środa, 30 listopada 2005
wtorek, 29 listopada 2005
poniedziałek, 28 listopada 2005


Jako, że nadal obowiązuje oddolny przymus sobotniego bywania, tym razem postanowiliśmy zapoznać Monstery z kinem. Monstery nigdy jeszcze w kinie nie były, bo Monsterówna generalnie zawsze bała się hałasu i ciemności, a Monster jeszcze nie dorósł.
Żeby zatem nie przesadzić, na pierwszy raz wybraliśmy półgodzinny seans w Imaxie.

Monster rozglądał się po sali zaciekawiony.

Monsterówna, przyzwyczajona do teatru, od razu zapytała się, gdzie będą występy, bo przecież nie ma sceny.
Potem zaczęli przymierzać okulary:



Musieliśmy przetrwać reklamy, ale już na reklamówce możliwości technologii 3D Monsterówna przechodziła samą siebie. Na ekranie uciekała literka A, a Monsterówna wrzeszczała na całą salę:
- Łap ją, mamo, na ciebie leci!!

Skakała i łapała kolorowe żelki, który pływały wszędzie.
A Monster siedział wciśnięty w fotel. Dosłownie. Nie odzywał się, nie ruszał, na moją propozycję, żeby usiadł mi na kolanach, odpowiedział odmownie. Siedział i przeżywał introwertycznie.

Potem było różnie - najpierw z dużym entuzjazmem Monsterówna wołała, żebym uważała, bo zaraz wpadniemy na kolejkę, śmiała się w odpowiednich momentach, natomiast jak doszło do scen walki - zaczęła dygodać ze strachu i krzyczeć, że ona się boi.

A Monster siedział jak zaklęty.

Potem bajeczka zmierzała do happy endu, Monsterówna odetchnęła z ulgą, a Monster zdjął okulary i rzekł:
- Ale fajnie w tym kinie. A telaz chodźmy do domu.

piątek, 25 listopada 2005

Czytamy książkę, Monstery siedzą po obu moich stronach ciasno obłapiając m.in. mój brzuch. Nagle Monster zauważa:

- Ale duzy mas bzusek! Kiedy ulodzi się TWÓJ dzidziuś?

- W lecie, mamy jeszcze dużo czasu!

- Ach, dopiero w lecie - jęczy Monsterówna, a w tym czasie Monster zaczyna bębnić mi po brzuchu ręką

- Ej, przestań - krzyczymy razem z Monsterówną - to mnie boli - dodaję

- Jak się dzidziuś urodzi, to też go będziesz bić? - Monsterówna przemawia do sumienia Monstera

- Nie, będę tylko go gilgotać! - chichocze Monster

- Mamuś, a co dzidziuś je u Ciebie w brzuszku? - rzuca z innej beczki Monsterówna

- To samo, co ja, jest połączone taką specjalną rurką... - zaczynam, ale Monsterówna przerywa i widać, że paruje jej nad mózgownicą:

- A jak jemy, to jedzenie wlatuje do brzuszka, tak?

- No, tak - potwierdzam

- I dzidziuś też jest w brzuszku? - kontynuuje Monterówna

- Taaaak.

- To on się tam z jedzeniem miesza? - stawia pytanie lekko zszokowana Monsterówna, a ja nie mogę powstrzymać śmiechu, a muszę, bo jakbym się roześmiała, to Monsterówna by się obraziła, że się śmieję z niej. A przecież się nie śmieję. No więc tłumaczę powstrzymując śmiech, Monsterówna przyjmuje wyjaśnienie, ale drąży kolejny temat:

- A ja bym chciała, żeby była mała siostrzyczka Julka. Albo nie Julka, Julek jest dużo - może być Martusia. Może, mamusiu?

- Zobaczymy - rzucam wymijająco. I nagle do Monsterówny dociera przerażająca ewentualność:

- Mamuś, ale co MY zrobimy, jak się urodzi chłopiec?!!!

środa, 23 listopada 2005

Gdy przyszłam do przedszkola po Monstery, pani wychowawczyni odciągnęła mnie dyskretnie na bok i szepnęła:

- Czy mogli by rozważyć ewentualnie Państwo, żeby dzieci zapisać jednak na tańce?

Monstery nie są na tańce zapisane, bo akurat w dzień tańców jest Monsterównej balet i stwierdziłam, że dodatkowe tańce to zbędne obciążenie. Pani jednak pozbawiła mnie złudzeń.

- Bo one ustawiają się pierwsze w kolejce do wejścia na sale i twierdzą, że są zapisane i my nie chciałyśmy się z nimi kłócić i chodzą i tak, ale pani od tańców powiedziała, że już dłużej nie można, bo inni płacą...

No i Monstery chodzą na tańce. Teraz już wiem, że te krakowiaczki, oberki i piosenki z Pana Kleksa, to wcale nie z rytmiki przyniosły. A nie przyznały się, szelmy, że chodziły.

Ale to nie był koniec uwag Pani w dniu wczorajszym.

- I jeszcze taka sprawa.. - zaczęła pani jakby zawstydzona - bo jutro będzie w przedszkolu fotograf, a oni już zapowiedzieli, że nie chcą stanąć do zdjęcia

- To proszę ich nie zmuszać, przecież zmuszone nie wyjdą na zdjęciu najlepiej, nam nie zależy, mamy dużo zdjęć, naprawdę, proszę się nie przejmować - zaczęłam się tłumaczyć

- Ale, ale, nie musi pani płacić, dopiero, jak pani zaakceptuje, że ładne, to można, a tak nie trzeba - zaczęła bronić się pani

- Dobrze, rozumiem, ale zmuszone na pewno nie będą ładne, umówmy się, że jak zechcą, to zrobi im się zdjęcia, a jak nie, to trudno, dobrze? - starałam się zakończyć rozmowę, bo Monstery ubrane już przy drzwiach czekały, ale pani nie wydawała się przekonana..

- I jeszcze jedno... - pani zatrzymała mnie już w drzwiach

- Robert zdejmuje wszystkim samochodom opony i...

- Przepraszam, rzeczywiście, w domu też tak robi, porozmawiam z nim... - weszłam pani w słowo, bo zaczynało być mi naprawdę gorąco w kurtce.

- Ale on nie pozwala ich założyć z powrotem, bo mówi, że trzeba zmienić na zimowe!

wtorek, 22 listopada 2005

Monsterówna przerabia obecnie tonami książeczki z tzn. zadaniami. Na hasło robimy zadania jest w stanie porzucić każde inne zajęcie.

Okrzyk: już zrobiłam! - wywołuje kołatanie mojego serca, bo oznacza, że kolejna książka została wykończona i muszę wymyśleć coś nowego. Monsterówna staje się przy tym coraz bardziej wymagająca.

Z naklejek już wyrosła, naklejki przerabia Monster nie wykorzystując ich niestety w celach uznanych jako właściwe przez autorów książeczek - nie, Monster oznabia naklejkami swoje pojazdy oraz łóżko. Z zadań uznaje dopasowanie parami i znajdowanie drogi w labiryncie.

Monsterówna natomiast żąda takich książeczek jak mają starszaki. Bo bycie starszakiem jest jej nawet nie ukrytym pragnieniem.

Gdy kupiłam kilka książeczek "dla czterolatka" myślałam, że parę tygodni ma z głowy, ale gdzie tam! Monsterówna siada, metodycznie wykańcza stronę po stronie i żadą nowej książeczki. Najlepiej "dla pięciolatka". I codziennie pyta się, kiedy będzie zima, bo przecież ona wtedy wreszcie te pięć lat skończy.

W końcu myślałam, że ją przechytrzyłam: nabyłam grubą knigę pt.: Wycinanki czterolatka - dobrych kilkanaście zadań do wycięcia i sklejenia.

Wydałam księgę w niedzielny poranek, co by dłużej pospać. I co?

I mamy teraz cały parapet obstawiony różnymi wycinankami, łącznie z szopką bożonarodzeniową, a Monsterówna wrzucając szczątki książeczki do kubła na makulaturę pyta słodziutkim głosikiem: to kiedy kupisz mi nową ksiażeczkę z zadaniami?

poniedziałek, 21 listopada 2005
piątek, 18 listopada 2005
środa, 16 listopada 2005
wtorek, 15 listopada 2005

Monster już zasypiał, gdy jeszcze sobie przypomniał:

  • Wies, a Iza powiedziała, że nie można bawić się piłką, a ja chciałem...
  • Ach, ta demoniczna Iza – pomyślałam sobie, jak typowa mama maminsynka, a głośno powiedziałam:
  • I co ty wtedy zrobiłeś?
  • Jęcałem – szepnął Monster
  • A pobawiłeś się w końcu tą piłką? – kontynuowałam dochodzenie
  • Nie, bo Iza usiadła na moim miejscu, a ja tam wceśniej siedziałem i chciałem kololować... – Monster rozkręcił się w opisywaniu rzeczywistości przedszkolnej
  • Iza usiadła na twoim miejscu, więc co zrobiłeś?
  • Powiedziałem: Iza, to jest moje miejsce!
  • A Iza co na to? – moje zainteresowanie sięgnęło zenitu, bo Iza, to TA Iza, która nigdy, przenigdy nie ustępuje jakimkolwiek dzieciom, nie tylko takim o głowę niższym.
  • Nie chciała zejść... – sapnął Monster potwierdzając moje podejrzenia
  • I co było dalej? – opowieść zaczynała się rozkręcać
  • Udezyłem ją młotkiem, bo nie chciała zejść! – przyznał się Monster bez cienia skruchy
  • Ej, przecież umawialiśmy się, że nie będziesz bić ani gryźć innych dzieci! Są inne sposoby! A Iza pewnie płakała! – strzeliłam z obowiązku umoralniającą gadkę
  • Nie płakała i nie chciała zejść! – jęknął Monster, pewnie w głębi serca rozczarowany, że są dzieci, na które jego metody nie działają
  • I jak się to skończyło?
  • Pani powiedz
  • iała Izie, że to moje miejsce, bo ja tam siedziałem – zakończył Monster, a potem obrócił się do ściany i usnął.

    A ja się zastanawiam – rozwiązywać konflikt za dzieci czy nie rozwiązywać...

    czwartek, 10 listopada 2005
    środa, 09 listopada 2005

    Ja wiedziałam, że tak będzie, gdy Monster zbudził się o drugiej w nocy i do czwartej nie mógł zasnąć.

    Rano oczywiście nie dawało się go zwlec z łóżka, skutkiem czego, nie odtrąbił swojej zwyczajowej rutyny, czyli przede wszystkim nie zrobił kupy. Bo Monster robi kupy prawie jedynie w swojej łazience, na swoim nocniku, za zamkniętymi drzwiami. W przedszkolu kupy nie robi nigdy.

    Monster wyszedł więc do przedszkola rozdrażniony i niewyspany. A popołudniu miała nastąpić wiekopomna chwila - pasowanie na przedszkolaka.

    Gdy zasiadłam popołudniu na widowni, mogłam się założyć, że Monster nie zagrzeje długo miejsca na scenie.

    W każdym razie - najpierw weszli obydwoje: Monster ukrył się w kącie, a Monsterówna zaczęła nerwowo poprawiać włosy.

    Potem przez chwilę zdjęć nie mogłam robić, bo gdy Monster mnie zauważył, to po prostu rozryczał się tak żałośnie, że musiałam go pocieszać.

    Monsterówna nie zwracając uwagi na moje uśmiechy, machanie i bezgłośne prośby - mamrotała kolejne wierszyki i piosenki wypatrując inspiracji na wykładzinie.

    Monster trochę się uspokoił i gdy Ewcia wzięła go za rękę, to jakoś przekonał się, by wyjść choć na pasowanie.

    Jeszcze ślubowanie przeżył (ślubował lewą ręką, bo prawą przecież musiał trzymać Ewcię).

    Potem znowu się rozkleił.

    Aż w końcu wychowawczyni pomogła przeżyć mu samo pasowanie.

    Nie sądzę, żeby jak na razie, występy były ulubioną rozrywką Monstera w przedszkolu. I z tego wszystkiego nie wiem, co nie tak ustawiłam w aparacie, że te zdjęcia są tak nieostre.

    wtorek, 08 listopada 2005

    Co jakiś czas zabieram z przedszkola oprócz Monsterów dodatkowo dwie koleżanki: po jednej dla każdego Monstera.

    Ostatnio musiałam w drodze mocno dyscyplinować towarzystwo, gdyż nie dość, że jęczało, to brykało swawolnie. Napotkana pani z wózkiem zapytała się wyraźnie trwożliwie:

    - Czy to może prywatne przedszkole?

    - Nie - wycedziłam przez zaciśnięte zęby, bo Monster ciągnął mnie do ziemi z jednej strony, Ewcia z drugiej, a Monsterówna z Marysią znikały właśnie na horyzoncie.

    - Och, więc to pani WSZYSTKIE  te dzieci? - zapytała już naprawdę przestraszona

    - Nie - odpowiedziałam krótko starając się zmusić najmłodszych do truchciku, a jednocześnie gromkim głosem nawołując za starszymi. Wydawało się, że pani głośno odetchnęła z ulgą.

    W każdym razie, gdy dotarliśmy do domu, było już lepiej.

    To nic, że od razu cała czwórka domagała się kolacji. (czy oni nie jedli obiadu???)

    To nic, że musiałam umyć 8 rąk, wysmarkać parę nosów, wytrzeć parę tyłków i rozdzielić walczących o zasoby zabawkowe.

    Gdy się w końcu wszyscy najedli i uspokoili, bardzo było miło popatrzeć, jak się bawią.

    Monster z Ewcią, na ten przykład, zbudowali wspólny dom. Przytargali koce i poduszki, okopali się kartonami i skrzyniami. I zaczęli układać się do snu. Monsterowi, przykrytemu starannie kocykiem przez Ewcię, przypomniało się jeszcze coś.

    - Musę jesce zapalkować samochoód, wies? - zawołał do koleżanki i dalej głośno brum-brumować wokoł domku samochodem.

    - Oj, nie hałasuj tak, bo mnie głowa boli! - zawołała Ewcia - Końc jus to palkowanie i wlacaj do domu, bo tseba iść spać! - upomniała Monstera

    - Dobze, dobze, jus idę - zgodził się potulnie Monster.

    Hmm - będzie pantoflarzem?

    poniedziałek, 07 listopada 2005
    Coming out

    - Och, mamusiu, ty masz DUŻY BRZUSZEK! - przyłapała mnie Monsterówna na ubieraniu się. Nie, żebym specjalnie się przed Monsterami kryła z ubieraniem, nie.

    - Taki masz brzuszek, jak mama Marysi, będziemy mieć dzidziusia, hurra! - skomentowała odkrycie i chwała jej za to, że nie pomyślała, że brzuch mógł zwyczajnie urosnąć z obżarstwa rodzicielki.

    Bo brzuch może nie jest wielki, ale był się wybrzuszył, to fakt.

    Pokazałam Monsterównie na zdjęciu naprawdę wielki brzuch z Monsterówną w środku, zresztą, ale nadal mi nie wierzy, że taki ogromny może urosnąć.

    - Gdzie ty będziesz spać z takim wielkim brzuchem? - zainteresowała się córka.

    A wracając do sedna: Monsterówna już planuje, jak to będzie podawać mi pieluchy i chusteczki i jak będzie wozić dzidziusia w wózku. Miło mieć oparcie w rodzinie.

    Monster z dużym oporem przyjął fakt, że nie będę go nosić obecnie na barana. Cały czas próbuje mnie naciągnąć na choć krótką przejażdżkę na plecach. Tłumaczę cierpliwie. Jest ciężko.

    piątek, 04 listopada 2005
    Sprawy przedszkolne

    Zaczęła Monsterówna:

    - Mamo, a wszyscy mówią, że Robert ma ptasią grypę!

    - Plawda, mamo, ze ja nie mam ptasiej glypy? - dołączył Monster.

    Stłumiłam chichot i nakazałam nie słuchać "wszystkich".

    Później Monsterówna pochwaliła swoim prywatnym przeżyciem:

    - Wiesz, Ola dzisiaj mi powiedziała: "co się na mnie gapisz", a ja się nie gapię, tylko patrzę!

    - I co jej odpowiedziałaś? - spytałam, z góry zakładając, że pewnie Monsterówna się obraziła, bo zazwyczaj się w takich sytuacjach obraża

    - Nic. W ogóle się tym nie przejmuję! - zaskoczyła mnie córka.

    środa, 02 listopada 2005
    Problem typowo męski

    - Mamo, pomós, siusiak mi się zahaca! - rzekł Monster i zaczął zdejmować spodnie od piżamy

    - Blokuje mi się tutaj siusiak, potsebuję majtki włozyć - zadysponował i na nic zdały się moje przekonywania, że pod piżamę majtek raczej się nie zakłada. Monstertata swoim przykładem także nic nie zdziałał.

    Przy dzisiejszym wybieraniu się do spania ubierzemy większą piżamę, może wtedy w niektórych miejscach luźniej się zrobi.

    wtorek, 01 listopada 2005
    Bajkowo


    Monstery zmęczone spacerem po cmentarzu szykują się do sjesty. Przynajmniej na to wygląda: układają koce na dywanie, taszczą poduszki. Gdy wszystko jest ułożone, nagle Monsterówna podnosi wszystkie warstwy i ze słowami:
    - jeszcze troszkę ziarenek grochu - wrzuca garść kasztanów pod koce.

    Potem układają się z Monsterem na kocach i narzekają, że im niewygodnie.
    Prawdziwie książęce Monstery.

    Archiwum
    do Monsterowa tędy