piątek, 27 listopada 2009
terroryści milusi, czyli tytuł pojawiający się cyklicznie



- Pani mówi, ze jestem bijacem - wyznał Monsterino wykrzywiając usta w podkówkę

Wykrzyw był sztuczny, smutek też udawany. Wprawdzie w rozmowie ze mną pani powiedziała, że wręcz przeciwnie, to Monsterino został pobity, ale ja już wiem, jak to mogło wyglądać. Bo mało to razy widziałam, jak to Monsterino najpierw delikatnie dźgał Monstera, potem, zignorowany, puknął mocniej, aż w końcu stał się na tyle dokuczliwy, że Monster odwinął się lewym sierpowym. Raz, a porządnie.
A Monsterino oczywiście w ryk i na skargę.
Dostał? No, tak. Ale sumiennie na to zapracował.

Monster stara się mocno. Fakt, wrzeszczy okropnie, gdy jest, jak sam przyznaje, zdenerwowany (nauczyło się przecież obserwując mamusię, zdolne dziecko). Obraża się, gdy coś nie po jego myśli pójdzie, ale w sumie szybko się otrząsa.
Poza tym, przygotowywany pierwszokomunijnie domowym sumptem, błyszczy na katechezie w szkole. Widać jak na dłoni, jak działa pozytywna motywacja, bo po kolejnych szóstkach za odpowiedzi, sam z siebie wypełnił zeszyt ćwiczeń na parę lekcji do przodu. I lubi, gdy pani katechetka zadziwiona tą pracowitością i pilnością jest.

Za to Monsterówna na szkolnym sprawdzianie na pytanie: "którego z mieszkańców Stumilowego Lasu lubisz najbardziej i dlaczego" odpowiedziała krótko, acz treściwie: Krzyś mi się najbardziej podoba.

Zbyt dobrej oceny za to nie dostała, ale najlepsze było, że kłóciła się z oceną pani, że przecież w tym jednym zdaniu wyjaśniła, dlaczego lubi Krzysia.
Negowanie sensu odpowiedzi pełnym i w dodatku niejednym zdaniem to nasz chleb powszedni i stwierdziłam, że ostatni, naprawdę ostatni raz jej uświadomię, że owszem, NIE MUSI pisać pełnym zdaniem. I nie musi pisać wypracowań na więcej niż jedno zdanie. Nikt nie jest w stanie jej do tego zmusić. ALE niech potem się nie dziwi, że nie dostała "W" (jak: wspaniale). Bo się, mimo wszystko, zdziwiła.
Neguje też konieczność pisania obliczeń przy zadaniach z treścią. Bo dobrze odpowiada licząc zadania w pamięci, ale w treści zadania często jest wymóg, by NAPISAĆ obliczenia.
No, cóż. Wszyscyśmy przez to przechodzili, prawda?

Ponadto nasi domowi terroryści mają stałe wymagania zawłaszczenia matki dla siebie.
Mogę na przykład Monsterównę odwieźć i przywieźć z "Cepelii", ale odebrać jej ze szkoły nie dam rady. Zwłaszcza, że chcę, by jadła obiad w domu, bo w szkole nadal kiepścizna. A przecież nie będzie jadała obiadu na kolację, a cały dzień na kanapkach.
Chociaż to może jest jakieś wyjście, skoro udowodniła, że potrafi zrobić lekcje w świetlicy.

Monster regularnie odrabia zadanie domowe już w szkole (sprawdzam, co jakiś czas) i ostatnio doszłam do wniosku, że właściwie nie musi wozić ze sobą plecaka w te i wewte.

Takie mamy eurekowe odkrycia w tym tygodniu.
A poza tym jest z nami i pomaga nam monsterbabcia, Monstertata powoli wraca do żywych, a skromny tauzenik wystarczył, by piekarnik i zmywarka zadziałały, więc teraz mamy takie perspektywy, że hej!

Dokładnie, jak w tym kawale z kozą...



środa, 25 listopada 2009
berlinki


Jak zwykle o tej porze roku, każde z nas woła za Kennedy'im: Ich bin  Berliner! i dajemy dyla na zachód.

Fajna jest stolica ościennego państwa. Za każdym razem odkrywamy coś nowego, co wcale nie skraca listy miejsc do zwiedzenia.

Kiedy Monsterino dowiedział się, że idziemy do muzeum, stanął i pokiwał paluszkiem:

- I nie wolno nicego dotykać!

- Ależ, nie! - mogłam z uśmiechem zaprzeczyć - Tu będzie wręcz przeciwnie

Można dotykać.


a nawet trzeba.

Oprócz doświadczeń optycznych i zabaw matematycznych, są w muzeum gigantyczne eksponaty, ale już te miejsca dla dzieci wystarczyłyby na cały dzień.

Jeśli się wybieracie tutaj, to trzeba nastawić się na dłużej, albo wybrać konkretną wystawę, bo parę godzin to za mało. Monstery nie chciały wychodzić z poszczególnych ekspozycji, Monsterino po prostu zapierał się nogami i ryczał i tylko obietnica, że zobaczymy jeszcze coś innego, że jeszcze ZUPEŁNIE nie wychodzimy, jakoś działała.

Monsterino zahipnotyzowany:



Monsterówna zwielokrotniona:


Więc ogólnie serce mi się krajało, że źle to czasowo rozplanowaliśmy. Całe życie człowiek się uczy. Następnym razem będziemy warować u wrót pod samolotem jeszcze przed otwarciem i zaopatrzeni w prowiant zapiknikujemy pod lokomotywą...




wtorek, 24 listopada 2009
Deutsche Grippe gut



Wszystkim, którzy uważają, że LEDWIE im starcza czasu na wszystkie czynności życiowe dnia bieżącego, zapraszam do krótkiej gry umysłowej, pt.: "włącz w swój harmonogram dnia chorobę". Serio, lepiej mieć taki scenariusz przećwiczony, bo wtedy, jak już kataklizm nadejdzie, to wyciągacie odpowiedni manual i okazuje się, że w przypadku, gdy chore jest jedno z ciągnących ten wariacki wózek (czyt.Monstertata), to dyszel przejmuje, nomen omen, ledwie dysząc, Monstermama.
I to wszystko, jeśli chodzi o instrukcje....

Z Berlina, oprócz piwa i proszku do prania, przywieźliśmy wirusa. Podobno nie świńskiej, ale jednak grypy. To znaczy głównie Monstertata go łyknął.
Jakiś odprysk tego wirusa zainfekował też Monstera, ale jemu poszło prawie bezgorączkowo i na brzuch bez efektów specjalnych, natomiast Monstertata padł.

Logistyka zatem nam się posypała, więc dzisiaj usilnie przekonywałam Monsterina, że sprint do przedszkola w ciemnościach budzącego się poranka jest najlepszą rozrywką, jaką można sobie wyobrazić. I, ku mojemu zdziwieniu, kupił tę gadkę. Więcej wiary, towarzysze!

Monsterówna garuje za to w świetlicy, co zaowocowało dwoma nowymi narzeczonymi i odrobionymi lekcjami. Może dzięki temu da sobie wmówić na przyszłość, że świetlica jej na zdrowie wychodzi?


Nic to. Dzisiaj przyjeżdża babcia, więc jest szansa, że izolując Monstertatę w sypialni nadal będziemy w większości zdrowi, a ja obrobię zdjęcia i opowiem, co tym razem zaliczyliśmy w Berlinie.
Bądźcie zdrowi!





czwartek, 19 listopada 2009
zdrowa żywności i inne potwory


- Możesz mi kupić coś ZDROWEGO do jedzenia? - Monster wzdrygnął się na widok Monsterina mruczącego z zadowolenia nad princessą w mlecznej czekoladzie - Jak on TAKIE rzeczy je, to dlatego ma taki wielki brzuch! - tłumaczy
- I jeszcze kup więcej tego brązowego chleba, bo ty wszystko zjadasz i nie ma dla mnie! - skarży się

Co za pranie mózgu zrobili w szkole mojemu
synowi, który, choć nigdy nie był uzależniony od słodyczy, to jednak żelki czy czekoladę z orzechami (tylko tą z okienkiem), przyjmował z zadowoleniem! A tu nagle: to jest niezdrowe, zamiast czekolady lepiej zjeść mandarynkę. I chleb razowy na drugie śniadanie.

Natomiast Monsterino lubi wafelki w czekoladzie. I właściwie inne słodycze to tylko, kiedy nie ma wafelków. Gdy Monsterino rozrywa kolorowe opakowanie, to mruczy tak, jak chyba muszą mruczeć misie, gdy dobierają się do miodu.

Monsterówna uwielbia delicje. Konkretnie wiśniowe. Inne słodycze tylko w zastępstwie, ewentualnie.

Przyznam, że nachodzą mnie myśli, czy gdybym, tfu, tfu, miała jeszcze raz tyle dzieci, to czy każde z nich też lubiłoby co innego, czy może potworzyłyby się frakcje. Fankluby.

Ciężko rzeźbimy ten tydzień. Każdy poranek to wyzwanie, bo Monsterino w tym tygodniu uskutecznia ponownie śpiewkę, że nie chce siedzieć SAM w przedszkolu. Wprawdzie ospa i inne przeziębienia rzeczywiście przetrzebiła obsadę, ale bez przesady. Póki panie tkwią na posterunku, nie należy tracić nadziei.

Wieczorem towarzystwo się rozkręca: Monsterino podrzuca wielki balon. Rakietą tenisową, żeby było radośniej. Balon obija się od książek, obrazków na ścianach, zabawek. Kto by przypuszczał, że taki zwykły balon może narobić tyle spustoszeń...
Monster urządza wyścigi, a potem dziwi się, że gdy z całym impetem wpadnie na schody, to takie zderzenie boli. A Monsterówna śpiewa. Odrabia lekcje i śpiewa, kąpie się i śpiewa, i tańczy, zasypia, a nadal śpiewa.
- Żeby zasnąć musisz najpierw zamknąć buzię - syczę, gdy po raz kolejny mnie przyzywa, bo nie może zasnąć

- Och, bo ja taka rozśpiewana jestem! - przyznaje - i roztańczona - unosi kołdrę - patrz, moje nogi nie mogą się uspokoić i chcą nadal tańczyć!

Rzeczywiście - pod kołdrą odstawiają niezłe hołupce.

- Pasy - cedzę - trzeba będzie je związać pasami.

I jeszcze dwa kreatywne rozwiązania domowe by Monsterówna:
recenzja z koncertu, fragment:
"było bardzo tłocznie, więc musiałam siedzieć na podłodze"

Zadanie z matmy:
 Ela ma dywanik o długości 40 cm, a Ula ma dywanik o długości 20cm.
Ułóż pytanie do następującego równania:
40 cm-20cm=20cm
Propozycja Monsterówny:
Ile cm trzeba odciąć od dywanika Eli, żeby był taki jak Uli?


Rach-Ciach-Ciach.





środa, 18 listopada 2009
wiosna w środku listopada


- Dzisiaj posliśmy na poctę - wyznał Monsterino, gdy noga za nogą, a czasami podbiegiem, a czasami podskokiem, wracaliśmy z przedszkola
- Spacerem? Parami? - przeraziłam się, bo mimo, że poczta jest w odległości spacerowej od przedszkola, to po wiadomym wydarzeniu wydaje mi się, że Monsterino nigdy przenigdy nie pójdzie na żadną przedszkolną wycieczkę
- Tak, palami - przyznał Monsterino
- A ty z kim szedłeś w parze? - spytałam drżącym głosem, bo generalnie chodzenie za rękę to nie jest ulubiony sport Monsterina
- Z panią Basią - wyjaśnił

Aha! Wszystko jasne. Najpilniej strzeżone dziecko w przedszkolu, do końca swojej kariery będzie chodziło za rękę z panią...

Bo są sytuacje, gdy udaje się z Monsterinem dorośle ustalić warunki brzegowe, a czasami nic nie trafia. Jak z corannym ubieraniem się, albo budzeniem w parę sekund po mnie. JAK ON TO WYCZUWA?

Poza tym, Monsterinowi, tak jak i reszcie Monsterów,  przeważnie nie zamyka się buzia. Więc może to poranne wstawanie to odruch bezwarunkowy dziecka w rodzinie wielodzietnej, zajęcia matki na wyłączność w czasie, w którym nikt inny nie jest w stanie.
Jeszcze na granicy snu i jawy opowiada:

Tam były wielolyby.
A potem jechaliśmy koło pływalni i posliśmy pływać.
Na dnie basenu było błoto, a w błocie pająk. I on miał taką spicastą igłę i mnie ukuł! I pani dała mi plastelek.

Normalnie nawija makaron na uszy...

Pisałam, że części do piekarnika BYĆ MOŻE przyjadą przed świętami?
Nie wiem, co by było, gdyby Monstery nie mogły upiec pierników, skoro one już teraz w ramach zajęć popołudniowych najchętniej by się za to zabrały.
A skoro piekarnik out of order, to ćwiczą kolędy.
Też dobrze.

Poza tym terminarz jak zwykle napięty: oprócz 10 przykazań (starsi), prezentacji rodziny (projekt Monsterina), 3 owoców na sałatkę owocową oraz kolejna prezentacja książki (Monster) i recenzji koncertu (Monsterówna), plus normalne zadania domowe i zajęcia dodatkowe, ja sama mam dodatkowe spotkania z klientami, których obsługę przejmuję od stycznia, więc wciśnięcie nawet rozmowy telefonicznej, która nie jest związana z pracą, jest problemem.
Ale mimo wszystko staram się brać przykład z Monsterówny, która, gdy jechaliśmy w niedzielę rowerami, nieśpiesznie pedałowała.
Na nawoływania Monstera (który, jako znany przecież wyścigowiec, wysforował się do przodu) odpowiedziała wolno i wyraźnie:
- Jadę tak wolno, by ta przyjemna wycieczka trwała jak najdłużej!

I jeszcze chociaż paru takich pięknych dni w środku listopada, sobie i Wam, życzę.





poniedziałek, 16 listopada 2009
3 w 1




Lubię myśleć, że różnorodność typów ludzkich w postaci mojego nie aż tak przecież licznego potomstwa, wzbogaca moje życie. Żeby nie można było popaść w rutynę, sztampę i nudę, do każdego dziecka trzeba znaleźć inny klucz i to zawsze nowe wyzwanie (inna sprawa, że niektóre klucze znajduje się szybciej, a niektóre, niczym ta karta do dekodera, która niespodziewanie zniknęła miesiąc temu, szuka się, szuka i tylko ma się nadzieje, że koniec końców się znajdzie.)
Otóż Monster przyniósł pierwszą barwną uwagę w dzienniczku.
Że bawił się w toalecie papierem toaletowym i zużył trzy rolki. Oczywiście zaniósł już nowy papier do szkoły, za który powinnam mu potrącić z kieszonkowego, gdyby takowe otrzymywał i rozmawialiśmy na ten temat (żeby robił z siebie mumię jednak w domu, domowym, a nie szkolnym papierem), ale zdarzenie wystąpiło i skąd on to wymyślił! (pewnie to zły wpływ Scooby Doo...) I właśnie przez takie akcje, w szkole Monsterówny każde dziecko musi pobrać papier ZANIM pójdzie do ubikacji, bo dzieci właśnie twórczo wykorzystywały wyłożony papier do kreatywnego ozdabiania kibelków...
Co do Monsterówny, to w sobotę miała pierwszą z serii prób do grudniowego koncertu w ramach Pro Sinfoniki Od 8 do 12!
Z tej okazji przenocowaliśmy dodatkowo koleżankę, która dojeżdża z daleka, i dzięki której poranne wstawanie w sobotę odbyło się wyjątkowo sprawnie.
- Ale się wyspałam - stwierdziła Nicola, która na codzień wstaje po szóstej
Chyba dopiero wtedy Monsterówna doceniła, jak ma dobrze ze szkołą tak blisko.
Gdy wróciły na obiad, myślałam, że będą znudzone i zniechęcone po tylu godzinach, ale one świergoliły jak skowronki.
Oto, jak różne jest podejście dziecka i dorosłego. Bo jeszcze Monsterówna dodała, że najchętniej uczyłaby się tylko muzyki.
Jak to fajnie, gdy dziecko robi to, co lubi i przychodzi mu to bez wysiłku!

A Monsterino? Monsterino zbudził się w nocy i przytuptawszy do sypialni wydarł się na mnie: Wlacaj do mojego łóska, ale JUS! - Dokładnie takim tonem, jakim to mamusia czyni w sprawie skarpetek. I to była jedyna nauka, którą wyniósł z ciągłego monitowania go o te nieszczęsne stóp odzianie....


piątek, 13 listopada 2009
rachunki sumienia, czysta karta i nowy dzień



Wieczorem, ut(ł)u(k)liwszy liczne potomstwo spać, styrani życiem Monsterodzice podsumowują dzień.
- Niby cały dzień ok, ale na koniec mam wyrzuty - przyznaję bez bicia
- No. Wrzeszczałaś. - zgadza się szybko ze mną Monstertata, zamiast zaprzeczyć, utulić i dobrostan poprawić
- Obiecałam, że nie będę, ale jak zobaczyłam, że nie zrobił, a przyrzekł, że zrobi! Poza tym to jego obowiązek - jęczę

Wymazujemy. Od rana zacznę z pełnym animuszem, z dużymi siłami, na nowo...

Rano Monsterino nie dość, że SPECJALNIE zasikuje piżamę, bo NIE BĘDZIE sikał w łazience, bo nie, to CELOWO wylewa wodę z miodem z kubka, bo mu się akurat dzisiaj kubek nie spodobał (wodę Z MIODEM, więc klei się stół, krzesło, podłoga, ja, a czas tik-tak, płynie)

Płachta na byka!
I jak tu ze spokojem ti-ti-ti misiaczku, może być tak ubrał skarpetki? (bo rozumiem, człowieku, że Ci ogólnie ciepło i jesteś jedynym dzieckiem w krótkich spodenkach w przedszkolu, ale podłoga jest zimna!).
NIE!
Nie wytrze po sobie, nie ubierze się, jak zwykle, nie.

Mądre Książki mówią przeczekać i ja to wiem, ale powszedni dzień za dniem wygląda gorzej niż rozdział w takiej książce.

I wiem też, że gdy stanę na chwilę i ochłonę, to potrafię powiedzieć do Monsterina głosem brzuchomówcy:
- To my, twoje zimne stopy! Ubierz nas, bo nam straszliwie zimno! Nie chcemy być bose!

I jest śmiech i rozładowanie.
Ale naprawdę muszę MOCNO się trzymać i ćwiczyć to over and over. I ja wiem, że muszę, bo taka jest rola rodzica i że to dziecko patrzy i się uczy i że spirala agresji się nakręca i że jeśli chcę, by to dziecię tak reagowało, to ono musi widzieć wzór. Anielskości.

A ja święta nie jestem, więc czasami, wiecie.
Wizualizacja chłosty jest taka piękna!

środa, 11 listopada 2009
i żeby tak w każden środek tygodnia



- Co tu się dzieje, jakiś stlasny wypadek! - łamiącym się głosem informuje Strażak
- Proszę powiedzieć, Ilu zabitych, a ilu rannych? - rzeczowym tonem przepytuje  Lekarka/Sanitariuszka/Dyspozytorka Pogotowia
- Pięć! - rzuca krótko Strażak
- Pięciu rannych czy zabitych - drąży Dyspozytorka
- Złamane nogi i chyba przebity brzuch - wtrynia się w meldunek Policjant - Uwaga, pościg za mordercą, on chyba właśnie spowodował wypadek, gonię go, odbiór - dramatycznie moduluje głos i odjeżdża na sygnale.

Tymczasem w szpitalu trwa równie rozpaczliwa walka o życie ocalałych.
Pani doktor rozdysponuje pacjentów po salach, co nie jest łatwe - ZA MAŁO ŁÓŻEK!
Horror, ale pani doktor przy pomocy Dzielnego Sanitariusza/Strażaka, daje radę. Już, już wydaje się, że sytuacja opanowana, gdy do szpitala wpada Policjant z głośnych okrzykiem: POŻAR, POŻAR, PALI SIĘ!!!
- Już lecę! - Strażak porzuca pacjentów, Pani doktor intubuje na dwóch łóżkach, Policjant ze strażakiem odpalili syrenę i już rozkładają drabinę i ratują z opałów...
- Przecięta ręka i noga - informuje izbę przyjęć już z trasy Policjant
- Przyjeżdżajcie - Pani Doktor cały czas opanowana - Damy radę!

Są, och są takie błogosławione momenty, bywa że całkiem długie, gdy współpracują. I jedna godzina pęka, druga. Aż żal przerywać. Tu się rozgrywają lepsze dramaty niż w Grey's Anatomy czy E.R.!  Dobrze, że następny dzień wolny, bo siódma, a nadal bawią się w najlepsze. [czyżbym rzeczywiście skończyła już swoje cztery, pięć, sześć rozdziałów, niedowierzam...]

PRZEZ CAŁY DZIEŃ NIE WYŚCIUBILIŚMY NAWET NOSA NA DWÓR!  (co przy naszym wędrowniczym trybie życia jest absolutnie dziwne)



O ósmej Monsterino trze oczy, więc tylko przypomnienie, że od samego rana mogą wrócić do przerwanej zabawy, pozwala zapędzić ich do łóżek.
A starsi jeszcze mają jeden miły punkt w rozkładzie dnia. Od trzech wieczorów jest to Harry Potter.
Normalnie są obrażeni, gdy kończę rozdział. Chociaż lojalnie uprzedzam, ile przeczytam. Monster obgryza paznokcie i zaciska kciuki. Monsterówna niby z brata drwi, ale sama piszczy z uciechy, gdy w końcu tiara przydziela Harry'ego do Gryffindoru.
No i tylko przyrzeczenie, że przeczytam dwa rozdziały, zamiast półtora, popycha ten wieczór do przodu.
- Och, gdyby tak każda środa była wolna! - wzdycha Monsterówna

Nie pogardziłabym.



poniedziałek, 09 listopada 2009
naturalnie


- i te dwa kabelki były takie rozłączone - Monster zaprezentował na wyciągniętej ręce szczątki jakiegoś urządzenia z wyglądu elektrycznego

- a on ma takie tsy pazuly i gdy skace, to... - Monsterino zamachał rękami na wysokości moich oczu

-...Dorotka-dyskotka, a gdy siedziałyśmy w klasie, to te ławki - Monsterówna nieważko obsiadła jedno z moich kolan i zarzuciła ręce na moją szyję

- i gdy wskoczył do wody, to ten rekin - Monster jest szybki, wskoczył na plecy i otoczył mnie nogami

- ...lozległ się stlasny chichot, ale ten helikoptel - Monsterino złapał moją twarz i przystawił swoje oczy do moich, co bym nie miała wątpliwości, w którą stronę patrzę

Monsterówna kłujnęła mnie w bok, Monster przyszczypał nogami, Monsterino wskręcił ręce we włosy...

AŁAAA!

Czy oni tak oznaczają terytorium, czy są po prostu zazdrośni? Chociaż wprost jeszcze żadne się nie skarżyło, że jest mniej kochane. Więc albo jest dobrze, albo nie potrafią jeszcze tego zwerbalizować.

******

Maria Montessori byłaby zadowolona z Monsterina. Jak to dziecko potrafi wynajdować naturalne, zwyczajne i codzienne substancje pod ręką (albo forsując zamki, podstawiając stołek, ewentualnie wspinając się na stół) i wykorzystywać je do nauki!

Trzy dni temu wystarczyło, że Monstertata na chwilę zostawił Monsterina w łazience, a ten już wynalazł samotną, porzuconą w kącie, maszynkę do golenia i uchapał kawał skóry. Być może nauczył się tego, że skóra łatwokrajalna jest. Dwa dni temu, znowu ja wyskoczyłam dosłownie na trzy sekundy z łazienki po piżamę, gdy Monsterino przeznaczył 400ml mojego nowiutkiego szamponu w celu regeneracji własnej koparki. Być może nauczył się, że taka ilość materiału łatwo pieniącego się bardzo długo się zmywa. Ale był tak radośnie zajęty pianą, więc nie mogę mu ufać, że nie zrobi tego więcej. W sumie mogę być tylko szczęśliwa, że nie eksperymentował z moim kremem do zmarszczek, bo kieszeń by płakała.

A wczoraj, proszę, trzeba było od razu schować te orzechy, a gdy tak tkwiły na środku i prosiły: wysyp mnie i sprawdź, ilu nas jest...

(Monsterino liczy: łan, tu, tli, fol, fajf, syks i od początku. Monsterówna indaguje: A po polsku nie potrafisz? Monsterino: Potlafiem, ale nie chcem)

Starsze też - ledwo Piotr i Paweł zatrzaśnie drzwi, już kartony rozdysponowane - Monster dołącza do swojego domu z garażem (a że przy okazji wykorzystuje taśmę izolacyjną potrzebną Monstertacie, to cóż, przecież nie będziemy hamować twórczości dziecka), a Monsterówna zrobiła ze swoich narto-snowboardy nakładane na własne buty.

A dlaczego Monster układa dinozaura w kasku na głowie?

Proste. Bo chce jechać na narty.

Natomiast Monsterówna otrzymała dyplom za plastyczną pracę konkursową, jeszcze z zeszłego roku szkolnego. Dopiero teraz odbył się finał i praca Monsterówny została wyróżniona, a dyplom podpisany przez Prezydenta Miasta.

- To przypomnij mi, kto to jest ten prezydent, co mi się na dyplomie podpisał i po co on właściwie jest... - poprosiła wieczorem, po całej fali zachwytów najpierw w szkole, potem w domu, nad wyróżnieniem.

***

60 paznokci do obcięcia.

Stroje galowe, kolorowa włóczka, patyczki, kasza i puszka po piwie....

Jak ogarniają to matki sześciorga czy siedmiorga dzieci?!


czwartek, 05 listopada 2009
ju-hu! a może raczej hu-hu-ha, wszystko stosownie do okoliczności



Można było pomylić dzień tygodnia, wyjrzawszy wczoraj rano przez okno w centrum Miasta. Nie, żeby w każdą niedzielę w naszej okolicy padał śnieg, ale pod względem ilości pojazdów mechanicznych na ulicy. Na całej długości pojedyncze sztuki turlające się niemrawo.
[po włączeniu radio okazało się, że jak zwykle drogowcy nie słuchali prognozy pogody i nie posypali dróg dojazdowych do Miasta. Odcięli sypialnie. Miasto dziękuje, przez godzinę było czyściejsze]
Monstery wyskoczyły z łóżek radośnie. Dawno nie widziałam,żeby tak szybko się ubierały. Tym razem starsze zostały podrzucone przez tatę, a my z Monsterinem, odzianym stosownie do pory roku, czyli nadal bez zimowych butów, poczłapaliśmy noga za nogą, wystawiając języki ku opadającym płatkom.
- To jest plawdziwa zima, mamusiu! - oznajmił uchachany Monsterino
Współczujemy oczywiście wszystkim z Państwa, którzy utknęli w korkach, ale czy to znaczy, że nie mamy cieszyć się śniegiem? Zwłaszcza, że było wiadomo, że to, przynajmniej na razie, jednodniowa akcja?
A jak wracaliśmy, z Monsterem prezentującym bezustannie banana na licu przemiennie z głośnymi okrzykami radości, to aż mi szkoda, że dzisiaj po śniegu nie ma śladu. Bo mnie opad też nie przeszkadza. I też nie mogłam się nie uśmiechać, gdy jechałam tak nieodśnieżonym poboczem, a płatki śniegu oblepiały mnie i rower i musiałam niczym bałwanek wyglądać (a może raczej jak miś panda, z rozmytą maskarą pod oczami, bo nie użyłam wodoodpornej).
- Jedyną osobą w naszym domu, która nie lubi śniegu, jest tata - orzekła Monsterówna i przebiegła paluszkami po klawiaturze Lulajże Jezuniu w rytm zawiei za oknem

[bo Monstertata odśnieża. Choć Monster powiedział, że to może być jego obowiązek domowy w tym roku. Cwaniak! W końcu nie wiadomo, czy śnieg spadnie, a chwalebny obowiązek jest nadany]

A u Was jak? Przygotowani na kolejną porę roku? Opony zmienione? Obuwie goretexowe nabyte? Piece odpalone?


wtorek, 03 listopada 2009
ukulturalnianie na siłę





Ponieważ już ustaliliśmy, że jestem warsztatozależna i biorę w ciemno każdą imprezę, która w nazwie lub w ósmej linijce od końca ma wplecione to słowo (tak, jest to PEWNA podpowiedź dla Monstertaty...), to jak tylko dostałam maila, że z okazji Dni Verdiego  w operze będzie dzieciowa imprezka na w., to nie mogłam nie zgłosić się z Monsterami. W końcu sama dziecięciem będąc, obejrzałam sobie nieco teatrów od strony kulis, Monstery nie mogą być gorsze.
I owszem, kulisy były (a Monster nawet pamiętał, że był tutaj prawie 3 lata temu na Dziadku do Orzechów), była też próba baletu (Oooo! - Monsterówny świadczyła o tęsknocie za baletem - Bo wiesz, ja jednak to lubiłam!)
Była też próba orkiestry.
Reszta, czyli clue warsztatów, organizatorom udała się tak sobie. Pomysł niby ok - przebrani za bohaterów kolejnych oper Verdiego opowiadali o sobie, tyle że opowiadania były przydługie i zawiłe, nie dla targetu warsztatów, potem maszerowaliśmy do malarni, ale opowieści o instrumentach były nudne. I znacznie lepiej przemawiałaby do dzieci żywa muzyka, a nie puszczona z taśm. A na koniec tragedia: teoretyczne włączenie się w przygotowania scenografii do Aidy - słabe, naciągane, nieprzekonywujące.
A wystarczyło zmniejszyć grupę o połowę i przeprowadzić właśnie kulisami, balkonami, bokami. Żeby dotknęli tajemnicy sceny. Żeby zobaczyli, gdzie reflektory, gdzie mikrofony, jak zjeżdżają tła, a jak zasuwa się kurtynę.
Właściwie to cała impreza przydała się o tyle, że Monstery starsze, bo jedynie je zabrałam, były zadowolone, że mogły sobie spokojnie pogadać tylko ze mną. A że przy okazji przejechaliśmy się do centrum i z powrotem, to naprawdę mogliśmy się przejść po parku.
Szkoda, że organizatorzy zmarnowali taką okazję.

A w czasie, gdy my snuliśmy się po Teatrze Wielkim, Monstertata był z Monsterinem na angielskim i chyba to musi stać się regułą, bo dziecko w obecności taty nie robiło mostków, rzutów na dywan oraz nie obnosiło wszem i wobec kryzysu trzyipółlatka. Pokazał się tacie od swojej lepszej strony. Może trzeba wprowadzić zwyczaj ekskluzywnie męskich wyjść.


poniedziałek, 02 listopada 2009
unplugged zgrzyt



Dostarczyciel prądu nasz kochany, psikusa nam zrobił wieczorową porą i najpierw zapodał 400V zamiast 220 w porywach do 230, a potem pstryk! i znowu mieliśmy romantyczny wieczór przy świeczkach i latarce.
Akurat Monstery były już oporządzone i zostało nam tylko czytanie, które bezproblemowo udało się uskutecznić, bo przecież mamy już w tym względzie doświadczenie i jedną sprawną latarkę chowaną przez dzielną Monsterównę przed wszędobylskimi monsterinowymi paluszkami
(chichoczemy teraz nad powieścią: Mamuśka i Tsatsiki - polecam, bardzo polecam!).
 ALE

naczynia w pryzmach, nawet jeśli zaszufladkowane w zmywarce, pranie w hałdach, już nie mówiąc o górach prasowania.

News jest taki, że będziemy czyści, bo pralka działa, ale nie nagotujemy, ani naczyń nie wymyjemy (w kontekście, że właśnie  zostaliśmy
świeżo posiadaczami blatu w kuchni, a ww urządzenia są jego integralną częścią i wymontowanie w celu naprawienia albo chociaż diagnozy wiąże się z dezintegracją zabudowy,to naprawdę zgrzyt, zgrzyt i można załamać rączki i zakwitnąć w kałuży łez z bezsilności.)

Toteż doszedł nam kolejny powód do zaciskania zębów. Monsterinowe zachowanie, czyli negacja nakazów i generalnie przyjętych norm społecznych (nie będę chodzić w skarpetkach, nie będę się ubierać, nie będę myć zębów, nie będę, nie będę robić tego, co jest ode mnie wymagane) jest powodem pierwszym.
Ciągłe siłowanie się z jego NIE wyczerpuje mi pomysły i chęć na słuchanie i reagowanie na wynurzenia starszych. I mam do siebie pretensje i wyrzuty sumienia, że za mało entuzjastycznie odpowiadam na ich historie.
Choć może przesadzam.
Ale chciałabym móc im przekazać: mówcie, do mnie mówcie, ja słucham; tylko tak wyglądam, jakbym miała zaraz zasnąć; ale naprawdę, moje "tak?" jest oznaką zainteresowania, a nie wyuczonym zwrotem markującym konwersację.
A może sami już do tego doszli, skoro jeszcze z czegoś tam mi się zwierzają?
Oby wytrzymali.


Archiwum
do Monsterowa tędy