środa, 29 lutego 2012
schodek po schodku




- Czy myślisz, że muszę nauczyć się tych wszystkich nazw? - powątpiewa Monsterówna

Ma na myśli praludzi: austalopitek, neardentalczyk, homo sapiens, pryszcz.

- Oczywiście, że tak - mówię oficjalnie

Jakoś (i całe szczęście) nie marudzi zupełnie, gdy chodzi o naukę nowych słówek z angielskiego czy niemieckiego, ale widocznie historia zaczęła za bardzo język polski przypominać, bo gdy było oznaczanie czasu liczbami rzymskimi, to nie narzekała.


Monsterówna jednym okiem rozwiązuje kolejne zadania z ułamków, a drugim zerka pożądliwie w stronę rozłożonej gry Osadnicy z Catanu, która od ferii jest monsterhitem, nawet dla Monsterina, który całkiem sprawnie nadąża, choć gra jest niby dla dziesięciolatków i powyżej.

A tu jeszcze tyle lekcji do odrobienia.

I nawet Monsterówna biedna nie może się pożalić, bo i ja się uczę, choć nie muszę, tylko chcę (powiedzmy). Tego Monsterówna nie może pojąć. Nie rozumie także entuzjazmu Monsterina, który chętnie ćwiczy świeżo nabytą umiejętność dodawania i odejmowania w pamięci. Przy wyższych cyfrach, bo tak do 11-12 mniej więcej obejmuje, pomaga sobie palcami, ale jest bardzo z siebie dumny. Że jeszcze nie chodzi do szkoły, a już wie, co to jest plus i minus.

Natomiast Monster ma najwidoczniej biomet bardzo korzystny, gdyż zaczął tydzień dwoma szóstkami, w tym za wypracowanie o feriach, zatem jodłuje ogłaszając, że to jego najlepszy tydzień (świata? życia?) jest (sobotnia imprezka na okoliczność jubileuszu wpisuje się zatem idealnie).

- Wiesz, kto stworzył miasto Poznań? - pyta Monsterino i nie czekając na ruszenie moich zwojów mózgowych, podpowiada:

- Nie Czech i nie Rus!

- Lech! - odgaduję

- Niech zwycięża Lech - KOLEJORZ - wrzeszczy Monster

- TO NIE CHODZI O TO!!!!! - odwrzaskuje Monsterino

Wyjątkowo nie dochodzi do rękoczynów. Co ci dziadkowie zrobili z chłopakami??? Bardzo dziwne, ale nie zapeszam, niech chwila trwa.

Gra w osadników ma tę wadę, że rozgrywka trwa ponad godzinę, a że monsterrodzice dopiero się wdrażają i o dziwo czytają instrukcję obsługi nie wierząc w każdą regułę, którą wypowiada Monster (co za brak wiary we własne dziecko!), to nasze pierwsze rozgrywki kończą się w porze kąpieli.

Przewiduję kłopoty.

Nic z tego - Monstery karnie odliczają do trzech i idą do łazienki. Mało tego! Na moją sugestię, by tak już zawsze było, Monsterówna rozrysowuje tygodniową tabelkę z kolejnością wieczornych ablucji z uwzględnieniem abberacji w stylu środowego wypadnięcia Monsterina, bo kąpie się już na basenie, a także planu zajęć wieczornych - czyli Monster w czwartek jest ostatni, bo i tak nikt później od niego do domu w czwartki nie wraca.

Bardzo to wszystko podejrzane, że tak nam się to drugie półrocze gładko układa.

Ale przecież miałam nie zapeszać.

poniedziałek, 27 lutego 2012
zazieleni się, urośnie kilka drzew



Monster wydoroślał przez ten tydzień. Patrzę na niego, patrzę i nie mogę się napatrzeć - jakiś taki inny jest: wyciszony, wypoczęty, czyżby nawet trochę mniej anorektyczny? (a może nagle stał się dziewięciolatkiem, mimo, że ma jeszcze czas! aż 5 dni!)
- Po ostatnim rozdziale tej książki zrozumiałem, że nie mogę się tak dalej zachowywać - tłumaczy, gdy zadziwiona pytam o te objawy.  TA książka to Teodorek i zwariowanych przygód worek - kupiona, ze zrozumiałych względów, dla Monsterina, a tutaj proszę jak się przydała starszemu bratu.
- On też miał obniżone zachowanie i słabe oceny - mówi Monster
- Ale ty nie masz słabych ocen - oponuję - wręcz przeciwnie, masz bardzo dobre oceny, tylko zachowanie...
- No właśnie to zamierzam zmienić - potwierdza poważnym tonem - poproszę herbatę malinową, mamusiu - rzecze Monster i rozumiecie, że na taką prośbę biegnę co koń wyskoczy...

Chłopaki zjechały i przekrzykują się w opisach, co im się najbardziej u dziadków podobało.
Niestety, choć serce krwawi, teatr przegrał z gokartami i z wizytą u znajomego megamotocyklisty w garażu (dziękujemy, Kasiu!  Za spacer historycznymi ścieżkami piastowskiego grodu też:)

Monsterówna też nareszcie w domu. Oficjalnie ogłasza, że była dzielniejsza niż w wakacje, ale prawda jest taka, że do środy. Potem każdy wieczór obficie zraszała łzami. Gdyż najtrudniejsze jest zasypianie bez całuska na dobranoc, a niestety - znowu nie zabierali im telefonów. Jakoś dała radę - opowiadałam jej pocieszające historyjki do poduszki, ale łatwo wcale nie było.

Nic to - karuzela obowiązków ruszyła ponownie. Chłopaki wyskoczyli do placówek w podskokach, do kolegów głównie, jak podejrzewam, a nie w pędzie po wiedzę. Natomiast Monsterówna powłóczyła nogami, choć optymistycznie zauważyła, że przynajmniej już jest jasno gdy idziemy do szkoły na siódmą.
Ale z koleżankami i tak się na obozie widziała, a z polskiego pani może kazać opowiadać, a ona tego nienawidzi.

Nie mam tym razem żadnej pocieszającej opowiastki, oprócz powątpiewania, czy nauczycielka będzie pytać akurat w pierwszy dzień po feriach, ale to żadne pocieszenie, skoro egzekucja może się odbyć we wtorek lub w środę i dlaczego trzeba się uczyć polskiego...

... a choćby po to, by odczytać napisy na WSZYSTKICH kłódkach miłości zawieszonych na moście nad Młynówką.
Monsterinowi też znajomość polskiego w odczytywaniu się przydała, jak donosi ciociokuzynka Kasia.


środa, 22 lutego 2012
upgrade standardu, czyli jak to dziadkowie wnuczęta rozpuszczają, a się tego wypierają



Gdy już wydaje się, że nie można BARDZIEJ dogodzić wnuczętom na feriach, dziadek (a babcia dokłada swoje) pobija kolejny rekord.
Bo nie wystarczą łyżwy, basen oraz teatr. Gdzie tam - to normalka!
Nie - dziadek dokłada nowy, ulepszony standard ferii - trzeba jeszcze zabrać chłopaków na tor gokartowy!







a babcia wzięła chłopaków do teatru lalek - tego samego, do którego sama chodziłam jako dziecko - pamiętam te kolorowe okienka w holu.

tu zakulisowo, jak przypuszczam...





no i już obeznani z taflą - wyścigi, wiecznie wyścigi - na lodzie lub w wodzie



I jak potem mają się TAKIE ferie do trzech czterech treningów dziennie, choćby był to nawet Ośrodek Przygotowań Olimpijskich.

Monsterówna w słynnej uprzęży, której tak brakuje trenerowi w szkole...






poniedziałek, 20 lutego 2012
listek prosim


Było tak, jak ma być na nartach - mroźnawo, ale z przebłyskami słońca. Choć bywało, że przez cały dzień zacinało śniegiem. Ale od czego są gogle...

Dzieci uganiały się chmarami, podpięte pod krótkofalówki, więc można je było bezpiecznie zlokalizować nawet na najdalej wysuniętym orczyku.
Zdarzało się, że umilały nam przejazd wyciągiem wyjąc do walkie-talkie okolicznościowe pieśni. Też fajnie.
Świrowały mocno, bo szybko obcykały dokładnie wszystkie trasy, więc potem same wymyślały sobie wyzwania (wyskocznie, half-pipy, leśne górki i inne boczne, nieratrakowane dróżki, na które starsi nie śmieli wtargnąć).





Monster w tym roku wypróbował deskę i od razu zapowiedział, że w przyszłym - absolutnie tylko na desce chce.



Tu zjazd jednej z grupek z Monsterinem w środku. Monsterowi nie wypadało jechać wężykiem ani pozować do zdjęć, więc w zasadzie prawie go nie ma na zdjęciach. Średnia jakość, bo raz, że zawiewało śniegiem, a dwa, że w tym roku nie mogłam ich dogonić. Ledwo się nadaję jako końcowy przejazd techniczny...

poniedziałek, 06 lutego 2012
a jak niby ma być w zimie? gorąco?



Z wiekiem człowiekowi zimniej, bo mu krew wolniej przetacza się przez arterie tłuszczem skute. Ale dziecko jadące rowerem dzisiaj po Poznaniu (-18) bez rękawiczek na rękach to nie był Monsterino, wbrew pozorom (czyli bywają więksi twardziele).  Akurat rękawiczki mu nie przeszkadzają.
Natomiast kapcie, lokalnie nazywane laczkami, i owszem.
Kiedy więc Monsterino lata po chacie nieobuty (a u nas osiągamy 20 stopni, gdy na zewnątrz są upały...), Monstertata ryczy chrapliwie (bo ileż razy można powtarzać) - BUUUUTYYYY!
Zaproponowałam Monsterinowi zrobienie tacie plakatu ze zgrabną parą sandałów, co by nie musiał ciągłej śpiewki swojej włączać, tylko znak wystawiać,  ale odmówił, mimo, że miał do wyboru szeroki wachlarz technik od akwareli przez plastelinę na kolażu kończąc.
No to Monstertata chrypi nadal, a Monsterino nadal ucieka w samych skarpetkach kwicząc z uciechy, bo goniącemu go Monstertacie para nosem i uszami bucha.
Ja się nie czepiam, bo sama pamiętam, jak mi kiedyś chodzenie w skarpetkach nie przeszkadzało. A teraz ... no powoli, powoli czuję, jak ciągnie od dołu. I wreszcie rozumiem ideę ciepłych majtek, gdy jadę rowerem. Oraz drugich skarpet. Oraz podwójnych rękawic. Jestem zatem już po tej stronie zamiażdżycowanych tętnic.
Na nartach w takich temperaturach się jeździ, więc nie rozumiem zdziwienia, dlaczego nadal używam roweru. Bo jest szybciej niż na piechotę? Bo za mało śniegu na biegówki?
W zeszłym roku dyżurnym pytaniem do mnie było, czy mam zimowe opony, bo śnieg był do połowy kół, teraz, czy smar zimowy stosuję.
Monsterinowy rower też daje radę, takie uniwersalne są smary uniwersalne.

W przedszkolu już na progu trzeba zdjąć wszystko, by się nie rozpuścić.
W normalnych okolicznościach (czyt. przez okrągły rok) Monsterino lata w krótkim rękawku i krótkich spodenkach, teraz, przy innych dzieciach w goflikach i polarkach wygląda kuriozalnie. Ale przecież nie będziemy się tym przejmować, nie będzie się grzał w długich dresach tylko dlatego, że tak wypada.

Monster natomiast jest w tym wieku, że trzeba jak wszyscy. Na szczęście okazało się, że inni też noszą kalesony. Jedynie fuka na mnie, że nakazuję mu dwie pary rękawiczek zakładać, ale jak raz płakał podczas krótkiej drogi do szkoły, że mu zamarzają ręce, to się przekonał, że warto...

Na termach zamknęli możliwość wypłynięcia na zewnątrz, skarżą się Monstery, które, jak zwykle, gdy przyjeżdża Monsterdziadek, przechytrzają ratowników na Malcie.

Tu zdjęcia z listopada, teraz już i Monsterino potrafi wejść na samą górę ścianki i zeskoczyć do wody. Jak tłumaczył babci: trzeba się nie bać i skoczyć!

Takie monstermotto.




czwartek, 02 lutego 2012
Übung macht den Meister


- Czy ty WIDZISZ, mamo, jaki odgłos wydaje mój rower na lodzie? - krzyczy Monsterino spod kominiarki

- Słyszę! - odkrzykuję zza szalika

Pędzimy przez nieużytki (Urząd Miasta wystawił na sprzedaż - ktoś chętny?) - Monsterino jeszcze dwa dni temu kruszył lód swoim przejazdem, po dwóch dniach ekstremalnych mrozów lód się nie daje.

- Słyszałaś, jak ZABRZĘCZAŁO?! - emocjonuje się, gdy opony ślizgają się na tafli

A teraz powtórzymy wiadomości! - ogłasza i zgrabnie - jak na odzianie w puchową kurtkę i podwójnej grubości spodnie - zeskakuje z roweru.

- Jaka to warstwa? - podsuwa mi ukruszony kawał lodu pod nos. Wzdrygam się, ale JESZCZE nie z zimna. Na razie z braku pomysłu

- Wierzchnia? - ryzykuję

- Górna! - koryguje Monsterino pokazując dezaprobatę całą swą postawą - przecież ci mówiłem, wczoraj - taka z tym śniegiem na górze, z kuleczkami..

Taak. Wczoraj strzelił mi wykład o budowie lodu, a ja dzisiaj prezentuję początki Alzheimera.

- A ta gładziutka warstwa w środku? - daje mi kolejną szansę

- Środkowa? - pytam z pewną taką nieśmiałością

- Dobrze - zgadza się Monsterino, a ja oddycham z ulgą, nie lubię przyznawać się, że czasem nie nadążam za jego teoriami - a ta nierówna po bokach? - wskazuje na chropowate brzegi

- Boczna? - próbuję szczęścia

- Musisz jeszcze poćwiczyć! - sugeruje Monsterino.

Z ust mi to wyjął.

Miałam napisać dzisiaj o tym, jak to Monsterino dzielnie pogodził się z porażką, znaczy z czwartym miejscem na zawodach pływackich.


Jak to sobie wytłumaczył, że będzie ćwiczył szybkość i że w czerwcu, na kolejnych zawodach, na pewno zajmie miejsce na podium (srebrego medalu brakuje mu do kolekcji, więc takie sobie zaplanował), a tu nieoczekiwanie, wczoraj przed zajęciami, podchodzi do niego trener, gratuluje, przeprasza, że sędziowie mieli zamieszanie z wynikami i że Monsterino koniec końców osiągnął trzeci wynik.

Musielibyście widzieć monsterinową minę w tym momencie. Kwintesencja szczęścia! Brązowy medal zaraz oddał, bo wyjątkowo nie mógł z nim pływać, ale potem już go nie zdejmował (do snu ledwie, ledwie dał sobie wyrwać).

A ja akurat nie miałam ze sobą aparatu...


Archiwum
do Monsterowa tędy