czwartek, 23 lutego 2017
siłacze

 

Palmę pierwszeństwa w upierdliwości nastolatkowej dzierży obecnie Monsterino.

Wcześnie dojrzewa, ale na karb niczego innego jego wahań nastroju i pyskowania zrzucić nie mogę.

Życie jest ciężkie, ciągle czegoś od niego się wymaga, jego podstawowe prawa (oglądania vlogerów oraz grania na tablecie) nie są respektowane, w dodatku limituje się mu słodycze. Zgroza.

Kotłują się ze starszym bratem, przepychają się, nie tylko słownie, także z ojcem. No i podczas jednego z takich przekomarzań w drzwiach lodówki, Monsterino przytrzymał się ich, a następnie poszybował z całą zawartością na środek kuchlonu.

Monsterunio, chociaż przez drzwi nie został przywalony, podniósł rwetes, a potem popędził w stronę pobojowiska, natomiast reszta zamarła (Monstertata tylko krwisto raz po raz przeklinał) kontemplując widok.

A było co podziwiać: jajka, zbite słoiki, popękane półki, rozciapciane zawiniątka. Że też tyle się na tych półeczkach mieściło!

No i Monstertata znowu miał dwa dni z kalendarza wyjęte na poszukiwania nowej lodówki. Bo kupno nowych zawiasów plus rozbitych półek do 10 letniej sztuki agd zupełnie się nie opłaca.

Tymczasem Monsterino po raz nie-wiadomo-który rzuca trampolinę (bo jakiś element mu nie wychodzi) oraz piłkę (bo drużyna jest słaba i nie wygrali turnieju), a także rzuca angielski, bo mu się nie chce i nie możesz mnie zmusić.

Kosmici zabrali mojego kochanego syneczka, a zostawi nastokoszmar!

Pocieszającym jest (patrząc po Monsterze, który upiekł dwa ciasta, dzień po dniu, jedno na dyskotekę, a drugie na moje urodziny, a także zrobił mi herbatę, nadmuchał balony, narysował kartkę z życzeniami, wstawił świeczki w ciasto oraz po Monsterównie, która zrobiła mi ciasto na urodzinowe gofry oraz kartkę z życzeniami) oni wracają. Po latach, ale wracają.

Chyba, że miało na to zbawienny wpływ gimnazjum, a teraz młodzież do dorosłości będzie kisić się w podstawówce, wobec tego wiecznie niedorosła zostanie. Oby nie.

środa, 15 lutego 2017
dzień świstaka, tfu, monstermamy

 

Ledwo ferie się zaczęły i młodzież wybyła, a już wróciła. Całe szczęście, bo jak są na miejscu, wtedy nie muszę z Monsteruniem robić wszystkiego razem, tylko jeden po drugim zajmują się najmłodszym. Chętnie. Nie muszę im płacić, ani szantażować.

[Tak, byłabym gotowa robić i jedno i drugie...]

Ostatnie tygodnie spędzam głównie w robocie na przemian zaczynając (rok, miesiąc) oraz kończąc (rok, miesiąc, rozliczenia, budżety).  Monstery chyba się przyzwyczaiły, bo jak raz wróciłam o normalnej porze, to Monster przerażony zapytał, czy mnie zwolnili. A ja tylko na urlopie byłam.

W każdym razie ferie śmignęły niczym Monster na desce w Dolomitach. Monsterówna i Monsterino nadal trampolinują, Monsterino nawet postęp poczynił, ale u niego to huśtawka - jak mu wychodzi, to jest gwiazdą trampoliny, a jak nie, to rzuca sport w cholerę. Z każdym sportem tak ma.

Monster wychwala obóz snowboardowy pod niebiosy i całe szczęście. Taka kasa na to poszła, że byłoby głupio, gdyby na marne.

No a wczoraj walentynki. Monsterino sprokurował hand-made z serduszkami, z własnym tekstem, co odkryłam dopiero widząc efekt końcowy. Wcześniej myślałam, że ma sprawdzian z ortografii, bo konsultował pisownię:

- "Hipnotyzować" przez samo h?

(to oczy koleżanki go zahipnotyzowały).

Od swojej sympatii otrzymał także walentynkę, więc git.

Monster również się przygotował, ale ostatecznie zapomniał zabrać. Co za facet!

Ja wstałam jak zwykle, a Monstertata jak zwykle wcześniej ode mnie i zrobił mi dwie kawy (jedną na pobudkę i jedną to go). I to codzienne poranne poświęcenie plus sałatka do pracy jest największą walentynką, goździkiem na dzień kobiet, a nawet może zastąpić prezent urodzinowy. (Serio, serio, my darling).

Monsterówna skoro świt piekła serduszkowe gofry dla babci, która w tym dniu ma urodziny.

Ale moją aranżację śniadania docenili.

Słodko, białomącznie, ale jabłka na zdrową okrasę.

Archiwum
do Monsterowa tędy