piątek, 28 listopada 2008
myślenie w biegu


Monsterino biegnie w kierunku Rynku, ja podążam truchtem za nim. Nagle staje jak wryty, ledwo wyhamowuję, by na niego nie wpaść.

- Zobac, tam daleko mamusiu, dymówa taka! - pokazuje na dym unoszący się z komina na odległej kamienicy

- Tak, w piecu palą - wyjaśniam

- Nieee - zaprzecza Monsterino - tam ludzie mieskają i piją helbatkę! Golącą! I ten dym tak leciiiii - pokazuje

- No i jeeeeessss! - biegnie dalej, w kierunku dźwigu montującego światełka choinkowe na rynkowych latarniach - dźwig CEWONY cekał tutaj na Teosia! (to szczegół, że dźwig jest żółty)

Po chwili kontemplacji dźwigu, jego silnik wydaje głośne prychnięcia.

Monsterino trochę się przestrasza, przysuwa się do mnie i mówi:

- Co się stało temu dźwigu?

W  końcu, bez ostrzeżenia, rusza dalej. Po kilku metrach znowu staje.

- Cekaj, niech pomyśle!

Stoi i myśli.

- A, no! Telaz twoja kolej! - wskazuje na mnie

- Na co? - nie kojarzę

- Na belka, KULDE! - podskakuje radośnie i startuje do biegu.


...a potem jeszcze ogląda się za siebie i dopinguje:

- O, tak, tak sypko, BLAWO, dobze ci idzie! Idziemy do biula zjeść selek! (ta ostatnia informacja była skierowana do przechodniów...)

Cóż było robić...

a tu zajęcia popołudniowe (za szybko robi się ciemno, a śnieg trzeba było wykorzystać, póki był. Dziś już nie zostało w ogrodzie ani grama z bałwana zrobionego we wtorek. Monstery baaardzo rozczarowane)


czwartek, 27 listopada 2008
ból ocen


Monsterówna  założyła zeszyt oceny monsterrodziców, w którym zapisuje nam czarne punkty za karygodne, według jej subiektywnego odczucia oczywiście, zachowanie.

Czarne punkty można poprawiać, ale na razie system nie jest dopracowany, bo doprawdy, ile miłych rzeczy muszę powiedzieć, żeby zniwelować skutek jednego, w zdenerwowaniu powiedzianego słowa!

Inspiracją dla powstania domowego zeszytu ocen był naturalnie ten szkolny, w którym pani wbija pieczątki za aktywność na lekcjach, sprawność w szkolnych wymaganiach oraz zachowanie.

Stopni w pierwszych trzech klasach szkoły podstawowej powinno nie być. Tylko oceny opisowe. No i niby jest to opis: jak jest bezbłędnie, to pani wpisuje "W" od "wspaniale". Innych ocen dotychczas Monsterówna nie dostawała, tylko ewentualnie, gdy któraś literka była do poprawki, to pani pisała, żeby ją poćwiczyć.

Natomiast ostatnio dzieci miały SPRAWDZIAN!

- Nie cierpię sprawdzianów! - wykrzyczała Monsterówna po przyjściu ze szkoły, więc już wiedziałam, że coś musiało pójść nie tak.

Przed weekendem sprawdziany rodzice otrzymali do domu, w celu podpisania.

Monsterówna miała 9 na 11 punktów. I na tym opis powinien się skończyć, bo czarno na białym widać było te 2 błędy, omówiliśmy je, przećwiczyliśmy (-liśmy, bo okazało się, że niezależnie i ja i monstertata - chyba przejęliśmy się pierwszym szkolnym sprawdzianem naszej monstercórki).

Ale pani napisała na sprawdzianie "D", od "dobrze". Tym sposobem dowiedzieliśmy się, jakie jeszcze, poza "W" stosuje pani oceny.

I to najbardziej ubodło Monsterównę. Że nie "W". Pewnie odreagowała robiąc swój zeszyt ocen.

Pocieszam się, że mam mniej czarnych punktów od Monstera w jej zeszycie...

Monster to ma w ogóle przechlapane. O wiele więcej robi już teraz w zerówce, niż robiła Monsterówna. Więcej pisania, więcej liczenia. Pani mówi, że to dlatego, że dzieciom wychodzi, więc nie ma sensu zatrzymywać się, tylko idzie dalej. I Monsterówna traci monopol na czytanie i pisanie. A to ją boli.

Nie przewidziała jednego: że młodszy brat absolutnie nie przejmuje się jej zeszytem. I to boli ją jeszcze bardziej.

poniedziałek, 24 listopada 2008
szczęśliwość znienacka



- Ty jesteś sceśliwy? - ni to stwierdził, ni to zapytał Monsterino. Znienacka. Po średnio przespanej nocy.

- No pewnie, jestem szczęśliwa! - zapewniłam trochę na wyrost, bo podniesienie powiek po pięciu godzinach snu nie jest moim ulubionym zajęciem

- I Gaja jes sceśliwa, i Lobelt jes sceśliwy, i tata jest sceśliwy i Teoś jes sceśliwy! - wypluł na jednym wydechu - Wsyscy lazem sceśliwy! - ucieszył się i pognał dezelować kolejny kąt w domu.

A w weekend niespodziewanie spełniło się życzenie Monsterina. Bo nagle...



zrobiło się biało...



To nic, że akurat podbijaliśmy Berlin. Lubimy Berlin. (a w Berlinie lubią nas, mam nadzieję)
Berlin jest przyjazny dla rodzin z dziećmi.

Ma muzeum (niejedno), ale jakoś zawsze w etnologicznym lądujemy, gdzie można, a nawet trzeba dotykać eksponaty.( poniżej testowanie zapachów)




A potem spełniło się życzenie numer dwa: basen z rurami.









I jak tu nie być szczęśliwym?

piątek, 21 listopada 2008
okrągły stół



Poszłam po rozum do głowy.
Że też wcześniej nie, tylko po prawie trzech miechach. No, ale lepiej później niż wcale.

I teraz zamiast latać z pokoju Monsterówny, do pokoju chłopaków i tu zerknąć, tam zerknąć, pochwalić, skomentować, objaśnić, przeczytać - zwołuję całe towarzystwo do kuchni.
Teraz ja z patelnią, a Monstery z książkami.
Razem
wszystkim i każdemu z osobna.
Można po wszystkim zaserwować naleśnika. Albo grzankę.



Domowe komplety. Że też wcześniej na to nie wpadłam...



czwartek, 20 listopada 2008
black & white



nie, żebyśmy cały czas myśleli i dlatego nie piszę. Nie, ciągle coś: a to zebranie, kiermasz świąteczny, Odyseja Umysłu, troszeczkę zasuwam, ale tak pozytywnie, z dobrą energią. Może dzięki temu ciemny, wietrzny i deszczowy listopad przemija jakoś niepostrzeżenie.

(- I jus spadnie śnieg? - pyta Monsterino. Nie dzielę się z nim szacunkami meteorologów, że może niekoniecznie tej zimy)

Glut trochę opanowany, zachowanie różnych dzieci na różnych frontach też. Monster bezwiednie pokazuje się od strony sportowej (zaczął przepływać bez zatrzymywania się basen, łapie o co w stylach chodzi, na nartach wychodzą mu zakręty), albo teraz patrzymy tendencyjnie pod kątem tego nieszczęsnego, szkolnego wyboru...

się zobaczy.

a na razie w Monsterowie czernie i biele (dzięki, Jacku)






wtorek, 18 listopada 2008
nienudnie



To się jakoś tak symultanicznie wszystko wydarzyło: monsterdziadek delikatnie napomknął, że może młodemu człowiekowi przydałaby się codzienna dawka wyczerpującego sportu, że może wtedy by nie miał siły roznosić domostwa oraz członków rodziny, a w poczcie przedszkolnej znalazłam ulotkę zatytułowaną: "zaobserwowaliśmy, że twoje dziecko jest bardzo aktywne..."

Najpierw pomyślałam, że wychowawczyni Monstera wysyła mnie z nim do psychologa, ale doczytałam, że chodzi o rekrutację do klasy akrobatyki sportowej.

Poniedziałek był wolny, więc poszliśmy zobaczyć, o co w tej szkole chodzi.

Bo z czym, tak naprawdę, kojarzą Wam się sportowcy i szkoła sportowa? Dresy, zapach potu, niewybredne słownictwo i bezmózgowie? No, przyznajcie się moi drodzy...?;)

Na spotkanie rekrutacyjne przyszło około pięćdziesięciu dzieci- bliźniaków Monstera. Tłumek drżał. Jakby wszystkie miały ADHD. Usiedzieć w miejscu nie mogły, buzie im się nie zamykały. Wszystkie niskie chude i ruchliwe. Monster w porównaniu z nimi wydawał się najspokojniejszym dzieckiem pod słońcem.

Szkoła Mistrzostwa Sportowego.
Ale nie łudzą się, że wszyscy będą mistrzami. Nawet nie zakładają, że większość po pierwszych trzech latach będzie akrobatami, bo mogą im się zmienić (i tu cytat): "warunki fizyczne". Czytaj: urosną za bardzo lub przytyją.

O dziwo też powiedzieli, że choć sportu jest dużo (13 godzin w tygodniu!!! kto jest w stanie zapewnić tyle!), ale nauka przede wszystkim. Może to politycznie właściwe, by tak mówić.

A potem odbyły się badania - pięć konkurencji.  Dzieci prezentowały zwinność, gibkość, skoczność, elastyczność, siłę, brak lęku wysokości.
Jak się można było spodziewać, już nawet po zewnętrznych warunkach, Monster przeszedł. Nawet z wysokim wynikiem.
Przecież wszyscy wiemy, co potrafi.

Było fajnie, ale on nie chce chodzić do takiej szkoły.
Woli grać na flecie.
No, drogi monsterdziadku - co Ty o tym sądzisz?

I co Wy sądzicie o sportowych szkołach? Niski poziom, dużo kontuzji i ukierunkowana kariera bez możliwości przeskoczenia na zawody wymagające używania raczej mózgu niż mięśni?
Czy przeciwnie - w sprawnym, zdrowym ciele, wysokowydajny mózg?

Mamy czas na decyzję do końca listopada, ale raczej odmówimy. Żeby dzieci były w jednej szkole, bo Monster nie chce, bo... no właśnie, bo może niekoniecznie chciałabym sportowej przyszłości dla swojego dziecka? Może, gdyby chciał...
A może będzie mieć do mnie kiedyś pretensję, że go nie popchnęłam, zmusiłam. Może to by była jego ścieżka życiowa?

i po co ja tam poszłam, szlag by trafił wolny poniedziałek...


poniedziałek, 17 listopada 2008
smarkacze



Monsterinowi cieknie z nosa na zielono. Nauczył się wydmuchiwać nos, ale jednak przegrywa z glutowyciągarką, więc głośne momenty przemocy w rodzinie się wydarzają regularnie.

Chyba obojętnieję na monsterinowy permanentny opór, skoro nawet brew mi nie drgnęła, gdy obcinałam mu co drugi paznokieć.Jasne, że nie chciał i wyrywał się, dlatego dało radę, co drugi, by nie pociąć mu skóry. Ale wcześniej długi szponami podrapał mnie do krwi. Z miłości oczywiście.

A potem słyszę, jak przemawia do zabawek na dywanie:

- Be-em-wu podlapało pazulkami tego dźwiga! No tak nie wolno!! (i tu buch pięścią w beemwicę) Ceba natychmiast optąć pazuly!!!

Natomiast ciśnienie skoczyło mi, gdy okazało się, że Monster dwa razy w ciągu jednego dnia okłamał nas w głupich sprawach. Bez sensu. Pytaliśmy, czy zrobił coś, powiedział, że tak, potem okazało się, że nie.
A szalę goryczy przelało odnalezienie w monsterowym portfelu 50 złotych. Bo Monster ma pieniadze zabawkowe, ale bardzo się smucił, że nie można za nie kupować gormitów. I usłyszałam, że chwali się Monsterównie, że teraz już może sobie kupić, bo ma prawdziwą forsę. Po szybkim dochodzeniu okazało się, że w tajemniczy sposób prawdziwe pieniądze przewędrowały do jego portfela z mojego.
Brzydko.
Rozmowę umoralniającą przeprowadziłam, skruchę okazał, zobaczymy, co wymyśli kolejnym razem. Bo, że wymyśli, to pewnik.

Monsterówna za to zasięgnęła języka u monsteraty w temacie, czym jest randka, a dzień później przeparadowała przed nami w kilkunastu odsłonach: od aniołka w blond peruce i w sukni ze skrzydałami, do diablicy z różkami poprzez strój syrenki i księżniczek różnej maści. Robiła przy tym tak słodkie minki, że termin lolita narzucał się sam.

Z pewnością nie ma tego po mamie.

Przyszłość Monsterowa, gdy wszystkie Monstery będą w wieku dojrzewania, czyli tuż-tuż, rysuje się mgliście, aczkolwiek nie różowo.
Już przyjmuję wyrazy współczucia.


piątek, 14 listopada 2008
uniki



- Poukładałem pilamidki i telaz będziemy cytać po kolei - zapowiedział Monsterino na długo przed wieczorną rundą czytania



Szybko mu poszło, te stosiki. Na chwilkę wyszłam.
Oporządzenie Monsterowa przy udziale Monsterina jest rzeczą awykonalną. Ja hasam z odkurzaczem w jednym pokoju, podczas gdy w drugim Monsterino rozrywa puzzle, z tych nerwów, że nie dają się złożyć.
Pewnie, że najlepiej byłoby z nim przysiąść i ułożyć.
To zrobiliśmy. Raz, drugi, enty. Puzzle odłożone na najwyższą półkę. Bo potrafi podrzeć.
Wymykam się odkurzyć u Monsterówny (Monsterino nie powiniem w tym uczestniczyć, bo Monsterino po seansie z odkurzaczem kaszle), Monsterino w tym czasie wylewa kolejny raz, kolejną butelkę mineralnej na łóżko (i kto ją tam znowu zostawił?), a potem przysuwa sobie stół i sięga po puzzle.
Które drze.
Jego puzzle, nad którymi parę minut później będzie ronił łzy rzęsiste...

Nie broi tylko wtedy gdy biegnie. Jeśli nie wybiega przy tym wprost na ulicę. Choć zawsze mówi, że tylko na pasach się przechodzi.

Zatem Monsterino biegnie na plac zabaw, biegnie, lubi biegać, krzyczy przy okazji:

- Jestem sypki, jestem taki sypki, pielsy jestem!

Aż tu nagle bezszelestnie przelatuje obok Monster i z głośnym skowytem zatrzymuje się pół metra przed Monsterinem.

- Ja jestem pierwszy!

No nie, Monsterino wpada w szał, Monstera to bawi, odsuwam go na bok i cedzę w ucho, że proszę go, by UDAWAŁ przez chwilę, że NIE JEST pierwszy.
Monster się waha, dorzucam kilka podbudowujących Monsterze ego epitetów, więc w końcu się decyduje.

- Ścigamy się! - cieszy się Monsterino - łan, tu, tli, GOOOO!

Biegną, Monster zwalnia, Monsterino odwraca się:
- No lusaj, blacisku, ścigamy się!

W końcu Monster załapuje, że chodzi o to minimalne zwolnienie na ostatnich metrach.
Monsterino wygrywa, jest wniebowzięty.

- Hula!!! Wyglałem! Jesce laz!

Robią tak jeszcze ze trzy wyścigi. Monster jakby spacerował, Monsterino nieźle się zmachał. W końcu przysiada na murku:

- Jestem zmęcony i bulcy mi w bzuchu! - skarży się

Tłumaczę, że zaraz pójdziemy na kolację.

- Nie mam casu telaz biegać! - wzdycha głęboko Monsterino odwracając się do Monstera - Musę toseckę poplacować!

I... biegnie dalej, zostawiając siedzącego Monstera w tyle.
czwartek, 13 listopada 2008
zaczajenie



Zostałam wezwana na dywanik przez panią Monstera w związku z niepokojącym zachowaniem grupki dzieci, w tym Monstera, w stosunku do jednej z dziewczynek. Dziewczynka doszła do nich we wrześniu, nie polubili jej, nie zaakceptowali i dają całą swoją postawą znać, że do nich grupy nie należy. Niezłe wyzwanie wychowawcze, panie próbowały od września, teraz mają nadzieję, że Przyjaciele Zippiego im pomogą, ale jednak proszą, żeby porozmawiać z dzieckiem o tym w domu.
Zatem zagajam do Monstera w drodze do domu, jak by się czuł, gdyby się znalazł sam w obcej klasie, w której nie miałby nikogo znajomego z dawnego przedszkola i nikt nie chciałby siedzieć z nim w ławce.
- Smutno by mi było - przyznaje Monster
Nadal nie nawiązując do koleżanki pytam, jak czułby się, gdyby każdy się odsuwał od niego, gdy siadają w kręgu i nikt nie chciałby mu podać ręki.
Monster patrzy na mnie spode łba i wykrzykuje wzburzony:
- Ale ja już jej nic nie mówię! I już nic mi nie musisz mówić!

No to przestałam. Zobaczymy, jak to będzie dalej.
Swoją drogą, naprawdę ciężko jest tej Nowej. Bardzo chciałaby wejść w grupę chłopaków właśnie, którzy z założenia nie chcą z dziewczynami (Michalina, która nie bawi się lalkami i pierdzi pachą jest wyjątkiem). No i oczywiście mają prawo kogoś lubić, a kogoś nie lubić, ale na pewno nie mogą nie chcieć, żeby ta osoba siedziała obok nich.

Pani powiedziała, że w kolejnym projekcie ustawi pracę grup tak, że jedna będzie zależna od drugiej w uzyskiwaniu informacji, więc nie będą mogli odmówić współpracy. Wydaje się to dobrym wyjściem. A z Monsterem da się dogadać. Co oczywiście nie uchroni przed ciągłym testowaniem przez niego granic.

Natomiast Monsterówna dostała wczoraj szóstkę z angielskiego.
Dumna i blada pochwaliła się, że trzeba było narysować historyjkę obrazkową z pięcioma zabawkami i powiedzieć ich nazwy po angielsku, a Monsterówna narysowała siedem. I jeszcze opowiedziała swoją historyjkę przed całą klasą (już nie po angielsku, tego jeszcze nie potrafią).
Wieczorem na fali sukcesu zamiast spać przeżywała jeszcze raz swoją prezentację, aż w końcu mówi:
- To ja już teraz wiem! Żeby mieć szóstkę to trzeba zrobić po prostu coś więcej niż to, co mówi pan. Albo pani...

" Powiedz mi, a zapomnę. Pokaż mi, a zapamiętam. Pozwól mi zrobić, a zrozumiem". (Konfucjusz)



środa, 12 listopada 2008
wojna i pokój



Obchody Niepodległości mocno wdrukowały się w świadomość Monsterówny, bo co jakiś czas rozpoczyna dyskusję, jak to możliwe, że Polski nie było. Że tak długo nie było, że nie można było mówić po polsku w szkole (bunt dzieci wrzesińskich bardzo ją przejął, powiedziała, że też by się tak zachowała).


- Czy Sophie i Valerie wiedzą, że ich kraj napadł na nasz kraj? Czy im się to podoba? (mowa o małych Niemkach kiedyś wynajmujących mieszakanie dziadków), Czy Martynka lubi mówić po niemiecku, skoro to nasz wróg? (Martynka mieszka w Berlinie).

Tłumaczę, że od bardzo dawna nie ma już wojny w naszym i ościennych krajach. Że mamy zjednoczoną Europę, że pokój. Że przyjaciele, pogodzenie, nie wrogowie.

- A jak bronili naszego kraju to wszyscy walczyli? - drąży Monsterówna - a jak nie chcieli to wyjeżdżali? Kobiety i dzieci też?

Tłumaczę, że kobiety też czasem walczyły, ale rzeczywiście najpierw chroniły dzieci, wyjeżdzały. Gdy użyłam słowa: "uciekały", to się trochę wzburzyła.

Do Monstera dotarło, że na wojnie walczyli nie tylko zawodowi żołnierze, ale wszyscy sprawni mężczyźni. Oglądając musztrę harcerzy zaczęło mu świtać, że młodzi chłopcy też.

- A czy ja, jak dorosnę, będę też musiał walczyć? - zadrżał

Apiat' od nowa tłumaczę, że wojny teraz nie ma i walczyć nie będzie musiał. Że osobę, która jest za pokojowymi rozwiązaniami konfliktów nazywa się pacyfistą.

- To ja jestem pacyfistą - Monster odetchnął z ulgą

Sam się wkopał.
Mam teraz niezły argument przy siłowym rozwiązywaniu naszych domowych wojen.


piątek, 07 listopada 2008
byle dużo i szybko (ale jakość też się liczy)



Nie da się niczego zrobić w Monsterowie bez udziału Monsterów. No, może są nieliczne czynności, po ich zaśnięciu...np.: prasowanie... ale nie o tym miało być.

W środę wstawiłam drożdże do pączkowania, bo w czwartek w szkole odbywał się kiermasz charytatywny. Miały być rogale, więc chcąc nie chcąc, robiłam rogale. Pierwszy raz. Z Monsterami wyrywającymi mi sprzęty spod rąk. Efekt był taki, że pierwszą blachę wysuszyłam, bo włączyłam niepotrzebnie termoobieg, drugą spaliłam, ale kolejne wyszły dobrze. W sensie smaku, bo wyglądały pokracznie - w końcu uczyliśmy się: i ja, i Monstery.

Ale sprzedały się wszystkie. I ciasto marchewkowe, które dorobiłam, bo bałam się, że z rogali nic nie wyjdzie, też.

Ale i nie o tym chciałam. Mianowicie lepimy te rogale, smarujem dżemem, Monster sapie z wysiłku, Monsterówna dopytuje się, czy pod właściwym kątem zagina rogi. W końcu Monster wypala:
- No, teraz się nauczę, jak piec, to w przedszkolu będę w tym najlepszy!

Silne parcie na sukces.
Pracę konkursową do oddania pod koniec listopada, już oddał. Pracę domową do oddania po długim weekendzie, już zrobił. Dwa dni mi przypomina, że dzisiaj trzeba fartuch do przedszkola przynieść, bo pięką rogale.
Rano już w szatni przebrał się w fartuch.
Był, jak się można spodziewać, pierwszy...



czwartek, 06 listopada 2008
nurkowanie i silne poczucie własności (niewłasnej)




Monsterino coraz pewniej czuje się samodzielnie w wodzie, mogę już nawet odkleić od siebie i puścić na gumowych wypornikach pod pachami, a on jest się w stanie przesuwać machając tylko nogami. Od dawna wskakuje do wody i od początku nie obawia się zanurzenia pod wodę. Tylko z trenerem, panem Waldkiem, nie chce pływać. Nie przejmujemy się, przecież ogólnie ma okres na nie w swoim życiu, więc trudno, by rzucał się z ochotą do pana Waldka, nawet jeśli może go, a nawet powinien, bezkarnie chlapać w twarz...
Staram się go oswajać z samodzielnym pływaniem, więc gdy wisi, trzymając się brzegu, odchodzę dwa kroki, by musiał do mnie dopłynąć (a raczej rzucić się w moim kierunku).
Zatem zrobiłam mu znowu taki numer, stoję i czekam, aż zauważy, a on odwraca się w innym kierunku, do innej mamy pływającej z córeczką i krzyczy:

- Latunku!!! Latujcie mnie! Ja psecies nie umiem nulkować!

***

Z innej beczki: z okazji zbliżającego się  święta narodowego kupiliśmy wraz z Monsterinem biało-czerwoną flagę.


- To jest flaga Polski - tłumaczę Monsterinowi

- NIE! - protestuje tradycyjnie Monsterino - To jest flaga TEOSIA!


I pobiegł, a flaga załopotała na wietrze...



środa, 05 listopada 2008
konieczność


Dzień zaliczam do udanych, gdy wystarcza mi świętej cierpliwości, by na nikogo się nie wydrzeć.
Nie wiem, jaka jest statystyka, ale staram się, żeby tych bez wrzasku było więcej...

Gdy jęczą na trzy głosy: mamuuuusiuuuuu i ciągną każdy w swoją stronę, bo coś tam i oczywiście obrażają się, gdy nie, albo coś znowu zmalują, podrą, rozwalą.... jest ciężko.

- Mamuuuuuuu, musis koniecnie TELAZ zobacyć! - ciągnie mnie Monsterino
Właśnie nachylam się nad wypocinami Monsterówny, bardzo dumnej, że pani pozwoliła już jej pisać piórem.

- Zobac, jaki GIGANTYCNY tlaktol! W nim to ceba KONIECNIE zapinać pasy! - Monsterino wyszarpnął monstertacie Wysokie Obroty i teraz ma czas na lekturę

- Ja, teraz ja to czytam! - Monster wyrywa gazetę. Jest bezwględny, gdy widzi, że interesuję się rodzeństwem, jak zaprogramowany robi coś, co natychmiast zwraca uwagę na niego. Niczym z poradników, jest to najczęściej jakieś niopożądane zachowanie, bo te oczywiście zwracają uwagę o wiele częściej niż te pożądane, prawidłowe, przewidywalne, zwyczajne i nudne.

W końcu udaje się rozstawić towarzystwo po kątach: Monster wycina pieczątki z ziemniaka, Monsterino czyta, Monsterówna pisze. Potem porządkujemy przed kąpielą.
Proszę Monsterina, by wziął swoje samochodziki z kuchni.
Monsterino przebiega koło mnie z prędkością ponaddźwiękową krzycząc:
- Nie mogę, musę ODLOBIĆ LEKCJE!!

Koniecznie.



niedziela, 02 listopada 2008
jasność



Monsterino tradycyjnie obkopał mnie zamglonym świtem, a poza tym zażądał natychmiastowej odpowiedzi na pytanie:

- Mamoo, kiedy pojedziemy na piknik?! Mamooo...

- Wiosną, dziecko, wiosną - wymruczałam i przykryłam się szczelniej kołdrą

- Aaaa, jasne!  - wykrzyknął wesoło Monsterino, co samo w sobie było podejrzane, bo Monsterino ostatnimi czasy rankiem koszmarnie marudzący jest - Jasny gwint! - dodał po chwili. (ostatniem świadomości nakazałam sobie pamiętać tę piękną, nadranną wymianę myśli, jako że w żadnym razie nie byłam skłonna szukać kartki i długopisu).

Trochę pogarowałam w pościeli, do południa prawie, no muszę w weekend odespać cały tydzień i na zapas (choć w międzyczasie monitorowałam śniadanie, odpowiadałam na pytania i słuchałam trzech czytanek z rzędu...) Zatem gdy w końcu (mamusiu, wreszcie wstałaś, dlaczego tak długo musisz spać!) chciałam delikatnie przyprawić coś w kuchni, to nie mogłam się opędzić od progenitury...



- Czy ładnie obrałam tę pieczarkę, ładnie? - Monsterówna wychodziła z siebie

- Czy to nie jest grzyb trujący? - powątpiewał Monster - ma przecież blaszki!

Tak, nie, pięknie, proszę...
Doprawdy nie  było już miejsca dla mnie w tym przybytku...
A przy krojeniu cebuli popłakaliśmy się wszyscy. Nie ma to, jak rozrywki jednoczące rodzinę.

Wieczorem Monster podlicza zdobyte punkty, bo dwa razy sprzątał po młodszym bracie.

- A może byś tak coś miłego na dobranoc mi powiedział, a nie tylko przeliczasz punkty - prowokuję

- Dziękuję, mamusiu, że mnie urodziłaś - mamrocze mi Monster prosto w ucho.

Pojechał po bandzie...
sobota, 01 listopada 2008
pewien standard



Prawdę mówiąc, wcale nie miałam zamiaru dyniować w tym roku.
Ale Monstery wymogły.
Monster w zasadzie, Monsterówna za to stwierdziła, że ona to potrzebuje imprezki, po czym udała się do koleżanki.
- Dlaczego pani Agatka nie lubi Halloween? - spytał Monster
- Zapytaj pani Agatki - odpowiedziałam. Pani Agatka jest monsterową panią w przedszkolu, a pewnie nie lubi, bo to raczej niepolskie święto.
- W Polsce inaczej świętujemy, odwiedzamy groby, pamiętamy o zmarłych, modlimy się - tłumaczę Monsterom

- Wiem, wiem - mówi Monster - ale Halloween jest fajne!

- Jak pojedziecie do cioci Oli, to sobie poświętujecie - pocieszam Monstery

Ciociu Olu, Monstery zbierają na bilet...;)



Tym razem jednak troszkę inaczej - Monster zapragnął ZOSTAĆ dynią.
Czemu nie...




Monsterówna wywiesiła swoje dzieło na drzwiach, a obok napisała, że ma urlop.
Biedne, przepracowane dziecko.



Kot Herbert siedzi na miotle, a czarownica ma podkolanówki w paski!

I jeszcze króciutka anegdotka z piątku, doniesiona przez monsteratatę:

Wyszliśmy rano z domu, Monsterino został z monstertatą, dogorywającym w piernatach, sam.
Chwilę bawił się sam, w końcu budzi monstertatę:
- Tata, stawaj!, stawaj!
Monstertata nic.
Monsterino szarpie go, ściąga kołdrę, w końcu rzecze:
- Tata, stawaj, kalolyfel gzeje!

I jest to mały inside joke, bo tylko ci, którzy bywają w naszym domostwie w czasie zimowym wiedzą, jak u nas bywa zimno.
Zatem, przybywajcie, zdrożeni wędrowcy, w Monsterowie JUŻ GRZEJĄ!
Archiwum
do Monsterowa tędy