czwartek, 30 listopada 2006

ludzkie pojęcie, jak bardzo Monsterino jest różny od rodzeństwa.

Monsterówna była zdecydowanie najbardziej wymagającym niemowlakiem. Może dlatego, że pierwsza, że w czasie ciąży pracę miałam korporacyjną, więc i bardziej nerwową. Nie wiem. Ale moja nerwowość przeszła na nią, to fakt.

Monster był objawieniem. Niemowlę, które jest cały czas zadowolone, a jednocześnie ciągle w ruchu, gotowe na wyzwania. Wydawało się niemożliwym, że może być jeszcze bardziej bezproblemowo.

Aż nastał Monsterino.

Wystarczył tydzień próbowania nowych potraw i już Monsterino nauczył się, że gdy podjeżdża mu pod nos łyżka z zawartością, to należy otworzyć usta! W związku z tym odnotowujemy minimalny li jedynie ubytek substancji żywnościowych podczas posiłków, ledwo śliniak jest pobrudzony i w ogóle (odpukać!) nie muszę po monsterinowym posiłku czyścić okolicy!
Nie mogę powiedzieć, że ze starszymi Monsterami był jakiś koszmarny problem, ale plucie i rozrzucanie jedzenia na około zdarzało się i uważałam to za normę.

A Monsterino nieustannie mnie zadziwia. Człowiek do pewnych zachowań nawykł, a tu niespodzianka.

Na przykład: na basenie.

Monsterówna nienawidziła ćwiczeń na plecach. Od razu, myk, przewracała się na brzuch i tylko tak machała nogami. Leżenie samodzielne na wodzie opanowała dopiero jako dwu-trzylatka. Monster miał własne pomysły na wykonywanie ćwiczeń i często wdrapywał się na przelew, by uciec do zabawek. Fakt, że był wtedy starszy, więc może to wszystko jeszcze przed Monsterinem. Ale teraz Monsterino przyjmuje KAŻDE ćwiczenie z niezmiennym uśmiechem. Ślizg pod wodę? Nie ma sprawy. Pogoń za kaczką brzuchu? No problem. Leżenie na plecach? Leży, ręce rozkłada i wpatruje się w światełka na suficie...

A usypianie?

Że leży sam w łóżeczku, słucha muzyki, guga sobie i zasypia...

Taki bezproblemowy egzemplarz nam się trafił.

Ale nie byłabym sobą, gdybym osiadła na laurach. O, nie! Teraz się martwię, czy on aby nie ZA spokojny. Czy za bardzo nie będzie uległy, czy będzie mieć własne zdanie i czy starsze Monstery nie będą go wykorzystywać.

środa, 29 listopada 2006
wtorek, 28 listopada 2006

Zanim w końcu zdecydowałam się, którą metodą nauczyć Monsterównę czytać, ta zaczęła czytać sama. Oczywiście na razie drukowane litery i poszczególne słowa, a nie bajki na dobranoc, ale całkiem sprawnie jej idzie. Teraz nie ma przebacz i nie ma pośpiechu, bo Monsterówna, gdy natknie się na nowe słowo, to czas przestaje płynąć, a świat się kręcić i słowo przeczytanym być musi.

Biegniemy do dentysty, bo już spóźnione jesteśmy.

Monsterówna nagle ryje kopytkami w miejscu i czyta:

- R-E-N-T ... R-E-N-T...

- Rentgen - podpowiadam, no bo spóźnione jesteśmy przecież - Chodźmy, pani dentystka czeka

- Mamo, ja sama! - Monsterówna wyraźnie zdenerwowała się na matkę, więc w trosce o dobrą wizytę w Klinice u Słonia Zębalskiego, przy następnej tablicy staję pokornie i czekam.

- A-L-A-R-M-Y Alarmy! O, co to jest "alarmy" - dopytuje się Monsterówna, więc na przykładzie skrzyneczki z cyferkami, która jest w klinice i rozbudowując wielowątkową opowieść o domach uratowanych przed złodziejami dzięki takiej skrzyneczce, tłumaczę funkcjonowanie alarmów.

Monsterówna podczas wizyty jest jakby nieobecna. Wychodząc chciałaby ponaciskać guziczki w alarmie, ale udaje mi się ją odwieść od tego zamiaru tłumacząc, jakie by to miało skutki.

W drodze do przedszkola Monsterówna chyba trawi wiadomości, bo jest dziwnie milcząca.

Aż w końcu rozbierając się w szatni, stwierdza:

- No to ja muszę namalować nowy list do Mikołaja!

- Tak? - stwierdzam rozdrażniona, bo zmiany marzeń mikołajkowo-gwiazdkowych Monsterów doprowadzają mnie do szewskiej pasji - w końcu nie wiem, czego tak naprawdę chcą.

- Tak, narysuję alarm! Mikołaj go przyniesie tacie i już złodzieje do nas nie wejdą!

Sprytnie to sobie wymyśliła. Swojego prezentu na alarm nie wymieni...

poniedziałek, 27 listopada 2006
piątek, 24 listopada 2006
czwartek, 23 listopada 2006


Listonosze strajkują, więc prezenty od św. Mikołaja stoją pod wielkim znakiem zapytania....
A skoro strajkują listonosze, to równie dobrze mogą strajkować Monstery. Ściślej: 2/3 Monsterów, ta męska część.
Monster ogłosił głodówkę. Powiedział, że nie lubi spać i jeść i nie będzie tego robił.
Ha!
Dopóki  z sił nie opadnie, nie będę z tego robiła wielkiego halo, zwłaszcza, że z przedszkola nie doszły żadne niepokojące wieści, ale w domu przeszedł na dietę płynną. Ciekawe czy Monster wypadnie poza skalę, skoro i tak ledwo na dziesiątym centylu jest.

W ślad za starszym bratem poszedł młodszy i też nie je.
On to akurat ma z czego zrzucać, więc tym bardziej nie ma się czym martwić, aczkolwiek było to bardzo zaskakujące.
Od dwóch dni je połowę tego, co zwykle, czyli połowę mojej mleczarskiej produkcji podczas pracy, co powoduje, że niedługo cały zamrażalnik będzie pełen mleka... Nadrabia nocą, a ponieważ w dzień mało śpi, a w nocy je, czyli nie śpi, to nie wiem, jak udaje mu się funkcjonować... Napoleon Drugi rośnie, czy co...

Poza tym - chce siedzieć...

Problem w tym, że jeszcze nie potrafi siedzieć sam. Ale gdy się mu pomaga, albo siedzi w fotelu czy wózku, to jest bardzo zadowolony.



I bardzo lubi wpatrywać się w siebie i do siebie uśmiechać. W ogóle lubi się uśmiechać...



Rozpoczął też eksplorację swojego otoczenia: zsuwa się z placu i sięga po stwora.




Za to Monsterównie chwieją się DWIE górne jedynki i ona, jako jedyna, ogłosiła, że jest śpioszkiem, bo lubi spać.

Choć nie można powiedzieć, żeby w podskokach biegła wieczorem do łóżka.

środa, 22 listopada 2006
poniedziałek, 20 listopada 2006

Obecnie posiadam na stanie dwa ząbkujące Monstery, więc chylę czoła przed mamami wieloraczków.

Dentinox idzie w ilościach hurtowych, Monsterino zalewa śliną już nie tylko swój plac zabaw, ale wszystko, co tam po drodze się znajdzie, zwłaszcza, gdy niekontrolowanymi ruchami kończyn wszelkich spełznie z placu...

Monsterównie za to wychodzą trzy szóstki na raz, więc biedulka nawet gorączki dostała, a to jest przecież dziecko-które-nigdy-nie-gorączkuje. Wyświetlił mi się zatem obraz NIEWIADOMOJAKIEJ infekcji, a to TYLKO zęby...

Początek tygodnia, a tu już cała lista spraw do załatwienia:

- listy do św. Mikołaja napisać (Monsterówna ma już życzenia do 12 roku życia włącznie)

- dziąsła masować, by przyjęły rosnące łopaty, bo inaczej krzywe będą rosły (to odnośnie Monsterówny)

- w jednej baletce pękła gumka - trzeba jechać wymienić (czy wymienią?),

ale przede wszystkim:

- Monster ma dzisiaj PREZENTACJĘ.

Gdy dawałam Monsterowi nasze zdjęcie rodzinne, na którym wyglądamy rzeczywiście jak wielodzietni - Monstertata prezentuje błędny wzrok i włos rozwiany, ja - zarzyganą bluzeczkę oraz oczy na zapałki, Monsterino - kompromitujący smok w ustach i każde z nas patrzy się w inną stronę, choć wydawało się to niemożliwe, otóż, gdy dawałam to zdjęcie z braku innego, to myślałam - och, przecież chodzi o to, żeby w przedszkolu opowiedzieli o rodzinie i mieli to zdjęcie na podkładkę, a tu się okazało, że jest wystawa i inni rodzice też to oglądają...

Trzeba było zrobić to zdjecie chociaż na tle regałów z książkami, co by inteligentniej wyglądało... I ubrać się jakoś uroczyściej... I makijaż może zrobić... 

A teraz jest jeszcze lepiej: wszystkie dzieci z grupy muszą zrobić prezentację swojej rodziny.

Może być w powerpoincie.

Może być nakręcona kamerą. Cyfrową lub analogową. Wszystko jedno.

Nie żartuję.

Monster zaniósł do przedszkola narzędzia, co by objaśnić, co od wakacji kradnie czas naszej rodzinie...A Monsterówna namalowała mu nasz dom wraz z domownikami. Farbami na bristolu.

Być może monsterza prezentacja będzie passé.

Być może musimy popracować nad technikami komputerowymi.

I nabyć kamerę cyfrową.

Bo w przyszłym półroczu grupa Monstera będzie prezentować bardziej skomplikowany, niż własna rodzina, PROJEKT.

piątek, 17 listopada 2006
czwartek, 16 listopada 2006

Z racji moich ambicji, by otrzymać matczyny medal za pilność, bardzo skrupulatnie pilnuję, aby Monstery nie mogły po latach skarżyć się, że ich sprawy były nieprzestrzegane. Zatem gdy w przedszkolnej poczcie panie zostawiają karteczkę, by przynieść coś, co by mogło być liczydłem w kąciku matematycznym - dziadkowie szukają drewnianych korali i te po 300km podróży lądują w przedszkolu. Podręczne lusterko? Nie ma sprawy - szukam różowego, co by zadowolić Monsterównę. Gdy trzeba ubrać naturalnej wielkości kartonową sylwetkę Monstera, idę po nocy do piwnicy i z latarką szukam kartonu opisanego: "rzeczy chłopak 2-3 lata", bo na kartonową sylwetkę musi coś być wyrośniętego z Monstera.  Monster ma przynieść zdjęcie całej rodziny, zasiadamy na kanapie w celu zdjęcia...

Bardzo się denerwuję, żeby przestrzegać obietnic danym Monsterom. Jeśli obiecałam Monsterównie, że uczeszę ją przed baletem w koczek, to gnam na złamanie karku, żeby ten koczek zrobić. I pamiętam o soku z rurką, bo życzyła sobie tym razem sok z rurką, a nie w butelce.

Ale czasem, mimo szczerych chęci, nie udaje się nie uniknąć rozczarowań, łez i krzyków.

Bo akurat po przedszkolu jest za mało czasu, by pójść do sklepiku i poprosić o ciastka na wagę, a potem całą drogę kłócić się i wyliczać, ile można zjeść teraz, a które i ile później i w jakiej kolejności.

Albo czyjś humor nie ten i wszystko wtedy jest źle, łącznie z psimi kupami na ulicach, krzywymi płytkami chodnikowymi i godziną odebrania z przedszkola.

I właśnie o tym sobie myślałam, gdy uciekł mi tramwaj, którym miałam podjechać po Montery do przedszkola, a było już po 16.

Bo rano Monsterówna miała wisielczy humor i płakała, że tęskni za Stasią, więc pewnie powita mnie znowu grymasem na twarzy i będzie jęczeć całą drogę. A Monster, nigdy dotychczas nie zostawiony na tak długi czas w przedszkolu, będzie pewnie zmęczony, więc wściekły...

Z pewną taką nieśmiałością zadzoniłam domofonem do przedszkola, zastanawiając się, co mnie czeka, ale gdy weszłam, zastałam Monstery jako ostatnie dzieci w przedszkolu, z wielką radością urzędujące w sali zerówkowiczów.

- Mamuś! - Monster uwiesił mi się na szyi - zawsze przychodź po nas ostatnia!

- Tak, tak - dodała Monsterówna - wreszcie mogłam się porządnie wybawić!

I życie stało się prostsze.

wtorek, 14 listopada 2006

Zamknięcie w niewielkiej przestrzeni samochodu sprzyja intymności i rozmowie, toteż nie dziwota, że gdy tylko zapakowaliśmy się w auto, by wyruszyć do dziadków, Monsterom otworzyły się buzie i nie mogły się zamknąć.

Najpierw, póki jeszcze było szarawo i co nieco było widać, wykrzykiwali marki mijanych samochodów.

- O, ja jak będę duzy, to będę mieć taki wojskowy terenowy samochód! - zamarzyło się Monsterowi

- A ja będę jeździć volkswagenem, tak jak Stasia! - stwierdziła Monsterówna kategorycznie - a mój tatuś będzie jeździć volvo.

"Mój tatuś, mój tatuś" - zazdrość ścisnęła mi serce, ale ze sztuczną radością w głosie zapytałam:

- A mama czym będzie jeździła?

- Mamuś, ale ja mówię o MOJEJ nowej rodzinie, którą założę, gdy będę dorosła! - wyjaśniła Monsterówna z przyganą w głosie

- Acha! - oświeciło mnie - to twój MĄŻ będzie jeździł volvo, tak?

- Tak, mój TATUŚ! Bo ja będę miała dzieci: dziewczynkę i chłopca. Chłopiec będzie miał na imię Robert, a dziewczynka NIE będzie miała na imię Gaja, bo ja już mam na imię Gaja. Będzie miała na imię Stasia. Tak. I Robert będzie wujkiem dla moich dzieci, a ciocią... Mamuś, musisz mi urodzić jeszcze małą dziewczynkę, bo potrzebuję cioci dla moich dzieci! - tonem nieznoszącym sprzeciwu dodała Monsterówna

Monstertata westchnął ciężko.

Monster wypatrując oczy w gęstniejącym mroku dodał:

- A ja będę miał motor i będę jeździć na jednym kole, jak będę dorosły!

Tym razem westchnęłam ja.

poniedziałek, 13 listopada 2006
piątek, 10 listopada 2006

Kilka tygodni temu Monsterówna w trosce o bezpieczeństwo domu i obronę przed złodziejami, którzy uosabiają Wszelkie Zło tego świata, wprowadziła hasło dla pukających do naszego domu.

Inspiracją dla pierwszego hasła: "czarne jagody bim bam bom"  była Paczka Franklina

Hasło obowiązywało przez tydzień, później doszło do niego jeszcze "tra la la". Na początku było zabawne, gdy musieliśmy nawet dzieci przepytywać z hasła, bo inaczej reagowały histerią, ale po dwóch tygodniach męczące było, że nawet gdy się wymknęłam na korytarz, by pozamiatać, bo zauważyły, zatrzasnęły drzwi i wrzeszczały, bym podała hasło.

Po dwóch tygodniach obowiązywania hasła wśród Monsterów nastąpił podział: Monster był już zmęczony hasłem i chciał, by jego wpuszczać BEZ hasła, natomiast Monsterówna wymagała, by ją odpytywać. Dałoby się to zrobić, gdyby przychodzili do domu oddzielnie, ale często robią to przecież razem i każda weryfikacja wchodzących zaczęła przypominać kontrolę paszportować - kolejka,bramki, śluzy, ci z paszportem UE, ci spoza UE...

Aż w tym tygodniu weryfikacja wchodzących sięgnęła absurdu.

Być może obniżam teraz poziom bezpieczeństwa naszego domostwa, ale zdradzę Wam obecnie obowiązujące hasło:

"Czary-mary, łapcie-ciapcie, chcę powąchać swoje kapcie".

A skąd?

A stąd.

Polecam - Monstery słuchają zauroczone.

wtorek, 07 listopada 2006

Monsterówna wzięła sobie do serca przykazania dziewczynki z płyty Bella Balerina i stara się codziennie powtarzać baletowe pozycje. Najchętniej chciałaby przy płycie, ale upieram się, żeby raczej tańczyła sama, a nie gapiła się przy tym w ekran.

Wracamy z przedszkola, Monsterówna jęczy:
- Mamoooo, a dzisiaj mogę włączyć Balerinę?

- Słuchaj, a może dzisiaj potańczysz ze mną, co? - proponuję

Monsterówna zaskoczona chwilę przetrawia tę śmiałą ideę, w końcu przystaje:

- No, dobra, ale muszę cię najpierw nauczyć tego UKŁADU! - Monsterówna chichocze takim wewnętrznym chichotem. Takim chichotem zadowolenia ze wspólnej zabawy z rodzicem. Taki charakterystyczny chichot Monstery wydają tylko przy szczególnych wygłupach, gilgotach, lub zabawie w wilka...

W domu stajemy naprzeciw siebie, Monsterówna przypomina mi, która moja ręka to prawa, w końcu pokazuje mi kroki. Do tańca trzeba współdziałać ze sobą, Monsterówna ma ubaw, bo się mylę, w końcu przy jednej spektakularnej wpadce, gdy rzeczywiście mylę prawą stronę z lewą, Monsterówny śmiech powala na podłogę. Zwija tam się, kwicze, ja udaję, że się obrażam, aż w końcu Monsterówna wstaje, podchodzi do mnie i nadal rechocząc wyksztusza:
- He, he, he, posiusiałam się ze śmiechu, he he he ....
I rzeczywiście: na rajstopach widać mokry szlaczek...

Oto do czego jestem w stanie doprowadzić moje dziecko.

*******
a córkę ma się, między innymi, po to:


poniedziałek, 06 listopada 2006


Codziennie wykonuję kilometry i kilogramy dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty. I gdy o 1:25 w nocy czuję się jakbym przerzuciła kilka ton węgla, a ledwo stoję pośrodku cichego mieszkania i jestem wględnie zadowolona z stanu jego czystości i ładu, to wiem, że mogę się tym ewentualnie przez pięć minut ponapawać, mogę dłużej, ale w końcu trzeba iść spać.
A przecież znowu, od samego rana, które teraz nocą ciemną wypada, będzie chaos.
- Ludzie, którzy akceptują chaos mają lepiej w życiu - wyczytała monsterbabcia i jest to czysta prawda (w odróżnieniu od "też prawdy" i "gówno prawdy").
I co z tego.
Monstery na przykład chętnie czynią chaos, a cenią porządek.
Muszę mieć majtki i skarpetki w swoich szufladach, spodnie i bluzy na odpowiednich półkach, a wieczorem zestaw ubraniowy uszykowany przy łóżkach. Do porządku należą także płatki z mlekiem rano oraz, bez wględu na to, o której się obudzą i czy na przykład nie trzeba już biec do przedszkola, poranne wylegiwanie się w naszym łóżku.
A po ich pobudce z mojego ładu zostaje niewiele...
Podłoga się lepi, bo sok sam się wylał, musli zostało wysiane pod stołem hojną ręką, a wiecie co ma w środku jo-jo?
Ja już wiem...
Albo jak naprawdę długie jest 8 metrów wstążki o szerokości 0.5 cm? Całkiem długie się okazuje...
A skoro na środku pokoju stoi pojemnik z farbą (bo w końcu dziury w ścianach są zaklejone i teraz malowane), to czemu nie obudować tego pojemnika fortecą z krzeseł, a następnie skacząc z jednego krzesła na drugie, szturchnąć, nie chcący oczywiście, tenże pojemnik, by połowa farby rozlała się po podłodze... No, ale kto zostawia pojemnik z farbą na środku pokoju?!.... Nie będę wskazywała palcem...

Nie powinnam narzekać, bo Monstery sprzątają po sobie i nie tylko po sobie. Same się do tego garną. Monster na przykład przy okazji sprzątania klocków organizuje bombardowanie pokoju, wrzucanie samochodzików do pudeł to idealna inscenizacja gigantycznej stłuczki... A  Monsterówna, przy okazji wieczornego kończenia zabawy, potrafi godzinami (gdy jej na to wyjątkowo pozwalam, bo przecież normalnie nie ma na to wieczorem czasu) układać lalki, ubierać, przebierać, a przy układaniu płyt czy książek to właściwie pół niedzieli schodzi...
Wychodzę na nieczułą czarownicę poganiając i strofując Monstery, które przecież odłożyły brudne naczynia do zmywarki (nie szkodzi, że resztkami malowniczo ozdabiając szafki i podłogę) oraz chętnie umyją po sobie podłogę (rozcierając brud wokół).
Psycholodzy grzmią, żeby pozwolić i nie krytykować, bo się zniechęcą, więc zaciskam zęby i pozwalam. Z takim szczękościskiem staram się wytrwać do momentu, kiedy wreszcie padną i będę mogła "poprawić" po nich sprzątanie, tak by nie uszkodzić im psychiki...
Ciekawe, dlaczego wieczorem bolą mnie szczęki...

I jeszcze mamy tę cudowną porę roku, kiedy wstaje się po ciemku, a gdy wraca się do domu, też zaczyna szarzeć...

Bosko.

W ramach oderwania od codzienności rozglądamy się za ofertami zimowego wypoczynku na nartach. Tym razem, choć już z góry wiem, że nie jest to dla zdrowia najlepsze, zabieramy Monstery.

Tak, już widzę, że będę tego żałować.

Oferty dla rodzin z dużą ilością dzieci są mało ekscytujące...

piątek, 03 listopada 2006
czwartek, 02 listopada 2006
środa, 01 listopada 2006

- Mamuś, dlaczego dzisiaj nie ma baletu? - zapytała Monsterówna rano

- Idziemy dzisiaj na cmentarz, nawet przedszkole jest nieczynne, wszyscy idą zapalić znicze na grobach i się pomodlić - wyjaśniłam

- Złodzieje też się modlą? - zapytała Monsterówna i to przypomniało mi naszą konwersację, o której jeszcze nie napisałam (poza tym odpowiedziałam Monsterównie, że pewnie się modlą, ale o co, tego jej nie powiedziałam. Ponadto weszłyśmy na wyżyny rozważań teologicznych, pt.: jak bardzo czarne serca mają złodzieje i czy modlitwy rozjaśniają im serca).

Ale wracając do tego, co mi się przypomniało...

Otóż, z wakacji wyjątkowo wracaliśmy jadąc w dzień. Normalnie podróżujemy w nocy i Monstery śpią, ale teraz bardzo śpieszyły się, żeby zobaczyć nowy dom, więc wyjechaliśmy wcześniej.

Nigdy więcej.

Jeszcze nigdy dotąd, podczas żadnej podróży nie wyschło mi tak gardło od gadania. Musiałam odpowiadać na tysiące pytań związanych z mijanymi miejscami (Monstertata stwierdził, że w takim razie, być może, podróżując nocą pozbawiamy Monstery edukacyjnych walorów podróży, ale ja wolałabym sobie pospać).

W każdym razie przejeżdżaliśmy przez Rawicz i Monstertata wskazując na potężne mury ciągnące się z jednej strony ulicy, nieopacznie wspomniał, że jest to więzienie.

- I co tam się robi? - zainteresowała się Monsterówna

- Tam za kratakmi siedzą ludzie, którzy zrobili różne złe rzeczy - wyjaśniłam

- Złodzieje też? - dociekała Monsterówna, bardzo czuła na punkcie kradzieży, od kiedy trzy lata temu ukradli nam samochód (i ona to pamięta)

- Złodzieje też - przytaknęłam

- A kto im tam daje jeść? - zapytała niby niewinnie

Darowałam sobie odpowiedź "my wszyscy", co by jej nie mieszać w głowie i odparłam:

- Strażnicy im dają. Strażnicy to są ludzie, którzy pilnują więźniów, żeby nie uciekli i dają też im jeść.

- Jak coś ukradli, to nie powinni W OGÓLE dostawać jedzenia - stwierdziła radykalnie


Poza tym Monsterówna oznajmiła, że skoro jest święto i nie ma zajęć baletowych, to ona musi poćwiczyć w domu.

Co uczyniła.

Nasuwa się pytanie: czy to jest jeszcze hobby czy już obsesja.


Archiwum
do Monsterowa tędy