęło w jedno miejsce...




 To był jeden z celów tegorocznej wyprawy.
Budowanie i testowanie.



Monsterówna pozowała do zdjęć z przypadkowymi mężczyznami (zgroza! więc zaprezentuję tylko jedno ujęcie)



A Monster był Pomocnikiem Pani Oprowadzaczki Po Fabryce Klocków. Oczywiście zgłosił się Najsampierwszy, przedstawił, a potem wciskał Przyciski.



Dlaczego Muzeum Naturalne zachwyciło bardziej rodziców niż dzieci, oraz o podwodnym teście - w następnym odcinku.

środa, 10 listopada 2010
w to mi graj


To chyba nie jest normalne, że dziecko wracając z godzinnej lekcji gry na pianinie, siada w domu do keyboardu i dalej gra... W dodatku jeszcze śmie twierdzić, że wypoczywa na tych zajęciach! 

Niemożebnie mnie wzrusza, gdy Monsterówna coraz sprawniej gra. Na obie ręce i takie skomplikowane melodie!  I jeszcze mnie podszkoliła i Monstera, żeby sobie na cztery ręce czasem pograć. Strasznie fajne takie muzykowanie.

Z kolei Monster trzaska następne kolędy i twardo zapuszcza włosy, by mieć taką blond-kurtynę, jak gitarzysta z TILT-u. Wolno rosną mu kudły, więc teraz, gdy grzywka akurat włazi do oczu, denerwuje mnie to okropnie, ale oczywiście żadne spinki nie wchodzą w grę. Bo musi lecieć, tak ma być.

(i choć jestem daleka od zwalania na grzywkę niestaranności w pisaniu, to i tak musiał przepisywać kilka kartek z języka polskiego, bo nie zdzierżyłam takiego niedbalstwa)

Troszeczkę przesadziliśmy z inicjacją koncertową Monsterów Starszych, ale wydawało się, że taka miła idea blisko domu będzie i muzyka znośna.

Debiut wyszedł tak sobie (choć nam się podobało) - dla młodych za głośno (całe szczęście, że Monstertata przytomnie zabrał ze sobą watę), reggae nie przypadło im do gustu. Jedynie pokazy indiańskie jakoś ich ożywiły. Monsterówna popełniła nawet kilka szkiców irokezów, ponieważ jako prawdziwa dziennikarka nie rozstaje się z notatnikiem (wzięła też książkę, w razie gdyby się nudziła na koncercie - moja krew!).

Po raz kolejny zatem plujemy sobie w brodę i mówimy z Monstertatą - dosyć wyprzedzania życzeń dzieci. Niech coś same wymyślą, zapragną i zatęsknią.

(no tak na fali mojego napomknięcia w kierunku Monstertaty, że może wygospodarowaŁOBY SIĘ kawałek piwnicy w celu umieszczenia tam perkusji... w mej piwnicy był nasz klub...bo perkusja jest tanio do wzięcia)


sobota, 06 listopada 2010
trzymać rękę na pulsie



W wirze zajęć małolatów ledwo się człowiek oglądnie, a już przewracam kolejną kartkę w kalendarzu. I znowu kto, co oraz kiedy ma przynieść. Monsterówna buduje robota w poniedziałek, Monsterino ma projekt "DOM" ze szczególnym uwzględnieniem dachu, więc jeśli jest w okolicy jakiś chętny dekarz, to zapraszamy do monsterinowego przedszkola na mały pokaz.
Monster czyta Smrodka (sam), Tomka Sawyera (ja-mu), a Monsterówna totalnie wpadła w przygody Zuzi-Detektywa. Ku naszemu niezadowoleniu czyta przeważnie w nieprzychylnej kręgosłupowi pozycji i zazwyczaj w niedostatecznym oświetleniu.
I nawet tata nie może przemówić jej do rozumu.



Bo tata jest teraz dla Monsterówny bardzo ważny.  Tylko widząc oczy jak u Kota W Butach Monstertata jest w stanie zmusić się do wycieczki w Miasto w sobotnie popołudnie. (W sumie Monsterówna zadała tylko jedno, niewinne pytanie: Dlaczego tatuś NIGDY z nami nie jeździ na warsztaty?)



Monsterówna zmieniła swoje plany życiowe (choć wiejska listonoszka jest nadal jako alternatywa). Po warsztatach w muzeum archeologicznym zdecydowała, że będzie tkaczką.



Monster będzie budowniczym. Schodów konkretnie.
Namiętnie fotografuje swoje dzieła.



Poza tym, była u nas tradycyjnie dynia:



A Monstertata przeszedł sam siebie konstruując statek kosmiczny na dyniową wystawę przedszkolną.



No i cieszy, że jednak nie ma tak wczesnej zimy, jaką zapowiadano. I na nie-pamiętam-kiedy-takie-ciepłe Wszystkich Świętych pierwszy raz w życiu udaliśmy się rowerami... (6 km w jedną stronę, więc połowę drogi Monsterino przebył na ogonie).




A! I wreszcie doczekał się Monster nocowanki swojego kolegi. Monsterówna nie mogła być gorsza, więc mieliśmy piątkę dzieci i teraz Monstery uważają, że co sobotę ma tak być.
No to właśnie lata mi tu po schodach dziesięć nóg...


Archiwum
do Monsterowa tędy