poniedziałek, 19 lutego 2018
całkiem spory kawał litej skałki

no to są góry!

 

Majestatyczne. Piękne.

Monsterom jakoś niestraszne.

No, może najmłodszy troszeczkę niepewnie się czuł, gdy wjeżdżał ponad przepaściami.

Ale już na samej górze na dobre godziny wciągnęły go, nawet literalnie, cuda świata - dokąd jedzie ten magiczny dywanik?

Starsi chłopcy troszeczkę ze sobą rywalizowali - kto szybciej i piękniej jeździ na swoim sprzęcie.

a snowboardziści to tylko wypoczywają....

My dzieliliśmy się opieką nad Monsteruniem. 

 

Na dole, choć mróz, to czuło się już wiosnę.

 

Znalazłam ze dwie zaśnieżone ścieżki na biegówki i tylko raz wykorzystałam płozy. Tak na siłę, w sumie,

 

 bo tak naprawdę i drogi, i chodniki były przejezdne. 

 

A wieczorami na kwaterze uskutecznialiśmy hazard.

Ulubiona gra Monsterunia, którą szalenie rzadko pozwala się dzielić - on jest alfą i omegą, oboma kolorami oraz stronami. A jak dźwięcznie żetoniki rozbiegają się po bliższej i dalszej okolicy!  Zapełnia całą grę kapselkami, by oznajmić:

- Nie ma!

po ich wykorzystaniu.

I to jedyne zrozumiałe dla nas wyrażenie, które wypowiada.

Jedynie szkoda, że Monsterówny nie mogło być z nami. Oczywiście walczy w Wałczu. Jeszcze w tym tygodniu. Tymczasem Monsterino szusuje w Czechach, a Monster w Zakopanem zdziera bieżnik specjalistycznego obuwia sportowego wypróbowując nową rakietkę na obozie badmintona w Zakopanem.

Archiwum
do Monsterowa tędy